Blue Monday to fake news [Prof. Michał BIAŁEK]

Niezwykle trudno usunąć z pamięci informacje, które raz się już zapamiętało, nawet jeśli wiemy już, że nie są prawdziwe – zwraca uwagę w rozmowie psycholog prof. Michał Białek z Uniwersytetu Wrocławskiego, omawiając popularność niepotwierdzonego naukowo pojęcia „Blue Monday”.

Istnienie Blue Monday nigdy nie zostało potwierdzone

.Na przykładzie Blue Monday – czyli rzekomo „najbardziej dołującego dnia roku”, którego istnienie jest fake newsem – naukowiec wyjaśnia, jak działa metoda naukowa, a więc jakimi narzędziami dysponuje nauka, aby potwierdzić lub obalić jakieś tezy. Blue Monday przypadać miałby na trzeci poniedziałek stycznia, a więc w tym roku – 19 stycznia.

Ludwika Tomala: Załóżmy, że przychodzi do pana ktoś, kto mówi, że opracował wzór na najgorszy dzień roku. Jakie ma pan – jako naukowiec – narzędzia, żeby sprawdzić, czy warto mu uwierzyć?

Prof. Michał Białek: To jest poważny i – nie ukrywam – straszny problem obecnych czasów. Nawet ja, będąc naukowcem z pewnym dorobkiem, nie mam kompetencji, by zweryfikować może i 95 proc. tego, co mówią inni badacze. Specjalizacja w nauce jest obecnie tak wąska, że poza moją ścisłą domeną czuję się niemal jak laik. Bez głębokiego zrozumienia tematu często nie jestem w stanie szybko zweryfikować każdej informacji. Mogę najwyżej zobaczyć, czy ona mi pasuje do jakiejś wiedzy ogólnej.

Jeśli jednak chodzi o Blue Monday, to jest to ekstremalny przykład totalnej bzdury. Do dostrzeżenia tego absurdu nie potrzeba wyrafinowanej wiedzy.

No tak. Spójrzmy na wzór, zgodnie z którym miałby być wyliczony „najbardziej przygnębiający dzień roku”. Tam są takie elementy, jak: pogoda (różniąca się przecież na całej Ziemi), do której dodaje się dług, a więc brakujące nam pieniądze. Jest też i czas od Bożego Narodzenia podniesiony do potęgi niedotrzymanych postanowień noworocznych. Co tu dużo mówić – ten algorytm jest konstruowany jako żart.

Prof. Michał Białek: Tu jest to ewidentne. Jest jednak wokół nas wiele informacji, które wyglądają wiarygodnie na pierwszy i na drugi rzut oka. Jeśli chcemy potwierdzić ich sensowność, warto poszukać źródła badań – sprawdzić, czy dane zagadnienie w ogóle istnieje w obiegu akademickim i czy dana treść została opublikowana w czasopiśmie recenzowanym. Np. w Google Scholar można przeszukać wyłącznie literaturę naukową.

Istnienie Blue Monday nigdy nie zostało potwierdzone w recenzowanym czasopiśmie naukowym. O rzekomym wyznaczeniu najbardziej depresyjnego dnia roku poinformowali dziennikarze – w prasie. Niech pan nam wyjaśni, czym dokładnie jest „czasopismo recenzowane” i dlaczego recenzja (peer review) jest w nauce taka ważna?

Prof. Michał Białek: Recenzje to system bezpieczników. Gdy naukowiec pisze artykuł do czasopisma naukowego, tekst trafia do redaktora, który wysyła go do dwóch lub trzech niezależnych recenzentów – ekspertów w danej, bardzo wąskiej dziedzinie. Oni sprawdzają, czy tekst ma „ręce i nogi”, czy argumentacja jest logiczna i czy dostarczone dowody wspierają tezę. Od około dekady recenzenci mają też wgląd do danych zebranych w ramach badań.

W przypadku Blue Monday recenzenci zapytaliby: „Gdzie są dane demograficzne? Czy tego dnia faktycznie jest więcej przyjęć do szpitali psychiatrycznych?”. Ponieważ takich danych nie ma, artykuł zostałby odrzucony.

W dobrych pismach naukowych odrzuca się średnio cztery na pięć nadesłanych tekstów. Proces publikacji trwa rok, dwa, a recenzenci często żądają od autorów dodatkowych badań i poprawiania tekstu. To wysoka poprzeczka, która ma gwarantować jakość.

To trochę więcej bezpieczników niż w portalach społecznościowych, gdzie każdy może sam w dwie minuty wymyślić jakąś niedorzeczność i puścić ją w świat. Ale wróćmy do Blue Monday: w publikacjach naukowych jest klauzula, czy autor deklaruje konflikt interesów. W przypadku Blue Monday autorowi pojęcia biuro podróży zapłaciło za znalezienie najlepszego dnia na rezerwację wycieczki. To byłby już konflikt interesów?

Prof. Michał Białek: Naukowiec zatrudniony przez jakąś firmę do wykonania jakiegoś zadania może nawet nieświadomie wybierać metody, które potwierdzą jego hipotezę, bo od tego zależy kolejne zlecenie.

