Arabia Saudyjska szuka wsparcia przeciw Huti. Stawką jest bezpieczeństwo Morza Czerwonego

Arabia Saudyjska próbuje zbudować szerszy front przeciwko Huti po ich ostatnich sukcesach w Jemenie. Według izraelskiego dziennika „Israel Hajom” następca tronu Mohammed bin Salman zwrócił się o pomoc do kilku państw Bliskiego Wschodu, a za pośrednictwem amerykańskiego CENTCOM także do Izraela. Rijad obawia się przede wszystkim, że dalsze postępy jemeńskich rebeliantów pozwolą im skuteczniej kontrolować cieśninę Bab al-Mandab i uderzać w saudyjską infrastrukturę naftową.
Zagrożone zostały dwie alternatywne drogi eksportu ropy
Saudyjczycy mieli bezpośrednio kontaktować się z Egiptem i państwami Zatoki Perskiej, prosząc o wsparcie wobec szybko zmieniającej się sytuacji w Jemenie. W przypadku Izraela rozmowy mają być prowadzone pośrednio przez Dowództwo Centralne USA. Chodzi przede wszystkim o informacje wywiadowcze i inne formy pomocy, które utrudniłyby Huti sparaliżowanie ruchu przez Bab al-Mandab.
Cieśnina ma dla Rijadu znaczenie znacznie większe niż wynikałoby z jej niewielkich rozmiarów. Łączy Zatokę Adeńską z Morzem Czerwonym, a dalej z Kanałem Sueskim i Morzem Śródziemnym. Jeżeli ten szlak zostanie poważnie zakłócony, statki płynące między Azją i Europą muszą kierować się wokół Afryki.
Dla Arabii Saudyjskiej kryzys jest jeszcze poważniejszy, bo niemal jednocześnie zagrożone zostały dwie alternatywne drogi eksportu ropy. Tankowce płynące z portów nad Morzem Czerwonym korzystają z Bab al-Mandab, natomiast rurociąg East-West pozwala przesyłać surowiec ze wschodu kraju właśnie nad Morze Czerwone z pominięciem cieśniny Ormuz. W ostatnich dniach transport rurociągiem został jednak wstrzymany po atakach na saudyjską infrastrukturę.
Dodatkowo Huti naciskają na samą żeglugę. Jeszcze w lipcu ostrzegali przedsiębiorstwa transportowe, że statki korzystające z saudyjskich portów mogą stać się celem. W odpowiedzi część tankowców zmieniała kurs.
Kim są Huti?
Huti, czyli Ansar Allah, wyrośli z ruchu zajdyckiego z północnego Jemenu. Zajdyci należą do szyickiej gałęzi islamu, choć ich tradycja religijna różni się od dominującego w Iranie szyizmu dwunastkowego. Sam ruch pojawił się jeszcze przed obecną wojną domową jako odpowiedź na polityczne i gospodarcze marginalizowanie północnych regionów kraju.
Nazwa pochodzi od rodziny al-Huti. Hussein Badreddin al-Huti, duchowny i jeden z najważniejszych twórców ruchu, zginął w 2004 roku podczas walk z siłami ówczesnego prezydenta Alego Abd Allaha Saleha. Kolejne konflikty zamiast zniszczyć organizację stopniowo ją wzmacniały.
Przełom nastąpił w 2014 roku, kiedy Huti zajęli Sanę. Rok później Arabia Saudyjska stworzyła koalicję wojskową, która rozpoczęła szeroką interwencję w Jemenie po stronie władz uznawanych międzynarodowo. Wojna doprowadziła do ogromnego kryzysu humanitarnego i pozostawiła kraj faktycznie podzielony pomiędzy kilka ośrodków władzy.
Huti kontrolują Sanę i znaczną część najbardziej zaludnionych obszarów Jemenu, a przez lata przekształcili się z lokalnego ruchu rebelianckiego w organizację dysponującą pociskami balistycznymi, dronami, rakietami przeciwokrętowymi i własnym aparatem państwowym.
Nie są prostą filią Iranu. Posiadają własne cele, strukturę i lokalne zaplecze społeczne. Jednocześnie skala irańskiego wsparcia dla organizacji wyraźnie wzrosła w czasie wojny. Teheran zapewniał jej technologie, szkolenia i pomoc przy rozwoju uzbrojenia, dzięki czemu Huti stali się jednym z najbardziej użytecznych elementów irańskiej sieci wpływów na Bliskim Wschodzie.
Ofensywa zmienia sytuację nad Morzem Czerwonym
Obecne alarmy w Rijadzie są związane przede wszystkim z błyskawicznymi zdobyczami terytorialnymi Hutich. Pod koniec ubiegłego tygodnia przejęli port Mokka oraz wyspy Hanisz, wyraźnie poprawiając swoje położenie na południowym odcinku Morza Czerwonego.
