Maria WANKE-JERIE: "Elity? Trzeba zmienić system"

TSF Jazz Radio

Elity? Trzeba zmienić system

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, przez 16 lat szef działu promocji na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka pięciu książek o bohaterach „Solidarności”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013) i Medalem „Zasłużony dla Wrocławia – Merito de Wratislavia” (2016).

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Nie jestem ani socjologiem, ani politologiem, nie studiowałam teorii elit ani się nią nie zajmowałam. Niemniej ograniczanie pojęcia „elita” tylko do władzy wydaje mi się dużym ograniczeniem, żeby nie powiedzieć: skierowaniem dyskusji na niewłaściwe tory. I nie chodzi o anachroniczność pojęcia „elita” czy o zastąpienie go terminem „establishment”, ale o zawężenie go do tylko tego jedynego kryterium. A kryteria wyróżniania elit mogą być różne. Przynależność do elity może wynikać z pełnionej funkcji, ale może też być pochodną opinii istniejącej w danym środowisku, może wynikać z urodzenia lub ze statusu majątkowego.

.W dyskusji o elitach, ich wyłanianiu czy krążeniu trudno pominąć fakt spustoszeń, które wśród elit poczyniły wojna i okres komunizmu. Elity intelektualne, rodowe czy te grupy społeczne, których pozycja wynikała ze statusu majątkowego, zostały w czasie wojny fizycznie unicestwione, a pozostałości po dawnych elitach spauperyzowane i zmarginalizowane. Przedwojenne elity zastąpiono pseudoelitami z politycznego nadania.

Jest w filmie Andrzeja Wajdy „Katyń” taka scena, gdy do wdowy po generale przychodzi jej dawna służąca, ubrana w karakułowe futro. Przyjechała służbowym samochodem z kierowcą, bo jej mąż, który był ordynansem, został wojewodą. Ta scena przygnębia bardziej niż inne w tym poruszającym obrazie polskiego reżysera, nagrodzonego Oscarem za całokształt twórczości.

Bo przedwojenna inteligencja była pochodzenia albo ziemiańskiego, albo mieszczańskiego. Ta druga była w większości narodowości żydowskiej. Ta konstatacja wystarczy, by ocenić, co się w wyniku wojny z elitami stało. Komunizm powiększył te szkody, nie tylko w czasach stalinowskich, latach krwawego terroru, ale także w późniejszym okresie. Kolejne fale emigracji dopełniły dzieła likwidacji tych grup społecznych, które mogły tworzyć w Polsce elity. Zostały przetrzebione i bardzo trudne było ich odtwarzanie.

.Zasadne jest więc pytanie: Czy dziś w ogóle mamy elity? Na to pytanie odpowiedź brzmi: tak, mamy. Ale najtrudniej znaleźć je w kręgach politycznych; tam przeważa selekcja negatywna, niestety.

Ludzie, których można zaliczyć do elit rzadko kiedy garną się do polityki, a mechanizmy jej funkcjonowania raczej eliminują wybitne jednostki.

Polityka, w tym wydaniu, jaką ją znamy, preferuje miernych, biernych, ale wiernych. Albo cynicznych graczy, którzy autorytet w szeregach partii zdobywają bezwzględnym eliminowaniem politycznych konkurentów. Elity na pewno znaleźć można w środowiskach naukowych, wśród ludzi kultury czy sztuki. Autorytet ludzi zaliczanych do elit wynika z ich erudycji i intelektualnego formatu, nie zaś z pełnionej funkcji. W placówkach naukowych, na uniwersytetach czy też w instytucjach szeroko rozumianej kultury niekoniecznie najwybitniejsi piastują kierownicze funkcje.

Elity z całą pewnością są, ale nie one mają głos decydujący. Czas to zmienić.

