Były szef francuskiego wywiadu o przemocy i słabości państwa

kryzys we Francji

Pierre Brochand, były szef francuskiego wywiadu, w rozmowie z dziennikiem Le Figaro analizuje współdziałanie radykalnej lewicy i części młodzieży pochodzenia imigranckiego podczas październikowych zamieszek. Jego zdaniem słabość reakcji państwa jest skutkiem głębszych przemian społecznych, kulturowych i demograficznych. Ostrzega, że utrata zaufania do policji może mieć poważne konsekwencje dla porządku publicznego.

.Nowa fala zamieszek i przemocy, która przechodzi przez Francję, spowodowała już szkody przekraczające miliard euro. Obrazy zniszczeń obiegły cały świat. Po raz pierwszy, zwłaszcza 17 i 18 października, doszło do jednoczesnych działań niezintegrowanej młodzieży pochodzenia imigranckiego z przedmieść i skrajnie lewicowych bojówek dużych miast typu antifa i „black blocs”.

Pierre Brochand, były dyrektor francuskiej Dyrekcji Generalnej Bezpieczeństwa Zewnętrznego (DGSE), wyjaśnia w dzienniku Le Figaro, że francuski rząd zignorował znaki ostrzegawcze i podejście kulturowe do kwestii społecznych. „Po przekroczeniu masy krytycznej konflikty zbiorowe biorą górę nad relacjami między jednostkami […] Pojawienie się 50 lat temu społeczeństwa jednostek, które moim zdaniem jest epicentrum naszych nieszczęść, wywołało procesy niepożądane, których rozwój był łatwy do przewidzenia”, podkreśla.

Sojusz radykalnej lewicy i młodzieży z przedmieść

Ekspert wymienia rodzaje zamieszek, które w ostatnim czasie dominują we Francji: „Pierwszy i najczęstszy model to nocne, czysto podmiejskie, impulsywne wybuchy po incydentach z policją. Drugi to powtarzanie go w ustalonych datach: Nowy Rok, 14 lipca, Halloween. Wreszcie trzeci scenariusz obejmuje bardziej złożone metody przenoszenia przemocy na tradycyjne demonstracje odbywające się w ciągu dnia poza przedmieściami, w celu wykorzystania ich dynamiki”.

Co łączy wszystkie te zdarzenia? Obecność części drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów z krajów afrykańskich i arabo-islamskich, którzy zamieszkali na przedmieściach dużych francuskich miast w świeżo wybudowanych lub odnowionych dla nich dzielnicach. Media nazywają tę zbuntowaną młodzież „hołotą” (« racailles »), ale dla Pierre’a Brochanda jest to coś więcej: „Ci, których wygodnie nazywamy «hołotą», są czymś więcej. Za ich działaniami kryje się motywacja równie polityczna jak motywacja skrajnej lewicy: odzyskanie, bezpośrednio od byłego kolonizatora, tego, z czego ten ostatni rzekomo wywłaszczył ich przodków”.

Były szef francuskiego wywiadu dodaje, że same bojówki lewicowe nie dałyby rady wyrządzić tylu szkód, co dotyczy na przykład plądrowania sklepów na szeroką skalę czy nowych metod walki z policją na przedmieściach. Wskazuje także na rolę „pomocniczą” sieci społecznościowych i organizacyjną „skrajnej lewicy i ultralewicy”.

Słabość państwa i utrata zaufania do policji

Kolejnym ważnym elementem są konsekwencje społeczne plądrowań sklepów: „Podkreślam niszczycielski wpływ plądrowań na stabilność kraju. Podobnie jak «run na banki» podczas kryzysu monetarnego, ten łatwy i powszechny sposób działania okazuje się bronią masowego rażenia przeciwko zaufaniu społecznemu, fundamentowi powszechnego szczęścia”. Tym bardziej, gdy odpowiedź służb jest niewystarczająca. Pierre Brochand surowo ocenia pozycję rządu: „Rzeczywiście, podczas gdy «ofensywna» strona zamieszek nadal eskaluje, zgodnie z ustalonym planem, strona «defensywna» wyróżnia się zadziwiającą słabością swojej odpowiedzi”.