Załóżmy, że jakieś badanie przejdzie przez sito recenzji, ale błąd zostanie odkryty później. Jak w nauce dochodzi do wycofywania błędnych treści?

Prof. Michał Białek: W nauce złotym standardem powinna być replikacja, czyli powtórzenie badania przez niezależny zespół. W praktyce jednak replikowanych jest tylko około 0,5–1,5 proc. hipotez.

Tak mało? Tylko 1 na 66–200 badań doczekuje się potwierdzenia? Czy to znaczy, że reszta nie jest prawdziwa?

Prof. Michał Białek: Nie o to chodzi. Większość badań nikogo nie interesuje, więc nikt ich nie powtarza. Replikuje się tylko te wyniki, które „przebiły się” do mainstreamu. Najbardziej nierzetelne według wskaźników replikacji są nauki o żywieniu i badania sportowe, gdzie poziom replikowalności wynosi 15–20 proc.

To mniej niż w psychologii, gdzie potwierdzenie w kolejnych eksperymentach znajduje 30–60 proc. badań. Jeśli zaś chodzi o Blue Monday, to też podjęto próbę replikacji – w 2024 r. wykonano analizę, która pokazała, że nie ma w styczniu jakiegoś konkretnego dnia, kiedy to podejmowanych jest więcej prób samobójczych czy przyjęć do szpitali psychiatrycznych.

Prof. Michał Białek: Blue Monday można uznać za jedną z „teorii zombie”. Teorie zombie to te spośród przekonań, w które wśród specjalistów nikt nie wierzy, nauka je dawno „zabiła”, ale w opinii publicznej żyją. Inną taką „teorią zombie” jest przekonanie, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia (to pokłosie kampanii reklamowej płatków śniadaniowych). Do zapomnienia powinien odejść też podział stylów uczenia się – m.in. na „wzrokowców” i „słuchowców”. Od tego odeszło się w nauce w latach 90., ale przekonanie to nadal pokutuje.

Jak czasem się mawia: „teorie nie umierają, umierają ludzie, którzy w nie wierzą”. Trzeba po prostu poczekać na wymianę pokoleniową, bo nauczonej raz bzdury niemal nie da się z głowy usunąć.

Dlaczego tak trudno jest nam „zapomnieć” błędną informację?

Prof. Michał Białek: Wiedza w głowie nie ma etykietki ze źródłem. Pamięć to nie biblioteka, gdzie mogę sprawdzić, czy dana informacja pochodzi z rzetelnej książki, czy z plotki. To sieć wzajemnie powiązanych informacji. Więc te wszystkie fake newsy, przekonania, zasłyszane plotki, historyjki mają ten sam status. Raz wmontowana do pamięci bzdura staje się elementem naszego rozumienia świata. Wyjęcie tych informacji z całej sieci jest niesamowicie trudne, o ile w ogóle możliwe. Nawet jeśli dowiemy się, że Blue Monday to nieprawda, nie wymażemy tego pojęcia z mózgu. Może tam najwyżej powstać „nadpis” o treści: „to bujda”, ale pierwotne skojarzenie pozostaje.

Nie mogę niczego zapomnieć dobrowolnie. Mogę to zreinterpretować i mogę mieć nadzieję, że ten zinterpretowany ślad będzie bardziej dostępny w mojej pamięci niż ten oryginalny. Przekonanie ludzi, że coś jest nieprawdą, trochę działa jak polecenie „nie myśl o słoniu”. To wymaga pomyślenia o słoniu.

To bardzo pesymistyczna wizja. Jesteśmy bezbronni wobec dezinformacji?

Prof. Michał Białek: Do pewnego stopnia tak. My, ludzie, nie tylko nie dysponujemy narzędziami, żeby weryfikować wszystkie informacje, które do nas docierają, ale też jesteśmy zalewani masą informacji, które mają bardzo niski status. A w dodatku na podstawie tych słabych informacji, których nie da się z głowy wyrzucić, budujemy swoje wyobrażenie świata. Konsekwencją tego są bańki informacyjne, tzw. echo chambers.

No to powinnam robić z panem ten wywiad dementujący istnienie Blue Monday, czy nie?

Prof. Michał Białek: Blue Monday, mimo że narodził się jako żart i trik marketingowy, żyje już 20 lat i pewnie nie zniknie. Może pani nic nie napisać o Blue Monday. I wtedy – jeśli zrobią to i inni dziennikarze – może ludzie kiedyś zapomną. Albo napisać, że to jest bzdura, ale wtedy jest ryzyko, że przez przypadek tylko wzmocnimy pamięć o tym pojęciu.

Chciałbym zasiać ziarno zdrowego sceptycyzmu, ale też uświadomić ludziom ogromną odpowiedzialność tych, którzy komunikują naukę, ale i wpuszczają w obieg informacje. Raz wypuszczonej w obieg bzdury nie da się łatwo cofnąć.

