Maciej ŚWIRSKI: The Traitor Within. Jak Zachód zbudował własnego kata?

The Traitor Within. Jak Zachód zbudował własnego kata?

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Cywilizacja, która utraciła zdolność rozpoznawania własnego interesu, która nie potrafi odróżnić własnych myśli od myśli, które ktoś dla niej wyprodukował, która nagradzała przez pięćdziesiąt lat tych, którzy tę zdolność systematycznie degradowali, taka cywilizacja nie jest naprawialna przez zmianę infrastruktury. Jest naprawialna tylko przez odbudowę zdolności myślenia – pisze Maciej ŚWIRSKI

.Przez ostatnie trzy dekady Zachód wyprodukował więcej analiz o zagrożeniu ze strony Rosji i Chin niż w całej zimnej wojnie. Raporty były grubsze, think-tanki lepiej finansowane, struktury wywiadowcze bardziej rozbudowane, modele zagrożeń bardziej wyrafinowane i w tym samym czasie Zachód stawał się od tych państw coraz bardziej zależny: energetycznie, technologicznie, finansowo i narracyjnie. Powyższe zdanie wymaga chwili zatrzymania, bo intuicja każe szukać błędu w jednym z elementów. Albo analizy były złe, albo politycy głupi, albo ktoś był przekupiony. Tymczasem wszystkie elementy działały poprawnie i mimo to doszło do tego, do czego doszło. Właśnie w tym tkwi definicja skutecznej operacji środków aktywnych. 

Chodzi o to, żeby ofiara, wiedząc, nie mogła działać. Żeby działanie stało się strukturalnie niemożliwe, bo nie daje się wyobrazić jako racjonalne posunięcie w ramach istniejącego systemu instytucji, narracji i interesów oraz systemu poznawczego. 

Niemcy wiedzieli o uzależnieniu od rosyjskiego gazu. Mieli raporty. Mieli ostrzeżenia ze strony Stanów, ze strony Polski, ze strony własnych służb. I budowali Nord Stream 2. W ramach środowiska decyzyjnego, które przez dwie dekady było aktywnie konstruowane, każda inna decyzja wydawała się mniej racjonalna: droższa, bardziej ryzykowna, bardziej konfrontacyjna, mniej europejska. 

Ktoś zaprojektował to środowisko. Przez lata inwestował w to, żeby określone decyzje wydawały się w nim naturalne, a inne ekscentryczne lub wręcz niebezpieczne. To opis konkretnych operacji: finansowania partii, „obrotowych drzwi” między polityką a przemysłem gazowym, budowania sieci eksperckich produkujących określone rekomendacje, wspierania ruchów politycznych, które „antymilitaryzm” i uzależnienie energetyczne nazywały pokojem i pragmatyzmem. 

Środki aktywne, termin ze słownika KGB i dziś używany przez analityków NATO, to coś innego niż propaganda w starym sensie. Propaganda mówi ci, co masz myśleć. Środki aktywne budują matrycę, w której sam dochodzisz do wniosków, o które chodziło. Przed propagandą można się bronić, bo wystarczy zakwestionować źródło. Przed aktywnie skonstruowaną ramą poznawczą nie ma prostej obrony, bo nie ma zewnętrznego nadawcy, którego można odrzucić. Jesteś w niej. Twoje instytucje są w niej. Twoje kategorie oceny rzeczywistości zostały w niej ukształtowane. 

Zachód wszedł w ten system stopniowo, przez dekady, i w dużej mierze dobrowolnie. Tu zaczyna się najtrudniejsza część analizy, bo wygodniej jest myśleć o sobie jako o ofierze infiltracji niż jako o uczestniku transakcji, której warunków się nie czytało. Europa nie była wyłącznie celem operacji. Była jej aktywnym współuczestnikiem. Najpierw jednak trzeba zrozumieć mechanizm, bo bez niego ani diagnoza Europy, ani to, co dzieje się w Waszyngtonie, nie będą miały sensu. 

.W 1978 roku Jurij Bezmienow, oficer KGB pracujący pod przykrywką dziennikarza w Indiach, poprosił o azyl w Kanadzie. Przez następne lata dawał wywiady i wykłady, w których opisywał dokładnie, jak działa sowiecka operacja wpływu na społeczeństwa zachodnie. Mówił o tym spokojnie, szczegółowo, z nazwiskami i mechanizmami. Nikt szczególnie nie słuchał, bo to, co mówił, nie mieściło się w kategoriach poznawczych Zachodu tamtego czasu. 

Bezmienow opisywał czterofazowy proces: demoralizacja, destabilizacja, kryzys, normalizacja. Pierwsza faza, najdłuższa, trwająca pokolenie, polega na zmianie sposobu, w jaki społeczeństwo ocenia rzeczywistość. Kiedy ta faza jest zakończona, można człowiekowi pokazać dowody, a on ich nie przyjmie, bo jego aparat poznawczy został przeformatowany tak, żeby były w nim nieczytelne. 

Zachód słyszał to i klasyfikował jako zimnowojenną egzotykę. Trochę ciekawą, trochę paranoiczną, na pewno przesadzoną. Tymczasem nie było w tym przesady. 

Środki aktywne, po rosyjsku активные мероприятия, to doktryna operacyjna, która w sowieckim, a potem rosyjskim aparacie bezpieczeństwa nigdy nie straciła statusu głównego narzędzia. Według analityków FBI działania rosyjskie za pomocą „active measures” są w czasach postsowieckich dużo intensywniejsze niż za czasów ZSRS. Metoda ta nie zastępowała wywiadu klasycznego ani działań militarnych, lecz stanowiła i stanowi warstwę nad nimi i pod nimi. Jej celem jest wpływ na kształt matrycy decyzyjnej przeciwnika: sprawienie, żeby sam podejmował decyzje korzystne dla operatora, przekonany, że wynikają one z jego własnych wartości, interesów i racjonalnej oceny sytuacji. 

