Kim byli Cichociemni?

85 lat temu, w nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku, w Dębowcu na Śląsku Cieszyńskim wylądowali rtm. Józef Zabielski, kpt. Stanisław Krzymowski i kurier Czesław Raczkowski. To byli pierwsi cichociemni, członkowie elitarnej formacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Pierwszy zrzut pierwotnie miał nastąpić 20 grudnia 1940 roku. Akcja została w ostatnim momencie odwołana
.Rocznicę upamiętni społeczność lokalna gminy Dębowiec. Uroczystości odbędą się 6 marca przy pomniku upamiętniającym pierwszy zrzut, który znajduje się w centrum miejscowości. Wójt Tomasz Branny powiedział, że w programie przewidziano między innymi rekonstrukcję historycznego zrzutu, prezentację sprzętu wojskowego, a także występy artystyczne dzieci i młodzieży i orkiestry dętej „Cieszynianka”.
Pierwszy zrzut pierwotnie miał nastąpić 20 grudnia 1940 roku. Akcja została w ostatnim momencie odwołana. Zdaniem Piotra Wybrańca z Muzeum Spadochroniarstwa w Wiśle, kolejny termin operacji wyznaczono na noc z 15 na 16 lutego 1941 roku. Tym razem skoczkom udało się wykonać ustne polecenie dowódcy Związku Walki Czynnej gen. Kazimierza Sosnowskiego, który pożegnał ich słowami: „Idziecie jako straż przednia do kraju. Macie udowodnić, że łączność z krajem jest w naszych warunkach możliwa”.
Kryptonim pierwszego zrzutu brzmiał „Adolphus”. Rtm. Józef Zabielski „Żbik”, kpt. Stanisław Krzymowski „Kostka” i kurier Czesław Raczkowski „Włodek” mieli wylądować w okolicach Włoszczowy. Przez błąd w nawigacji stało się to niedaleko wsi Dębowiec. Ten teren był włączony do III Rzeszy.
Cichociemni byli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych, szkolonymi w Wielkiej Brytanii do zadań specjalnych
.W trakcie lądowania Zabielski uszkodził staw skokowy i śródstopie. Na zrzutowisku odnalazł się z Raczkowskim. Od polskiego gospodarza wynajęli furmankę, którą dotarli do Skoczowa, a stąd pociągiem do Bielska, gdzie się rozdzielili. Osobno przekraczali granicę Generalnego Gubernatorstwa. Krzymowski i Zabielski dotarli do Warszawy. Później zameldował się tam również Raczkowski, którego Niemcy zatrzymali podczas przekraczania granicy. Uznali go za przemytnika i uwięzili w Wadowicach. Nawiązał kontakt z Batalionami Chłopskimi. Został wykupiony z więzienia.
Niemcy w strefie lądowania znaleźli zrzucone na osobnych spadochronach zasobniki zawierające radiostacje, broń i materiały wybuchowe.
Samolot bezpiecznie wrócił do Wielkiej Brytanii po niemal 12 godzinach lotu.
Cichociemni byli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych, szkolonymi w Wielkiej Brytanii do zadań specjalnych. Do służby w tej roli zgłosiło się 2413 oficerów i podoficerów. Przeszkolono 606 osób, a do przerzutu zakwalifikowano 579 żołnierzy i kurierów. Na okupowane ziemie polskie przerzucono 316 cichociemnych, w tym jedną kobietę – Elżbietę Zawacką „Zo”, oraz 28 kurierów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W czasie wojny zginęło 103 spadochroniarzy. Wielu zostało zamordowanych przez komunistów po wojnie.
Ostatnim żyjącym cichociemnym był mjr Aleksander Tarnawski. Zmarł 4 marca 2022 roku w Gliwicach. Spoczywa na cmentarzu w Bielsku-Białej.
316 Cichociemnych jak 300 Spartan
.Wraca dziś pamięć o tych, których nie ma — napisał Janusz Kondratowicz w „Białym krzyżu” wyśpiewanym przez Krzysztofa Klenczona. Autor ukrył w 1968 r. przed komunistyczną władzą adresata swej kompozycji. W słowie tych, którym los nie pomógł „wrócić z leśnych dróg, gdy kwitły bzy”, ukrył żołnierzy Armii Krajowej. Wśród nich byli i Cichociemni — żołnierze elitarnej jednostki wojskowej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wszyscy byli ochotnikami wybranymi spośród wielu tysięcy gotowych do poświęceń kandydatów.
Dawid Rószczka określił Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej jako „najlepszych rycerzy Rzeczpospolitej XX wieku”: „Oni to jako elita polskiej dywersji, działający na skalę światową, zostali wyklęci dlatego, że chcieli wolnej Polski. Wyklęci byli przez ludobójców i zbrodniarzy niemieckich, rosyjskich i ukraińskich oraz polskojęzycznych sługusów Stalina — polskiego i żydowskiego pochodzenia. Zdradzeni przez Zachód, osamotnieni, a mimo to wierni do końca żołnierskiej przysiędze. System szkolenia Cichociemnych stał się wzorem dla tworzących się sił specjalnych na całym świecie. Najlepsza na świecie jednostka specjalna GROM nosi imię „Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej”.
