Świat zaczyna bać się chińskiej nadprodukcji. Spór na G20 większy niż wojna celna [NYTimes]

G20

Chiny jako jedyne nie poparły części stanowiska G20 dotyczącej globalnych nierównowag gospodarczych, nadmiernego uzależnienia wzrostu od eksportu i niektórych praktyk nierynkowych. Spór, który wybuchł podczas spotkania ministrów finansów i szefów banków centralnych w Asheville, nie dotyczy jednak wyłącznie Pekinu. Pokazuje znacznie głębszą zmianę: największe gospodarki świata coraz mniej wierzą w model globalizacji oparty na przekonaniu, że nieważne, gdzie powstają fabryki i jak finansowana jest ich produkcja, skoro konsumenci otrzymują coraz tańsze towary. Handel, przemysł, surowce, finanse i bezpieczeństwo ponownie stają się częściami tej samej polityki.

Przez trzy dekady jednym z fundamentów globalizacji było przekonanie, że tani produkt jest właściwie zawsze dobrym produktem. Jeżeli dzięki przeniesieniu fabryki do Azji europejski czy amerykański konsument mógł kupić telewizor, telefon, zabawkę albo element wyposażenia domu za ułamek wcześniejszej ceny, ekonomiczny rachunek wydawał się oczywisty. Produkcja mogła przenosić się tam, gdzie była najtańsza, Zachód specjalizował się w usługach, finansach, technologiach i projektowaniu, a globalne łańcuchy dostaw miały działać tym sprawniej, im mniej przeszkadzała im polityka. Spotkanie finansowej części G20 w Asheville w Karolinie Północnej pokazuje, jak daleko świat odszedł od tej pewności.

Po dwudniowych rozmowach ministrów finansów i prezesów banków centralnych nie udało się przyjąć wspólnego komunikatu. Stany Zjednoczone, sprawujące w 2026 roku przewodnictwo w G20, opublikowały więc oświadczenie przewodniczącego. Znalazła się pod nim niezwykle wymowna adnotacja: wszyscy obecni członkowie grupy zaakceptowali jego treść z wyjątkiem Chin, które sprzeciwiły się czterem punktom. Dotyczyły one funkcjonowania kluczowych łańcuchów dostaw, globalnych nierównowag, sposobu ich monitorowania przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz restrukturyzacji długu państw. Polska uczestniczyła w spotkaniu jako jeden z krajów zaproszonych przez amerykańską prezydencję G20. Największe polityczne znaczenie miał punkt dotyczący nierównowag. W dokumencie zapisano, że państwa powinny usuwać „nierynkowe polityki i praktyki”, które je pogłębiają, natomiast gospodarki posiadające nadmierne i trwałe nadwyżki zewnętrzne powinny ograniczać zniekształcenia hamujące konsumpcję wewnętrzną i prowadzące do zbyt dużego uzależnienia wzrostu od eksportu. Chiny nie zostały w samym akapicie wymienione z nazwy. Trudno jednak mieć wątpliwości, do kogo w największym stopniu odnosił się ten zapis.

Problemem nie jest już sam handel

.Amerykański sekretarz skarbu Scott Bessent powiedział po spotkaniu wprost to, co język dyplomatycznego dokumentu jedynie sugerował: gospodarki oparte na nierynkowych mechanizmach nie mogą bez końca wypuszczać na światowe rynki strumienia tanich towarów, ponieważ taki model jest nie do utrzymania. Według niego fakt, że stanowisko w tej sprawie zaakceptowali wszyscy uczestnicy G20 poza Chinami, pokazuje skalę problemu. To ważna zmiana języka. Jeszcze kilkanaście lat temu te same zjawiska opisywano przede wszystkim kategoriami konkurencyjności, przewagi kosztowej i specjalizacji. Dziś coraz częściej mówi się o nadmiernych mocach produkcyjnych, subsydiach, zależności strategicznej i bezpieczeństwie gospodarczym.