Zachodnie struktury obronne zostały zbudowane do odpowiedzi na zagrożenia, które mają adres. Armia przekracza granicę, rakieta zostaje wystrzelona, szpieg złapany. Każdy z tych modeli zakłada, że zagrożenie jest identyfikowalne, atrybutowalne i rozróżnialne od nie-zagrożenia. Środki aktywne działają dokładnie w tej szczelinie. Ich skuteczność polega na tym, że nie dają się odróżnić od normalnego życia politycznego, kulturalnego i gospodarczego. Finansowanie partii politycznych przez zagraniczne podmioty się zdarza. Lobbing w interesie obcych korporacji się zdarza. Akademicy kwestionujący NATO też się zdarzają. Media finansowane z zewnątrz opisujące zachodnie demokracje jako hipokryzję się zdarzają. Każdy z tych elementów z osobna jest do wyjaśnienia. Razem, jako skoordynowana architektura, tworzą system, w którym pewne decyzje stają się niemożliwe. 

.Weźmy Niemcy i gaz, bo abstrakcja tu nie wystarczy. Historię, którą wszyscy znają, ale której mechanizm jest zazwyczaj opisywany błędnie, jako naiwność albo korupcja. Żadne z tych wyjaśnień nie odpowiada skali i systematyczności zjawiska. 

Od połowy lat dziewięćdziesiątych przez Berlin przepływały rosyjskie pieniądze w kierunku, który nigdy nie był przypadkowy: partie polityczne obu stron sceny, fundacje think-tankowe, byli kanclerze i ministrowie lądujący w radach nadzorczych Gazpromu, kampanie medialne przedstawiające uzależnienie od rosyjskiego gazu jako pragmatyzm i stabilizację. Równolegle trwało aktywne wspieranie ruchów antynuklearnych i antyłupkowych, które eliminowały każdą alternatywę energetyczną. Zielona transformacja, miejmy nadzieję, że szczera w swoich ekologicznych intencjach, była funkcjonalnie doskonałym narzędziem pogłębiania zależności od importowanego gazu. Ktoś w Moskwie zacierał ręce, że jest aż tylu pożytecznych idiotów. 

Efekt po trzydziestu latach: Niemcy z początkiem wojny na Ukrainie zostali z ponad połową importu gazu uzależnioną od Rosji, bez własnej zdolności do szybkiego przestawienia się i z klasą polityczną, która szczerze wierzyła, że każde zakwestionowanie Nord Stream 2 jest prawicowym populizmem. Większość tych ludzi nie była przekupiona. Funkcjonowali wewnątrz systemu incentywów, który ktoś inny skonstruował, i myśleli kategoriami, które ktoś inny wyprodukował, nie mając nawet narzędzi, żeby to zauważyć, bo te narzędzia też były częścią tego systemu.  Właśnie o tym mówił Bezmienow. Kiedy demoralizacja jest zakończona, można człowiekowi pokazać dowód na cokolwiek. I on go nie przyjmie. 

.Chiny grały w tę samą grę, ale na innych instrumentach i z większą cierpliwością. 

Sowiecka doktryna aktywnych środków była operacyjna: miała konkretne cele w konkretnym czasie. Chiński odpowiednik, rozwijany przez KPCh przez cztery dekady, jest bardziej strukturalny. Mniej interesuje go zmiana konkretnej decyzji, bardziej zmiana systemu, w którym decyzje są w ogóle możliwe. Konfucjański horyzont czasowy zamiast leninowskiego. 

Narzędzia były inne: penetracja łańcuchów dostaw, uzależnienie od chińskiego rynku jako instrument autodyscypliny zachodnich korporacji i rządów, finansowanie zachodnich uczelni i think-tanków, tworzenie strukturalnej niemożności konfrontacji przez wzajemne przeplatanie gospodarek. Kiedy Apple produkuje w Chinach, Tim Cook nie potrzebuje być przekupiony, żeby lobbować w Waszyngtonie przeciwko sankcjom. Robi to z własnej kalkulacji biznesowej. Pekin nie musi go prosić, bo zaprojektował sytuację, w której Cook sam to zrobi. To jest mistrzostwo środków aktywnych na poziomie systemowym: kiedy twoje narzędzia wpływu są jednocześnie racjonalnymi aktorami realizującymi własne interesy. 

Zachód nie przegrał dlatego (o ile to słowo jest tu właściwe), że popełnił błędy taktyczne. Przegrał, bo przestał rozpoznawać, że toczy grę, w której można przegrać.

Nie umiał zobaczyć, że toczy wojnę. Nikt nie przekroczył granicy, nie wystrzelił rakiety, nie złapał szpiega. Wszystko wyglądało jak normalne stosunki gospodarcze, normalna polityka, normalny dyskurs akademicki. Przez pięćdziesiąt lat. A potem przyszedł 2016 rok i część elektoratu, która nie czytała raportów i nie znała terminu aktivnyye meropriyatiya, instynktownie poczuła, że coś jest głęboko nie tak. Że instytucje nie działają dla nich. Że elity mówią jednym językiem w kampanii, a innym przy władzy. Że coś zostało zabrane przez system, który przestał być ich systemem. Nie mieli nazwy na to, co czuli, ale wektor był trafny. 

.Jest pewna narracja o Europie, którą Europa lubi o sobie opowiadać: że była mostem między Wschodem a Zachodem, że handel buduje pokój, że miękka siła jest dojrzalsza od twardej, że uzależnienie energetyczne było ceną pragmatyzmu, że Ostpolitik Brandta był mądrością. Narracja wygodna i zarazem, w znacznej mierze, produkt tej samej operacji, którą tu opisuję. 

Zacznijmy od tego, co najtrudniejsze do przyjęcia: Europa nie była nieświadomą ofiarą infiltracji. Była aktywnym uczestnikiem transakcji, której warunki były zapisane małym drukiem, którego nikt nie chciał czytać, bo oferta w nagłówku była zbyt atrakcyjna. 

