Bułgaria ogranicza głosowanie w wyborach poza krajem

Parlament w Sofii odrzucił weto prezydent Iliany Jotowej wobec zmian w kodeksie wyborczym, które przewidują ograniczenie liczby lokali wyborczych w krajach poza Unią Europejską do maksimum 20. Zmiany te parlament uchwalił na początku lutego na wniosek poprzedniego rządu.

Parlament w Sofii nie chce głosowania diaspory

.Za odrzuceniem prezydenckiego weta w 240-miejscowym parlamencie opowiedziało się 126 posłów. Nowelizację kodeksu wyborczego uchwalono głównie z myślą o Turcji. Zdaniem większości posłów wysiedleni z Bułgarii pod koniec lat 80. ubiegłego wieku Turcy, którzy mają podwójne obywatelstwo i znajdują się pod silnym wpływem władz tureckich, nie powinni mieć prawa ingerować w sprawy wewnętrzne Bułgarii, zwłaszcza że w większości zapomnieli już języka bułgarskiego, a młodsi w ogóle się go nie nauczyli. Chodzi o ponad 150 tys. osób, wśród których szerokie wpływy zdobył w ostatnich latach oligarcha Delian Peewski, objęty sankcjami USA za korupcję na mocy ustawy Magnitskiego.

Zgodnie z uchwaloną nowelizacją w krajach poza UE będzie można otworzyć najwyżej 20 lokali wyborczych poza ambasadami i konsulatami. Poza Turcją najbardziej odczują to liczne społeczności bułgarskie w USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii, na co wskazywała prezydent Jotowa.

Najgorętszy zwolennik zmiany, nacjonalistyczna partia Wyzrażdane (Odrodzenie), zarzuciła mniejszości bułgarskiej w Turcji, że składa się z „tureckich agentów”. Partia Peewskiego odpowiedziała, że kampania przeciw tej mniejszości jest „powtórzeniem tzw. procesu odrodzeniowego” z końca lat 90., kiedy władze komunistyczne przymusowo zmieniały imiona i nazwiska Turków na bułgarskie i zmusiły do emigracji ok. 300 tys. osób. W następnych latach około połowa z nich wróciła, lecz wielu zachowało podwójne obywatelstwo.

Kto kogo zdelegalizuje?

.Stary świat się nie poddaje. Znów widziałem w Bernie dwie książki o „zagrożeniach dla demokracji”. W temacie Polski radość z powodu sukcesu liberałów w 2023 i smutek po zwycięstwie populisty w 2025 roku. Ktoś to czyta, liberalizm, choć poturbowany, jeszcze kąsa. Ale jego wpływ na umysły maleje – pisze Jan ŚLIWA.

Bezpośrednią motywacją do napisania tego tekstu stały się ciężkie działa, jakie niemiecki prezydent Frank-Walter Steinmeier wytoczył wobec AfD, największej (i de facto jedynej) partii opozycyjnej w Niemczech. Zasugerował, że jej delegalizacja może być niezbędna. Niemiecka demokracja dla wielu (nie dla mnie) uchodzi za wzorcową, warto się więc jej przyjrzeć. Rozwój wydarzeń w Niemczech może też mieć wpływ na sytuację w Polsce, stąd nasze zainteresowanie.

Wygląda na to, że w świecie Zachodu zbliża się decydujące starcie liberalizmu z demokracją. Jak to? – można zapytać, przecież liberalizm jest szczytową formą demokracji. Otóż nie jest.

Etymologicznie „liberalizm” pochodzi od łacińskiego słowa libertas, wolność. Związek między tymi pojęciami jest jednak pozorny. W komunistycznej NRD używano pojęcia „real existierender Sozialismus”, realnie istniejący socjalizm. Miało to pojęcie pozwolić zrozumieć, że socjalizm widziany wokół nas nie przypomina tego z książki, często jest jego zaprzeczeniem. Podobnie jest z liberalizmem. Powinien zapewniać wolność słowa, pozwalać na swobodną dyskusję, w której decydują argumenty, i tworzyć taki system polityczny, w którym wolni ludzie samodzielnie decydują o swoim losie. Czy tak jest?

