Leon XIV przestrzega przed „dyktaturą rezultatów” w sporcie

Wielkanocne orędzie papieża

Papież Leon XIV w ogłoszonym liście o wartości sportu przypomniał o znaczeniu rozejmu olimpijskiego. Leon XIV przestrzega przed „dyktaturą rezultatów” w sporcie i politycznym wykorzystywaniem zawodów sportowych oraz uleganiem logice władzy, propagandy i narodowej supremacji.

Papież za kluczową wartość uznał zdrową i uczciwą rywalizację, która nie rozdziela, lecz buduje więź i uznaje godność człowieka

.List „Życie w obfitości” o wartości sportu został opublikowany w Watykanie w dniu inauguracji zimowych igrzysk olimpijskich Mediolan-Cortina, po których odbędą się w marcu igrzyska paralimpijskie.

„Pragnę przekazać pozdrowienia i najlepsze życzenia wszystkim bezpośrednio zaangażowanym w te wydarzenia, a jednocześnie skorzystać z okazji, aby podzielić się refleksją skierowaną do wszystkich. Uprawianie sportu, jak wiemy, może mieć charakter zawodowy, wymagający wysokiego stopnia specjalizacji: w tej formie odpowiada ono powołaniu nielicznych, budząc jednak podziw i entuzjazm w sercach wielu, którzy żyją rytmem zwycięstw lub porażek sportowców” – napisał pochodzący z USA papież, który sam od wielu lat uprawia sport i także po wyborze kontynuuje aktywność. Gra w tenisa, pływa w basenie.

Leon XIV dodał, że sport stanowi uniwersalny wyraz człowieczeństwa. Przypomniał, że także jego poprzednicy podkreślali, jak ważną rolę sport może odgrywać dla dobra ludzkości, zwłaszcza w promowaniu pokoju.

Przywołał słowa św. Jana Pawła II, który w 1984 roku – zwracając się do młodych sportowców z całego świata – apelował: „Postępujcie tak, by wasze spotkania były wymownym znakiem dla całego społeczeństwa i zapowiedzią nowej ery, w której naród przeciw narodowi nie podniesie miecza”.

Leon XIV położył nacisk na znaczenie rozejmu olimpijskiego, który w starożytnej Grecji był porozumieniem mającym na celu zawieszenie działań wojennych przed, w trakcie i po igrzyskach, aby zawodnicy i publiczność mogli swobodnie podróżować, a zawody odbywały się bez zakłóceń.

„Wojna natomiast wynika z radykalizacji sporów i odmowy wzajemnej współpracy. Przeciwnik jest wtedy postrzegany jako śmiertelny wróg, którego należy izolować i – jeśli to możliwe – wyeliminować. Tragiczne dowody tej kultury śmierci widzimy na własne oczy – zniszczone życia, złamane marzenia, traumy ocalałych, zrujnowane miasta; tak jakby współistnienie ludzi zostało powierzchownie zredukowane do scenariusza gry wideo. Nie wolno nam jednak zapominać, że agresja, przemoc i wojna są zawsze porażką ludzkości” – zaznaczył.

Papież dodał: „W świecie spragnionym pokoju potrzebujemy narzędzi, które położą kres nadużyciom, pokazom siły i obojętności wobec prawa. Zachęcam gorąco wszystkie narody, aby podczas zbliżających się zimowych igrzysk olimpijskich i paralimpijskich na nowo odkryły i szanowały to narzędzie nadziei, jakim jest rozejm olimpijski – symbol i proroctwo pojednanego świata”.

Stwierdził także, że zgodnie z chrześcijańską wizją osoba musi zawsze pozostawać w centrum sportu we wszystkich jego przejawach, także w tych, które charakteryzują się wybitnymi osiągnięciami rywalizacyjnymi i zawodowymi.

Następnie, jak dodał, począwszy od pontyfikatu św. Piusa X (1903-1914), notuje się rosnące zainteresowanie sportem, o czym świadczą liczne wypowiedzi papieskie.

Za emblematyczne papież uznał pytanie zadane przez Piusa XII w przemówieniu skierowanym do włoskich sportowców w 1945 roku: „Jakże Kościół mógłby nie interesować się sportem?”.

Leon XIV napisał też: „Kiedy sporty zespołowe nie są skażone kultem zysku, młodzi ludzie wchodzą do gry w coś, co jest dla nich bardzo ważne. Jest to wspaniała okazja wychowawcza. Nie zawsze łatwo jest rozpoznać własne umiejętności lub zrozumieć, w jaki sposób mogą być one przydatne drużynie. Ponadto współpraca z rówieśnikami wymaga czasem stawiania czoła konfliktom, radzenia sobie z frustracjami i porażkami. Trzeba nawet nauczyć się przebaczać. W ten sposób kształtują się podstawowe cnoty osobiste, chrześcijańskie i obywatelskie”.