Co Europa dostała? Tani gaz, który przez trzy dekady subsydiował przemysł i pozwalał utrzymywać standard życia nieadekwatny do rzeczywistej produktywności. Tanie towary z Chin, dzięki którym klasa polityczna mogła mówić o rosnącym dobrobycie w czasie, gdy przemysł wytwórczy był systematycznie przenoszony na wschód. Zdjęcie odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, bo parasol NATO finansowany przez Stany pozwalał wydawać na obronę poniżej każdego rozsądnego progu i kierować te środki na rozbudowę państwa socjalnego. Wygodną tożsamość polityczną: Europa jako projekt pokoju, multilateralizmu i miękkiej siły, jako moralna alternatywa dla amerykańskiego unilateralizmu i imperializmu.

W zamian oddała rzeczy, których wartości nie umiała lub nie chciała wycenić. Suwerenność energetyczną, oddawaną stopniowo, przez kolejne decyzje, z których każda z osobna wydawała się pragmatyczna, a razem tworzyły strukturalną niemożność samodzielnego działania. Kontrolę nad łańcuchami dostaw w sektorach strategicznych, przenosząc produkcję tam, gdzie było taniej, bez pytania, co się stanie, gdy „muzyka przestanie grać”. Zdolność do samodzielnej oceny zagrożeń, bo ocena zagrożeń kosztuje, a Europa stopniowo redukowała swój aparat wywiadowczy, wojskowy i analityczny. I wreszcie, co najtrudniej zmierzyć, oddała elity. To ostatnie wymaga rozwinięcia, bo jest najczęściej pomijane. 

.Kiedy mówimy o infiltracji elit, odruchowo myślimy o kopertach, kontach na Kajmanach, szantażu. To się zdarzało, przypadki są udokumentowane. Skupienie się na korupcji jest jednak wygodnym uproszczeniem, bo pozwala powiedzieć: to byli źli ludzie, wyjątki, system w sumie działał. 

System nie działał. 

Mechanizm był subtelniejszy. Europejskie elity, akademickie, medialne, polityczne, korporacyjne funkcjonowały w systemie zachęt, w którym pewne poglądy były nagradzane, a inne karane. Profesor, który pisał o zagrożeniu ze strony rosyjskich środków aktywnych, dostawał mniej grantów, mniej zaproszeń na konferencje, mniej recenzji w mainstreamowych mediach niż profesor piszący o potrzebie dialogu. Dziennikarz tropiący rosyjskie finansowanie europejskich partii był marginalizowany jako paranoiczny rusofob, podczas gdy dziennikarz opisujący NATO jako relikt zimnej wojny budował karierę w prestiżowych redakcjach. Polityk mówiący o uzależnieniu energetycznym jako zagrożeniu bezpieczeństwa był traktowany jako prawicowy ekstremista zakłócający europejską harmonię. Nikt nie musiał wydawać rozkazów. System sam selekcjonował. Dziennikarz nakręcający historię klimatyczną był i jest zapraszany i nagradzany. 

Sedno europejskiej odpowiedzialności jest w tym, że ten system nie powstał z zewnątrz i nie był narzucony siłą. Był współtworzony przez samych Europejczyków, którzy mieli powody, żeby go lubić. Lewicowe elity dostawały legitymizację dla swoich antymilitarystycznych intuicji, korporacje otwarte rynki i tanie zasoby, politycy możliwość rządzenia bez trudnych wyborów. Wszyscy dostawali narrację, w której Europa była centrum moralnego postępu ludzkości, a każdy, kto to kwestionował był barbarzyńcą. 

Rosja i Chiny nie musiały tej narracji wymyślać. Wystarczyło ją wzmacniać i pilnować, żeby nikt jej nie zakłócał. Finansowały media i think-tanki, które ją reprodukowały, wspierały ruchy polityczne, które ją reprezentowały, eliminowały z publicznego dyskursu głosy kwestionujące, przez marginalizację, co jest znacznie skuteczniejsze od cenzury, bo nie produkuje męczenników. Każda poważna próba zakwestionowania zależności energetycznej była przedstawiana jako prawicowy populizm albo antyeuropejski nacjonalizm. Każda próba twardszego podejścia do Chin jako protekcjonizm zagrażający dobrobytowi. Każda dyskusja o rosyjskich operacjach wpływu jako zimnowojenną paranoję, albo rusfobię. A także jako ksenofobię.

.Europa Środkowa widziała to inaczej. 

Polska, kraje bałtyckie, Rumunia, Czechy mówiły przez lata to samo: Nord Stream 2 jest narzędziem geopolitycznym a nie biznesem, Rosja jest rewizjonistyczną potęgą chcącą odbudować strefę wpływów, uzależnienie energetyczne jest bronią. Były ignorowane albo atakowane jako nacjonalistyczne i nieeuropejskie. 

Dziś wiemy, że miały rację. Ważniejsze od pytania, kto miał rację, jest pytanie: dlaczego miały rację? Co sprawiło, że Warszawa widziała to, czego Berlin nie chciał zobaczyć? 

Europa Środkowa widziała to dlatego, że była wewnątrz innej ramy myślenia, ukształtowanej przez doświadczenie, którego Europa Zachodnia nie miała: życie jako obiekt obcej wielkiej strategii, wiedza o tym, jak to wygląda, gdy ktoś konstruuje twoją matrycę decyzyjną od zewnątrz, pamięć instytucjonalna o tym, czym kończą się ustępstwa wobec rewizjonistycznych potęg. To nie był intelektualny wgląd. To był system wczesnego ostrzegania zbudowany z historycznego urazu. 