Podczas kolejnej już uroczystości im poświęconej, w Manchesterze, nie dało się nie myśleć o losie Polaków straconego pokolenia — o Kolumbach czy o Cichociemnych, których wojna rzuciła do obcej Anglii. Do brytyjskiej szkoły spadochronowej nr 1 w bazie RAF-u Ringway Manchester trafiali tylko ci, którzy przeszli mordercze sprawdziany w „małpim gaju”. Tu w Ringway przechodzili kolejny etap szkoleń, gdzie były tylko skoki. Wcześniej jednak poddawano ich bezlitosnej zaprawie, treningom i szkoleniom w bazach Wielkiej Brytanii: w Londynie, Szkocji w Largo House — Ośrodku Polskiej Brygady Spadochronowej, potem w Ośrodku Ringway. Cichociemni wszystkich specjalności przygotowywali się do skoków spadochronowych w „małpim gaju” na torze przeszkód, który przygotował dowódca brygady, wtedy jeszcze pułkownik, Stanisław Sosabowski. Jego metody szkolenia spadochroniarzy z niewielkimi zmianami stosuje się do dziś w Wielkiej Brytanii.
Doskonale przygotowanych skoczków z przeznaczeniem do zadań specjalnych jako spadochroniarzy AK i strzelców wyborowych „najkrótszą drogą” wysyłano z tajnymi misjami do Polski. Po 1943 r. byli transportowani przez polskich pilotów krótszą trasą z Włoch. Jako najlepsi z najlepszych polskiego wywiadu kierowani byli do dywersji przeciwniemieckiej.
Symboliczna liczba 316 Cichociemnych przypominała mi 300 Spartan — przykład niezwykłego męstwa, odwagi, hartu i samodyscypliny. Poddawano ich spartańskim próbom — dlatego nigdy się nie załamali, nie poddali. Dzięki temu stanowili elitę elit Polski Walczącej. „Ledwo dało się to wytrzymać… Rany boskie… przetrzymać, tylko przetrzymać za wszelką cenę, żeby się nie zbłaźnić przed dżemo-jadami — angielskimi instruktorami” (tak w filmie „Cichociemni” wspominał Tomasz Kostuch „Bryła”).
Kurs odprawowy kończył się uroczystą przysięgą AK. W Londynie powstał VI oddział sztabu Naczelnego Wodza, patronujący polskiej konspiracji, który wszedł do struktur brytyjskiej organizacji dywersyjnej SOE (Special Operations Executive, czyli Kierownictwo Operacji Specjalnych). Była to organizacja ds. dywersji w krajach okupowanych przez Niemcy.
Cichociemnych desantowano do Polski w celu nieregularnej walki z Niemcami w akcjach sabotażowo-dywersyjnych oraz prowadzenia szkoleń polskiego ruchu oporu w okupowanym kraju. Pierwszy zrzut miał miejsce w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. „Powodzenie akcji zdecydowało o rozszerzeniu skali operacji. Spośród żołnierzy polskich jednostek na Wyspie oddział VI wytypował młodych oficerów o wysokim poziomie cnót moralnych i bojowych, by swą osobowością zdobywać przewagę psychofizyczną nad wrogiem. Wybierano oficerów wywiadu bardzo inteligentnych, których bronią zawsze musiały być szare komórki mózgowe” (tamże, Stefan Bałuk „Starba”).
Polscy spadochroniarze — komandosi Armii Krajowej — wysyłani byli (na rzeź, jak żartowali Cichociemni) jako siły specjalne także do walk w innych krajach okupowanej Europy — o czym dziś Europa często woli nie pamiętać. Kiedy padła Francja, oni jako jedyni alianci stanęli u boku armii brytyjskiej. „W życzliwej, lecz obcej dla nas Anglii niektórzy angielscy cywile chcieli wyrazić nam, miłym Polakom, swoją sympatię i współczucie. Opiekowali się nami. Oni wiedzieli, że jesteśmy bez ojczyzny…” (wspominał Ludwik Witkowski „Kosa”).
„Trzeba zabijać, aby nie być zabitym. Okupanci rozstrzeliwali każdego schwytanego skoczka. Wojna jest zupełnie inną moralnością i kieruje się inną niż moralność pokojowa. Wolno zabić człowieka (wroga), bo on jest innej nacji, i to jest chwała” (Ludwik Witkowski „Kosa” oraz Józef Nowacki „Horyń”).
„Najbardziej chronieni, jeśli chodzi o tajemnicę, byli skoczkowie Cichociemni. Byli bardzo szczególnymi ludźmi. Podczas lotów zrzutowych mieli zawoalowane twarze. Ceremonia przywiezienia skoczków to był ostatni akt przed samym lotem. Jednym z największych przeżyć było przywitanie się z tą polską ziemią, później robiło się zadanie — zrzucało się skoczków i znowu te 5 godzin z powrotem do Anglii, znowu daleko od tego własnego kraju…” (tamże, wspominał Michał Goszczyński „Pilot”).
Cichociemni z organizacji dywersyjnej AK „Wachlarz” niszczyli linie komunikacyjne łączące Niemcy z zapleczem frontu wschodniego. To było pierwsze duże zadanie skoczków. „Wachlarz” w 1942 r. działał od Łotwy po Ukrainę na pięciu odcinkach dywersyjnych. Dowództwo objęli oficerowie Cichociemni: Jan Piwnik „Ponury”, Alfred Paczkowski „Wania” (aresztowany i torturowany w Pińsku, odbity przez „Ponurego”), Bolesław Kontrym „Żmudzin”, Tadeusz Sokołowski „Trop” (dowodząc odcinkiem IV, zginął w mińskim Gestapo), Stanisław Gilowski „Gotur”. „Wachlarz” wysadził 30 transportów i dokonał 60 zniszczeń linii kolejowych, sam także otrzymał dotkliwe ciosy. Dywersantów ścigała policja niemiecka oraz kolaboracyjne policje litewskie, białoruskie i ukraińskie. Bolesław Kontrym „Żmudzin” kierował komórką likwidującą z wyroków sądów specjalnych zdrajców i szmalcowników. Został zastrzelony w mokotowskim więzieniu w 1953 r.
Tekst dostępny na łamach wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/xenia-jacoby-316-cichociemnych-jak-300-spartan/
PAP/MB