Sednem amerykańskiego zarzutu jest szczególna konstrukcja chińskiego modelu wzrostu. Chiny stworzyły potężną bazę przemysłową, której zdolności w wielu sektorach przekraczają potrzeby rynku wewnętrznego, podczas gdy konsumpcja gospodarstw domowych pozostaje relatywnie słabsza niż w najbardziej rozwiniętych gospodarkach Zachodu. Nadwyżka produkcji znajduje więc odbiorców za granicą. Reuters zwraca uwagę, że presję zwiększyła dodatkowo polityka handlowa Stanów Zjednoczonych. Wysokie bariery amerykańskie ograniczyły dostęp części chińskich produktów do rynku USA, co zwiększyło znaczenie Europy i innych rynków jako kierunku chińskiego eksportu. Według danych przywoływanych przez agencję chińska nadwyżka w handlu towarami z Unią Europejską wyniosła w 2025 roku 360,6 mld euro, o 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Właśnie tego scenariusza – twierdzi Bessent – Waszyngton spodziewał się od początku budowania przez administrację Donalda Trumpa nowej „ściany celnej”: towar, który nie może wejść do Stanów Zjednoczonych, nie przestaje istnieć, lecz szuka innego rynku.

Dla Europy problem nie jest abstrakcyjny. Szczególnie dobrze widać go w sektorach, które jeszcze niedawno miały stanowić podstawę europejskiej transformacji przemysłowej: samochodach elektrycznych, bateriach, panelach fotowoltaicznych czy częściowo elektronice. Jeżeli państwo wspiera powstanie ogromnej zdolności produkcyjnej, a następnie produkty tej gospodarki trafiają na zagraniczne rynki po cenach, z którymi miejscowy przemysł nie jest w stanie konkurować, pytanie o granicę między konkurencją a polityką przemysłową staje się nieuniknione. I właśnie o tę granicę rozgrywa się dzisiejszy spór.

Koniec niewinności globalizacji

.Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, że zachodnim przedsiębiorstwom nie podobają się tańsi konkurenci. Taki argument Pekin może przedstawiać z dużą siłą: kraje, które przez dziesięciolecia zachwalały wolny handel, zaczynają mówić o „nadprodukcji” dokładnie wtedy, gdy chińskie przedsiębiorstwa stają się konkurencyjne w dziedzinach uznawanych wcześniej za zachodnią specjalność. Z chińskiej perspektywy można więc zapytać: skoro europejski albo amerykański producent jest bardziej wydajny, nazywamy to przewagą konkurencyjną, dlaczego zatem sukces producenta chińskiego ma być automatycznie uznawany za zakłócenie rynku? Nie jest to pytanie pozbawione sensu. Problem zaczyna się wtedy, gdy koszt produktu nie wynika wyłącznie z technologii, organizacji pracy i skali przedsiębiorstwa, ale również z dostępu do preferencyjnego finansowania, państwowych subsydiów, regulacji faworyzujących krajowych producentów, polityki kursowej czy administracyjnego wspierania wybranych sektorów.

Tym samym debata o Chinach staje się debatą o samym znaczeniu wolnego rynku. Czy państwo może przez lata budować określoną gałąź gospodarki przy ogromnym udziale środków publicznych, a następnie oczekiwać, że pozostałe gospodarki potraktują efekty tej polityki dokładnie tak samo jak rezultat zwykłej konkurencji przedsiębiorstw? Odpowiedź Zachodu coraz wyraźniej brzmi: nie. Oficjalny dokument G20 idzie przy tym o krok dalej. Nie ogranicza się do krytyki eksportu, lecz wskazuje na słabą konsumpcję wewnętrzną w krajach posiadających wielkie nadwyżki jako część problemu. W takim ujęciu światowa nierównowaga nie powstaje dlatego, że jeden kraj „za dużo sprzedaje”, ale dlatego, że jego gospodarka została skonstruowana w sposób, który stale produkuje więcej, niż sama jest skłonna konsumować. Nadwyżka musi wówczas znaleźć nabywcę gdzie indziej, a jej odpowiednikiem są deficyty innych państw. Globalizacja okazuje się więc systemem naczyń połączonych znacznie bardziej, niż sugerowała prosta opowieść o konsumencie wybierającym najtańszy towar.

Tyle że Ameryka również nie ma czystych rąk

.Najciekawsze w spotkaniu w Asheville jest jednak to, że szeroka zgoda wobec diagnozy chińskich nierównowag nie oznacza zgody na amerykańskie lekarstwo. Administracja Donalda Trumpa przekonuje pozostałe państwa, aby mocniej chroniły własny przemysł, wykorzystując również cła i inne bariery handlowe. Bessent wręcz sugerował partnerom, że powinni przyjrzeć się doświadczeniu Stanów Zjednoczonych i zastanowić się, jak chronić miejsca pracy oraz bazę produkcyjną przed napływem chińskich towarów. Ale dokładnie ta sama polityka celna Stanów Zjednoczonych wywołuje coraz większą irytację ich sojuszników.