Z pewnością elit w klasycznym rozumieniu nie należy szukać w kręgach władzy. Dlatego zamiast rozważać problem „krążenia elit”, proponuję zastanowienie się nad zmianą systemu politycznego, który dzisiaj z jednej strony jest zamknięty, nie dając praktycznie szans na wejście do gry jakiejkolwiek nowej sile politycznej, a z drugiej strony degeneruje się, wyrzucając na margines każdego, kto próbuje samodzielnie myśleć i działać. Jeżeli istnieje jakaś selekcja, to tylko negatywna. Wiele wybitnych postaci polskiej polityki już w niej nie ma i to z różnych stron sceny politycznej zostało z polityki wypchniętych. Nie podaję nazwisk, by na konkretnych osobach nie koncentrować dyskusji, a raczej zwrócić uwagę na mechanizm, który premiuje cwaniactwo, zamiast kompetencji. Co zrobić, aby wartościowi ludzie mogli do polityki trafić, albo do niej powrócić? Aby tak się stało, konieczna jest nie tylko zmiana ordynacji wyborczej, choć od tego trzeba zacząć. Trzeba jednak zmienić system.

Ordynacja wyborcza, w której system proporcjonalny połączony jest z głosowaniem na konkretną osobę na liście, nie tylko powoduje wiele błędów wśród głosujących i jest przyczyną oddawania wielu głosów nieważnych, ale też jest zachętą (bo to łatwe) do fałszowania głosów. Ma też inne, moim zdaniem poważniejsze jeszcze konsekwencje, bowiem kandydaci z tej samej listy w pierwszej kolejności rywalizują ze sobą nawzajem, bo od kolejności zależy komu przypadnie mandat, zamiast, współpracując z nimi, konkurować z kandydatami z innych list. To już na wstępie rodzi patologie, a w konsekwencji zniechęca tych, którzy, kandydując, nabyli doświadczenia, wiele się nauczyli i sporo zainwestowali własnego czasu i pieniędzy. Wielu z nich, zrażonych mechanizmami kampanii, ma dość przygody z polityką i nigdy już do niej nie wróci.

I tak z wyborów na wybory bezpowrotnie tracimy ludzi, którzy mogliby coś pożytecznego zdziałać w polityce. Często odpadają nie ci mniej kompetentni, tylko tacy, którzy mniej chętnie rozpychają się łokciami.

Wystarczyłoby wprowadzić ordynację mieszaną z połową mandatów pochodzących z okręgów jednomandatowych i drugą połową z głosowania proporcjonalnego, gdzie głos oddawany jest na partię (komitet wyborczy), gdzie kolejność kandydatów jest ustalona i nie ulega zmianie w wyniku głosowania. Wiele patologii dotychczasowych głosowań i kampanii można w ten sposób uniknąć. To bardzo prosty, ale pierwszy krok. Konieczny, ale nie wystarczający.

.Aby jakościowo zmienić sposób wyłaniania władzy tak, by mogła ona stać się elitą, a nie „establishmentem”, trzeba zmienić cały system, w tym finansowanie partii politycznych i sposób stanowienia prawa. 

Maria Wanke-Jerie

8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Janusz Zapalski pisze:

System demokratyczny jest systemem promującym przeciętność. Zwyczajnie większość to właśnie przeciętność. Nie wymyślono jednak jeszcze lepszego systemu. Moim zdaniem zbudowanie pewnych “mechanizmów” demokratycznych może pozwolić na promowanie elit. Proces ten nie może być automatyczny. Ogólnie mechanizmy te, polegać muszą na budowaniu różnorodnych struktur samorządowych i społecznych. Początkiem tych struktur sa chociażby koła gospodyń, wspólnoty mieszkaniowe itp. Szczytem drabiny duże partie mogące przejąć władzę w państwie. Należy pamiętać jednak, że gdy spotka się choćby kilka osób i stworzy grupę dla rozwiązania problemu, to wspólne decyzje będą zwykle równie mądre, jak te które podjął by najmniej inteligentny jej czlonek. Potrzebni są liderzy z autorytetem, ktoś musi przewodzić. Im większa organizacja, tym trudniej o zachowanie dobrych skutków jej funkcjonowania.
Przechodząc do wyborów to system głosowania na partię wydaje się najbardziej racjonalny,ale powoduje frustrację u części wyborców. Każdy z nas w głębi duszy chciałby przecież głosować na “swojego” kandydata. Stąd listy z nazwiskami. Paradoksalnie więc, moim zdaniem najlepiej funkcjonujące partie to te rządzone “mocną ręką”.
Jest jeszcze jeden ważny i zarazem ciekawy problem. Chodzi o prawdomówność polityków. Większość z nich mówi to co chce usłyszeć większość (potencjalnych
wyborców). Często kłamią i oszukują, inaczej nie mają szansy na popularność swoją i partii którą reprezentują. Są jednak tacy, a liczy się ich na palcach jednej ręki, którzy potrafią przekonać i porwać ludzi dla swoich własnych idei. Tylko oni zmieniają bieg historii.