Panuje terror politycznej poprawności, internetowi dyskutanci boją się występować pod własnym nazwiskiem, ponieważ mogą zostać wyrzuceni z pracy lub zaszczuci przez środowisko. W wielu krajach istnieje „policja myśli” oraz zorganizowane donosicielstwo. W Wielkiej Brytanii, której swobody były niegdyś przedmiotem zazdrości absolutystycznego kontynentu, cicha modlitwa przed kliniką aborcyjną jest przestępstwem.

Co właściwie powiedział prezydent Frank-Walter Steinmeier? Zaczął od przywołania rocznic przypadających na 9 listopada: 1918 – abdykacja cesarza II Rzeszy Wilhelma II, 1938 – pogromy antyżydowskie znane jako noc kryształowa, i 1989 – zburzenie Muru Berlińskiego, zapowiadające koniec podziału Niemiec.

Upamiętnione miało zostać to ostatnie wydarzenie, ale prezydenta bardziej interesował rok 1938 i trwające, wręcz rosnące zagrożenie dla niemieckiej demokracji. Zagrożenie to oczywiście pochodzi z „prawej strony”, od sił negujących porządek konstytucyjny. Nie wymieniając jej nazwy, miał na myśli Alternatywę dla Niemiec (AfD).

Nie wymienił konkretnych dowodów, widocznie dla niego i jego słuchaczy jest to oczywiste. Manifesta non eget probatione, fakty oczywiste nie wymagają dowodu. Oczywiste dla kogo? Oczywiście dla tzw. NAS. A kto to ci MY? Oczywiście ci dobrzy i mądrzy, prawdziwi liberalni demokraci. A skąd wiadomo, że ci dobrzy to MY? No ile razy mam tłumaczyć rzeczy oczywiste… A ci źli to kto? Populiści, ekstremiści, autorytarni antydemokraci. Nie przestrzegają naszych wartości, cechuje ich agresywna wrogość wobec konstytucji (pięknie to brzmi w oryginale: aggressive Verfassungsfeindschaft). Zaczynają od ataku na wymiar sprawiedliwości, co widzimy również w krajach sąsiednich. Które to kraje?

Musimy więc działać, nie ma czasu do stracenia. Nie możemy się poddawać, nasza demokracja to demokracja walcząca (wehrhafte Demokratie). I tu zaczyna się mocny fragment: nie możemy czekać, aż wszystkie wątpliwości zostaną prawnie wyjaśnione. Z ekstremistami niedopuszczalna jest jakakolwiek współpraca na jakimkolwiek poziomie. Musimy rozważyć zakaz takich partii. I jeżeli przez to część demokratycznie wybranych parlamentarzystów zostanie wykluczona z kształtowania polityki, to jest to wykluczenie wybrane przez nich samych. Ale każdy, kto akceptuje reguły, ma możliwość powrotu do demokratycznej działalności.

Mocne. Nie trzeba dodawać, że o ponownym dopuszczeniu ICH decydujemy MY. Potem słyszeliśmy parę frazesów dla zmiękczenia przekazu: nie może to uniemożliwiać rzeczowej, swobodnej dyskusji, nie możemy oddawać tematów naszym przeciwnikom. Kolejnym zagrożeniem jest internet, bo przecież – jak mówił Lech Wałęsa – „miała być demokracja, a tu każdy wygaduje, co chce”. I dalej: „Dopóki nie wyszły te środki, internety, to wszystko, te telefony, to ludzie wierzyli politykom”. Mądrze powiedział, można to powiesić gdzieś w Brukseli.

I finał przemówienia: nie poddawajmy się, bądźmy pewni siebie i róbmy to, co musi zostać zrobione. Brzmi to złowrogo, źle się kojarzy – może być trudne, ale musimy to zrobić. Można było mieć wątpliwości, z którą Rzeszą mamy do czynienia.

Oczywiście prezydent miał na myśli to, że należy stworzyć krainę tolerancji i szczęśliwości, ale przecież podkreślał też, że należy to zrobić bez litości dla wrogów. Niezbyt to spójne – przez wykluczenie do inkluzywności. Komentatorzy zwrócili uwagę, że w rocznicę upadku muru nawoływał do wznoszenia nowych murów. Wielu oceniło to przemówienie jako skandaliczne. Partyjna polityka, niegodna głowy państwa.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-sliwa-kto-kogo-zdelegalizuje/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 25 lutego 2026