Czy Flávio Bolsonaro odbierze Luli władzę nad Brazylią?

Wybory prezydenckie w Brazylii w 2026 roku nie przyniosły zmiany politycznego alfabetu tego kraju. Luiz Inácio Lula da Silva po raz kolejny występuje w roli obrońcy społecznych zdobyczy lewicy, natomiast Flávio Bolsonaro próbuje przekształcić nazwisko uwięzionego ojca w mandat do objęcia najwyższego urzędu. Za konfliktem dwóch obozów kryje się jednak znacznie poważniejsze rozstrzygnięcie dotyczące bezpieczeństwa, finansów publicznych, odporności demokracji oraz miejsca Brazylii pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Globalnym Południem.
Brazylia między Lulą a dynastią Bolsonaro
Pierwszego dnia oficjalnej kampanii dwaj najważniejsi kandydaci wrócili do miejsc, które najlepiej opowiadają ich polityczne biografie. Lula wybrał São Bernardo do Campo, przemysłowe miasto w aglomeracji São Paulo, gdzie jako działacz związkowy organizował strajki przeciwko dyktaturze wojskowej. Flávio Bolsonaro rozpoczął zabieganie o głosy na Copacabanie, będącej od lat jednym z najważniejszych miejsc mobilizacji brazylijskiej prawicy. Nie był to wyłącznie wybór scenografii, lecz próba przywołania dwóch odmiennych pamięci zbiorowych.
Po stronie Luli znajduje się opowieść o awansie społecznym, państwie zdolnym wyprowadzać miliony obywateli z biedy i Brazylii aspirującej do uczestnictwa w podejmowaniu najważniejszych globalnych decyzji. Obóz Bolsonaro odwołuje się natomiast do pragnienia porządku, nieufności wobec elit instytucjonalnych, konserwatywnej reakcji obyczajowej oraz przekonania, że rozbudowane państwo stało się źródłem korupcji i bezkarności. Obie narracje są wystarczająco silne, aby organizować życie publiczne, lecz żadna nie zdobyła dotąd trwałej przewagi.
W tym sensie wybory 4 października będą nie tylko walką o kolejną prezydenturę. Staną się głosowaniem nad tym, czy brazylijski system polityczny nadal będzie funkcjonował w rytmie wyznaczanym przez Lulę i rodzinę Bolsonaro. Jeżeli żadna kandydatura nie przekroczy połowy ważnych głosów, rozstrzygnięcie nastąpi 25 października. Wszystkie najważniejsze badania opinii wskazują, że właśnie druga tura jest obecnie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.
Dwie biografie i jedno pytanie o przyszłość
Lula ma 80 lat i ubiega się o czwartą kadencję w swojej niezwykłej karierze. Sprawował urząd w latach 2003–2010, po czym powrócił do Pałacu Planalto na początku 2023 roku, pokonując Jaira Bolsonaro najmniejszą różnicą w historii brazylijskich wyborów prezydenckich po przywróceniu demokracji. Jego polityczna długowieczność nie jest prostym skutkiem słabości rywali. Wynika z więzi zbudowanej z tą częścią społeczeństwa, która własne wydobycie się z ubóstwa utożsamia z pierwszymi rządami Partii Pracujących.
Droga od dziecka ubogich migrantów z północno-wschodniego Pernambuco, poprzez pracę tokarza i przywództwo związkowe, aż po najwyższy urząd państwowy stworzyła jeden z najbardziej sugestywnych życiorysów we współczesnej polityce. Historię tę szeroko przedstawia materiał „Kim jest Lula da Silva”, opisujący zarówno społeczne źródła jego popularności, jak i znaczenie prezydenta dla pozycji Brazylii na świecie. Bez zrozumienia tej biografii nie sposób wyjaśnić, dlaczego mimo upływu dekad żadnemu politykowi brazylijskiej lewicy nie udało się naprawdę zastąpić Luli.