Głęboki Fotel pisze:

Istnienie elit wymaga selekcji, ta zaś jest naturalnym elementem życia społecznego a nawet życia w ogóle. Niestety, nie u nas. Konsekwencją komunizmu jest nieustanne domaganie się równości przy jednoczesnej degradacji wartości intelektualnych: szanujemy górnika, a gardzimy nauczycielem; dajemy równy dostęp do szkół średnich, toteż likwidujemy egzaminy wstępne; dajemy równy dostęp na studia, więc obniżamy standardy maturalne, itd., itp. Niestety, to wyrównywanie szans jest pozorne i jest w istocie równaniem w dół. Jak zatem mają wychowywać się i tworzyć elity? W tych warunkach jest to niemożliwe. Autorka skupiła się na politykach, ja bym raczej zaczęła od edukacji.

Ania pisze:

Myślę, że zbyt negatywnie interpretuje Pani pojęcie równości. Równość oznacza takie same SZANSE dostępu dla wszystkich, ale nie oznacza, że wszystkim ma być ten dostęp zapewniony. Wszystko zależy od tego jak wysoko będzie postawiona poprzeczka dająca dostęp. Jeśli poprzeczka jest ustawiona nisko, to rzeczywiście nie może być mowy o konkurencji. Ale jeśli jest postawiona wysoko, to każdy może zacząć ciężko pracować, żeby tym wymaganiom sprostać. I to jest równość.

Kiedyś zdecydowano, że trzeba sztucznie ponieść poziom intelektualny społeczeństwa i cel osiągnięto – mamy rzesze ludzi po studiach (najczęściej bez odpowiedniej pracy albo w ogóle bez). Teraz ta tendencja wyraźnie hamuje, matura jest coraz trudniejsza, a na najlepsze kierunki jest coraz trudniej się dostać.

T.Bogusz pisze:

Kiedyś wpadła mi w ręce książka ‘O kwantach, rynkach i ekonomistach’ profesora Zawiślaka, która (między innymi) opowiadała o płonności nauk społecznych wobec złożoności świata, o paradoksach wolnego rynku itd. Książka była ciekawa, ale w pamięci pozostał mi głównie jej autor – profesor Zawiślak. Czytając ją wtedy i konfrontując postać autora z jego krótką karierą polityczną w Polsce (był posłem) doszedłem do wniosku, że polityka i wrodzona przyzwoitość to dwa byty mające się do siebie tak jak dwa bieguny magnesu. Człowiek przyzwoity chcąc skutecznie uprawiać politykę w polskim, lokalnym wydaniu musi albo zrezygnować z przyzwoitości albo zrezygnować ze skuteczności.
Śledząc polski parlamentaryzm poczynając od czasów profesora Zawiślaka do czasów obecnych napotkamy podobnych postaci wiele. Choćby profesor Śpiewak, czy Jan Maria Rokita – według mnie, ostatni ideowiec Platformy Obywatelskiej. Ludzie ci, niewątpliwie będąc elitą w rozumieniu ogólnym polityką się sparzyli. Próbowali, ale nie wyszło.
Paweł Kukiz krzyczy (mamy kampanię prezydencką), że należy zlikwidować partyjniactwo i wszystkich posłów wybierać w okręgach jednomandatowych. Domyślam się, że Kukizowi zależy dokładnie na tym samym, na czym Pani Marii Wanke-Jerie. Na powrocie elity do rządzenia krajem. Kukiz mówi, że w Anglii ludzie potrafią wybrać swój parlament (w jednomandatowych okręgach wyborczych) to dlaczego Polacy mieli by nie potrafić. Nie jesteśmy narodem ani gorszym, ani mniej politycznym niż Brytyjczycy. Czyżby?
Magna Carta Liberatum – 1215 rok – proces powstawania parlamentaryzmu i demokracji w Anglii ruszył. Minęło równe 800 lat – i tyle lat miał wyspiarski naród na naukę jak wybierać władzę. Carl Schmitt w Nauce o konstytucji zwrócił uwagę na to, że w Anglii (a pisał to w 1927 roku) każdy wyborca okręgu jednomandatowego wie, że wybiera pomiędzy liberałem a torysem. W wielu innych krajach pewnie by nie wiedział, i wybrał liberała, konserwatystę, komunistę, lewaka, chłopa, nauczyciela z podstawówki a niektórzy (nawet więcej niż niektórzy) księdza z własnej parafii. Stąd w Anglii wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych wygenerują nowy rząd w dzień po wyborach, a te same okręgi w krajach o niskim poziomie rozwoju demokratycznego wygenerują 30 partii i chroniczny pat. Nasuwa się tu od razu historia II Rzeczypospolitej, roli w niej Piłsudskiego, przyczyn i skutków zamachu majowego, “rządów” pułkowników po śmierci Marszałka (cudzysłów zamierzony) i efektów tej hucpy dostrzeżonych przez Polaków o 3.45 rano 1 września. I nie trzeba było do tego jednomandatowych okręgów wyborczych. Wystarczyło niedoświadczenie polityczne narodu po latach niewoli.
Dlatego uważam, że Polacy, naród, który tylko w XX wieku trzy razy musiał zaczynać od zera (1918,1945,1989) zasługuje i wymaga czegoś więcej niż obecny system wyborczy, który promuje partyjniactwo, miernoty i zabetonowanie na pozycjach ‘estblishmentu politycznego’; ale także czegoś więcej niż złudne jednomandatowe okręgi wyborcze. Sytuacja jest podobna do pacjenta chorego na raka – albo wytniemy cały organ i MOŻE uda się przeżyć, albo będziemy kombinować z coraz to nowymi metodami leczenia i w efekcie pacjent zejdzie, bo od samego początku nie miał szans (ale lekarze przy okazji dowiedzieli się wielu nowych rzeczy o raku).
Mam na myśli klasyczny system amerykański – gdzie egzekutywa (prezydent) odrąbana jest siekierą od legislatywy (kongres) i jedni na drugich nie mają większego politycznego wpływu kontrolując się nawzajem. Naród nie potrzebuje jednomandatowych okręgów – wystarczy jeden okręg wyborczy: Polska, i jedno stanowisko do obsadzenia: prezydent, premier, kanclerz…. Nazwa jest kwestią wtórną, ważny jest fakt wyboru osoby sprawującej RZĄDY w kraju. Dziś na to stanowisko nie mamy żadnego wpływu.
Bawimy się w wybory prezydenta, którego nienawistnicy określają strażnikiem żyrandola. Ale czy nie ma w tym racji? Dlaczego prezydentem nie chce być Tusk czy Kaczyński (o Millerze nie wspomnę bo mi żal Magdaleny Ogórek). Władza rozdzielona murem zgodnie z prastarymi zasadami trójpodziału to podstawa w skutecznym rządzeniu. Dziś trójpodziału nie ma – Sejm rządzi Rządem (albo odwrotnie) a przy dobrym układzie wyborczym dostajemy czystą postać triumwiratu.
Jeżeli partie polityczne w parlamencie nie będą miały wpływu na bieżące zarządzanie krajem a jedynie na skuteczną, odpowiedzialną i dalekowzroczną legislację to pomysł okręgów jednomandatowych zaczyna nabierać kolorów. Łupy polityczne wymiernie maleją (brak dostępu parlamentu do bieżącego zarządzania krajem) więc rzesze miernot na listach wyborczych znikną. Może wtedy choć część elit, która przecież w Polsce istnieje, da się namówić do powrotu.
Na koniec cytat z Piłsudskiego, który niedługo przed śmiercią patrząc na BBWR czuł “jak by mnie wszy oblazły”.

