
Triumf infantylizmu. Jak zepsuliśmy debatę publiczną
Nie tylko w Polsce – na całym świecie – debata publiczna zamiera w oczach. Coraz rzadziej komuś zależy na przekonaniu kogokolwiek; znacznie częściej chodzi o spolaryzowanie, podgrzanie emocji i udowodnienie, że „tamci” są po prostu obrzydliwi – pisze Łukasz SCHREIBER
.Ktoś powie: taka jest właśnie współczesna demokracja. Odpowiem: jeśli dalej będziemy tak postępować, realnie przyspieszymy jej agonię. Co gorsza, wszyscy bierzemy w tym udział – nie tylko biernie akceptując ten stan, ale i – trzeba to powiedzieć wprost – internalizując go i karmiąc.
Nadszedł moment, by zadać najtrudniejsze pytanie: co właściwie poszło nie tak?
Grzech pierwszy – prymitywizm debaty
.Słowo „infantylizm” pochodzi z łaciny (infantilis) i oznacza po prostu – dziecinny. Dokładnie taki charakter przybrała dzisiejsza debata publiczna w swoim najgorszym wydaniu: banalna, powierzchowna, podsycająca emocje, oparta na tanich trikach socjotechnicznych. Jest przy tym jednocześnie dziecinna i brutalna.
Powinniśmy krzyknąć „Pobudka!”, ale prawie nikt nie chce się obudzić.
Kiedyś politycy musieli wygłaszać odczyty, spotykać się z wyborcami na publicznych wiecach, przekonywać argumentami, polemizować na łamach prasy, wydawać broszury i książki – najczęściej własnym sumptem. Potem nadeszły debaty radiowe i telewizyjne. Z czasem zaczęły przypominać widowisko, ale wciąż wymagały wiedzy i przygotowania.
Samo zaproszenie do studia było wydarzeniem – programów było niewiele. Głupiec czy prowokator mógł zostać dopuszczony na chwilę, lecz poważny dyskurs pozostawał dla niego zamknięty.
Ten świat odszedł bezpowrotnie i zapewne trzeba się z tym oswoić. Szymon Szynkowski vel Sęk w swoim tekście trafnie zdiagnozował problem – w skrócie: woła o porzucenie politycznych freak-fightów i powrót do źródeł [patrz: Szymon Szynkowski vel Sęk „Strategia w czasach początku dekadencji postpolityki” [LINK].
Nie trzeba sięgać po Demostenesa, Lincolna czy Churchilla, żeby zobaczyć, jak bardzo zdegenerowała się nasza debata. Pierwsza polska telewizyjna stacja informacyjna ruszyła w 2001 roku. Dziś jest ich kilkadziesiąt, a posłowie w większości powtarzają partyjne komunikaty z porannych briefów. Jeszcze dwadzieścia lat temu, u progu masowego internetu, politycy prowadzili własne strony i blogi. Potem przyszedł Facebook i era mediów społecznościowych. Kilka lat później dyskusja skurczyła się do Twittera – 280 znaków i basta. Obecnie dominują memy oraz krótkie „rolki”. Im krótsze, tym lepsze – algorytmy TikToka faworyzują te poniżej 35 sekund. Wartość poznawcza zbliża się do zera, ale kogo to obchodzi?
.Nie chodzi o to, by potępiać sam format – gdyby krótkie nagranie miało być tylko sposobem na zwrócenie uwagi na poważne zagadnienie, dałoby się to obronić. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się końcem, a nie początkiem rozmowy.
Dodatkowo utrwala się przekonanie, że każdy musi być ekspertem od wszystkiego. Wystarczy przyznać szczerze „nie znam się na tym wystarczająco”, by zostać okrzykniętym idiotą.
Drugi grzech – obozy wojenne zamiast dyskusji
.Na początek jedna pozytywna zmiana, którą zawdzięczamy mediom społecznościowym: dziennikarze stracili dawną monopolistyczną moc niszczenia polityków za pomocą sfabrykowanych lub tendencyjnych tekstów. Kiedyś – nierzadko przy cichym wsparciu służb lub powiązanych z nimi środowisk – takie operacje udawały się koncertowo. Ofiara, poza garstką najbardziej rozpoznawalnych postaci, nie miała realnej szansy na obronę.
Niestety, wraz z antidotum pojawiła się również trucizna.
W mediach wciąż pracują rzetelni reporterzy, którzy prowadzą autentyczne śledztwa na wysokim poziomie etycznym. Dawne afery, zdolne zmieść z powierzchni każdego, dziś wystarczy jednak przedstawić jako perfidny atak na „nasz” obóz.
Kluczowe staje się nie tyle udowodnienie winy, ile przekonanie o niewinności – albo wręcz o męczeństwie – dzięki błogosławieństwu partyjnego lidera. W rezultacie osoby mocno skompromitowane awansują do roli bohaterów.
Wystarczy wspomnieć byłego ministra, w którego kanapie znaleziono kilka milionów, a dziś – po wyjściu na wolność – występuje w publicznej telewizji jako męczennik i autorytet. Albo innego, przedstawianego jako ofiarę upolitycznionej prokuratury, który został ostatecznie skazany przez „wolne sądy” już po „przywróceniu demokracji” – i jakoś nikt nie widzi w tym problemu. Podobnie z ewidentnym lobbystą w poselskiej ławie czy z człowiekiem, który dorabiał się na ludzkiej desperacji, obiecując cudowne uzdrowienie ciężko chorych dzieci.
Celowo nie wymieniam nazwisk ani partii – nie o stygmatyzowanie jednostek tu chodzi, lecz o stadne mechanizmy, które dziś rządzą polityką. W każdej grupie ostatecznie pada ta sama konkluzja: „Tak, ale odcięcie się od takiego człowieka mogłoby pomóc tamtym”.
Klasyczny przykład stanowi postępowanie pewnego wpływowego polityka. Przed wyborami w 2006 roku jako szef sztabu kandydata na prezydenta dużego miasta świadomie i z premedytacją pomówił kontrkandydatkę – zarzucił jej, że jako wiceminister finansów umorzyła jednemu z posłów koalicji rządzącej 300 tysięcy złotych długu. Przegrał proces, a dwa lata później przyznał się do celowego kłamstwa w imię wyborczego zwycięstwa. Minęło dziesięć lat – dziennikarz zapytał go, czy nie czuje wstydu. Odpowiedź brzmiała: „Miałem prawo tak postąpić, politycy robią to na co dzień”. Cztery lata później, po triumfie swojej partii, awansował na stanowisko ministerialne. I tak kręci się ta karuzela.
Wielu publicystów i obserwatorów tęskni za latami 90. ubiegłego wieku – wtedy debata toczyła się rzekomo na serio: mniej szczucia, więcej wizji i ambitnej polemiki. Pełna zgoda. Warto jednak pamiętać, dlaczego ten świat się skończył: cała ówczesna klasa polityczna się skompromitowała. Zarówno pseudoprawicowe gabinety Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka, jak i kawiorowa lewica spod znaku SLD i PSL zafundowały Polakom gigantyczną inflację, bezrobocie, wyprzedaż majątku narodowego, zwijanie państwa – od posterunków policji po tory kolejowe – zastój inwestycyjny oraz realny spadek poziomu życia. Pięknie było tylko w obietnicach – „kiełbasa wyborcza” smakowała najlepiej przed urną. Samozadowolenie resztek tamtej elity w żaden sposób nie pokrywa się z odczuciami zwykłych ludzi.
To właśnie ta pamięć tłumaczy dzisiejszą akceptację polaryzacji. Frekwencja wzrosła do 60–70 procent, bo mimo całego chaosu obywatele czują, że wybory mają realny wpływ. Po 2015 roku pojawiła się wreszcie ekipa, która zrealizowała większość obietnic, poprawiła kondycję gospodarki i nie przerzuciła kosztów na społeczeństwo. Tego faktu często nie chcemy pamiętać albo zdaje się, że go nie doceniamy.
Polityk, który unika konfrontacji, boi się trudnych pytań, wybiera wyłącznie przyjazne media i komfortowe warunki – sam siebie dyskwalifikuje z roli publicznej. Przynajmniej w teorii. Najbardziej przerażające jest jednak to, że przytłaczającej większości Polaków taki model już nie przeszkadza. Spotykamy go nie tylko wśród posłów, lecz także w ministerialnych gabinetach. Co więcej, wielu zwolenników jednego czy drugiego obozu otwarcie oczekuje, by ich politycy w ogóle nie pojawiali się we „wrogich” mediach – tych, których sami nie oglądają i nie lubią.
Trzeci grzech – współczesna inwektywa
.Polityka to nie tylko ambitne programy – to również emocje. Nie ma sensu potępiać tego faktu ani powtarzać za płytkimi komentatorami: „Oni tylko się kłócą”. Właśnie po to istnieje parlament – żeby najostrzejsze spory toczyły się na sali plenarnej, a nie na ulicach.
W Polsce jednak lider jednej z partii wynalazł mechanizm później nazwany przemysłem pogardy. Była to kampania nienawiści wyjątkowo brutalna i haniebna, wymierzona w jeden obóz polityczny, a jeszcze bardziej w jednego człowieka – Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Co szczególnie przerażające, nie zniknęła ona nawet po jego tragicznej śmierci. Wielu z nas do dziś ma w pamięci happeningi z puszkami po piwie i „zimnym Lechem”, prowokatorów władzy mających ośmieszyć modlących się ludzi czy sprofanować krzyż.
Często z rozrzewnieniem wspominamy przeszłość, której tak naprawdę nie znamy. Jeśli ktoś naprawdę wierzy, że dawniej debata była szlachetniejsza, niech sięgnie po drugą filipikę Cycerona – klasyczny paszkwil, w którym mistrz retoryki nie zostawia suchej nitki na Antoniuszu. Tam jednak inwektywa osiągała poziom sztuki.
Dziś? „Ty głupi zaprzańcu” kontra „Ty zdrajco”, „sługus Niemiec” kontra „rosyjski pachołek Putina”. Bardzo wyszukane.
Problem leży jednak głębiej niż w samym stylu. Spór coraz rzadziej dotyczy kierunku zmian w Polsce – częściej chodzi o partykularne interesy i wyrównywanie rachunków. Przynajmniej takie wrażenie odnosi większość widzów.
A jednak w tych nielicznych momentach, gdy ktoś próbuje prowadzić naprawdę poważną rozmowę – robi to przynajmniej jedno potężne internetowe medium, jeden szanujący każdego dziennikarz, który zaczął prowadzić własny podcast, oraz kilku ludzi rozsianych po różnych redakcjach – rzadko dochodzi do awantury czy pomówień. Okazuje się wtedy, że istnieje ogromna grupa ludzi spragnionych takiej treści. Ich programy w internecie regularnie biją rekordy popularności. Wbrew temu, co nam się wmawia, Polacy nie marzą wyłącznie o kilkunastosekundowych filmikach, obraźliwych bon motach i wpisach w stylu „rzygać mi się chce”. Także kampanijne debaty nie muszą przypominać recytowania minutowych formułek – i coraz więcej osób zaczyna to rozumieć.
.Z drugiej strony, jak prowadzić sensowną dyskusję, gdy sztandarowe hasła wyborcze brzmią: „paliwo za 5,19 zł”, „lekarz, który sam zacznie do nas wydzwaniać”, „akademik za złotówkę”? Naprawdę poważne problemy w większości nie tyle pozostają nierozwiązane, ile po prostu nikt nie chce się nad nimi pochylić. Ile razy w ostatnich latach słyszeliśmy naprawdę merytoryczną debatę – nie dziesięciominutowe przekrzykiwanie się w studiu – na temat systemu emerytalnego, reformy podatkowej, demografii, podniesienia prestiżu i znaczenia polskiej nauki, legalnej imigracji czy nowego modelu służby zdrowia? Raczej garstkę – i to zazwyczaj na politycznym marginesie.
Czwarty grzech: parlament jako dekoracja
Jak już wspominałem, parlament powinien być naturalnym miejscem sporu. Tyle że w praktyce rzadko nim bywa.
Obserwujemy permanentne deprecjonowanie sejmowej debaty, bo właściwie nikomu na niej nie zależy. Nawet ważne dyskusje o kluczowych sprawach odbywają się od czasu do czasu, lecz nie budzą zainteresowania ani posłów, ani mediów. Skostniała – by nie powiedzieć anemiczna – forma procedur tylko pogłębia ten stan: wypowiedzi ograniczone do pięciu minut na klub, kilka sekund na pytanie, brak rozróżnienia między sprawami fundamentalnymi a błahostkami, brak prawdziwej debaty nad największymi problemami kraju.
Pytania do rządu sprowadzone do „bieżących”, główne role zarezerwowane dla posłów większości – wszystko to razem zniechęca do traktowania Sejmu poważnie.
Oczywiście współodpowiedzialni jesteśmy wszyscy. Wisienką na torcie są najnowsze zmiany regulaminu Sejmu – celowo ograniczające możliwość riposty ministrom z Kancelarii Prezydenta, bo rząd regularnie przegrywał te starcia. Przeciętny poseł – a nawet lider opozycji – praktycznie nie ma szans na prawdziwą konfrontację z premierem czy ministrami na forum izby. Jedyną realną formą pozostaje wniosek o wotum nieufności, ale i tu – przy marszałku działającym w interesie większości – wystarczy jeden lub dwa głosy strony rządzącej, by dyskusję zamknąć.
.Jeszcze wyraźniej widać to dziś, gdy klub liczący blisko 190 posłów ma mniejszy realny wpływ niż siedemnastoosobowa formacja wchodząca w skład koalicji. Największy klub w Sejmie nie ma nawet swojego przedstawiciela w Prezydium, a czas przeznaczony na zabieranie głosu jest identyczny jak w przypadku najmniejszego.
Efekt? Jedyny temat, który budzi konsensus wśród liderów wszystkich partii, to unikanie Sejmu jak ognia. Jeden z nich prawie w ogóle nie pojawia się na Wiejskiej – chyba że akurat trzeba nagrać coś na potrzeby social mediów. Drugi jeszcze przed objęciem funkcji zdradził zaprzyjaźnionej dziennikarce (co niefortunnie się nagrało) swoje obrzydzenie na myśl o powrocie do tych ław. Trzeci, odkąd stracił ważną rolę, zamilkł i najwyraźniej nie wie, co ze sobą zrobić.
Wszyscy czują znużenie samą perspektywą wizyty w Sejmie – zresztą ograniczają ją do bloków głosowań. Kolejni marszałkowie – poczynając od tego, który później został prezydentem – systematycznie ograniczają prawo do pytań. Bo po co przedłużać, marudzić, robić awanturę? Poza tym część posłów chciałaby pójść na zasłużoną kolację albo pojechać wcześniejszym pociągiem do domu.
Ten cały mechanizm jest ściśle powiązany z obowiązującą ordynacją wyborczą – promuje i wymusza właśnie taki, a nie inny sposób uprawiania polityki przez posłów. Bowiem dla osoby, która chce utrzymać mandat na kolejną kadencję, lepsza jest duża sympatia wśród 3 proc. mieszkańców okręgu, którzy stają się jego bazą wyborczą, i nienawiść pozostałych niż umiarkowana sympatia większości, dla których może się on stać w większości drugim albo trzecim wyborem. Ale to już temat na osobne rozważania.
Kolejny grzech – system kontra wyjątki
.Aby nie popaść w całkowity fatalizm, w ostatnich miesiącach można dostrzec pozytywne sygnały, które mogą – choć oczywiście nie muszą – wymusić daleko idące zmiany.
Powstało duże medium niezależne od wszystkich zwalczających się obozów, łączące poważne rozmowy z lżejszymi formatami. Internet pozwala na elastyczność, jakiej nie daje telewizja. Rozkwitają ambitne podcasty: eksperci wreszcie dopuszczani są do głosu, a politycy muszą pokazać rzeczywistą wiedzę – albo kończą ośmieszeni.
Prezydent nie zamyka się w wygodnej bańce – szuka mostów poza swoim elektoratem i obozem wsparcia z drugiej tury. Dowód stanowią niedawno powołane Rady Parlamentarzystów i Samorządowców. Ich skład pokazuje, że nie jest to gra pod publiczkę, lecz realna próba dialogu ponad podziałami.
Największa partia opozycyjna rozpoczęła prace programowe już dwa lata przed wyborami – ewenement w Polsce. W całym kraju na spotkania z ekspertami przychodzą setki osób, by rozmawiać o rozwiązaniach, a nie tylko narzekać.
Rośnie także jakość aktywności obywatelskiej ponad podziałami. Najlepszym przykładem są ruchy wokół Centralnego Portu Komunikacyjnego, gdzie politycy różnych opcji potrafią usiąść przy jednym stole.
Wreszcie najpopularniejszy premier po 1989 r. – teraz w opozycji – zdaje się bardziej myśleć o przyszłych pokoleniach, nie tylko o sondażach (przestroga Reagana w praktyce). Jego ostatni 50-stronicowy raport proponuje innowacyjne rozwiązania bez wydawania dziesiątek miliardów złotych. Jest zarazem powiewem świeżości, odwagi, wizji i nowoczesności. Stanowi też wyzwanie dla wszystkich pozostałych.
A jednak te wyjątki budzą wściekłość. Medium próbujące zachować równy dystans do wszystkich stron deprecjonowane jest za pojedynczy reportaż, dziennikarz-podcaster oskarżany został o chęć zarabiania na teoriach spiskowych, posłowie z ponadpartyjnych inicjatyw bywają wyrzucani z partii jako zdrajcy, prezydent jest atakowany mimo pojednawczych gestów, były premier irytuje wszystkich, bo psuje dobre samopoczucie politykierom skupionym na knuciu i swoich małych intrygach.
Na koniec warto jedną rzecz powiedzieć jasno: wina nie rozkłada się po równo między wszystkie osoby i partie mające realny wpływ na kształt debaty publicznej w Polsce. Lubimy czasem znajdować w tym pocieszenie: „tamci są gorsi”. Być może tak jest – ale co to właściwie zmienia?
Można tu zadać stare filozoficzne pytanie: czy moralne jest okradanie złodzieja? Moim zdaniem – nie. Edmund Burke ostrzegał, że do triumfu zła wystarczy bierność dobrych ludzi. Do triumfu infantylizmu wystarczy nasze wygodne milczenie – łatwiej „zaorać”, niż argumentować, łatwiej powtórzyć mem, niż pomyśleć, łatwiej wybrać „swoich” niż najlepszych.
.Zła wiadomość jest następująca: nie ma już miejsca na „święty spokój”. Albo zaczniemy wymagać więcej – od polityków, od mediów, od siebie nawzajem – albo debata publiczna naprawdę umrze.
I nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie wiedział.


