
Paryska lekcja człowieczeństwa
Każda papieska pielgrzymka budzi jakieś oczekiwanie. W jednych częściach świata oznacza nadzieję, że ktoś wreszcie zwróci uwagę na to, co ludzi dręczy i boli. W innych staje się przypomnieniem o godności, tradycji i tożsamości. Podróż Leona XIV do Francji łączy w sobie wszystkie te wymiary, a jednak kryje jeszcze coś więcej – pisze Michał KŁOSOWSKI
.Pielgrzymka Leona XIV pod koniec września 2026 roku pokazuje kraj i społeczeństwo, których często nie widać w prasowych nagłówkach, a może nawet w wynikach wyborów. Pozwala dostrzec we francuskim Kościele iskrę zdolną na nowo rozniecić ogień wiary.
Wielkie słowa? Może na papierze, jednak w rzeczywistości i przy spotkaniu z francuskimi katolikami, tak tłumnie uczestniczącymi w papieskich celebracjach w Paryżu, nabierają znaczenia. Media, społeczeństwo, wierni, duchowni, nawet prawnicy instytucji państwowych, ministerstw i administracji w ogóle wykazują oto bowiem więcej niż otwartość i zainteresowanie tym, z czym przyjechał do nich Leon XIV. W zasadzie wszystkie Stany Francji, by posłużyć się historyczną metaforą, obserwują tę pielgrzymkę z wielką uwagą.
Oczywiście, przyczyną tego może być moment historii, w którym znalazła się obecna Republika. Nie bez przyczyny bowiem mottem tej podróży są słowa: „Aby świat miał życie”.
To życie znajduje się w centrum papieskiego przesłania: życie od poczęcia do naturalnej śmierci, ale także życie pełne, obejmujące wszystkie wymiary człowieczeństwa, integralne i przeżywane ze świadomością własnej godności, sensu i wartości. A współczesna Francja ma z życiem kłopot, zwłaszcza Paryż.
Technologia i kolejne odsłony takich czy innych polityk skazują wiele istnień na zagładę, nawet jeśli nie wprost to za pomocą tych wszystkich narzędzi, które czy to redukują człowieka do ciągu cyfr i danych czy innych, które wprost nie pozwalają wzrastać, nie mówiąc już o tych wszystkich dyskusjach, które przez Francję przetoczyły się w kontekście migracji czy sytuacji osób z niepełnosprawnościami. To o nich także upomina się od dawna Kościół i to właśnie te wszystkie osoby znajdują się w centrum papieskiego nauczania.
Jego ewangeliczny sens sięga jednak znacznie głębiej niż obietnica odzyskania społecznej energii. Chrześcijaństwo mówi o życiu otrzymanym, powierzonym ludzkiej odpowiedzialności i otwartym na wieczność, a także o istnieniu, którego wartość poprzedza wszelkie osiągnięcia, decyzje i społeczne uznanie. Człowiek bowiem zasługuje na miłość, zanim zdąży na cokolwiek zasłużyć. Dlatego obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci należy do tej samej moralnej odpowiedzialności co troska o chorego, osobę z niepełnosprawnością, uchodźcę czy człowieka porzuconego przez najbliższych.
Katolickie spojrzenie wymaga konsekwencji szczególnie tam, gdzie polityka podpowiada wybiórczość. Każde środowisko ma swoich uprzywilejowanych cierpiących, których los potrafi opowiedzieć z przejęciem, i takich, których woli nie zauważać. Ewangelia odbiera ten komfort. W twarzy człowieka, którego najtrudniej przyjąć, stawia pytanie o prawdziwość wszystkich naszych deklaracji. C.S. Lewis pisał o tym trafnie przewidując, że to właśnie te osoby, z którymi najtrudniej nam na ziemi, prowadzić nas będą po śmierci do nieba.
.Już w Pałacu Elizejskim Leon XIV połączył jednak obronę godności z odpowiedzialnością za sposób korzystania z nauki i technologii. Przywołując ostrzeżenie Georges’a Bernanosa przed „rajem maszyn”, zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo postępu pozbawionego rozeznania moralnego. W miejscu, w którym zapadają decyzje dotyczące wspólnego życia, przypomniał, że ochrona człowieka stanowi fundament praw, a wolność potrzebuje szacunku dla sumienia.