Europa Zachodnia miała za to coś innego: trzy dekady rosnącego dobrobytu, malejącego poczucia zagrożenia i nagradzanego przekonania, że historia się skończyła i że jeśli będziemy wystarczająco otwarci, wystarczająco wielostronni i wystarczająco europejscy, wszyscy wokół nas staną się tacy sami. Historia jednak się nie skończyła. Europa Zachodnia, zanurzona w konstrukcji rzeczywistości przygotowanej przez kogoś innego, straciła zdolność, żeby to zobaczyć. 

.Po drugiej stronie Atlantyku, mniej więcej w tym samym czasie, część społeczeństwa, która też nie czytała raportów i nie znała terminu Active Measures, zaczęła instynktownie czuć, że coś zostało zabrane. Że system przestał być ich systemem. Że globalizacja, którą im sprzedano jako dobrobyt, była dobrobytem dla kogoś innego, a ich miejsca pracy odpłynęły do Chin. I ta część społeczeństwa zrobiła coś, czego Europa nie była w stanie zrobić: dała mandat polityczny komuś, kto powiedział, że to trzeba rozmontować. 

Żaby zrozumieć MAGA jako zjawisko, trzeba przestać je rozumieć jako zjawisko polityczne. To nie jest partia, to nie jest ideologia w klasycznym sensie, nie jest też to ruch z koherentną teorią zmiany społecznej. Próby analizowania MAGA przez kategorie lewicy i prawicy lub tradycyjny aparat polityczny produkują wyniki bez mocy poznawczej. 

MAGA jest odpowiedzią immunologiczną. Używam tej metafory precyzyjnie. Układ immunologiczny nie rozumie wirusologii. Rozpoznaje wzorzec, reaguje. Reakcja jest często nieprecyzyjna, niszczy przy okazji zdrowe tkanki, wywołuje gorączkę, która sama w sobie jest bolesna. Może być nadmierna. Kierunek reakcji jest jednak trafny: coś jest nie tak i organizm mobilizuje zasoby, żeby to naprawić. 

Elektorat, który stworzył MAGA, nie przeczytał raportów o środkach aktywnych, nie studiował doktryny Służby A KGB ani Wydziału Międzynarodowego KC KPZR, nie śledził przepływów rosyjskich pieniędzy z SWR przez europejskie systemy partyjne. Żył jednak w systemie, który te operacje ukształtowały, i czuł to w sposób trudny do nazwania, ale niemożliwy do zignorowania. Czuł, że praca w przemyśle zniknęła dlatego, że ktoś podjął decyzje, które na to pozwoliły. A instytucje, które miały go reprezentować, reprezentują interesy, których nie rozpoznaje jako swoje.

Widział, że media informują o rzeczywistości, której nie rozpoznaje jako swojej, a eksperci mylili się systematycznie i nigdy nie ponosili za to konsekwencji. 

To nie była paranoja, lecz trafna diagnoza systemu, nawet jeśli bez prawidłowej etiologii. 

Analogia medyczna jest tu użyteczna w jeszcze jednym sensie. Kiedy pacjent mówi lekarzowi, że coś jest nie tak, ale nie potrafi podać diagnozy, zadaniem lekarza jest tę diagnozę postawić, a nie kwestionować, że pacjent coś czuje. Zachodnie elity właśnie to robiły: kwestionowały, że pacjent w ogóle jest chory. Mówiły mu, że czuje to, co czuje, dlatego, że jest niewyedukowany, ksenofobiczny, podatny na populizm. Że właściwe leczenie to więcej edukacji, więcej otwartości, więcej integracji, że trzeba być woke. Pacjent w 2016 roku wyrzucił lekarza i zaczął szukać kogoś innego. 

Trump nie był diagnozą. Był objawem tego, że dotychczasowi lekarze stracili zaufanie. Instynkt, który pchnął elektorat w jego kierunku, był jednak strukturalnie trafny, nawet jeśli Trump sam nie miał koherentnej teorii tego, co naprawia. Wektor wskazywał: coś zostało zabrane przez system, który przestał być nasz, przez elity, które przestały nas reprezentować, przez globalne struktury optymalizujące wyniki dla kogoś innego. Zaplecze intelektualne, które się wokół tego zorganizowało, Heritage Foundation i sieć think-tanków, zrobiło coś rzadkiego w historii ruchów politycznych: wzięło instynktowną reakcję społeczną i zaczęło budować dla niej koherentną ramę analityczną po fakcie. MAGA wymusiło na Heritage, żeby myślało inaczej, a nie odwrotnie.  I ta rama, kiedy zaczęła powstawać, okazała się zaskakująco precyzyjna w diagnozowaniu tego, co przez pięćdziesiąt lat robiły aktywne środki Rosji i Chin w zachodniej matrycy decyzyjnej. 

.Przyjrzyjmy się temu, co MAGA jako program działania faktycznie robi. Odbudowuje zdolność przemysłową Stanów, cofając dekady deindustrializacji, która była funkcjonalnie korzystna dla Chin. Demontuje uzależnienie od chińskich łańcuchów dostaw w sektorach strategicznych. Wymusza na europejskich sojusznikach realne wydatki na obronę, kończąc z modelem, w którym Europa korzysta z parasola NATO, nie płacąc za niego. Kwestionuje multilateralne struktury, WTO, WHO, Porozumienie Klimatyczne z Paryża, które były skutecznie instrumentalizowane przez Chiny i Rosję. 

Każdy z tych elementów jest bezpośrednią odpowiedzią na konkretne narzędzie środków aktywnych. 

Deindustrializacja Stanów nie była wyłącznie efektem wolnego rynku. Była wynikiem chińskiej polityki przemysłowej, manipulacji walutowej, kradzieży własności intelektualnej i dumpingu, prowadzonych przy aktywnym lobbingu zachodnich korporacji, które na tym zarabiały, i przy intelektualnej legitymizacji przez ekonomistów tłumaczących to „komparatywnymi korzyściami”. Odbudowa produktywności jest odzyskiwaniem narzędzia, którego brak czynił Stany strukturalnie niezdolnymi do działania w konflikcie z Chinami. 