Zwrócił także uwagę na kluczową rolę, jaką w kształtowaniu postaw odgrywają trenerzy.

Leon XIV zauważył: „W niektórych społeczeństwach, uważających się za rozwinięte, gdzie sport jest organizowany według zasady: płać, żeby grać, dzieci pochodzące z uboższych rodzin i wspólnot nie mogą sobie pozwolić na opłaty za uczestnictwo i pozostają wykluczone. W innych społeczeństwach dziewczętom i kobietom nie pozwala się uprawiać sportu”.

Dodał, że niekiedy również w przygotowaniach do życia zakonnego, zwłaszcza żeńskiego, utrzymują się nieufność i obawy wobec aktywności fizycznej i sportowej. Zdaniem papieża trzeba podjąć starania, aby sport stał się dostępny dla wszystkich.

Wśród niebezpieczeństw zagrażających wartościom sportowym Leon XIV wymienił to, że w wielu społeczeństwach sport jest ściśle powiązany z ekonomią i finansami. Problemy – według papieża – pojawiają się, gdy biznes staje się główną lub jedyną motywacją.

„Taka mentalność wkracza do sportu, gdy uwaga skupia się obsesyjnie na osiągniętych wynikach i kwotach pieniędzy, które można uzyskać dzięki zwycięstwu. W wielu przypadkach, nawet na poziomie amatorskim, imperatywy i wartości rynkowe przesłoniły inne wartości ludzkie związane ze sportem, które zasługują jednak na to, aby ich strzec” – ostrzegł.

Zdaniem papieża sportowcy najwyższej klasy i profesjonaliści, gdy interes ekonomiczny staje się głównym lub wyłącznym celem, ryzykują skupienie się na sobie i swoich osiągnięciach, osłabiając wspólnotowy wymiar gry i zdradzając jej społeczne i publiczne znaczenie. Sport natomiast, przypomniał, jest praktyką niosącą wartości podzielane przez wszystkich jego uczestników.

Leon XIV surowo ocenił swoistą, jak to ujął, „dyktaturę rezultatów” zaznaczając, że może prowadzić do stosowania środków dopingujących i innych form oszustwa, a także sprawiać, że zawodnicy sportów zespołowych będą koncentrować się bardziej na własnych korzyściach finansowych niż na lojalności wobec swojej dyscypliny.

Za kluczową wartość uznał zdrową i uczciwą rywalizację, która nie rozdziela, lecz buduje więź i uznaje godność człowieka.

Leon XIV napisał, że nierzadko sport bywa też obdarzany funkcją niemal religijną, a „stadiony postrzegane są jako świeckie katedry, mecze jako zbiorowe liturgie, a sportowcy jako postacie zbawcze”.

Jak stwierdził, ta sakralizacja ujawnia autentyczną potrzebę sensu i komunii, ale grozi ogołoceniem zarówno sportu, jak i duchowego wymiaru istnienia.

Leon XIV przestrzega przed „dyktaturą rezultatów” i sportem zastępującym religię

.W jego opinii, gdy sport rości sobie prawo do zastąpienia religii, traci swój charakter gry i służby życiu, stając się czymś absolutnym – totalizującym, niezdolnym do relatywizowania samego siebie.

Papież zwrócił również uwagę na niebezpieczeństwo narcyzmu, które jego zdaniem przenika dziś całą kulturę sportową. Wyraził przekonanie, że kult wizerunku i wyników, wzmacniany przez media i platformy cyfrowe, grozi fragmentaryzacją osoby, oddzielając ciało od umysłu i ducha.

Przestrzegł przed polityczną instrumentalizacją międzynarodowych zawodów sportowych.

„Kiedy sport ulega logice władzy, propagandy lub narodowej supremacji, zostaje zdradzone jego uniwersalne powołanie. Wielkie imprezy sportowe powinny być miejscami spotkań i wzajemnego podziwu, a nie sceną afirmacji interesów politycznych czy ideologicznych” – napisał Leon XIV.

Subtelny cień Franciszka

.W Watykanie najważniejsze rzeczy rzadko dzieją się głośno. Historia Kościoła nie jest przecież opowieścią o rewolucjach, lecz o przesunięciach akcentów: o zmianie tonu, rytmu, czasem jednego słowa w dokumencie albo gestu podczas audiencji. Nadzwyczajny konsystorz zwołany przez papieża Leona XIV wpisuje się właśnie w tę logikę ciągłości podszytej korektą, dokonaną w ciszy, bez triumfalnych deklaracji – pisze Michał KŁOSOWSKI.

Na poziomie formalnym wszystko wydaje się jasne: powrót do instytucjonalnej roli Kolegium Kardynalskiego, dowartościowanie kolegialności, regularność spotkań, przywrócenie ciężaru wspólnego rozeznawania. Dla jednych to znak „normalizacji” po latach pontyfikatu Franciszka, dla innych próba uporządkowania procesów, które papież z Argentyny świadomie pozostawiał otwarte, nieostre, czasem drażniąco niejednoznaczne. Dla innych zaś to wszystko jest wbrew pozorom wyrazem pewnej ciągłości.

Uważny obserwator Watykanu wie, że to, co najważniejsze, kryje się nie w strukturze, lecz w duchu. A duch Franciszka paradoksalnie ponownie unosi się nad Watykanem, nie tylko tym konsystorzem, jak cień: nienarzucający się, ale niemożliwy do zignorowania. To, co rozpoczął Franciszek, jest bowiem nie do cofnięcia i komentując ostatni konsystorz, przyznają to nawet najwięksi krytycy poprzedniego papieża.

Franciszek był bowiem papieżem gestu i drogi. Myślał bardziej kategoriami procesu niż systemu, bardziej peryferiami niż centrum, bardziej pytaniem niż odpowiedzią, stąd jego miłość do procesu synodalnego czy specyficznego dla wielu modelu zarządzania Kościołem. Wprowadził do watykańskiego języka kategorię rozeznania nie jako metody, lecz jako postawy egzystencjalnej. Kościół – mówił – nie jest twierdzą ani biurem administracyjnym. Jest ludem w drodze, który musi słuchać, zanim zacznie nauczać, wywodząc to przekonanie z dokumentów Soboru Watykańskiego II.

Leon XIV nie jest oczywiście kontynuatorem Franciszka w sensie stylistycznym, jest jego dziedzicem dialektycznym. Bardziej powściągliwy, bardziej instytucjonalny, bardziej „rzymski” w klasycznym znaczeniu tego słowa, mniej pewnie ekstrawertyczny, a bardziej skrupulatny. Ale właśnie dlatego cień poprzednika jest tak interesujący: nie widać go w deklaracjach, lecz w założeniach, w duchu i metodzie. Nie w słowach, lecz w tym, co uznaje się już w Watykanie za oczywiste. Bo oto papież, który mógłby zamknąć franciszkowy rozdział grubą kreską, wybiera drogę syntezy. Przywraca wagę konsystorzom, a więc jednej z najstarszych form papieskiego rządzenia, ale czyni to w świecie już ukształtowanym przez franciszkową wizję Kościoła „wychodzącego”, nieskupionego na sobie, świadomego własnej kruchości. Powiedział to dokładnie, rozpoczynając swój pierwszy konsystorz.

Wtym sensie konsystorz Leona XIV nie jest kontrrewolucją, lecz reinterpretacją. Nie jest powrotem do przeszłości, lecz próbą osadzenia franciszkowej intuicji w stabilniejszej formie. To gest filozoficzny w duchu Arystotelesa: nadanie formy materii, która wcześniej była płynna, dynamiczna, czasem niepokojąco nieokreślona, jak cały ten proces synodalny, od samego początku będący bardziej pomysłem niż jasnym przesłaniem.

Watykan zawsze bowiem lepiej rozumiał kulturę niż politykę. Od wieków dla Stolicy Apostolskiej jasne jest, że prawdziwe zmiany nie dokonują się przez dekret, lecz przez zmianę imaginarium; dokumenty jedynie temu służą. A Franciszek to katolickie, kościelne i watykańskie imaginarium zmienił jak mało kto – od sposobu, w jaki mówi się o władzy, o autorytecie, o centrum i peryferiach, o dramatach i szansach. Nawet jego krytycy przejęli jego język, choć często używają go wbrew jego intencjom.

Leon XIV odziedziczył ten świat i rozwija po swojemu. Świat, w którym nie da się już mówić o Kościele wyłącznie jako o instytucji normatywnej; świat, w którym pytanie o sens poprzedza pytanie o regułę, w którym kardynałowie – nawet jeśli różnią się teologicznie – wiedzą, że nie są jedynie elektorami papieża, lecz współodpowiedzialnymi za los wspólnoty, która wykracza poza Europę, poza Zachód, poza dawne podziały, nie tylko wertykalnie, ale też głębiej, wnikając w to, co nowe, jak internet, technologie czy globalna świadomość.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/michal-klosowski-subtelny-cien-franciszka/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 lutego 2026