To papieskie rozpoznanie szczególnie dotyka nerwu współczesności. Technika poszerza zakres naszych możliwości szybciej, niż dojrzewa odpowiedź na pytanie, jak powinniśmy z nich korzystać. A umiemy w końcu coraz dokładniej przewidywać zachowania, mierzyć wydajność, porównywać koszty, przyspieszać i optymalizować. W tym porządku łatwo przeoczyć chwilę, w której opis człowieka zaczyna zastępować spotkanie z nim. Pacjent staje się rokowaniem, pracownik wynikiem, odbiorca profilem, a jego uwaga zasobem wystawionym na sprzedaż. Dane bywają niezbędne do udzielenia pomocy. Nie potrafią jednak uzasadnić, dlaczego należy pomóc również temu, kto nie obiecuje żadnej wzajemności.
Jakby kontynuując tę myśl w paryskiej siedzibie UNESCO papież postawił pytanie o samo znaczenie człowieczeństwa. Przypomniał o naszym początku: każdy kiedy przychodzi na świat jako dziecko, zależny od cudzej opieki. Wskazał również paradoks epoki, która coraz śmielej przypisuje inteligencję maszynom, a wartość ludzi skłonna jest mierzyć ich produktywnością. Choroba i cierpienie, podkreślał, nie odbierają osobie godności.
Warto zatrzymać się przy tej zależności. W zachodniej wyobraźni dorosłość często oznacza stopniowe uwalnianie się od innych: osiągnięcie samodzielności, zabezpieczenie własnych potrzeb, zdobycie kontroli nad losem. Tymczasem nikt nie nauczył się mówić bez czyjegoś głosu ani nie ocalał w niemowlęctwie dzięki własnej zaradności. U źródeł naszej wolności znajduje się czyjaś cierpliwość. Uznanie tego długu pozwala inaczej spojrzeć na ludzi, którzy potrzebują pomocy przez całe życie. Ich obecność odsłania prawdę o wspólnym ludzkim losie, zwykle przesłoniętą przez zdrowie, powodzenie i pośpiech.
Stąd prowadzi droga do Lourdes. Po paryskich spotkaniach z przedstawicielami władzy, kultury i nauki papież udaje się do miejsca, w którym rytm dnia wyznaczają także możliwości chorego ciała. W programie tej pielgrzymki sanktuarium ma szczególną wymowę: pozwala odczytać wypowiedziane wcześniej zasady w bezpośredniej bliskości człowieka potrzebującego opieki. Zaplanowane spotkanie z osobami przyjmowanymi w Accueil Notre-Dame i ich opiekunami nada temu pytaniu konkretną twarz.
Lourdes wystawia bowiem współczesną kulturę na wymagającą próbę. Trzeba zwolnić krok, poczekać, podać rękę, przyjąć cudzą bezradność bez zakłopotania. W świecie przyzwyczajonym do podziwiania sprawności takie gesty odzyskują wagę moralnych rozstrzygnięć. Mówią, że wspólnota powinna umieć dostosować tempo do najsłabszych. Że człowiek wymagający opieki zachowuje prawo do obecności, radości i uczestnictwa. Że jego miejsce pośród nas nie może zależeć od rachunku użyteczności. W tym właśnie odsłania się najmocniej lekcja człowieczeństwa, której udziela Leon XIV. Zwiastowanie ukazuje wolność zdolną przyjąć życie, choć nie zna jeszcze wszystkich jego konsekwencji. Obecność Maryi pod krzyżem pokazuje wierność trwającą wtedy, gdy kończą się możliwości działania. Między tymi wydarzeniami rozciąga się doświadczenie bliskie każdemu, kto kocha: zgoda na to, że drugiej osoby nie można w pełni zabezpieczyć przed cierpieniem, a mimo to nie wolno jej opuścić. Maryjna pobożność prowadzi w samo wnętrze odpowiedzialności za drugiego człowieka.
.Pierwszy dzień podróży pozwala spojrzeć w tym świetle również na Notre-Dame. W odbudowanej katedrze spotykają się pamięć, kunszt i modlitwa. Sam papież, jeszcze podczas spotkania z władzami, odczytał jej odbudowę jako znak odzyskanej nadziei i wspólnego wysiłku. Pozostaje pytanie, co współczesna Francja rozpoznaje w odzyskanym pięknie? Kamień można odnowić dzięki wiedzy i pracy rzemieślników. Znacznie trudniej odtworzyć zdolność przekazywania sensu, który sprawił, że ludzie w ogóle zapragnęli wznieść katedrę. Tego zaś sensu każde pokolenie musi poszukać również samo.
