Jan ROKITA: Zdeprawowana instytucja

Zdeprawowana instytucja

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Coraz częściej nabieram przekonania, że niektóre, na pozór „ładnie wyglądające” instytucje ustrojowe tracą sens w warunkach współczesnej demokracji. Powód tego jest prosty – znika bowiem kontekst kultury i polityki, który nadawał sens ich istnieniu. Tak jest na przykład z Rzecznikiem Praw Obywatelskich – pisze Jan ROKITA

.Zainstalował tę instytucję w Polsce reżim komunistyczny w roku 1987, czyli w chwili, gdy wyraźnie chylił się już ku upadkowi. A uczynił to pod wpływem rewolucyjnej doktryny „głasnosti”, jaką Michaił Gorbaczow obwieścił właśnie na XXVII Zjeździe sowieckiej partii komunistycznej. Chcąc nie chcąc, Wojciech Jaruzelski też musiał wymyślić jakąś swoją odmianę „głasnosti”, a pomysł, że powstanie urząd, który zajmie się masowymi skargami ludzi na bezprawne praktyki lokalnych kacyków partyjnych i biurokratów, musiał zdać się generałowi pierwszorzędny. Tym bardziej że wojskowi generalnie nie lubili w tamtych latach ani lokalnych sekretarzy partyjnych, ani nomenklaturowej administracji. A to, żeby nowy urząd nie sprawiał politycznych kłopotów słabnącemu reżimowi, gwarantowała nominowana na tę funkcję osoba – elokwentna prawniczka i miłośniczka opery Ewa Łętowska.

W wolnej Polsce różne były potem koleje tego urzędu. Bywali tacy rzecznicy, którzy interpretowali swoją rolę jako walkę o lewicowy ideał sprawiedliwości społecznej (np. Tadeusz Zieliński), a bywali też tacy, którzy mieli ambicję przyczynienia się do walnej naprawy konstytucyjnego ustroju państwa (np. Janusz Kochanowski). Ale niezależnie od odmiennych sposobów traktowania misji rzecznika, jak również od odmiennych orientacji ideowych kolejnych rzeczników przez wiele lat istniał klarowny kontekst kultury i polityki, dzięki któremu ów urząd miał swój głęboki ustrojowy sens.

Ów kontekst tworzyła liberalna doktryna praw człowieka, która do zachodniej polityki przeniknęła na dobre po roku 1976, gdy weszły w życie dwa międzynarodowe pakty praw człowieka, co szczęśliwie zbiegło się z okresem rządów w USA ekipy Jimmy’ego Cartera i Zbigniewa Brzezińskiego, która z owych paktów uczyniła główne narzędzie ideowej konfrontacji z systemem sowieckim. Z czasu młodości pamiętam, iż czytaliśmy naonczas te dwa międzynarodowe pakty niczym jakąś „biblię wolności” i powoływaliśmy się na nie nieustannie, przysparzając tym trochę kłopotów słabnącemu komunistycznemu reżimowi.

Instytucja Rzecznika Praw Człowieka miała sens tylko dlatego, że wszyscy wiedzieli dobrze, czym są prawa człowieka. I co najważniejsze, wiedzieli to również ci, którzy je łamali, czy to dla utrzymania siłą zdobytej władzy (jak w dyktaturach latynoskich), czy to ze względu na patologiczną ideologię (jak w reżimach komunistycznych).

Można się było ideowo spierać, które spośród praw człowieka są „ważniejsze” – czy te wolnościowe (swoboda słowa, zrzeszeń, sumienia), czy może te społeczne (prawo do oświaty, pracy czy ochrony zdrowia). Ale wszyscy zgadzali się co do samej natury praw człowieka – tego mianowicie, że chronią one wolność i godność osoby ludzkiej względem państwa i w tym sensie przynależą do liberalnego ładu politycznego. Niestety, najpierw wojny kulturowe, a potem wielka dekadencja zachodniej polityki w XXI wieku sprawiły, że samo pojęcie „praw człowieka” utraciło swe klasyczne znaczenie. Więc dziś kto tylko chce, może – w zasadzie bezkarnie – poniewierać tym świętym dla mojego pokolenia pojęciem, ukrywając za nim dowolne zło, głupotę albo skrajną ideologię.

.We Francji na przykład, która już w końcu XVIII wieku próbowała skonstruować prawo do gilotynowania ludzi jako „prawo rozumu”, teraz za najpierwsze z „konstytucyjnych praw człowieka” uznano swobodę zabijania płodu ludzkiego.

Wyjątkowo ponury jest przypadek Amnesty International – organizacji powołanej niegdyś dla obrony więźniów politycznych na całym świecie, a teraz zajmującej się np. prawami sutenerów do uprawiania ich profesji albo organizowaniem nagonek na ludzi niepoddających się przymusowi wiary w ideologię „transpłciowości”. Właśnie czytam ostrą polemikę J.K. Rowling z szefostwem angielskiego oddziału AI, którą pisarka konkluduje stwierdzeniem, iż organizacja „stała się tym, do walki z czym została stworzona”. Albowiem „porzuciwszy idee wolności słowa i wyznania, stała się tyranem prześladującym tych, którzy nie podzielają jej przekonań, uznawanych za jedynie akceptowalne”.

Europejskie trybunały od jakiegoś czasu wydają z kolei wyroki, wedle których to właśnie „prawa człowieka” miałyby stać na straży nienaruszalności zdeprawowanego korporacyjnego systemu sądów na naszym kontynencie, naigrywając się w ten sposób z obywatelskiego prawa do sądu, zastępowanego kultem kastowego przywileju żądnej władzy korporacji zawodowej.

Przykłady można mnożyć, każdy zna ich bez liku. Chodzi mi tylko o to, by postawić tezę, że skoro prawa człowieka nic dziś nie znaczą, to instytucja „rzeczników” tych praw musi tylko siać zamęt, tak w polityce, jak i w ludzkich umysłach.

Świadectwem takiego zamętu są zdarzenia związane z najnowszą obsadą wakującego urzędu polskiego Rzecznika Praw Obywatelskich.

Obóz władzy pod wodzą Donalda Tuska powierzył go prawniczce znanej z fanatycznej apologii przerywania ciąży oraz zacietrzewienia w propagowaniu „transpłciowej” ideologii, co już samo w sobie prowadzi do nietolerancji i jest aktem naigrywania się z idei praw człowieka. Ale na dodatek nowa Pani Rzecznik – to funkcjonariuszka rządu, stojąca dotąd na czele specjalnej komisji, mającej szukać różnych sposobów wykorzystania przepisów dla uderzenia w polityczną opozycję. Krótko mówiąc – to prawniczka na usługach rządu, której zadaniem jest dostarczanie haków na opozycję.

.Z pewnością Ewa Łętowska, wierna ówczesnej komunistycznej władzy, w takiej roli nie pozwoliłaby się użyć. Dopiero co w Rosji analogiczny urząd rzecznika objęła prawniczka ścigana międzynarodowymi sankcjami za organizowanie porwań dzieci ukraińskich, aby uczynić z nich współczesnych moskiewskich janczarów. Deprawacji roli Rzecznika Praw Człowieka w moskiewskiej tyranii nikt się zapewne nie dziwi. Rzecz tylko w tym, że ta deprawacja dosięgnęła już demokratycznego Zachodu. Dlatego lepiej znieść tę instytucję, niźli utrzymywać ją w dekadenckiej, zdeprawowanej postaci.

Jan Rokita

Obrazek posiada pusty atrybut alt - plik: bKa6AeN1-image.png
Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 lipca 2026
Fot. Zbyszek KACZMAREK / Forum