
Lewica coraz bardziej islamska
Dla europejskiej lewicy w takich krajach jak Szwecja, Francja, Belgia, Holandia czy Wielka Brytania – wzrost liczby muzułmańskich obywateli, a tym samym wyborców, przestał być tylko kwestią ideologii „przebudzenia” czy zamiłowania do „multi-kulti”, a stał się po prostu kwestią władzy – pisze Jan ROKITA
.W badaniach sondażowych, publikowanych na krótko przed wyborami parlamentarnymi w Szwecji, zainteresowało mnie coś innego niźli to, kto wygra wrześniowe wybory i obejmie władzę w Sztokholmie. Zresztą sam wynik wyborów jest i tak niemożliwy do przewidzenia z uwagi na podział szwedzkiego społeczeństwa na lewicę i prawicę w proporcji niemal idealnej: pół na pół. Ale po raz pierwszy w odniesieniu do Szwecji – kraju, który nie rejestruje religii wyznawanej przez obywateli – trafiłem na sondaż pokazujący, jak głosują szwedzcy muzułmanie.
Niespodzianką nie jest oczywiście to, że islamscy przybysze generalnie popierają lewicę; tę prawidłowość znamy już z całej demokratycznej Europy. Ciekawa jest natomiast skala tego poparcia: aż 85 proc. spośród coś ponad pół miliona muzułmanów, którzy zdążyli uzyskać szwedzkie obywatelstwo, zamierza 13 września głosować na jedną z trzech partii lewicy: socjalistów, komunistów lub zielonych. A trzy partie rządzącej koalicji centroprawicowej mogą liczyć na mniej niż 4 proc. islamskich głosów, czyli w praktyce wynik w granicach błędu statystycznego.
.Te liczby uświadomiły mi dwa istotne zjawiska polityczne współczesnej Europy. Najpierw to, że – prawdopodobnie nie tylko w Szwecji – naturalna chęć uregulowania i legalizacji przez państwa statusu muzułmańskich imigrantów skutkuje skokowym wzrostem islamskiego elektoratu, posiadającego pełne prawa wyborcze.
Pół miliona spodziewanych głosów to coś ok. 8 proc. ogółu głosujących w Szwecji; w ostatnich wyborach z roku 2022 w tamtejszych wyborach wzięło udział 6,5 miliona wyborców. Ale muzułmanów żyjących w Szwecji jest mniej więcej dwa razy tyle co tych uprawnionych do głosowania. Można zatem wnosić, że wraz z upływem czasu i postępem procedur legalizacji pobytu wpływ tej obcej kulturowo mniejszości na politykę szwedzką będzie rosnąć, i to niezależnie od przyszłej skali nowych migracji.
Jednak już dziś wpływ ten jest nieproporcjonalnie duży przez fakt niemal zgodnego wyboru lewicy przez obywateli szwedzkich wyznania islamskiego. Tymczasem, wedle analiz Uniwersytetu Goteborskiego, jeszcze pięć lat temu, w roku 2021, odsetek ludności muzułmańskiej głosującej na partie lewicy nie przekraczał 60 proc.; można było zatem mówić o pewnym pluralizmie wyborów politycznych szwedzkich muzułmanów. W ciągu tych pięciu lat sytuacja się radykalnie zmieniła i dziś widać, że sam fakt wyznawania islamu mocno i jednoznacznie determinuje wybory polityczne. Zapewne nie ma żadnej innej grupy społecznej, której wybór byłby aż tak wspólnotowy i skonsolidowany.
Niektóre spośród przyczyn konsolidacji muzułmanów wokół europejskiej lewicy są oczywiste. Jedną z nich jest izraelska pacyfikacja Strefy Gazy, która wywołała falę nastrojów antyizraelskich i antyżydowskich w kręgach lewicowych, co musi podobać się muzułmanom, odczuwającym naturalną solidarność ze swoimi braćmi w wierze – Palestyńczykami. I
ntuicja polityczna podpowiada mi nawet, iż wrogość wobec Żydów, wspólna dla muzułmanów i europejskiej lewicy, może być najważniejszym faktorem wyjaśniającym tak wyraźne przesunięcie wyborców muzułmańskich w Szwecji w ciągu kilku ostatnich lat. Przyczyna druga – to eksplozja ideologii „przebudzenia”, jaka po roku 2020 nastąpiła w środowiskach europejskiej lewicy. Muzułmanie mają oczywiste poczucie obcości wobec tradycji, religii i kultury europejskiej, więc kiedy obserwują wściekłą wrogość „przebudzonych” Europejczyków wobec ich własnej kultury, muszą dostrzec w nich swoich naturalnych sojuszników.