Niemiecki minister finansów Lars Klingbeil zwrócił uwagę, że konflikty taryfowe prowadzone przez USA – w tym obecny spór z Kanadą – niszczą zaufanie i zwiększają niepewność, która sama w sobie hamuje inwestycje oraz wzrost gospodarczy. Europejski komisarz Valdis Dombrovskis, choć uznał Chiny za ważne źródło globalnych nierównowag, podkreślał jednocześnie, że odpowiedzialność za ich ograniczenie spoczywa również na Stanach Zjednoczonych i Europie. Jeszcze wyraźniej ujmuje to Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jego dyrektor zarządzająca Kristalina Georgieva wskazała, że Pekin dostrzega potrzebę zmian, ale oczekuje działań także po drugiej stronie – w tym ograniczenia rosnących deficytów fiskalnych USA, które podtrzymują popyt na importowane towary. To klucz do zrozumienia całego sporu.

Globalna nierównowaga potrzebuje co najmniej dwóch stron. Aby ktoś mógł stale osiągać nadwyżkę, ktoś inny musi być gotów finansować deficyt. Chiny przez lata opierały znaczną część wzrostu na inwestycjach, produkcji i eksporcie; Stany Zjednoczone budowały model, w którym ogromny rynek konsumpcyjny, emisja światowej waluty rezerwowej i dostęp do międzynarodowego kapitału pozwalały przez dekady kupować więcej z zagranicy, niż Ameryka tam sprzedawała. Waszyngton może więc mieć rację, wskazując strukturalne problemy modelu chińskiego, i jednocześnie pomijać strukturalne problemy modelu własnego.

Surowce przestały być zwykłym towarem

.Podobną zmianę w myśleniu o globalnej gospodarce widać w sporze o minerały krytyczne. Oficjalne stanowisko G20 podkreśla znaczenie sprawnego funkcjonowania łańcuchów dostaw energii, żywności, nawozów i właśnie minerałów krytycznych. Chiny sprzeciwiły się również temu punktowi. Nie jest to przypadek. Chiny dysponują szczególnie silną pozycją w przetwarzaniu części surowców niezbędnych dla nowoczesnego przemysłu, energetyki i technologii. Ograniczenia eksportu pierwiastków ziem rzadkich nałożone przez Pekin pokazały, że dominacja w jednym ogniwie światowego łańcucha produkcji może zostać wykorzystana jako instrument nacisku politycznego. Japonia podnosiła właśnie ten problem podczas spotkania w Asheville.

W tym miejscu wracamy do najważniejszej zmiany, jaka zaszła w światowej gospodarce po pandemii, wojnie rosyjsko-ukraińskiej i kolejnych wojnach handlowych: efektywność przestała być jedynym kryterium. Przez lata przedsiębiorstwo miało kupować komponent tam, gdzie były najtańsze. Dzisiaj musi pytać również, czy dostawca pozostanie dostępny podczas kryzysu, czy jego państwo nie wprowadzi ograniczeń eksportowych, czy produkcji nie sparaliżuje wojna, sankcje albo polityczna decyzja rządu. Cena bezpieczeństwa wróciła do ekonomicznego rachunku.

G20 spotkało się w świecie, w którym ekonomia jest częścią wojny

.Najlepiej pokazuje to drugi wielki temat spotkania w Asheville: Iran. Administracja Donalda Trumpa rozpoczęła w sierpniu operację „Economic Outcast”, której deklarowanym celem jest odcięcie irańskiego reżimu od jego światowych źródeł finansowania. Amerykańskie ministerstwo skarbu zapowiada systematyczne uderzanie w instytucje finansowe, sieci pośredników oraz przedsiębiorstwa umożliwiające Teheranowi handel i dostęp do dolarowego systemu finansowego.

Kilka dni przed G20 Amerykanie podjęli działania przeciwko Banque Misr UAE, któremu zarzucili przetworzenie około 1,8 mld dolarów dla 103 przedsiębiorstw mogących należeć do irańskich sieci bankowości cieni. Waszyngton chce odcinać takie instytucje od relacji korespondenckich z bankami amerykańskimi, wykorzystując dominującą rolę dolara jako podstawowe narzędzie nacisku. Bessent mówi już bez dyplomatycznych eufemizmów o „ekonomicznym uduszeniu” irańskiego reżimu. Unia Europejska zadeklarowała gotowość do podejmowania dalszych działań wobec Teheranu, a sekretarz skarbu przekonywał, że poparcie dla amerykańskiej strategii rośnie. Nie jest jednak przypadkiem, że dokładnie na tym samym spotkaniu dyskutuje się o Chinach, Iranie, krytycznych minerałach, szlakach transportowych i globalnych nierównowagach. To przestały być osobne zagadnienia.