Według źródeł cytowanych wcześniej przez Reutersa ofensywa miała otrzymać bezpośrednie wsparcie irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Teheran miał przekazać dodatkowe pieniądze, uzbrojenie oraz skierować do Jemenu bardziej doświadczonych oficerów. Jeżeli te informacje są trafne, oznaczałoby to wyraźne podniesienie znaczenia frontu jemeńskiego w całej strategii Iranu.
Dla Teheranu Huti stali się szczególnie cenni po osłabieniu innych elementów tzw. osi oporu. Organizacja może wywierać presję na Arabię Saudyjską, Izrael i światowy handel przy relatywnie niewielkim bezpośrednim zaangażowaniu Iranu. O strategicznym znaczeniu tego mechanizmu na łamach Wszystko co Najważniejsze pisał Michał Kłosowski, zwracając uwagę, że kryzys na Morzu Czerwonym zmusza USA do angażowania drogich systemów obronnych i okrętów na dużą skalę.
Huti pokazali już po rozpoczęciu wojny w Strefie Gazy, że nawet bez pełnej kontroli nad wybrzeżem potrafią zakłócić światową żeglugę. Ataki rakietowe i dronowe zmuszały armatorów do omijania Morza Czerwonego i płynięcia wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Teraz ich możliwości mogą być większe, ponieważ nowe pozycje pozwalają działać bezpośrednio nad jednym z najwęższych odcinków trasy.
Saudyjczycy znów znaleźli się w centrum wojny
Arabia Saudyjska przez ostatnie lata próbowała wyjść z wojny jemeńskiej. Interwencja rozpoczęta w 2015 roku okazała się kosztowna, nie przyniosła zdecydowanego zwycięstwa i wystawiła saudyjskie miasta oraz instalacje przemysłowe na ataki rakietowe i dronowe. Rijad zaczął więc szukać porozumienia, również poprzez rozmowy z Iranem.
Obecna ofensywa może zmusić Mohammeda bin Salmana do znacznie aktywniejszej polityki. Saudyjskie lotnictwo ponownie uderza w cele na terenie Jemenu, podczas gdy Huti atakują bazy wojskowe i sektor naftowy Królestwa. Problem dotyczy bezpośrednio jednego z najważniejszych projektów MBS, czyli wielkiej modernizacji saudyjskiej gospodarki. Plan ten wymaga stabilności, inwestycji zagranicznych i przewidywalnego eksportu ropy.
Dlaczego Rijad może potrzebować Izraela?
Prośba o pomoc izraelskiego wywiadu byłaby politycznie wrażliwa. Arabia Saudyjska i Izrael nie utrzymują pełnych stosunków dyplomatycznych, choć od lat istnieją między nimi nieformalne kanały kontaktu. Oba państwa mają wspólny problem w postaci Iranu, ale normalizacja relacji została zahamowana przez wojnę w Strefie Gazy i sytuację palestyńską.
Huti mogą paradoksalnie zbliżyć obie strony. Izrael ma duże doświadczenie w wykrywaniu irańskich systemów rakietowych i dronowych, a w ostatnich latach wielokrotnie atakował cele Hutich. Dla Saudyjczyków takie informacje mogą okazać się szczególnie użyteczne przy ochronie portów, rafinerii, lotnisk i szlaków żeglugowych.
Nie oznacza to, że obecny kryzys automatycznie doprowadzi do saudyjsko-izraelskiego porozumienia. Mohammed bin Salman musi brać pod uwagę zarówno opinię publiczną w świecie arabskim, jak i sytuację wewnętrzną. Może jednak przedstawiać współpracę wywiadowczą jako kwestię bezpieczeństwa państwa, a nie formalny sojusz polityczny.
Dla Egiptu zagrożenie jest równie konkretne. Jeśli ruch przez Bab al-Mandab zostanie ograniczony, mniej statków dotrze do Kanału Sueskiego. Oznacza to spadek wpływów z tranzytu w momencie, gdy egipska gospodarka już zmaga się z poważnymi trudnościami.
Cały kryzys pokazuje, jak duże znaczenie mają dziś niewielkie geograficznie punkty kontrolujące światowy transport. Bab al-Mandab należy do takich miejsc obok Ormuz, Malakki czy Bosforu. Jan Śliwa pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że podobne cieśniny i kanały mogą stać się narzędziami politycznego nacisku, ponieważ zależy od nich funkcjonowanie całych łańcuchów dostaw.
Dzisiejszy problem Arabii Saudyjskiej polega właśnie na tym, że Huti przestali być jedynie przeciwnikiem w jemeńskiej wojnie domowej. Są siłą zdolną wpływać na ceny ropy, ruch przez Kanał Sueski i bezpieczeństwo energetyczne kilku państw jednocześnie. Dlatego Rijad szuka dziś partnerów szerzej niż podczas wcześniejszych etapów wojny. Jeśli informacje o pośredniej prośbie skierowanej do Izraela się potwierdzą, będzie to kolejny dowód, że ofensywa Hutich zaczyna zmieniać nie tylko sytuację w Jemenie, ale cały regionalny układ bezpieczeństwa.
MB