Uzależnienie łańcuchów dostaw od Chin było głównym instrumentem chińskiej autodyscyplinującej kontroli nad zachodnimi elitami korporacyjnymi. Kiedy Apple, Intel czy Qualcomm mają trzydzieści do czterdziestu procent przychodów zależnych od chińskiego rynku i chińskiej produkcji, ich CEO nie musi być przekupiony, żeby lobbować przeciwko sankcjom. Demontaż tych łańcuchów, bolesny i ekonomicznie nieefektywny w krótkim terminie, jest operacją usuwania tej dźwigni. 

Wymuszanie wydatków obronnych na Europie jest uderzeniem w model, który prawie przez czterdzieści lat pozwalał europejskim elitom budować tożsamość polityczną na antymilitaryzmie i przekierowywać na państwo dobrobytu środki przeznaczone na obronę. Spełniło się przy tym marzenie Carla Sagana o cywilizacji, która wyda swoje pieniądze na szkoły zamiast na czołgi, z tą różnicą, że Sagan nie przewidział, kto na tym skorzysta, co czyni go w tej mierze po prostu pożytecznym idiotą. Demilitaryzowana Europa była Europą niezdolną do samodzielnego działania, uzależnioną od Stanów i zdolną do szantażowania Stanów groźbą wycofania politycznego wsparcia, kiedy Waszyngton żądał zbyt wiele.

Kwestionowanie multilateralnych struktur to najtrudniejszy element do obrony, bo struktury te zawierają też elementy, które działają i których demontaż jest szkodliwy. Diagnoza, że były instrumentalizowane, jest jednak trafna. WHO w czasie pandemii zachowywało się jak organizacja, której głównym klientem są Chiny. WTO nie było w stanie wyegzekwować reguł wobec chińskich praktyk handlowych. Porozumienie Paryskie nakładało symetryczne zobowiązania na kraje produkujące dwanaście procent globalnych emisji, nie nakładając ich na kraj produkujący trzydzieści procent. Te struktury nie były neutralnymi narzędziami globalnego zarządzania. Były areną, na której środki aktywne były grane ze szczególną skutecznością, bo zasady gry obowiązywały wybiórczo, choć przedstawiane były jako powszechne. 

Wróćmy do metafory immunologicznej, bo ma ona ciemną stronę, której nie można pominąć. 

Odpowiedź immunologiczna może być jednocześnie skuteczna i destrukcyjna. Gorączka zabija wirusy, ale przy czterdziestu jeden stopniach zaczyna niszczyć własne tkanki. Układ immunologiczny, który nie potrafi odróżnić własnego od obcego, wywołuje choroby autoimmunologiczne. 

MAGA niszczy rzeczy, które były skolonizowane, ale niszczy też rzeczy, które skolonizowane nie były. Kwestionowanie niezależności sądownictwa, erozja norm instytucjonalnych, instrumentalizacja aparatu państwowego, podważanie sojuszniczych relacji będących realnym zasobem bezpieczeństwa, to uszkadzane przy okazji zdrowe tkanki. Pytanie, czy ta cena jest do zaakceptowania, jest pytaniem usprawiedliwionym i na które nie ma prostej odpowiedzi. Argument ten jest jednak często używany odwrotnie niż powinien. Z faktu, że MAGA niszczy przy okazji zdrowe tkanki, nie wynika, że nic nie wymagało naprawy. Z faktu, że odpowiedź immunologiczna jest nadmierna, nie wynika, że organizm był zdrowy. Organizm nie był zdrowy.

.W tym kontekście, organizmu rozpoczynającego odpowiedź immunologiczną chaotyczną i kosztowną, ale kierunkowo trafną, trzeba rozumieć to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. 

Żeby zrozumieć, co dzieje się z Iranem, trzeba przestać czytać to jako politykę zagraniczną USA. Polityka zagraniczna ma cele negocjowalne, kompromisy akceptowalne, partnerów szanowanych nawet w sporze. Ma horyzont dyplomatyczny, logikę wzajemności. To, co Stany robią wobec Iranu i szerzej wobec architektury energetycznej i militarnej Bliskiego Wschodu, jest operacją demontażu konkretnych węzłów w sieci, która przez trzy dekady była infrastrukturą wzajemnego ubezpieczenia trzech rewizjonistycznych potęg. Sieci pozwalającej każdej z nich działać powyżej swoich rzeczywistych możliwości, bo koszty i ryzyka były współdzielone. 

Rosja, Iran i Chiny nie są sojuszem w klasycznym sensie. Nie mają wspólnego dowodzenia, wspólnej doktryny ani szczególnej sympatii. Łączy je zbieżność interesów w demontażu zachodniego systemu sankcji i możliwości projekcji siły oraz sieć funkcjonalnych współzależności przekształcająca tę zbieżność w realną zdolność operacyjną. 

Na poziomie finansowym zachodni system sankcji jest tak skuteczny, jak szczelna jest jego infrastruktura. Rosja po 2022, Iran po 2012 stanęli przed tym samym problemem: jak transferować pieniądze, jak sprzedawać surowce, jak kupować technologię, gdy jesteś odcięty od systemu SWIFT i zachodnich banków. Rozwiązanie wypracowane razem, z Chinami jako kluczowym węzłem, jest eleganckie. Chińskie banki drugiego i trzeciego rzędu, bez ekspozycji na zachodni system finansowy, działają jako izba rozliczeniowa. Irańska ropa jedzie do Chin z dyskontem dziesięciu do piętnastu dolarów na baryłce od ceny rynkowej. Chińskie towary jadą do Rosji przez pośredników w Turcji, Emiratach i Armenii. Rosyjskie przychody z ropy są lokowane w chińskich instrumentach finansowych. Trójkąt działa jak system naczyń połączonych, a zachodni system sankcji, uderzając w każdy punkt osobno, nie trafia w żaden skutecznie. 