Pierwsze dwie prezydentury przypadły na okres wyjątkowo korzystnej koniunktury surowcowej i gwałtownego wzrostu chińskiego zapotrzebowania na brazylijskie towary. Rząd wykorzystał część powstałych w ten sposób zasobów do rozbudowy programów społecznych, z których najbardziej znanym stała się Bolsa Família. Prof. Joanna Gocłowska-Bolek zwraca uwagę, że programy te pomogły dziesiątkom milionów ludzi opuścić skrajne ubóstwo, zaś ich społecznym następstwem było powstanie nowej, licznej grupy konsumentów. Szerzej pisze o tym w analizie „Lula da Silva. Nowy stary prezydent Brazylii”.
Legenda tamtego okresu nie może jednak przesłonić późniejszego załamania. Partię Pracujących dotknęły wielkie afery korupcyjne, gospodarka utraciła wcześniejszą dynamikę, a wskazana przez Lulę następczyni Dilma Rousseff została odsunięta od urzędu w procedurze impeachmentu. Sam Lula trafił do więzienia po wyrokach związanych z operacją Lava Jato. Orzeczenia zostały później uchylone z przyczyn dotyczących właściwości sądu, a w jednej ze spraw brazylijski Sąd Najwyższy uznał stronniczość prowadzącego postępowanie sędziego Sérgia Moro, co umożliwiło byłemu prezydentowi powrót do wyborczej rywalizacji.
Zwolennicy Luli odczytują tę sekwencję jako dowód jego niezwykłej odporności oraz zdolności do odbudowania legitymacji. Przeciwnicy widzą w niej potwierdzenie, że brazylijska polityka nie potrafi rozliczyć własnych elit i wciąż wraca do nazwisk obciążonych dawnymi konfliktami. Dlatego obecny prezydent nie prowadzi kampanii wyłącznie przeciwko prawicowemu senatorowi. Musi również przekonać wyborców, że jego czwarta kadencja nie będzie próbą odtworzenia kraju, który istniał dwadzieścia lat wcześniej.
Trzecia prezydentura nie wystarcza już jako argument
Lula rozpoczyna walkę o reelekcję z dorobkiem, którego ocena zależy od przyjętej perspektywy. Bezrobocie pozostaje na historycznie niskim poziomie, dochody gospodarstw domowych wzrosły, a inflacja została wyhamowana w porównaniu z okresami największych napięć. Prezydent może również wskazywać na odbudowanie polityki środowiskowej oraz ograniczenie skali wylesiania Amazonii. Dla milionów mniej zamożnych Brazylijczyków państwo ponownie stało się widocznym uczestnikiem ich codziennego życia.
Jednocześnie finanse publiczne wysuwają się na pozycję jednego z najpoważniejszych ograniczeń następnej kadencji. Dług brutto wzrósł z około 71 proc. PKB na początku 2023 roku do niemal 82 proc. w połowie 2026 roku, a koszt jego obsługi powiększają wysokie stopy procentowe. Rząd przywiązywał większą wagę do zwiększania dochodów niż do głębokiej przebudowy wydatków, co wywołuje niepokój inwestorów i części klasy średniej. Nawet dobre wskaźniki zatrudnienia nie usuwają pytania o to, jak długo można godzić ambitną politykę społeczną z narastającymi zobowiązaniami państwa.
Zmieniło się także społeczeństwo, do którego zwraca się Partia Pracujących. Historyczny elektorat robotniczy był skupiony w wielkich zakładach, objęty prawem pracy i reprezentowany przez związki zawodowe. Dzisiejsza Brazylia jest krajem kierowców aplikacyjnych, dostawców, samozatrudnionych usługodawców, niewielkich przedsiębiorców i ludzi przemieszczających się pomiędzy formalnym a nieformalnym rynkiem zatrudnienia. Oczekują oni ochrony w razie choroby lub utraty dochodu, lecz równocześnie obawiają się przepisów, które ograniczą swobodę zarobkowania.