Rozmawiała: Ludwika Tomala/PAP

Depresja. Więcej pytań niż odpowiedzi

.Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na całym świecie na depresję cierpi ok. 280 milionów osób. Każdego roku z powodu depresji skuteczne próby samobójcze podejmuje 700 tys. osób. Choć przypuszcza się, że ok. 5 proc. dorosłej populacji cierpi na depresję, to coraz większym i bardziej zauważalnym problemem staje się depresja wśród młodzieży, a nawet dzieci – pisze Bartosz KABAŁA

Kilka miesięcy temu w „Molecular Psychiatry”, czasopiśmie związanym z „Nature”, ukazał się przegląd dostępnych badań naukowych dotyczących zależności pomiędzy poziomem serotoniny w tkance mózgu a objawami depresji. Artykuł wywołał chwilową burzę medialną i nieco dłużej trwający zamęt naukowy. W mediach popularnych powielanym przez dziennikarzy wnioskiem był brak skuteczności leków na depresję, których obecnie stosuje się ogromne ilości. Co zostało z tego poruszenia i czy badanie było jego warte? Czy medycyna rzeczywiście zmieniła całkowicie postrzeganie depresji i jej leczenia?

Autorzy głośnej pracy pod kierunkiem dr Joanny Moncrieff, psychiatry z University College w Londynie, dokonali tzw. przeglądu parasolowego (umbrella review) – nie dość, że wzięto pod uwagę wszystkie dostępne metaanalizy, czyli prace kompilujące wyniki pojedynczych badań naukowych, to jeszcze przeanalizowano inne dotychczasowe przeglądy opisujące związki poziomu serotoniny i depresji. Całość objęła ogromną liczbę badań naukowych i dziesiątki tysięcy pacjentów. Wnioski, które naukowcy zamieścili w swojej publikacji i które pojawiały się w późniejszych wypowiedziach medialnych Moncrieff, nie pozostawiają złudzeń – objawy depresji nie zależą od poziomu serotoniny. Sama autorka idzie jeszcze dalej, mówiąc: „Wiele osób bierze leki przeciwdepresyjne, bo zostały przekonane, że przyczyną choroby jest zachwiana równowaga biochemiczna”. I dalej: „Tysiące osób cierpi z powodu efektów ubocznych leków przeciwdepresyjnych (…). Sądzimy, że jest to częściowo związane z fałszywym przekonaniem o biochemicznej przyczynie depresji”.

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na depresję cierpi ok. 280 milionów osób na całym świecie. Każdego roku z powodu depresji skuteczne próby samobójcze podejmuje 700 tys. osób. Choć przypuszcza się, że ok. 5 proc. dorosłej populacji cierpi na depresję, to coraz większym i bardziej zauważalnym problemem staje się depresja wśród młodzieży, a nawet dzieci. W Polsce między 2017 a 2021 rokiem nastąpił wzrost zdiagnozowanych przypadków wśród dzieci i młodzieży z 12 tys. do 25 tys. Sprawa jest poważna, a zgłaszany przez ekspertów kryzys w polskiej psychiatrii, zwłaszcza dzieci i młodzieży, nie napawa optymizmem.

Każdy zapewne ma w wyobraźni jakiś obraz depresji, jej objawów i skutków. Jeśli nie znamy dokładnych kryteriów i przebiegu, za depresję może uchodzić każdy smutek lub rzadsze okazywanie radości. Może się wydawać, że definicja depresji jest mglista i brak jej konkretnej formy. Intuicyjnie myślimy, że choroby umysłu, których przecież nie diagnozuje się badaniem obrazowym, jak tomografia komputerowa, ani nie ogląda się ich pod mikroskopem, są trudno uchwytne i rozpoznawalne „na oko”. W psychiatrii do zdiagnozowania zaburzenia depresyjnego wymagane jest spełnienie ściśle określonych kryteriów.

W praktyce lekarskiej często używane są kryteria DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) opracowane przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. W znacznym uproszczeniu, aby postawić takie rozpoznanie, konieczne jest wystąpienie przez okres dwóch lub więcej tygodni co najmniej pięciu objawów z zamieszczonej w kryteriach listy. Jednym z nich musi być anhedonia, czyli brak zdolności do odczuwania przyjemności lub obniżony nastrój. Na wspomnianej liście znaleźć można m.in.: zmniejszoną koncentrację, nawracające myśli o śmierci i o próbie samobójczej, ale także mniej kojarzące się z depresją w jej powszechnym rozumieniu objawy, jak utrata masy ciała, bezsenność czy łatwe męczenie się.

Przy rozważaniach na temat depresji często pojawia się również pojęcie triady Becka, oznaczające negatywne myśli o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Termin ten pochodzi od nazwiska Aarona Becka, zmarłego w listopadzie ubiegłego roku amerykańskiego psychiatry, twórcy modelu poznawczo-behawioralnego wyjaśniającego przyczyny powstawania depresji. Co ważne, jednego z wielu modeli.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/bartosz-kabala-depresja-wiecej-pytan-niz-odpowiedzi/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 18 stycznia 2026