Na poziomie militarnym historia jest bardziej złożona niż zazwyczaj opisywana. Na początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę Rosja miała zdolność produkcji amunicji i dronów dramatycznie nieadekwatną do intensywności konfliktu. Iran dostarczył rozwiązanie: dron Shahed-136, prosty, tani, produkowany masowo, stał się jednym z głównych narzędzi rosyjskiego atakowania ukraińskiej infrastruktury. W szczytowym okresie Rosja wystrzeliwała setki Szahedów miesięcznie. Ta zdolność nie byłaby możliwa bez irańskiego transferu technologii i komponentów. 

Sytuacja uległa jednak zmianie. Rosja przez ostatnie dwa lata systematycznie budowała własną zdolność produkcji dronów, opartą na irańskim projekcie, ale już niezależną od irańskiego łańcucha dostaw. Fabryki w Tatarstanie, Alabudze i innych lokalizacjach produkują dziś drony Geran-2 w wolumenie przekraczającym to, co Iran dostarczał bezpośrednio. Rosyjski przemysł dronowy nie jest już niemowlęciem, lecz nastolatkiem, który nauczył się chodzić. 

Iran jako dostawca militarny znaczy dziś co innego niż w 2022 roku. W wymiarze bezpośrednim mniej, bo Rosja nie potrzebuje irańskich dronów z tamtą desperacją. W wymiarze strategicznym jednak wciąż krytycznie: Iran to źródło know-how dla następnej generacji systemów, potencjalny dostawca komponentów niedostępnych Rosji z powodu zachodnich restrykcji, a przede wszystkim węzeł w sieci transferu technologii, która łączy trzy państwa w coś więcej niż sumę bilateralnych układów. 

Poziom energetyczny jest sercem sprawy i tu geometria robi się najbardziej złożona. Irańska ropa to około trzech i pół miliona baryłek dziennie, z czego większość trafia do Chin z ominięciem sankcji. Te baryłki są jednocześnie trzema różnymi rzeczami. Przychodem irańskiego reżimu. Ukrytym subsydium konkurencyjności chińskiego przemysłu, który dostaje tanią energię poniżej ceny rynkowej. I elementem globalnej architektury podaży, która wpływa na cenę ropy w ogóle, a cena ropy to bezpośredni parametr rosyjskiego budżetu wojennego. 

Zanim przejdziemy do Iranu jako celu, trzeba zrozumieć, co Ukraina robi na pierwszym froncie, bo bez tego irański element nie ma pełnego sensu. Ukraina od połowy 2023 roku prowadzi systematyczną kampanię uderzeń na rosyjską infrastrukturę rafinerii ropy i transportu węglowodorów. Rafinerie w Riazaniu, Saratowie, Nowoszachtynsku, terminale naftowe w Temryuku i Kavkazie, rurociągi i stacje pompowania na południu Rosji. Ostatnio także portowa infratruktura gazowa nad Bałtykiem. To nie są ataki na cele militarne w klasycznym sensie. To systematyczne uderzanie w zdolność Rosji do przetwarzania i eksportowania ropy i gazu LNG. 

Efekt jest podwójny i wzajemnie się wzmacniający. Bezpośrednia redukcja przychodów: Rosja, która nie może rafinować ropy, eksportuje surową ropę z niższą marżą albo nie eksportuje wcale, gdy infrastruktura jest uszkodzona. Każda unieruchomiona rafineria to dziury w budżecie. Drugi efekt, rzadko łączony z atakiem na Iran: ukraińskie uderzenia w rosyjski przemysł naftowy częściowo neutralizują efekt cenowy, który atak na Iran może wywołać. 

Zablokowany Ormuz winduje ceny, ale zdezorganizowany rosyjski przemysł naftowy nie pozwala Rosji w pełni skorzystać ze zwyżki. 

Mechanizm jest następujący. Atak na irańską infrastrukturę wywołuje na rynkach premię za ryzyko geopolityczne. Ceny ropy rosną, co zazwyczaj jest korzystne dla Rosji. Byłoby to strukturalne ograniczenie każdej operacji przeciwko Iranowi: eliminujesz irański transfer militarny, ale dajesz Rosji finansowy zastrzyk. Ukraina rozwiązuje ten dylemat od środka. Rosja z uszkodzonymi rafineriami i zdezorganizowaną infrastrukturą eksportową nie jest w stanie w pełni skorzystać ze wzrostu cen, bo może sprzedawać mniej baryłek, przez bardziej ograniczone kanały, ze zdezorganizowaną logistyką. Dwie operacje, ukraińska na rosyjskiej infrastrukturze naftowej i gazowej, i amerykańska na Iranie, są funkcjonalnie skoordynowane, nawet jeśli koordynacja nie jest pełna i intencje różne. 

.Co atak na Iran niszczy w architekturze wzajemnego ubezpieczenia trójkąta Rosja–Iran–Chiny? 

Niszczy wiarygodność Iranu jako węzła sieci. Iran ze zniszczoną infrastrukturą nuklearną i obnażoną bezsiłą wobec zachodnich uderzeń jest mniej użytecznym partnerem dla Rosji i Chin w każdym wymiarze. Chińskie banki obsługujące irańsko-rosyjskie transakcje kalkulują ryzyko inaczej. Rosja, która straciła część irańskiego know-how, musi bardziej polegać na chińskich transferach, które są droższe politycznie. 

Atak na Iran niszczy infrastrukturę finansową. Irański system finansowy, który działał jako węzeł recyrkulacji pieniędzy, jest pod ogromną presją. Każdy podmiot operujący przez ten system musi kalkulować, czy ekspozycja na Iran nie ściągnie na niego bezpośredniego ryzyka. To nie paraliżuje sieci, ale podnosi jej koszty i zmniejsza efektywność. 