Lula chce odzyskać tę grupę, proponując pracownikom platform cyfrowych prawa socjalne i większą stabilność. Flávio Bolsonaro odpowiada językiem przedsiębiorczości, indywidualnej samodzielności i nieufności wobec regulacji. Konflikt nie przebiega już zatem wyłącznie pomiędzy właścicielem fabryki a zatrudnionym w niej robotnikiem. Toczy się również wewnątrz człowieka, który jednego dnia oczekuje bezpieczeństwa gwarantowanego przez państwo, a następnego chce, aby państwo pozostawiło mu możliwie dużo wolności.
Ochrona zdrowia będzie kolejnym sprawdzianem wiarygodności urzędującego prezydenta. Brazylijski publiczny system SUS pozostaje jednym z największych powszechnych systemów zdrowotnych świata, ale jego dostępność i jakość są bardzo nierówne pomiędzy regionami. Mieszkańcy wielkich miast mierzą się z przeciążeniem usług, natomiast obszary oddalone od centrów gospodarczych cierpią na brak personelu oraz infrastruktury. W kampanii nie wystarczy więc mówić o zwiększaniu nakładów, ponieważ wyborcy będą pytali o realny czas oczekiwania, dostęp do lekarza i skuteczność podstawowej opieki.
Bolsonaryzm szuka następcy swojego twórcy
Jair Bolsonaro nie stoi na karcie wyborczej, lecz jego obecność przenika całą kampanię. Były prezydent został skazany na 27 lat i trzy miesiące pozbawienia wolności za udział w planie uniemożliwienia pokojowego przekazania władzy po przegranej w 2022 roku. Wcześniej sąd wyborczy pozbawił go możliwości ubiegania się o urząd, a wyrok karny uczynił z niego zarazem więźnia i symbol dla znacznej części brazylijskiej prawicy. Okoliczności procesu i jego konsekwencje opisuje materiał „Jair Bolsonaro skazany na 27 lat więzienia”.
Sprowadzanie bolsonaryzmu do osobowości jednego człowieka byłoby jednak analitycznym błędem. Ruch ten połączył wyborców domagających się zdecydowanej walki z przestępczością, część środowisk ewangelikalnych, liberalnie nastawiony biznes, przeciwników Partii Pracujących oraz obywateli przekonanych, że instytucje państwa zostały przejęte przez zamknięte elity. W portrecie „Brazylijski fenomen. Jair Bolsonaro” prof. Joanna Gocłowska-Bolek przestrzega przed traktowaniem go jedynie jako tropikalnej kopii Donalda Trumpa. Jego popularność wyrosła z autentycznych brazylijskich lęków, choć sposób ich politycznego wykorzystania doprowadził państwo do głębokiego kryzysu.
Flávio Bolsonaro otrzymał po ojcu potężną markę, rozbudowane sieci mobilizacji i wierny elektorat. Nie przejął jednak automatycznie charyzmy ani zdolności do koncentrowania gniewu, które uczyniły z Jaira Bolsonaro prezydenta. Czterdziestopięcioletni senator musi zarazem pozostać depozytariuszem rodzinnego dziedzictwa i dowieść, że nie jest jedynie jego administratorem. To zadanie znacznie trudniejsze, niż sugeruje prostota sukcesji nazwiska.
Jego drogę od parlamentu stanowego Rio de Janeiro do Senatu oraz okoliczności nominacji prezydenckiej przedstawia materiał „Kim jest Flávio Bolsonaro”. Kandydat Partii Liberalnej rozpoczął kampanię jako polityk twardej prawicy, ale stara się jednocześnie prezentować jako człowiek bardziej metodyczny i przewidywalny niż ojciec. W swoim otoczeniu gromadzi ekspertów związanych z rynkiem finansowym, energetyką i infrastrukturą, próbując przekonać biznes, że zmiana władzy nie oznaczałaby instytucjonalnego chaosu.