Dlatego też wieczorne spotkanie z młodymi na Stade de France należy czytać z większą uwagą, niż pozwala na to zachwyt nad skalą zgromadzenia. Sama obecność młodych przy papieżu nie rozstrzyga o przyszłości francuskiego katolicyzmu, stawia natomiast przed Kościołem zobowiązanie: ciekawość potrzebuje spotkania, poruszenie — formacji, a pragnienie wiary — wspólnoty zdolnej towarzyszyć człowiekowi także po zakończeniu wielkiego wydarzenia. Republika może być bowiem świecka, Francja zaś z gruntu chrześcijańska nawet wtedy, kiedy religijne przebudzenie dojrzewa później, w zwyczajności, gdzie trzeba nauczyć się modlitwy, przebaczenia i odpowiedzialności a czasem, tak jak miało to miejsce podczas spotkania z młodymi w Saint Denis, przypomnienia korzeni i bohaterów z przeszłości.
Kościół może sprostać temu zadaniu tylko w prawdzie, również tej bolesnej, dotyczącej własnych win. Jego słowa o godności będą wiarygodne w takiej mierze, w jakiej znajdą potwierdzenie w postępowaniu wobec skrzywdzonych. Nadzieja chrześcijańska wymaga odwagi uznania zła i podjęcia naprawy. Właśnie dlatego jest bardziej wymagająca od optymizmu: pozwala patrzeć na ranę bez odwracania wzroku i bez uznawania jej za ostatnie słowo o przyszłości.
Ta sama odpowiedzialność prowadzi ku Metz, gdzie zaplanowano spotkanie poświęcone korzeniom Europy, pokojowi i jedności. W europejskiej debacie odwołanie do chrześcijańskiego dziedzictwa łatwo zamienić w deklarację przynależności. Tymczasem dziedzictwo staje się żywe dopiero wówczas, gdy stawia wymagania spadkobiercom. Pamięć o chrześcijańskich korzeniach zobowiązuje do ochrony słabego, poszanowania sumienia, szukania prawdy i pracy nad pojednaniem. Przywołując je, Europa powinna pytać także o to, jak sama odpowiada na te wymagania. Pokój należy do najtrudniejszych z nich. Potrzebuje sprawiedliwości, ochrony napadniętych i uznania odpowiedzialności sprawców. Wymaga także wyobraźni zdolnej zobaczyć przyszłość poza nieustannym odtwarzaniem krzywdy. Pojednanie dojrzewa długo, ponieważ dotyczy pamięci ludzi, których cierpienia nie da się unieważnić traktatem. Chrześcijaństwo wnosi do tej pracy przekonanie, że zło należy nazwać i osądzić, a zarazem nie wolno oddać mu całej przyszłości.
W takim kontekście nabiera znaczenia intuicja kardynała François Bustilla, biskupa Ajaccio: Leon XIV może pomóc przebudzić Zachód, tak jak Jan Paweł II pomógł przebudzić Wschód. Historyczne okoliczności są odmienne. Dzisiejszy Zachód dysponuje wolnością i bogactwem, o których marzyły społeczeństwa żyjące pod komunizmem. Potrzebuje jednak na nowo zrozumieć, do czego wolność służy, komu bogactwo powinno pomagać i dlaczego warto przekazywać życie. Francuska pielgrzymka otwiera przestrzeń dla tych pytań. Od Pałacu Elizejskiego i UNESCO, przez Notre-Dame i spotkanie z młodymi, ku Lourdes i Metz prowadzi droga, na której człowiek pojawia się kolejno jako obywatel, twórca, wierzący, poszukujący, chory i odpowiedzialny za pokój. Żaden z tych wymiarów nie wyczerpuje jego tajemnicy, wszystkie potrzebują spojrzenia, które potrafi objąć osobę w całości.
Ktoś powie, że być może właśnie tak zaczyna się przebudzenie: od odzyskania zdolności widzenia człowieka tam, gdzie przyzwyczailiśmy się dostrzegać problem do rozwiązania. Ewangeliczna obietnica życia domaga się wówczas bardzo konkretnej odpowiedzi. Trzeba zrobić komuś miejsce. Ten kierunek Leon XIV wyraźnie zaznaczył już w pierwszym przemówieniu we Francji. Mówił o godności osoby, poszanowaniu życia, pokoju i braterstwie. Francuski Kościół ponownie znalazł się w centrum uwagi Kościoła powszechnego, wraz ze swoimi ranami, pytaniami i nadziejami, a przede wszystkim opowieścią o człowieku, który szuka swojego miejsca, oraz o kontynencie próbującym przypomnieć sobie — a może odkryć na nowo — własną tożsamość.
Czy Leon XIV może stać się dla Zachodu tym, kim Jan Paweł II był dla Wschodu? To porównanie wyraża wielką nadzieję. Trzeba jednak uważnie patrzeć na Francję, słuchać papieskich słów i obserwować odpowiedź ludzi, aby przekonać się, czy zyska ono głębszy odzew. Po owocach ich poznacie.
Michał Kłosowski
Paryż