Atak na Iran niszczy narrację odporności. Przez prawie 50 lat Iran był dowodem, że można stawiać opór zachodnim sankcjom i przetrwać. Ta narracja, jeden z aktywów eksportowych Teheranu do Moskwy, Pekinu i wszystkich rewizjonistycznych aktorów, którzy zastanawiali się, czy model irański jest skalowalny, zostaje zniszczona przez demonstracyjne uderzenie militarne, co jest operacją wykraczającą poza bezpośrednie efekty. 

Jest jednak wymiar komplikujący ten obraz. Rosja w 2025 roku nie jest tym samym zależnym od Iranu aktorem, którym była w 2022. Rosyjski przemysł dronowy jest realny, produkcja amunicji osiąga poziomy, których nikt na Zachodzie nie przewidywał, kanały omijania sankcji są zdywersyfikowane: Iran jest jednym z węzłów, ale Turcja, Emiraty, Indie, sieć firm fasadowych w dziesiątkach jurysdykcji, to wszystko działa niezależnie. Na razie demontaż irańskiego węzła degraduje sieć, ale jej nie niszczy. Podnosi koszty, zmniejsza efektywność, eliminuje konkretne zdolności. Nie jest jednak jeszcze nokautem. 

.Tu widać granicę operacji militarnej jako narzędzia strategicznego demontażu środków aktywnych . 

Można uszkodzić infrastrukturę nuklearną, zredukować zdolność produkcji dronów, podnieść koszty operacyjne sieci omijania sankcji. Nie da się zbombardować strukturalnej zależności Europy od tanich towarów. Nie da się zniszczyć rakietą epistemicznego upadku zachodnich instytucji. Nie da się operacją militarną naprawić faktu, że zachodnie elity myślą kategoriami wyprodukowanymi przez przeciwnika. 

Operacja wobec Iranu jest konieczna, jeśli diagnoza sieci jest trafna. Jest niewystarczająca, jeśli myślimy o tym, co wymaga naprawy na poziomie głębszym niż infrastruktura i łańcuchy dostaw. Środki aktywne działały tak skutecznie, ponieważ znalazły podatny grunt: instytucje, które przestały służyć tym, którym miały służyć, media zamieniające informowanie na formatowanie, uczelnie zamieniające poszukiwanie prawdy na produkcję opłacalnych ideologii, elity niezdolne do rozróżnienia własnego interesu od interesów, których były nieświadomymi agentami. Ten grunt wciąż istnieje. 

Odpowiedź immunologiczna niszczy przy okazji zdrowe tkanki. MAGA kwestionuje instytucje skolonizowane, ale kwestionuje też instytucje, które skolonizowane nie były (na przykład to to co się dzieje NHI – Narodowym Instytutem Zdrowia w zakresie badań podstawowych), i robi to tym samym narzędziem, bo nie dysponuje instrumentem pozwalającym odróżnić jedno od drugiego. Gorączka, która zabija wirusa, może uszkodzić serce. To jest napięcie, które nie ma prostego rozwiązania. Każdy, kto mówi, że je ma, albo nie rozumie skali uszkodzeń po stronie instytucji, albo nie rozumie ryzyka po stronie odpowiedzi immunologicznej. 

.Można uszkodzić irańskie wirówki. Nie da się zbombardować epistemicznego upadku zachodnich uniwersytetów. Można demontować chińskie łańcuchy dostaw w sektorach strategicznych. Nie da się operacją celną naprawić faktu, że dwa pokolenia zachodnich elit zostały wykształcone w systemie nagradzającym myślenie kategoriami wyprodukowanymi przez przeciwnika. Można wymusić na Europie wydatki obronne. Nie da się zmusić europejskich społeczeństw do odbudowania zdolności poznawczej pozwalającej odróżnić własny interes od narracji skonstruowanej przez kogoś innego. 

To jest granica operacji militarnej i ekonomicznej jako narzędzia naprawy czegoś uszkodzonego na poziomie głębszym niż infrastruktura. 

Lenin miał podobno powiedzieć, że kapitaliści sprzedadzą sznur, na którym zostaną powieszeni. Nie wiadomo, czy rzeczywiście to powiedział. Mechanizm, który opisał, jest jednak udokumentowany z dokładnością, której żaden historyk nie kwestionuje.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku Albert Kahn, najsłynniejszy architekt przemysłowy Ameryki, zaprojektował i zbudował dla Sowietów ponad pięćset fabryk. Ford dostarczył linie produkcyjne. General Electric turbiny i generatory. RCA technologię radiową. Pakiet zamówień, jaki Kahn otrzymał od Sowietów, był wart blisko dwa miliardy ówczesnych dolarów – w dzisiejszej wartości to około dwustu pięćdziesięciu miliardów. Zachodni kapitał i zachodnie know-how zbudowały przemysłową bazę państwa, które oficjalnie deklarowało, że jego celem jest zniszczenie zachodniego porządku.

Inżynierowie Kahna byli na miejscu. Widzieli, jak budują się nie tylko fabryki, ale i jak wyrastają obozy, a robotnikami są zeki. Wiedzieli o Gułagu, bo Gułag był wszędzie tam, gdzie były place budowy. Dlaczego milczeli? Tajemnica kontraktu. A dlaczego milczeli nawet wtedy, gdy w czystkach 1937 roku aresztowano amerykańskich inżynierów, ich kolegów? Bo nie chcieli utracić kontraktów. Bo wiedzieli, że GRU i NKWD mają długie ręce. Chciwość połączona z lękiem – oto formuła zachodniej zdrady, która okazała się zadziwiająco trwała.

Sto lat później Zachód powtórzył ten mechanizm z chińskim przemysłem technologicznym. Z rosyjską infrastrukturą energetyczną. Z irańskim programem nuklearnym, który był finansowany pośrednio przez zachodnią gotowość do handlu z każdym, kto miał coś do sprzedania. Formuła się nie zmieniła. Zmieniła się skala.