Główne elementy jego programu odpowiadają na najsilniejsze emocje prawicowego elektoratu. W dziedzinie bezpieczeństwa proponuje surowe kary, zwiększenie możliwości działania służb, nowe więzienia o zaostrzonym rygorze oraz uznanie najgroźniejszych organizacji przestępczych za ugrupowania terrorystyczne. W gospodarce jego zaplecze przygotowuje regułę fiskalną, która mocniej ograniczałaby wydatki wraz ze wzrostem zadłużenia. Walka z korupcją ma natomiast połączyć krytykę rządów Partii Pracujących z zarzutem, że brazylijskie państwo stało się kosztowne, skomplikowane i nieskuteczne.
Ten przekaz ma jednak własne granice. Opowiadanie kampanii wyłącznie poprzez krzywdę ojca utrudnia zdobywanie wyborców, którzy akceptują konserwatywny program, ale nie chcą ponownego konfliktu z Sądem Najwyższym i podważania reguł konstytucyjnych. Z kolei zbyt wyraźne odcięcie się od Jaira Bolsonaro mogłoby osłabić entuzjazm najwierniejszej części prawicy. Flávio musi odnaleźć punkt równowagi pomiędzy ciągłością a korektą, choć każdy krok w jedną stronę zwiększa koszty po drugiej.
Sondaże pokazują prowadzenie Luli i kruchość jego przewagi
Badania opublikowane w sierpniu 2026 roku tworzą obraz bardziej złożony niż prosta opowieść o wyraźnym faworycie. W sondażu BTG/Nexus z 17 sierpnia Lula uzyskał 41 proc. deklarowanego poparcia w pierwszej turze, natomiast Flávio Bolsonaro 36 proc. Jeszcze pod koniec lipca różnica wynosiła dziewięć punktów, co oznacza, że kandydat prawicy zdołał ograniczyć dystans. W bezpośredniej konfrontacji drugoturowej wynik 47 do 44 proc. na korzyść prezydenta mieścił się w granicach błędu statystycznego.
Quaest odnotował 38 proc. dla Luli oraz 31 proc. dla jego głównego konkurenta w pierwszej turze, a w drugiej odpowiednio 43 i 40 proc. CNT/MDA pokazał większą przewagę urzędującego prezydenta, wynoszącą 42,4 do 28,7 proc. w pierwszym głosowaniu i 48 do 39,1 proc. w kolejnym. Różnice pomiędzy pracowniami wynikają z metod doboru próby, sposobu prowadzenia wywiadów oraz momentu realizacji badania. Powtarza się jednak podstawowy układ, w którym Lula prowadzi, Flávio zajmuje drugie miejsce, a wynik późniejszego pojedynku pozostaje niepewny.
Pozostali kandydaci nie zbudowali dotąd porównywalnej siły. Ronaldo Caiado odwołuje się do wyborców oczekujących konserwatywnej polityki pozbawionej rodzinnego ciężaru Bolsonaro, Romeu Zema reprezentuje nurt liberalny i decentralizacyjny, natomiast Renan Santos próbuje przyciągnąć młodszych wyborców sprzeciwiających się obu wielkim obozom. Ich poparcie jest za małe, aby obecnie zagrozić prowadzącej dwójce, ale wystarczające, by uniemożliwić zwycięstwo w pierwszej turze. To właśnie decyzje ich zwolenników mogą przesądzić o ostatecznym rezultacie.
Istotniejszy od jednorazowych przesunięć pozostaje poziom negatywnych emocji. Znaczna część Brazylijczyków nie wybiera kandydata, którego uważa za najlepszego, lecz próbuje zablokować obóz budzący większy lęk. Dla jednych powrót rodziny Bolsonaro oznacza ryzyko nowego starcia z instytucjami demokratycznymi, dla drugich reelekcja Luli zapowiada dalszy wzrost wydatków, upolitycznienie państwa i odrodzenie mechanizmów kojarzonych z dawnymi aferami. Taki układ sprzyja mobilizacji, ale zmniejsza przestrzeń dla kompromisu po wyborach.