Konrad Białoszewski pisze:

Elity są potrzebne społeczeństwu mimo, że niejednokrotnie to społeczeństwo twierdzi, że to przeżytek. Elity stanowią w wielu sferach punkt odniesienia dla kreowanych postaw lub też prezentowanych opinii. Niejednokrotnie obserwujemy, że ci, którzy wypowiadają jakąś opinię poszukują podobnych wypowiedzi wśród osób które uważają za autorytety w danej dziedzinie. W mojej ocenie problem elit zawiera się w dwóch obszarach. Pierwszy to uświadomienie sobie, że elity to nie masy, a dziś wszelkie partie stawiają na masowość. Gdy pojawia się masowość automatycznie giną elity. Druga kwestia to stałe twierdzenie, że nie mamy elit bo wyginęły w latach 1939-1956. Otóż przypomnę, że w naszej historii elity były wyniszczane wielokrotnie i wielokrotnie się odradzały. I tym razem też mamy taką sytuację. Jedynie to co nam przeszkadza to nasza chora głowa, w której zabito trzeźwą ocenę rzeczywistości. Po kilkudziesięciu latach socjalizmu uważamy, że człowiek gdy kradnie to jest: zaradny, przedsiębiorczy, operatywny itd itd. a nie jest złodziejem. Nie potrafimy załatwić czegokolwiek po prostu tylko zastanawiamy się nad znajomościami, układami, zależnościami towarzyskimi. W ten prosty sposób promujemy przeciętność eliminując elity w danej dziedzinie. A potem dziwimy się, że wszechogarniające przeciętniactwo nas przytłacza. Sami do tego prowadzimy własnymi rękami. Niestety. Prowadzi to do degeneracji społeczeństwa i dominacji przeciętniaków. To coś o czym śpiewał Bułat Okudżawa: “by nie dało się stwierdzić kto kiep i rozpoznawał swój swego każdemu mądremu stempelek na łeb przybiło się razu pewnego. Stempelki od dawna w użyciu są i każdemu ten pomysł się przydał i mówią dziś mądrym ach głupiście wy, a głupich jak zwykle nie widać”. Elita jest owszem w pewnym stopniu zbiorem zamkniętym ale nie izolowanym, co oznacza, że zawsze można wejść w skład elity, lecz trzeba spełnić konkretne kryteria. Większość nie lubi spełniać tych kryteriów ale ci, którzy je spełnią będą na pewno czuli, że było warto.

Tylko czy komuś potrzebne są te elity? Zadaję to pytanie nie znając odpowiedzi. Nie jest to wiec moj własny argument, tylko próba zrozumienia. Zastanawiam się czy pani Beatcie, ktora prowadzi sklep na mojej ulicy, albo górnikowi z Kazimierza-Juliusza, ktory wraca z pracy do domu elity są potrzebne? Przecież oni mają własne elity w postaci osób znanych z telewizyjnych show, czy seriali. To ich własne elity. I właściwie w Polsce każdy ma swoje elity i za elitę, czy kogoś lepszego chce się uważać. W kraju, ktorego, jak pisał Twardoch, nienawidzą wszyscy jego mieszkańcy prawica ma swoje elity, lewica ma swoje elity. Prawicowiec uważa, ze jest lepszy bo przejrzał układ i zakłamanie, a lewicowość jest mądrzejszy bo zrozumiał postęp i nie jest katotalibanem. Ludzie prostsi (cudowni i mi najbliżsi, ze względu na piękną prototę życia) mają swoje telewizyjne elity. Ludzie, którzy nie oglądają telewizji albo sami uważają sie za elitę, albo poszukują jej zdala od polityki. Nie wiem którzy maja rację. Ale zastanawiam się czy skoro każdy ma swoje autorytety to potrzebne jest nam jakies ujednolicenie. Komu miałaby służyć taka elita. Prowadzić ludy na barykady? Dobrze zarządzać krajem? I tak zostaną wygryzieni, bo nie jest to kwestia kompetencji, czy nawet ordynacji wyborczej, a układów.