Jest też pewien trudny do wytłumaczenia kłopot z masowym głosowaniem muzułmanów na partie lewicy. Partie te są bowiem nie tylko kulturowo i rasowo „przebudzone”, co muzułmanom musi się podobać, ale również radykalnie ateistyczne, a na dodatek forsują pseudopostępową rewolucję płci i obyczajów. A to, nawet dla najbardziej liberalnego muzułmanina, o islamiście nawet już nie wspominając, jest przecież zbrodnią i świętokradztwem. Obserwując trend szwedzki, trzeba jednak przyjąć, że europejscy muzułmanie nawet dość łatwo radzą sobie z tym kłopotem.
.Kiedy zastanawiałem się nad przypadkiem Szwecji, przypomniał mi się nie tak dawno opublikowany we Francji, przez dziennik „Le Figaro”, materiał ze śledztwa dziennikarskiego, w którym na przykładzie rządzonego przez skrajnie lewicowy ruch LFI paryskiego przedmieścia Saint-Denis obnażono skrywane dotąd zjawisko infiltracji francuskich instytucji politycznych przez radykalnych islamistów. Tekst ten wzbudził wiosną tego roku sporo zamętu w Paryżu, ponieważ francuscy goszyści (których w tym kraju nigdy nie brakowało) nie mogli uwierzyć, że ich ukochana partia może być świetną przykrywką dla zakamuflowanych poczynań śmiertelnych wrogów Republiki spod znaku Państwa Islamskiego. „Le Figaro” pisał wtedy, iż tradycyjne „czerwone przedmieścia” na północy Paryża stają się teraz „laboratorium nowej Francji”.
Szwedzkie dane są ciekawe w kontekście trwającej kampanii prezydenckiej we Francji, gdzie przywódca de facto komunistycznego ruchu LFI (Francji Nieujarzmionej) Jean-Luc Mélenchon nabrał ostatnio widocznego wigoru i wybił się na drugą pozycję sondaży, po niekwestionowanej liderce stawki Marine Le Pen. Mélenchon kandydował już w wyborach prezydenckich w roku 2022 i wtedy poparło go swoimi głosami 69 proc. społeczności muzułmanów posiadających francuskie obywatelstwo; w liczbach bezwzględnych to były mniej więcej trzy spośród ośmiu milionów wyborców głosujących na przywódcę LFI. Jeśli zatem proces konsolidacji głosów muzułmańskich ma miejsce nie tylko w Szwecji (co przecież bardzo prawdopodobne), to znaczyłoby, iż przy słabości i „kolaboracji” z Macronem starej Partii Socjalistycznej Mélenchon ma szanse w przyszłym roku skonsolidować mniej więcej pięć milionów głosów wyborczych francuskich muzułmanów.
Gdyby tak się stało, można by z lekką tylko przesadą powiedzieć, iż Francja Nieujarzmiona to w istocie Francja muzułmańska. A bez głosów co najmniej pięciu milionów muzułmanów francuski komunista Mélenchon nie miałby żadnych szans na drugą turę wyborów prezydenckich. Tak samo zresztą jak bez pół miliona islamskich głosów szwedzka lewica nie miałaby szans na obalenie centroprawicowego rządu premiera Ulfa Kristerssona. Co prawda Kristersson już jakiś czas temu zasłynął ze składania po arabsku życzeń muzułmanom z okazji ramadanu, ale sądząc po badaniach opinii, nie na wiele mu się przydały takie propagandowe ekstrawagancje.
.Tymczasem sztaby partii lewicowych robią reklamę wyborczą także w języku arabskim, świadome tego, iż szwedzki jest zbyt trudnym językiem dla nowych szwedzkich obywateli. Jedno jest w każdym razie najzupełniej jasne: dla europejskiej lewicy w takich krajach jak Szwecja, Francja, Belgia, Holandia czy Wielka Brytania – wzrost liczby muzułmańskich obywateli, a tym samym wyborców, przestał być tylko kwestią ideologii „przebudzenia” czy zamiłowania do „multi-kulti”, a stał się po prostu kwestią władzy. Bez muzułmanów przy urnach wyborczych lewica w tych krajach skazana by była na powolne więdnięcie. Walcząc o napływ i uobywatelnienie islamskich imigrantów, lewica walczy zatem o swój byt.
Jan Rokita