Tutaj także wraca temat zmiany naszego modelu społecznego: „Na dłuższą metę rozkład zaczął się od zmiany paradygmatu zaobserwowanej w latach 70., kiedy to społeczeństwo jednostek, nowy etap emancypacji człowieka, ugruntowało się w dialektycznej opozycji do wcześniejszego modelu państwa narodowego, który z kolei powstał w atmosferze wrogości wobec feudalnego rozdrobnienia”. „Państwo zostało szybko uznane, po śmierci generała de Gaulle’a, za głównego wroga, zarówno ze względu na zagrożenie, jakie rzekomo stanowi dla praw jednostki i ogółu społeczeństwa, jak i ze względu na swoją odpowiedzialność za uciski i katastrofy w przeszłości”, dodaje rozmówca dziennika Le Figaro. Dowodem na to jest osłabienie użycia siły przez legalną władzę: „Nie zdając sobie z tego sprawy, podważyliśmy ten niepodważalny fundament pokoju społecznego: monopol na legalne użycie siły przez państwo. Bezlitośnie pozbawiliśmy państwo – poprzez demontaż legislacyjny i sądowniczy – jego prawnych, moralnych i fizycznych prerogatyw”.

Jak zaobserwowano w ostatnich tygodniach, w obliczu narastającej przemocy, której muszą stawiać czoło, policjanci mają związane ręce. Widać tego efekty: setki rannych funkcjonariuszy po kilku dniach zamieszek, bilans nieproporcjonalny w porównaniu do „szkód” po stronie bojówkarzy. Tutaj też winy należy szukać w głębokich zmianach moralnych, które zachodzą w naszym społeczeństwie od 50 lat: Emmanuel Macron nawet wezwał policję do okazywania empatii protestującym.

„Brak reakcji służb jest tym bardziej katastrofalny, że rdzenna ludność, choć generalnie przerażona, cechuje się niezwykłą powściągliwością i całkowitym zaufaniem do policjantów, którzy mają ją chronić”, podkreśla Pierre Brochand. Gdyby zaufanie miało zostać trwale utracone (a na to się stopniowo zanosi), obywatele mieliby tylko dwa wyjścia: albo korzystanie z prywatnych ochroniarzy, albo samoobrona. W każdym przypadku takie rozwiązania nie wróżą nic dobrego dla utrzymania porządku społecznego: „W rzeczywistości, gdy interpretuję to, co się dzieje, za bardziej istotne uznaję poważne nadużycia społeczeństwa jednostek. Na przykład tendencja do rezygnacji z posiadania dzieci i przyznawanie nadmiernie uprzywilejowanej pozycji seniorom, którzy są mniej skłonni do działania. Podobnie absolutne «zachowanie życia tu na ziemi», stawiane ponad wszystko przez indywidualizm, nie zachęca do zaangażowania, w tym do zaangażowania pokojowego”.

Były szef wywiadu nie unika wpisywania tych wydarzeń w szerszy francuski kontekst polityczny: osłabienie obecnej władzy, brak legitymacji obozu Emmanuela Macrona, nadchodzące wybory prezydenckie, które mogą okazać się przełomowe, kumulacja różnych kryzysów… oraz w kontekst etnokulturowy: „Ponieważ społeczeństwo jednostek, wierne swoim «podstawowym zasadom prawa», otworzyło nasze granice na masową imigrację spoza Europy i ponieważ w rezultacie to, co zewnętrzne, stało się naszym wnętrzem, zamierzam opowiadać się za ramami interpretacyjnymi, dającymi pierwszeństwo kryteriom etnicznym, kulturowym i religijnym, a nie stopniowi przestrzegania «wartości Republiki»”.