Jeszcze jedno mam pytanie. Czy elitą bedzie jakaś określona grupa, zbiór zamknięty? Dlaczego muszą oni zostać wybrani, czy to przez urodzenie, czy przez wybory. Wole miec własny klaser ze znaczkami, które sobie sam wybiorę.

Pozdrawiam.
@KabalaBartek :)

Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

Elity są niezbędne. Bez elit, bez
autorytetów nie będziemy wspólnotą, ale jedynie konsumentami dóbr. Pamiętam
książkę political fiction Martina
Abrama “Quo vadis III tysiąclecie”, wzorowaną na powieści Henryka
Sienkiewicza, która przenosi świat o sto lat w przyszłość. Rządzi jedno supermocarstwo
i jedynym celem władzy jest maksymalizacja konsumpcji. W takim świecie istotnie
elity są niepotrzebne. Ani świat jakichkolwiek wartości.

Elity, moim zdaniem, to nie tylko ludzie o
wszechstronnym, głębokim wykształceniu i wyróżniającym się poziomie intelektu i
kultury osobistej, ale także prezentujący wysokie morale. Kultywowanie wyższego
statusu, elitarności właśnie, powinno iść w parze z podtrzymywaniem etosu
służby publicznej. Intelekt z moralnością nie zawsze idzie w parze. Znamy takie
przykłady, nie będę ich przytaczała, aby nie robić tym osobom niepotrzebnej
reklamy.

Zgadzam się z autorką, że ludzie,
których można zaliczyć do elit rzadko kiedy garną się do polityki, a mechanizmy
jej funkcjonowania raczej eliminują wybitne jednostki. To prawda, że polska,
ale nie tylko polska polityka, w tym wydaniu,
jaką ją znamy, preferuje miernych, biernych, ale wiernych. Albo cynicznych
graczy, którzy autorytet w szeregach partii zdobywają bezwzględnym
eliminowaniem politycznych konkurentów. Podzielam również opinię,
że trzeba zmienić cały system, zarówno finansowania partii politycznych, jak i
stanowienia prawa. Nie byłabym jednak taką optymistką i nie wierzę, że zmiana
ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na mieszaną wiele zmieni. Raczej trzeba
zacząć pracę od podstaw, od kształcenia młodego pokolenia w duchu wartości. Aby
polityka mogła była rozumiana jako służba dla dobra wspólnego i jak to
powiedział dziś papież Franciszek na peryferiach Neapolu „jeden z
najwznioślejszych wyrazów miłosierdzia, służby i miłości”.

w.korczyński pisze:

Możemy sobie gadać co ślina na język (papier) przyniesie ale nie zmieni to faktu, że w demokracji, KAŻDEJ demokracji, tzw. elity są emanacją społeczeństwa. NAPRAWDĘ! Słowo “elite” oznacza “wybrani/ wybierac” i miało sens, gdy jednoosobowo wybierał owe elity np. król. Dziś słowo to oznacza coś zupełnie (no, moze nie całkiem, ale jednak) innego. Nie ma dobrej ordynacji wyborczej (metody agregacji preferencji wg. Kennetha Arrowa, który za dowód tego faktu dostał Nobla w 1972 roku) i co byśmy nie kombinowali, zawsze d..a będzie z tyłu.

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam