Jan PARYS: Apel o merytoryczną politykę

Apel o merytoryczną politykę

Photo of Jan PARYS

Jan PARYS

Polityk, socjolog i publicysta, minister obrony narodowej w latach 1991-1992.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Żyjemy w okresie geopolitycznych turbulencji i nie powinniśmy tracić czasu na walki wewnętrzne, gdy wróg jest tuż za progiem – pisze Jan PARYS

.Kiedyś przepowiadanie przyszłości było zajęciem proroków. Dziś przepowiednie są ubrane w żargon naukowy i nazywają się prognozami. Mimo to nadal mało kto traktuje je poważnie. Jako że nie pretenduję do miana proroka, skoncentruję się na wskazaniu uwarunkowań, które wpływają na politykę głównych graczy międzynarodowych: USA, Chin, Rosji i Europy.

Polska nie jest mocarstwem, zatem nie ma takiej mocy sprawczej, by innym narzucać swoje cele. Możemy natomiast wspierać tych, którzy prowadzą politykę korzystną dla nas, oraz bojkotować międzynarodowe inicjatywy nam nieprzyjazne. Możemy także perswadować przedstawicielom mocarstw, co jest konieczne, by zachować pokojowe status quo i zapobiegać konfliktom w Europie.

Dla USA rok 2024 to okres wyborczy. Już w tej chwili mocarstwo to koncentruje się na sprawach wewnętrznych. Trudno zatem oczekiwać od USA w 2024 roku większej aktywności międzynarodowej. W Waszyngtonie będą podejmowane co najwyżej decyzje reaktywne. Nikt nie będzie miał czasu na nowe inicjatywy. Podziały wewnętrzne w USA są obecnie tak głębokie, że siła tego kraju jest i będzie przez wiele lat sparaliżowana przez dwa zwalczające się obozy. Nie wykluczam nawet próby siłowego wyeliminowania kandydata republikanów z wyborów. Na polu dyplomatycznym USA będą więc w 2024 roku państwem osłabionym.

.Ta sytuacja oczywiście daje pole do popisu dla innych państw, tj. głównie Rosji i Chin. Państwa zachodnie powinny skończyć ze złudzeniami, że są to kraje normalne. W żadnym z tych państw nie ma demokracji ani wolnego rynku w znaczeniu zachodnim. Tam są fasady demokracji i wolnego rynku. Stąd w Moskwie i w Pekinie możliwe są trwałe agresywne ambicje liderów. Nigdzie na świecie kraje o ustroju dyktatorskim nie są nastawione na normalną kooperację międzynarodową. Widać to dobrze także w regionie Bliskiego Wschodu. Państwa muzułmańskie często są gotowe wszczynać konflikty, które tak naprawdę nie służą im, lecz ich zagranicznym mocodawcom. Z dyplomatycznej pauzy, w jakiej jest dyplomacja USA, starają się skorzystać również takie kraje, jak Iran i Niemcy. Iran nie ma siły, by zjednoczyć region, lecz próbuje zbudować swe wpływy poprzez destabilizowanie status quo na Bliskim Wschodzie. Niemcy są zainteresowane zdominowaniem Unii Europejskiej. Dla pozycji USA na świecie ambicje zarówno Iranu, jak i Niemiec są zagrożeniem. Nie jest w interesie USA pojawienie się nowych hegemonów na Bliskim Wschodzie czy w Europie.

Politycy zachodni od wielu miesięcy zastanawiają się, co robić z Ukrainą – czy jej pomagać i po co jej pomagać? Lecz jest to źle postawione pytanie. Bo głównym problemem jest to, jaką politykę należy prowadzić wobec agresywnej Rosji. Zatem nie o Ukrainę tu idzie, mimo że wojna trwa w tym kraju. Sprawa Ukrainy jest pochodną odpowiedzi na pytanie o politykę wobec Rosji. Poza tym trzeba sobie zadać pytanie, co chcemy osiągnąć na Ukrainie, co ma być rezultatem pomocy militarnej i finansowej. Jeżeli idzie nam o przerwanie wojny, to wszystko inne ma być podporządkowane realizacji tego zadania. Aby wynegocjować przerwanie walk, trzeba jednak negocjować z pozycji siły. Zatem nie można odcinać Ukrainy od wsparcia militarnego. Możliwe, że mamy inny cel, np. całkowite wyzwolenie okupowanych przez Rosję ziem ukraińskich – wtedy prowadzimy wojnę aż do pełnego sukcesu, czyli do pobicia Rosji. Jeżeli za cel przyjmiemy przyjęcie Ukrainy do UE i do NATO, to inne kwestie stają się narzędziem do osiągnięcia tego celu. Na demokratyczny zwrot w Rosji i jej powrót do racjonalnej polityki kooperacji chyba nikt rozsądny dziś nie liczy.

W przypadku Chin mamy sytuację inną. Władze tego kraju jeszcze nie prowadzą wojny, ale mają ambicje imperialne. Jest to kontrolowanie Azji i Pacyfiku. W trudnej sytuacji są przede wszystkim kraje sąsiednie Chin. Żaden nie jest w stanie obronić się samodzielnie przed chińską agresją czy gospodarczym naciskiem. W najtrudniejszej sytuacji jest Tajwan, czyli Republika Chińska. Państwo to jest przedmiotem jawnych gróźb ze strony Pekinu. Głównym powodem, dla którego agresja Chin na Tajwan jest możliwa, według propagandy Komunistycznej Partii Chin ma być dążenie do zjednoczenia ze zbuntowaną prowincją. Władze w Pekinie nie chcą bowiem zaakceptować faktu, że Tajwańczycy, chociaż kilka pokoleń temu byli Chińczykami, to dziś czują się odrębnym narodem i chcą mieć własne państwo.

Poza tym idzie o to, że Tajwan posiada tzw. regalia, a więc zabytki ruchome z czasów starożytnych Chin, które Czang Kaj-szek wywiózł z Chin, opuszczając kontynent. Władze w Pekinie uważają, że mają do nich prawo, bo są to fundamenty chińskiej kultury. Chiny posiadają dosyć ziemi oraz dosyć zasobów demograficznych i w rzeczywistości do niczego nie potrzebują Tajwanu. Mowa więc o całkowicie emocjonalnych, a nie racjonalnych powodach agresji na Tajwan. Jest jednak ambicją władz Chin odzyskanie tych regaliów za każdą cenę, tj. nawet za cenę wojny. To z kolei stawia USA w trudnej sytuacji. Waszyngton traktuje Tajwan jak sojusznika. Będzie zatem zaangażowany w obronę Tajwanu. Obrona Tajwanu jest dla państw Azji sygnałem, czy na USA można polegać i czy obóz proamerykański ma w Azji szanse. Udział USA w wojnie o utrzymanie suwerennego Tajwanu będzie więc testem wiarygodności sojuszniczej dla Waszyngtonu. Bez obrony Tajwanu Azja stanie się chińską strefą wpływów, a Chiny staną się hegemonem w Azji.

Problem Europy polega na tym, że obóz państw zachodnich od dawna jest tak podzielony, że prawie nie istnieje. Oczywiście formalnie NATO trwa. Lecz w rzeczywistości wiele państw prowadzi politykę wobec Rosji i Chin niezależnie, mimo że korzysta z parasola militarnego USA. Zachód jest rozbity również dlatego, że w wielu państwach nastąpił odwrót od zachodniego dziedzictwa. Tradycje filozofii greckiej, etyki chrześcijańskiej, prawa rzymskiego zostały odrzucone i potępione. W niektórych państwach, jak np. w Niemczech, tacy politycy jak kanclerz Angela Merkel zakazali dyplomatom używania pojęcia „Zachodu”. Ta kategoria obejmuje bowiem także USA. Wielu politykom w Europie zależy na tym, by Europa podkreślała swą odrębność, a nie związki z USA. Nie chcą zatem mówić o wspólnocie Zachodu, gdyż do tej USA ewidentnie należy.

.Słabość gospodarcza i polityczna dużych państw Unii Europejskiej powoduje, że w dawnych imperiach kolonialnych zrodziła się idea federalizacji Unii Europejskiej. W rzeczywistości chodzi o prawne zatwierdzenie dominacji Niemiec i Francji. Dzięki temu Niemcy i Francja będą mogły wykorzystywać potencjał blisko 30 państw Unii dla realizowania swoich partykularnych interesów. Po reformie traktatu Europa będzie więc podzielona na dwie kategorie państw – decydentów, czyli europejskie mocarstwa kieszonkowe, oraz resztę, czyli peryferie, które pracują na potęgę decydentów. Plan transferu władzy od państw członkowskich do centrali UE w Brukseli nie ma poparcia społecznego, lecz nikt się tym nie przejmuje.

