Czy radykalne bojówki wybiorą prezydenta Kolumbii?

Podczas gdy kolumbijscy obywatele wybierają prezydenta, miasta i wsie tego kraju są coraz częściej infiltrowane przez uzbrojone bojówki z każdej strony politycznego sporu.
W ostatnich pięciu latach liczebność nielegalnych ugrupowań zbrojnych wzrosła dwukrotnie
.Kolumbia od sześciu dekad żyje w cieniu konfliktu zbrojnego, w którym ścierają się państwo, partyzantki, struktury postparamilitarne i kartele. Wojna pochłonęła setki tysięcy ofiar, a dziś, mimo wcześniejszych prób pokojowego wygaszenia przemocy, kraj znów stoi wobec brutalnej eskalacji. Kampania prezydencka toczy się więc nie tyle wokół pytania, czy bezpieczeństwo jest najważniejszym tematem, lecz wokół tego, jaką cenę Kolumbia jest gotowa zapłacić za próbę jego odzyskania.
Skala problemu jest ogromna i nie sprowadza się już do dawnych linii podziału między rządem a jedną partyzantką. W ostatnich pięciu latach liczebność nielegalnych ugrupowań zbrojnych mniej więcej się podwoiła. Chodzi przede wszystkim o frakcje lewicowej organizacji FARC, Armię Wyzwolenia Narodowego oraz kartel Golfo. Te struktury rozszerzyły wpływy w regionach wiejskich kluczowych dla handlu narkotykami i nielegalnego wydobycia surowców, a wraz z tym odbudowały zdolność do kontrolowania terytoriów, ludności i lokalnych gospodarek przemocy.
To właśnie ta zmiana jest dziś najważniejsza. Kolumbia nie mierzy się wyłącznie z przestępczością zorganizowaną ani z klasyczną partyzantką. Mierzy się z hybrydowym systemem przemocy, w którym grupy zbrojne funkcjonują jednocześnie jako siły quasi-polityczne, mafijne i terytorialne. Kontrola nad trasami kokainowymi, nielegalnym górnictwem, wymuszeniami i lokalnym terrorem stała się fundamentem ich siły. Tam, gdzie państwo po 2016 roku nie potrafiło trwale wejść po demobilizacji części FARC, bardzo szybko powstała próżnia. I tę próżnię zapełnili nowi lub odrodzeni aktorzy przemocy.
Najlepiej widać to na pograniczach i w peryferyjnych częściach kraju. Starcia między ELN a frakcjami dysydenckimi FARC przy granicy z Wenezuelą doprowadziły w ubiegłym roku do masowych przesiedleń i kolejnej destabilizacji całych regionów. Przemoc nie ma już charakteru punktowego. Obejmuje przesiedlenia, wymuszenia, zabójstwa, porwania i zamachy bombowe, a dla mieszkańców wielu prowincji znów staje się codziennym warunkiem życia, a nie wyjątkiem.
Właśnie dlatego obecne wybory są w istocie referendum nad dwoma modelami państwa. Pierwszy zakłada, że bez rozmów z ugrupowaniami zbrojnymi nie da się zatrzymać spirali przemocy. Drugi wychodzi z przeciwnego założenia: że negocjacje tylko kupują grupom zbrojnym czas, pozwalają im się dozbroić i rozszerzyć kontrolę nad kolejnymi obszarami. Spór ten nie jest nowy, ale dziś przybrał wyjątkowo ostrą formę, bo rozgrywa się po kilku latach polityki „całkowitego pokoju”, która miała wygasić konflikt, a w oczach wielu Kolumbijczyków nie przyniosła rozstrzygnięcia.
Krytycy obecnej linii twierdzą, że zawieszenia broni i polityka rozmów pozwoliły ugrupowaniom zbrojnym skonsolidować siły i wykorzystać pauzy w działaniach wojskowych do dalszej ekspansji. Zwolennicy odpowiadają, że nawet niedoskonałe negocjacje ograniczają skalę ofiar i pozostają jedyną realistyczną drogą w kraju, którego nie da się „wyczyścić” siłą bez ogromnych kosztów ludzkich. Problem w tym, że rzeczywistość ostatnich miesięcy osłabia ten drugi argument. Wzrost przymusowych przesiedleń, nasilona walka o strefy produkcji kokainy i kolejne ataki pokazują, że państwo nie odzyskało monopolu na przemoc.
W tle jest również ekonomia wojny. Konflikt w Kolumbii nigdy nie był czysto ideologiczny i dziś jest to jeszcze bardziej widoczne niż dawniej. Kokaina, nielegalne wydobycie złota i innych surowców, lokalne wymuszenia oraz kontrola nad szlakami przemytu stworzyły system samowystarczalny. Grupy zbrojne nie muszą już czekać na wielkich sponsorów politycznych ani zagraniczne wsparcie ideologiczne. Finansują się same. To sprawia, że ich trwałość jest większa, a motywacja do rozbrojenia – mniejsza.
Bezpieczeństwo w Kolumbii nie da się dziś oddzielić od pytania o zdolność państwa do realnej obecności w prowincji. Wielu analityków od lat wskazuje, że największą słabością Bogoty nie jest tylko niewystarczająca siła militarna, lecz trwały brak państwa w regionach oddalonych od centrów władzy. Tam, gdzie nie ma instytucji, szkół, dróg, sądów i stabilnych źródeł utrzymania, tam grupy zbrojne nie muszą podbijać terenu czołgami – wystarczy, że przejmą funkcje arbitra, pracodawcy i lokalnej siły porządkowej.
Oba obozy polityczne proponują inne odpowiedzi na ten sam problem. Jedna strona chce łączyć bezpieczeństwo z reformami społecznymi i obecnością państwa, druga stawia na odstraszanie, więzienia, siłę i zerwanie z polityką ugody. Obie diagnozy dotykają części prawdy. Negocjacje bez zdolności egzekwowania ładu prowadzą do erozji autorytetu państwa, ale sama brutalna pacyfikacja bez odbudowy instytucji zwykle produkuje jedynie nową rundę przemocy.
Właśnie w tym tkwi ciężar obecnej chwili. Kolumbia nie wybiera tylko między prawicą a lewicą, ani nawet między wojną a pokojem. Wybiera między dwoma konkurencyjnymi wizjami tego, jak odzyskać państwo na obszarach, gdzie od dawna nie jest ono pełnym suwerenem. A ponieważ konflikt zbrojny w Kolumbii trwa już sześćdziesiąt lat, żadna z tych dróg nie daje łatwego zwycięstwa.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że dane z ostatnich lat sugerują raczej nową fazę fragmentacji niż zbliżanie się do trwałego pokoju. Ugrupowania zbrojne są liczniejsze, bogatsze i mocniej zakorzenione terytorialnie niż kilka lat temu. Jeśli ten trend się utrzyma, Kolumbia może wejść w kolejny okres długiej destabilizacji – nie takiej jak dawniej, z dominującą jedną partyzantką i jasno zdefiniowanym przeciwnikiem, lecz bardziej rozproszonej, wielobiegunowej i trudniejszej do opanowania.
Obecna kampania to gra o wysoką stawkę. Nie chodzi tylko o zmianę rządu, ale o wybór modelu odpowiedzi na przemoc, która znów zaczyna definiować państwo bardziej niż państwo definiuje ją. Kolumbia stoi dziś przed pytaniem, którego nie zdołała rozwiązać przez pokolenia: jak odzyskać kontrolę nad terytorium, nie tracąc przy tym kontroli nad samą republiką.
Maciej Bzura



