Margot ROUSSEAU: „Fjord” Cristiana Mungiu. Kino ważne, ale nie najważniejsze

„Fjord” Cristiana Mungiu. Kino ważne, ale nie najważniejsze

Photo of Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje w Medium i na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

Złota Palma w Cannes dla „Fjordu” Cristiana Mungiu jest dowodem na to, że w Europie kręci się filmy ważne i piękne. A jednocześnie, że obsesyjnie pomija się tematy najbardziej niewygodne – pisze Margot ROUSSEAU

.„Fjord” Cristiana Mungiu jest pod wieloma względami opowieścią wygodną. Daje to miłe uczucie poruszenia tematu ważnego, z empatią i bez dawania przewagi jednej ze stron. Ale nagrodzenie tego filmu odsłania jednak to, co dla Zachodu bardzo niewygodne.

Ale idźmy po kolei.

Po śmierci rodziców Mihai Gheorghiu (Sebastian Stan), rumuński inżynier, i jego norweska żona Lisbet (Renate Reinsve) przeprowadzają się z Bukaresztu wraz z piątką dzieci do odizolowanej wioski nad fiordem – rodzinnej miejscowości Lisbet. Pobożna, konserwatywna rodzina ewangelikańska szybko nawiązuje bliską przyjaźń z postępowymi sąsiadami Halbergami, a dzieci z obu domów zaczynają się ze sobą kolegować mimo skrajnie różnych stylów wychowania.

Idylla pęka, gdy w szkole zauważone zostają siniaki na ciele najstarszej córki Eli. Uruchamia się norweski system ochrony dzieci, a pozornie spokojne, progresywne społeczeństwo zaczyna bezlitośnie rozliczać „tradycyjną edukację” Gheorghiu. Mungiu z zimną precyzją prowadzi widza w sam środek zderzenia dwóch fundamentalizmów – religijnego i laickiego.

.Jest w tym filmie coś bardzo pięknego. Mungiu dowiódł siły swojej filmowej wyobraźni i zdolności snucia opowieści w surowym krajobrazie skandynawskim. Zagrał też na stereotypach widza, co jest szczególnie cenne i dowodzi filmowej intuicji. W pierwszych scenach filmu skandynawski czy francuski widz może celebrować swoje poczucie wyższości, że człowiek ze wschodniej Europy jest inny, bardziej religijny, jest ciemny. Żyje tuż obok nas, zgrywamy tolerancję wobec niego, ale jest ona możliwa, bo pozostawiamy go wobec siebie obcym.

Mungiu jednak, sam człowiek ze wschodniej części Europy, mocno ten stereotyp łamie. Odmawia swoim bohaterom fizycznej pierwotności, która jest częścią zachodniego wyobrażenia o Rumunii czy innych państwach regionu. Jest wykształcony, cywilizowany właśnie, nie jest migrantem, któremu kobiety z dobrych domów będą udzielać pomocy humanitarnej na dworcach, pławiąc się w poczuciu własnej wyższości.

Nie. On taki nie jest. Mungiu także nie potępia głębokiej religijności swoich bohaterów. Nazywa przemoc, gdy ona się pojawia, ale wskazuje też bardzo silnie na bezduszność i nietolerancyjność laickiego państwa. Odbiera tę wygodę powiedzenia sobie, że na Zachodzie mamy tak doskonały system opieki nad rodziną, że przemoc domowa, ta jedna z form współczesnej walki klas, zostaje skutecznie wytępiona przez państwo.

Tutaj państwo wyraźnie niesie ze sobą bezduszną przemoc. Pod tym względem film może być przełomowy w zachodnim rozumieniu własnej laickości. Ale wspomniałam na początku, że film także jest wygodny. Wygodny, bo operuje kontrastem, w którym ateistyczne skandynawskie państwo zderza się z religijnym i biblijnym fundamentalizmem. I lewicowy krytyk, który to ogląda, może pokiwać głową i powiedzieć: tak, musimy się nad tą mniejszością pochylić, spróbować zrozumieć, pomyśleć, czy państwo jako narzędzie represji nie poszło za daleko.

.Ale to wygodne. Dzięki takiemu kontrastowi człowiek Zachodu nie musi zadawać sobie innych niewygodnych pytań. Bo co z chrześcijanami, którzy nie są fundamentalistami ani nie dają policzków swoim dzieciom? Bo 99 procent nie daje. Co z nimi? Dlaczego laickie państwa skandynawskie i laickie państwo francuskie odmawiają im podstawowych praw, jak choćby manifestacji publicznej własnej symboliki religijnej? I przecież traktują ich z najwyższą podejrzliwością.

Łatwo więc zredukować religię do postaw radykalnych, potraktować ją jako kolejną z mniejszości, nad którą lewicowy krytyk się pochyla. O wiele trudniej przyznać, że większość wierzących osób w Europie, nie jakaś mniejszość, ale znaczący odsetek, w wielu państwach powyżej 50 procent, nie może otwarcie wierzyć. Że krzyż Europa traktuje jak obcy symbol, ktory zagraża republikańskiemu fundamentowi, więc nie można go publicznie eksponować. Zamiast tego dostajemy opowieść o chrześcijanach, nad którymi lewicowe Cannes pochyla się w temacie kar cielesnych.

W filmie, zaznaczę na koniec jeszcze raz, bardzo pięknym i wartym obejrzenia.

Margot Rousseau

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 maja 2026
Fot. Theodore WOOD / Camerapress / Forum