„Błogosławieństwo ziemi” [Hans Petter MOLAND]

Jeśli nie potrafimy uwolnić się od pierwotnego materiału, to robimy krzywdę sobie i tej powieści. Sam na dużo sobie pozwoliłem, filmując „Błogosławieństwie ziemi” – powiedział reżyser Hans Petter Moland. Jego film bierze udział w konkursie międzynarodowym 42. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Film bierze udział w konkursie międzynarodowym 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

.Błogosławieństwo ziemi w reżyserii Hansa Pettera Molanda, to adaptacja słynnej powieści z 1917 autorstwa norweskiego noblisty Knuta Hamsuna. Moland opowiada historię Isaka, który w odległej norweskiej dziczy szuka miejsca do osiedlenia. Wysoko w górach odnajduje surowy, lecz obiecujący skrawek ziemi. Gdy bezlitosny teren wystawia go na próbę, spotyka tajemniczą Inger. Ta oryginalna norweska epopeja rodzinna została oficjalnym kandydatem kraju do Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy.

Film bierze udział w konkursie międzynarodowym 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, którego wyniki zostaną ogłoszone podczas sobotniej gali rozdania nagród.

„Błogosławieństwo ziemi” to historyczna epopeja, która na niemal trzy godziny przenosi widza do zupełnie innego świata. Uwagę zwraca, jak rzadko w filmie pojawiają się dialogi. Jak opowiedzieć tak wielką historię mówiąc tak niewiele?

Hans Petter Moland: Było to celowe. Chciałem zrobić film skupiony na kinematografii, niezanieczyszczony telewizją, którą napędzają dialogi. Sam dorastałem w otoczeniu bardziej tradycyjnego języka filmu i uważam, że można nim opowiedzieć coś, czego nie potrafi literatura. Było dla mnie ważne, aby pokazać to w moim filmie.

Cała produkcja to pokaz niezwykłej twórczej zaradności. Co uważa pan o odchodzeniu od rozbudowanych efektów filmowych na rzecz prostoty?

Hans Petter Moland: Rezygnacja ze skomplikowanych narzędzi filmowych pozwoliła mi zyskać na przejrzystości i precyzji w tym, co chciałem przekazać. Nie mogłem ukryć się za wirtuozerią i przepychem efektów specjalnych. Dosyć wcześnie podjąłem też kilka ważnych decyzji produkcyjnych. Fabuła rozgrywa się przez 25 lat życia bohaterów, chcieliśmy pokazać różne pory roku i krajobrazy. Potrzebowaliśmy jak najwięcej dni zdjęciowych i z tego względu musieliśmy zrezygnować z części ekipy — dlatego mamy na przykład statyczną kamerę i bardzo dużo korzystamy z naturalnego światła. Korzystaliśmy ze wszystkich uproszczeń, z jakich mogliśmy.

Dodam również, że w tym kontekście bardzo ważny jest dla mnie film Pawła Pawlikowskiego „Ida”. Kiedy wyszedł w 2013 r., przeczytałem o różnych przeciwnościach losu, jakie towarzyszyły produkcji i o tym, jak niewielki był jego budżet. Ogromnie mnie to zainspirowało, bo to naprawdę przepiękny film. Każda klatka jest warta uwagi i każdy twórczy wybór świadczy o głębokiej zażyłości z opowieścią. Przy „Błogosławieństwie ziemi” również nie mieliśmy dużego budżetu, ale pomyślałem, że jeśli przy niewielkich środkach można zrobić „Idę”, to i my damy sobie radę.

Dlaczego zdecydował pan opowiedzieć historię Isaka i Inger? Chciał pan skonfrontować ją z naszą zupełnie odmienną rzeczywistością, czy może była to potrzeba zmierzenia się z jedną z najważniejszych norweskich powieści?

Hans Petter Moland: Odpowiem na to pytanie na kilka sposobów, ponieważ jest to dość złożona kwestia. Moją ambicją nie było przeniesienie słynnej powieści na ekran. Po prostu złożyło się, że akurat ta opowieść jest mi bliska. Zresztą tak jak wielu Norwegom. Cała historia jest ukształtowana przez klimat i topografie naszego kraju. Już samo to przemawia do nas samo przez się — to jest pierwsza kwestia.

Kolejną jest to, że pracowałem nad tym filmem przez 17 lat i przez cały proces powstawania tego projektu zdążyłem się zmienić. Dorastałem, dojrzewałem i dostrzegałem kolejne atrybuty tej powieści. Oczywiście, stałym i jednym z głównych problemów jest w niej koszt, jaki ponosimy za technologię. Czytałem tę książkę po raz pierwszy w latach 70. i już wtedy wiedzieliśmy, jak niszczymy naszą planetę. Mimo to robiliśmy to dalej i teraz sztuczna inteligencja, oprócz planety, niszczy również człowieczeństwo. Więc ten film był też sposobem przypomnienia sobie o moim własnym człowieczeństwie.

No i w końcu jest to piękna historia miłosna, choć — jak na nasze czasy — dość nietypowa. Bohaterowie tej historii miłosnej nie schodzą się ze sobą z pasji, tylko z konieczności. Z tej konieczności rodzi się więź i w końcu miłość. To trochę jak małżeństwo zaaranżowane przez naturę.

Główny bohater filmu, Isak, skupia swoje życie wokół pracy, wytrwałości i ujarzmiania ziemi. Inger wydaje się o wiele bardziej otwarta na świat zewnętrzny i zmiany. Jak podszedł pan do konfrontacji ich różnych światopoglądów?

Hans Petter Moland:: Isak zawarł pakt ze swoim bogiem — naturą — i wykonuje pracę najlepiej, jak potrafi. Przynosi mu ona niewielką dywidendę, dzięki której może powoli budować, krok po kroku. On akceptuje swój los, wie, że na koniec nikt nie postawi mu pomnika. Rozumie, że jest konkretnym elementem cyklu życia i, że ten cykl będzie się powtarzał. Być może, dzięki jego pracy będzie trochę lepszy dla potomstwa.

Postać Ingrid reprezentuje według mnie coś fundamentalnie ludzkiego. Boimy się opuszczać własny klan, nawet jeśli jesteśmy przez niego poddawani ostracyzmowi. Boimy się pójść w nieznane i poszukać nowej grupy. Boimy się, bo widzimy, jak nasi traktują obcych. To jeden z najbardziej pierwotnych dylematów — przyjaciel czy wróg?

Okoliczności, w jakich poznajemy Inger mówią nam, że musiała być ogromnie nieszczęśliwa. Odeszła z miejsca, gdzie nie widziała dla siebie żadnej nadziei. Okazuje się, że wyciągnięcie ręki do „obcych” przyniosło pozytywny efekt, to zupełnie inne doświadczenie niż te, które miała dotychczas. Nie czuje już takiego lęku przed nieznanym. Powoli poznaje świat zewnętrzny, uczy się, jak działa miasto. Nie może zapomnieć tego, czego już się dowiedziała, nie wsadzimy tego dżina z powrotem do lampy.

Powieść ma ponad sto lat i jest dziełem o wielkim znaczeniu literackim, jednak sympatia, jaką autor obdarował nazistowski reżim oraz niemiecką okupację Norwegii są trudne do zignorowania. Jak pracować dziełem autora, który miał takie powiązania? Czy tworząc własną interpretację należy patrzeć na tekst przez pryzmat tych faktów, czy wręcz przeciwnie – odciąć się od afiliacji autora i pozwolić powieści żyć własnym życiem?

Hans Petter Moland: Przede wszystkim powieść powstała dużo wcześniej niż wyszedł na jaw jego polityczny idiotyzm. W „Błogosławieństwie ziemi” nie ma śladu jego późniejszych poglądów. Kolejnym aspektem — choć już bardziej ogólnym — jest to, jak w ogóle patrzę na adaptacje. Według mnie książka jest tylko punktem wyjścia. Jeśli nie potrafimy uwolnić się od pierwotnego materiału, to robimy krzywdę zarówno sobie, jak i tej powieści.

Przenosimy tę historię na zupełnie nowe medium, które korzysta z innego języka, musimy uczynić ją naszą własną. Sam na dużo sobie pozwoliłem przy „Błogosławieństwie ziemi”. Naprawdę uważam, że można oddać ton i duszę tekstu bez bycia w pełni wiernym każdej literze. Do obejrzenia mojego filmu nie jest konieczna znajomość książki Hamsuna, ale moją intencją absolutnie nie jest lekceważenie autora. To ważny tekst, który świetnie działa niezależnie i jest absolutnie samowystarczalny.