Geografia głosowania pozostaje równie ważna jak podział ideowy. Lula tradycyjnie czerpie największą siłę z uboższego północnego wschodu, podczas gdy prawica dominuje w części bogatszego południa, na środkowym zachodzie oraz w regionach związanych z rolnictwem wielkotowarowym. São Paulo daje przewagę Bolsonaro, lecz sama liczba mieszkańców sprawia, że nawet ograniczenie skali porażki może być dla Partii Pracujących strategicznym sukcesem. Minas Gerais, stan o ogromnym znaczeniu wyborczym i zróżnicowanej strukturze społecznej, po raz kolejny może stać się miejscem, w którym rozstrzygnie się walka o prezydenturę.
Kobiety stanowią prawie 53 proc. około 158 mln obywateli uprawnionych do głosowania. Obaj kandydaci rozpoczęli kampanię od prób zmniejszenia własnych słabości w tej grupie, mówiąc o ochronie przed przemocą, dostępie do edukacji i bezpieczeństwie ekonomicznym rodzin. Dla Flávia Bolsonaro będzie to szczególnie trudny test ze względu na ostre wypowiedzi oraz obyczajowy styl kojarzony z polityką jego ojca. Lula nie może jednak zakładać automatycznego poparcia kobiet, ponieważ zostanie rozliczony z funkcjonowania usług publicznych i kosztów życia.
Bezpieczeństwo stało się językiem całego społeczeństwa
Spór o przestępczość nie jest dodatkiem do brazylijskiej kampanii, lecz jednym z jej zasadniczych tematów. Potęga Primeiro Comando da Capital i Comando Vermelho, kontrola gangów nad fragmentami wielkich miast, przemyt przez rozległe granice oraz przemoc wobec zwykłych mieszkańców tworzą poczucie, że państwo nie dysponuje pełnym monopolem na użycie siły. Prawica od dawna czerpie z tego polityczną energię. W 2026 roku również Lula uznał, że nie może pozostawić tego pola przeciwnikowi.
Prezydent zapowiada utworzenie odrębnego ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i wzmocnienie koordynacji pomiędzy federacją a stanami. Bolsonaro proponuje rozwiązania bardziej represyjne, w tym obniżenie wieku odpowiedzialności karnej oraz budowę nowych więzień o maksymalnym rygorze. Różnica nie dotyczy więc uznania skali problemu, lecz odpowiedzi na pytanie, czy poprawę przyniesie przede wszystkim lepsza organizacja państwa, czy znaczące zaostrzenie kar. W tle pozostaje doświadczenie policji, której działania bywają jednocześnie oczekiwane przez mieszkańców i krytykowane z powodu liczby ofiar.
Korupcja łączy ten temat z szerszym sporem o jakość państwa. Obóz Bolsonaro wykorzystuje nadużycia w systemie ubezpieczeń społecznych oraz śledztwa dotyczące osób związanych z Partią Pracujących. Lula odpowiada przypomnieniem wyroku na byłego prezydenta, zagrożenia dla porządku konstytucyjnego oraz konieczności obrony niezależności instytucji. W rezultacie obie strony przedstawiają siebie jako strażników prawa, równocześnie oskarżając przeciwnika o instrumentalne traktowanie wymiaru sprawiedliwości.