Polska jest w tej historii osobnym przypadkiem, ponieważ ma coś, czego Europa Zachodnia nie ma: pamięć instytucjonalną o tym, jak to jest, gdy ktoś konstruuje twoją matrycę decyzyjną od zewnątrz. Doświadczenie życia jako obiekt czyjejś wielkiej strategii. Odruch, który mówi: to już było, rozpoznaję ten wzorzec. Ten odruch nie jest wystarczający. Jest jednak punktem startowym, którego brakuje w Berlinie, Paryżu i Brukseli. 

.Bo pytanie naprawdę ważne nie brzmi, czy Trump ma rację, czy atak na Iran był właściwy, ani nawet, czy MAGA naprawi Zachód. Prawdziwą kwestią jest to, czy Zachód jest jeszcze zdolny do przeprowadzenia tej diagnozy sam. Czy ma jeszcze instytucje, media, uczelnie, przestrzenie publiczne, w których można powiedzieć to, co jest prawdą, a nie to, co jest kompatybilne z algorytmem, emocjonalnie bezpieczne, niezakłócające zasięgu albo ideologicznie poprawne, bo od poprawności zależą granty.

Bo jeśli nie, to żadna operacja militarna, żadna reforma gospodarcza, żadna zmiana administracji tego nie naprawi. Można odbudować fabryki, zdywersyfikować łańcuchy dostaw, wybudować terminale LNG i uniezależnić się od rosyjskiego gazu. Ale epistemii to nie zmieni. Dopóki władze poznawcze zachodnich społeczeństw i elit nie zostaną przywrócone, żadna zmiana infrastruktury nie sięgnie poziomu, na którym uszkodzenie rzeczywiście nastąpiło.

Cywilizacja, która utraciła zdolność rozpoznawania własnego interesu, która nie potrafi odróżnić własnych myśli od myśli, które ktoś dla niej wyprodukował, która nagradzała przez pięćdziesiąt lat tych, którzy tę zdolność systematycznie degradowali, taka cywilizacja nie jest naprawialna przez zmianę infrastruktury. 

Jest naprawialna tylko przez odbudowę zdolności myślenia. Przez instytucje, które znów zaczną nagradzać prawdę zamiast komfortu. Przez elity, które znów zaczną reprezentować ludzi, zamiast interesy, których są nieświadomymi agentami. Przez media, które znów zaczną informować zamiast formatować. 

To jest projekt pokoleniowy. Dłuższy niż jedna administracja. Trudniejszy niż jakiekolwiek działanie militarne. Bez gwarancji sukcesu. Może jeszcze nie jest za późno. Ale jesteśmy już po czasie, w którym można było nie zauważać. Wojna z Iranem to uświadamia, i jeśli ktoś ma oczy do patrzenia, a uszy do słuchania, to jeszcze nie wszystko stracone.

.Polska ma w tej historii szczególne miejsce, i to nie przez sentyment ani przez zasługi, lecz przez coś, co jest wpisane w sam sposób, w jaki ta cywilizacja trwa. Polska jest cywilizacją rekonfiguracji. To znaczy: cywilizacją, która wielokrotnie traciła swoje instytucje, swoją państwowość, swoją ciągłość formalną, a mimo to odbudowywała zdolność do działania zbiorowego z materiału, który pozostawał po katastrofie. Robiła to nie raz, nie dwa, lecz cyklicznie, w odstępach, które pozwalają mówić o wzorcu, a nie o przypadku. Rozbiory, powstania, odbudowa 1918 roku, zniszczenie 1939–1945, zniewolenie sowieckie, Solidarność, transformacja po 1989 roku — za każdym razem ten sam mechanizm: utrata formy, przetrwanie substancji, rekonfiguracja w nowych warunkach.

Ta zdolność nie jest mistyczna. Ma swoje źródła: w pamięci instytucjonalnej, która przetrwała nawet wtedy, gdy instytucji formalnie nie było, w kulturze, która przechowywała wzorce organizacji społecznej w literaturze, liturgii i obyczaju, w odruchach niedowierzania wobec oficjalnych narracji, wyćwiczonych przez sto pięćdziesiąt lat życia w państwach, które nie były własne. Polak, który słyszy, że uzależnienie energetyczne jest pragmatyzmem, reaguje inaczej niż Niemiec, bo ma w pamięci zbiorowej folksdojczów, których pragmatyzm okazywał się eufemizmem na zdradę.

To, co dzieje się teraz, jest oknem możliwości. Okna możliwości nie trwają długo i nie powtarzają się w tej samej konfiguracji. Zachodni system, który przez pięćdziesiąt lat nagradzał określone zachowania i karał inne, jest dziś po raz pierwszy od dekad zakwestionowany w skali, która pozwala na realną zmianę. Odpowiedź immunologiczna trwa. Sieć wzajemnego ubezpieczenia rewizjonistycznych potęg jest pod presją. Narracje, które blokowały zdolność Zachodu do samodzielnego myślenia, tracą wiarygodność szybciej, niż ktokolwiek przewidywał.

.Polska może być laboratorium odbudowy zdolności cywilizacyjnej, której Zachód potrzebuje, pod jednym warunkiem: że sama nie ulegnie pokusie wygodnych narracji, które tu właśnie zostały opisane. Że nie zamieni swojej zdolności rekonfiguracji na imitację cudzych modeli. Że nie sprzeda tego, co ma najcenniejszego, za to, co wydaje się najwygodniejsze. Formuła się nie zmienia. Chciwość połączona z lękiem działa tak samo w Warszawie jak w Berlinie. Różnica polega na tym, że Polska wie, jak to wygląda po przeprowadzeniu tej transakcji. Ta wiedza jest zasobem. Pytanie, czy starczy nam odwagi, żeby z tego zasobu skorzystać.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 marca 2026