Przyznaje jednak, że zlekceważył potencjał działań i koordynacji radykalnej lewicy: „Liczniejsza i lepiej zorganizowana, niż sobie wyobrażałem, stała się wiarygodną siłą wywrotową na poziomie dużych miast. Niemniej jednak jej oddziały szturmowe – studenci, strajkujący lub demonstranci, starsi niszczyciele działający w ślad za marszami – należą w większości do klasy średniej pochodzenia europejskiego”. „Środowiska lewicowe nie są wystarczająco silne, by same zdobyć przewagę na ulicy, dlatego będą coraz częściej wykorzystywać potencjał przemocowy tkwiący w młodzieży pozaeuropejskiej, nawet jeżeli ich postulaty nie są na pierwszy rzut oka bezpośrednio tożsame. Ta koalicja mniejszości – nierówna pod względem struktury i celów – zdołała zagrozić władzy, która nie znalazła spójnej odpowiedzi, aby się jej przeciwstawić”, dodaje.

Dobro wspólne wobec kryzysu indywidualizmu

Pierre Brochand apeluje o powrót do pojęcia dobra wspólnego jako przeciwwagi dla ekscesów indywidualizmu: „Nasze społeczeństwo rozbroiło się, likwidując autorytet państwa. Aby go zastąpić, postawiło wszystko na bezosobowe mechanizmy regulacyjne: prawo, rynek, komunikację, bez żadnego wyższego nadzoru. Ta utopia naraża nas z każdym dniem na coraz poważniejsze dysfunkcje w każdej dziedzinie. Porządek publiczny jest obecnie stale podważany przez coraz intensywniejsze i częstsze wybuchy przemocy, których sprawcy znajdują się w stanie kulturowej heteronomii i narodowej nielojalności”. Proponuje zaostrzenie kar i nawet stosowanie kolektywnej odpowiedzialności, wzmocnienie praw policjantów do odpowiedniego reagowania i korzystanie z nowych technologii do monitorowania zamieszek.

Ważnym tematem na najbliższe miesiące, aż do wyborów prezydenckich, jest pytanie, czy służby dadzą radę utrzymać porządek publiczny w obliczu kolejnych mobilizacji i zamieszek, które się zapowiadają. To prawdopodobnie będzie ostatnie zadanie obecnej ekipy rządzącej. „W dłuższej perspektywie nie potrafię przewidzieć, co stanie się ze skrajną lewicą, której sprzyja odnowa elektoratu. Z drugiej strony można rozsądnie założyć, że z tego samego powodu demograficznego część o pochodzeniu pozaeuropejskim stopniowo zyska przewagę, skutecznie łącząc oba odłamy ruchu protestacyjnego”, alarmuje.

Kwestia imigracji i demografii jest kluczowa dla przyszłości Francji. Jeżeli obecne trendy się utrzymają, do 2040 roku większość nowo narodzonych dzieci będzie pochodzenia pozaeuropejskiego, a do 2070 roku osoby pochodzenia pozaeuropejskiego będą stanowiły większość mieszkańców Francji. Pierre Brochand nie jest optymistycznie nastawiony: „Moja wiedza o świecie pozwala mi twierdzić, że taki scenariusz nie będzie przeniknięty dobrocią. Imigracja i towarzyszący jej bagaż pozostawiły rozżarzoną magmę, leżącą u podstaw naszego społeczeństwa, która nie wygasa wraz z pokoleniami, a jedynie czeka na erupcję w oparciu o uporczywe, niepodlegające negocjacjom konflikty (niezgody religijne, heterogeniczność obyczajów, narracja kolonialna, plaga napływowego rasizmu)”.

W wywiadzie dla tej samej gazety w lipcu 2023 roku Pierre Brochand ostrzegał przed powstaniem sytuacji mogącej przypominać wojnę domową, nawet jeżeli słowo „domowa” nie wydaje się być odpowiednie z racji charakteru obcokrajowego tych, którzy nam zagrażają. Trzy lata później diagnoza pozostaje taka sama, a opisany scenariusz staje się coraz bardziej prawdopodobny.

Nathaniel Garstecka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 października 2026