Dotychczasowe osiągnięcia władz UE, jak polityka migracyjna, reset z Rosją, rozbrojenie Europy, polityka wobec COVID-u i koncentracja na ideologii zamiast na rozwoju gospodarczym, nie wróżą szczęśliwej przyszłości państwom Unii Europejskiej. Centralizacja władzy w Brukseli skompromituje projekt europejskiej współpracy na wiele dziesiątek lat. Żadna z przyjętych przez Unię Europejską koncepcji, jak federalizm, autonomia strategiczna, uznanie klimatu za wartość nadrzędną, nie jest adekwatną odpowiedzią na wyzwania XXI wieku. Programy te nie zapewnią Europie ani rozwoju gospodarczego, ani silniejszej pozycji politycznej. Przeciwnie, programy te osłabią pozycję Europy na świecie. W poszczególnych państwach Unii narasta krytyka dążeń centralizacyjnych, lecz znajduje się ona poza oficjalnym życiem politycznym. Opinie krytyczne wobec reformy UE są traktowane jako niepoprawne politycznie, zatem nie ma nad nimi normalnej debaty.

Liczni politycy w krajach europejskich nie nadążają za wydarzeniami i czują się bezradni wobec nowej rzeczywistości. Stąd są gotowi tak łatwo przekazać Brukseli swe uprawnienia do prowadzenia polityki. Niektórzy politycy tak się przejęli krytyką przeszłości swoich państw, że przestali cenić swoje społeczeństwa i swoją kulturę. Nie czują się gospodarzami w swoich krajach, lecz zachowują się jak spadkobiercy masy upadłościowej. Uczestniczą co miesiąc w posiedzeniach Rady Unii Europejskiej, ale biorą w niej udział z pozycji zadłużonego klienta, który spotyka się z syndykiem, by rokować odłożenie egzekucji długu. Komisja Europejska, która powstała z woli suwerennych państw, by koordynować wspólne działania, chce całkowicie zmienić swój status i swe zadania. Dziś chce pozbawić kraje członkowskie atrybutów państwowości w zakresie polityki podatkowej, obronnej, zagranicznej oraz prawa weta dla obrony swych interesów.

.Na tle tak zarysowanej sytuacji międzynarodowej możemy powiedzieć, że Polska nie znajduje się w łatwym położeniu. Nie ma co przypominać, że Rosja jest blisko i że jest zdolna wykorzystać każdy moment naszej słabości. Wojnę z Polską Rosja już prowadzi od 2021 roku, wykorzystując do tego presję migracyjną z terenu Białorusi. Większość polskich polityków nie potrafi zrozumieć, że konflikt Rosji z Polską nie jest kwestią przyszłości. On już trwa, tylko obecnie jest jeszcze w fazie hybrydowej. Dążenia do centralizacji władzy w Unii Europejskiej ze strony Niemiec i Francji nie dają Polsce żadnych szans na normalny rozwój i utrzymanie suwerennej państwowości. Zasadne jest pytanie, jaką politykę mamy w tej sytuacji prowadzić. To jest pytanie przede wszystkim do nowej ekipy, która objęła władzę 13 grudnia 2023 r. Na razie wiadomo, że z obietnic o odbudowie wspólnoty narodowej nie zostało wiele. Mamy poważny spór między prezydentem a rządem, który chce zmieniać kraj za pomocą uchwał sejmowych z pominięciem drogi ustawowej. Słuszne stwierdzenie Donalda Tuska wyrażone w exposé, iż kraj podzielony jest o połowę słabszy, niestety nie stało się wytyczną dla nowego rządu. To jest bardzo groźne, bo żyjemy w okresie geopolitycznych turbulencji i nie powinniśmy tracić czasu na walki wewnętrzne, gdy wróg jest tuż za progiem.

Martwi mnie także pewien fundamentalny błąd nowej ekipy, która nie odróżnia celów od narzędzi, którymi się je realizuje. Kiedy czytam, że celem ma być odbudowa trójkąta weimarskiego, bliska kooperacja z USA, umocnienie Unii Europejskiej, realizacja dotychczasowej polityki klimatycznej i migracyjnej Unii, to mam wrażenie, że rząd się myli. Bo celem rządu Rzeczypospolitej jest dbać o bezpieczeństwo i dobrobyt obywateli dzięki wzmocnieniu państwa i gospodarki. Jeżeli dla kogoś celem jest zwiększenie liczby spotkań i obiadów dyplomatycznych, to znaczy, że narzędzia traktuje jako cele. Tymczasem cele władz RP, czyli obowiązki rządu, są zapisane w konstytucji. Na pewno nie jest korzystne dla Polski realizowanie polityki klimatycznej, która osłabia nasz potencjał przemysłowy. Nie służy wzmocnieniu państwa oddawanie atrybutów państwowości na rzecz władz Unii. Rząd nie może postępować jak małe dziecko, które z przekory będzie robiło wszystko odwrotnie, niż było w okresie 2016–2023, by zrobić na złość politykom PiS. Reasumując, apeluję o bardziej merytoryczne podejście do polityki. Interes Polski powinien być ważniejszy niż emocje.

Jan Parys

Tekst ukazał się w nr 61 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 kwietnia 2024