Główne role w tym filmie grają Herbert Nordrum i Asta Kamma August, którzy współpracowali z panem po raz pierwszy. W wielu poprzednich projektach to Stellan Skarsgard użyczał twarzy pana bohaterom, począwszy od waszej pierwszej współpracy przy filmie „Zero stopni w skali Kelvina” w 1995 r. Jak takie twórcze partnerstwo różni się od pierwszego wspólnego doświadczenia na planie?

Hans Petter Moland: Niezależnie od tego, czy z kimś wcześniej pracowałem, aktorzy wnoszą na plan świeże spojrzenie. Oczywiście, kiedy pracuję ze Stellanem, który jest moim bliskim przyjacielem i z którym zrobiliśmy wspólnie już pięć filmów, nie ma tabu. Wypracowaliśmy sobie solidną podstawę, z której za każdym razem mamy płynny start. Kiedy pracuję z kimś po raz pierwszy, to moim celem jest, aby jak najszybciej doprowadzić do sytuacji, w której możemy o wszystkim porozmawiać.

Bardzo lubię pracować z aktorami i zwykle, gdy pracuję z kimś pierwszy raz, to chcę pracować kolejny. Z tego, co zbudowaliśmy przy pierwszym doświadczeniu, możemy korzystać w przyszłości. Tak jest również z Herbertem i Astą. To była bardzo owocna współpraca, włożyli we mnie dużo zaufania.

Mówiąc krótko — na planie bardzo szybko stajemy się rodziną i to część naszej pracy. Tworzenie filmu to wysiłek grupowy. Niewiele jest na świecie osób, które dźwignęłyby cały ten ciężar samodzielnie. Ważną częścią pracy na planie jest budowanie zgranego zespołu i wspólne eksplorowanie projektu. Nie jest tak, że mamy napisany scenariusz i później malujemy po numerach — to byłoby nudne. Kiedy zaczynamy kręcić, opowieść ożywa i odkrywamy materiał na nowo. Jeśli nie potrafimy być obecni, w ten sposób to zabijamy film.

Kiedy patrzy pan na swoje pierwsze projekty, to dostrzega reżysera, którym jest dzisiaj?

Hans Petter Moland: Na ogół nie oglądam własnych filmów. Moja eksploracja kończy się zwykle, kiedy wchodzą do kina. Choć mam jeden wyjątek. Ostatnio mieliśmy repremierę odrestaurowanej wersji „Zero stopni w skali Kelvina”, więc miałem okazję spojrzeć na niego świeżym okiem. Uważam, że to fajne widowisko, dobra kinematografia, świetna gra aktorska. Dostrzegam w nim mój film.

Jak myślę o mojej twórczości, to dostrzegam wspólne tematy. Na przykład, zarówno w „Błogosławieństwie ziemi” oraz w „Zero stopni w skali Kelvina” natura stanowi bardzo ważny element historii. Interesują mnie też niedoskonałe charaktery, nie szukam typowych „bohaterów”,  Wszyscy mamy prawo do bycia nieidealnym i powinniśmy cieszyć się z naszego człowieczeństwa, szczególnie dzisiaj.

Rozmawiała Maria Kuliś/PAP

Hans Petter Moland od ponad trzech dekad pracuje jako reżyser i scenarzysta. Jego debiutancki film „Zero stopni w skali kelvina” (1995) zdobył Nagrodę Jury na festiwalu w San Sebastián. W kolejnych latach stworzył m.in. „Aberdeen” (2000), „Kraina szczęścia” (2004) „Pewien dżentelmen” (2010), „Obywatel roku” (2014) „Kradnąc konie” (2019), „Przykładny obywatel” (2019) oraz „Rozgrzeszenie” (2024). W swojej karierze współpracował z wieloma cenionymi aktorami, w tym z Liamem Neesonem oraz Laurą Dern i wielokrotnie ze Stellanem Skarsgardem. Filmy Molanda były czterokrotnie nominowane do Złotego Niedźwiedzia, z czego dwukrotnie zdobyły tę nagrodę. Jest on również trzykrotnym laureatem nagrody Amanda — najważniejszego norweskiego wyróżnienia filmowego. W 2025 roku otrzymał nagrodę Amanda za całokształt twórczości.

„Błogosławieństwo ziemi” można oglądać w kinach od 30 października. Film miał swoją polską premierę podczas 42. Warszawskiego Festiwalu Filmowego jako pokaz otwarcia.

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 października 2026