W świecie po globalizacji rozumianej jako możliwie swobodny przepływ towarów gospodarka staje się podstawową przestrzenią prowadzenia konfliktu. Państwa kontrolują dostęp do własnych rynków, technologii, systemów płatniczych, minerałów, energii i kapitału. Cło, sankcja bankowa, ograniczenie eksportu surowca albo zakaz sprzedaży technologii mogą mieć znaczenie strategiczne porównywalne z klasycznymi instrumentami polityki zagranicznej.

Rosja przy stole, Europa z „kwaśnym posmakiem”

.Ten sam realizm było widać w obecności rosyjskiego ministra finansów Antona Siłuanowa, który pojawił się na spotkaniu osobiście. Jego udział wywołał sprzeciw przedstawicieli Kanady i części państw europejskich. Dombrovskis podkreślał, że nie jest to moment na normalizowanie stosunków z Rosją. Bessent bronił jednak samej zasady rozmowy. Jeżeli obie strony pozostaną w swoich narożnikach, przekonywał, rozwiązanie wojny nie będzie możliwe. Jest w tym interesujące napięcie amerykańskiej polityki 2026 roku. Waszyngton jest gotów wykorzystywać potęgę gospodarczą z niezwykłą brutalnością wobec Iranu, budować bariery wobec Chin i prowadzić spory handlowe nawet z Kanadą, a jednocześnie argumentować, że z Rosją trzeba utrzymywać kanał bezpośredniej rozmowy.

Nie jest to już świat oparty na jednej uniwersalnej doktrynie stosunków międzynarodowych. Jest to świat transakcji, nacisku i selektywnego zaangażowania.

Najważniejszy spór dotyczy modelu rozwoju

.Dlatego chiński sprzeciw na G20 jest ważniejszy niż brak kolejnego komunikatu ze spotkania międzynarodowego gremium. Jeżeli największe gospodarki świata – poza Chinami – rzeczywiście zaczynają zgadzać się, że trwałe nadwyżki handlowe, nadmierne moce produkcyjne oraz polityka przemysłowa jednego państwa mogą stanowić problem dla całego systemu, oznacza to istotną zmianę w sposobie myślenia o gospodarce światowej. Pytanie przesuwa się z poziomu: „czy produkt jest tani?” na poziom: „dlaczego jest tani, gdzie został wyprodukowany i jakie będą konsekwencje, jeśli cała produkcja znajdzie się w jednym miejscu?”.

Nie oznacza to automatycznie, że amerykańska diagnoza jest pełna ani że receptą powinny być powszechne cła. Protekcjonizm łatwo rozpoczyna mechanizm odwetu, podnosi ceny, niszczy zaufanie i może fragmentować światowy handel w sposób kosztowny dla wszystkich. Dokładnie przed tym ostrzegają część Europejczyków i Kanadyjczycy. Ale równie trudny do obrony staje się dawny dogmat, według którego struktura produkcji nie ma politycznego znaczenia, a jedynym kryterium sukcesu globalizacji jest cena produktu na sklepowej półce.

Fabryka samochodów jest miejscem pracy, lecz również zasobem technologicznym. Huta jest przedsiębiorstwem, ale w czasie kryzysu staje się elementem bezpieczeństwa państwa. Rafineria, terminal, fabryka półprzewodników, przetwórnia litu czy producent baterii należą jednocześnie do gospodarki i do geopolityki. Właśnie tę rzeczywistość odsłoniło spotkanie w Asheville. Jeszcze kilkanaście lat temu G20 miało przede wszystkim koordynować globalizację. Dzisiaj coraz częściej próbuje ustalić, jak zarządzać jej rozpadem na konkurujące ze sobą systemy gospodarcze.

Spór z Chinami nie dotyczy więc jedynie tego, czy na europejskich i amerykańskich rynkach znajduje się zbyt wiele tanich chińskich samochodów, paneli czy półprzewodników. Dotyczy pytania znacznie większego: czy świat może pozostać jednym rynkiem, jeżeli najważniejsze państwa coraz częściej traktują produkcję, handel i kapitał jako narzędzia swojej strategicznej siły. Odpowiedź, która wyłania się z Asheville, brzmi coraz mniej optymistycznie.

Jarosław Kowalski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 września 2026