Znaczenie tego konfliktu wykracza poza bieżącą kampanię. Po szturmie na budynki Kongresu, Sądu Najwyższego i Pałacu Planalto 8 stycznia 2023 roku Brazylia musiała odpowiedzieć na pytanie, czy jej instytucje potrafią ukarać osoby odpowiedzialne za próbę odwrócenia wyniku wyborów, nie przekształcając rozliczenia w polityczną zemstę. Prof. Joanna Gocłowska-Bolek opisuje tę próbę w eseju „Krucha demokracja. Rzecz nie tylko o Brazylii”. Wybory w 2026 roku pokażą, czy doświadczenie tamtego kryzysu wzmocniło wspólne reguły, czy jedynie utwardziło dwie przeciwstawne interpretacje państwa.
Trzecim uczestnikiem wyborów jest Kongres
Brazylijska prezydentura daje ogromną widoczność i znaczące narzędzia działania, ale nie gwarantuje swobody rządzenia. System partyjny jest rozdrobniony, a każdy prezydent musi budować wieloelementową większość obejmującą ugrupowania o słabej tożsamości programowej i silnych interesach regionalnych. Mechanizm ten, określany mianem prezydencjalizmu koalicyjnego, przez lata pozwalał rządzić rozległym krajem, lecz zarazem sprzyjał kosztownym negocjacjom i nieprzejrzystym wymianom politycznym. Bez stabilnego zaplecza parlament może zmienić najbardziej ambitny program w serię doraźnych ustępstw.
W ostatnich latach Kongres zwiększył wpływ na dystrybucję środków poprzez poprawki budżetowe kierowane do stanów i gmin. Parlament odrzucał rozwiązania fiskalne rządu, modyfikował jego projekty i coraz częściej występował jako samodzielny ośrodek władzy. W sierpniu 2026 roku przyjął ograniczenia części obowiązkowych wydatków, które mają przynieść około 10 mld reali oszczędności w następnym roku. Skala ta pokazuje zarówno rosnącą świadomość problemu zadłużenia, jak i niewystarczalność pojedynczych korekt.
Wraz z prezydentem Brazylijczycy wybiorą całą Izbę Deputowanych, dwie trzecie Senatu, gubernatorów oraz parlamenty stanowe. Flávio Bolsonaro chce uzyskać w Kongresie większość pozwalającą na przeprowadzanie zmian konstytucyjnych, lecz podobny cel deklaruje wiele kampanii, które później zderzają się z polityczną arytmetyką. Lula ma duże doświadczenie w zawieraniu koalicji, ale jego relacje z parlamentem w trzeciej kadencji były trudniejsze niż podczas pierwszych rządów. Zwycięzca wyborów może więc otrzymać prezydenturę bez politycznego mandatu wystarczającego do wykonania własnych obietnic.
To właśnie budżet będzie miejscem, w którym retoryka kampanii spotka się z rzeczywistością. Utworzenie nowych instytucji bezpieczeństwa, poprawa publicznej ochrony zdrowia, inwestycje w infrastrukturę, zachowanie transferów społecznych i ograniczenie długu nie mogą zostać jednocześnie osiągnięte bez wyboru priorytetów. Lula będzie musiał wskazać, które wydatki zamierza ograniczyć lub z jakich źródeł pozyska nowe dochody. Flávio Bolsonaro powinien natomiast wyjaśnić, jak pogodzi zdecydowaną konsolidację fiskalną z kosztownym programem bezpieczeństwa oraz oczekiwaniami biedniejszych wyborców.
Wybór Brazylii wpłynie na układ sił na świecie
Brazylia jest zbyt duża, aby jej prezydentura miała znaczenie wyłącznie regionalne. Państwo decyduje o przyszłości znacznej części Amazonii, należy do G20 i BRICS, jest kluczowym producentem żywności oraz surowców, a zarazem jednym z naturalnych przywódców Globalnego Południa. Każda zmiana kursu w Brasílii wpływa na politykę klimatyczną, handel światowy i rywalizację mocarstw. Z tego powodu październikowe głosowanie będzie uważnie obserwowane w Waszyngtonie, Pekinie, Brukseli i Moskwie.
Lula buduje pozycję Brazylii poprzez strategiczną autonomię. Utrzymuje intensywne relacje z Chinami, zabiega o większe znaczenie BRICS i stara się przedstawiać swój kraj jako pośrednika pomiędzy Zachodem a państwami rozwijającymi się. Taka polityka zwiększa pole manewru, ale wystawia prezydenta na zarzuty nadmiernej wyrozumiałości wobec autorytarnych partnerów oraz niejasności w ocenie konfliktów międzynarodowych. Jego ambicją pozostaje powrót Brazylii do pierwszego szeregu dyplomacji bez jednoznacznego podporządkowania się któremukolwiek mocarstwu.
Flávio Bolsonaro zapowiada wyraźniejsze zbliżenie z prawicowymi rządami i środowiskami politycznymi. Podczas konwencji poparcie dla niego zamanifestował prezydent Argentyny Javier Milei, a premier Izraela Benjamin Netanjahu wystąpił poprzez nagranie. Rodzina Bolsonaro od lat utrzymuje bliską relację z Donaldem Trumpem i amerykańskim ruchem konserwatywnym. Jednocześnie brazylijska gospodarka jest tak silnie związana z Chinami, że żaden prezydent nie może bez poważnych kosztów podporządkować polityki zagranicznej logice ideologicznego podziału świata.
Ważna będzie również przyszłość umowy handlowej pomiędzy Unią Europejską a Mercosurem. Brazylia potrzebuje europejskich inwestycji, technologii i dostępu do rynku, podczas gdy Europa oczekuje wiarygodnych zobowiązań środowiskowych oraz stabilnych warunków prawnych. Lula jest naturalnie bardziej przekonujący dla europejskich środowisk klimatycznych, lecz jego polityka przemysłowa i relacje z Chinami mogą rodzić inne napięcia. Prawica oferuje większą otwartość na część postulatów biznesu, ale musi odpowiedzieć na obawy dotyczące Amazonii oraz trwałości instytucjonalnych gwarancji.
Wybór dokonany przez Brazylijczyków będzie miał zatem znaczenie dla modelu wielobiegunowości, który powstaje na oczach świata. Zwycięstwo Luli wzmocniłoby przekonanie, że wielkie państwa Globalnego Południa mogą prowadzić politykę społeczną i autonomiczną dyplomację pomimo nacisku dwóch najpotężniejszych bloków. Wygrana Flávia Bolsonaro pokazałaby natomiast, że konserwatywna fala w obu Amerykach posiada zdolność przekazywania władzy kolejnemu pokoleniu, nawet po sądowym upadku jej pierwszego przywódcy. W obu przypadkach konsekwencje wyjdą daleko poza granice kontynentu.
Czy Brazylia potrafi rozpocząć nowy rozdział
Lula jest dziś równocześnie największym zasobem i najpoważniejszym ograniczeniem brazylijskiej lewicy. Bez niego Partia Pracujących prawdopodobnie utraciłaby zdolność jednoczenia uboższych wyborców, środowisk progresywnych, części centrum oraz regionalnych elit zainteresowanych udziałem we władzy. Jego kolejny start odsuwa jednak konieczność przygotowania następcy i utrwala osobisty charakter całego projektu. Pytanie o Brazylię po Luli pozostaje bez odpowiedzi, choć z powodów biologicznych staje się coraz pilniejsze.
Podobny problem dotyczy prawicy, która po skazaniu Jaira Bolsonaro nie przeprowadziła pełnej debaty o własnej przyszłości. Nominacja syna zachowuje jedność ruchu, lecz nadaje mu cechy politycznej dynastii i utrudnia poszerzenie zaplecza o obywateli zmęczonych konfliktem rodziny z instytucjami państwa. Jeśli Flávio wygra, bolsonaryzm udowodni zdolność przetrwania bez bezpośredniego przywództwa założyciela. Jeżeli przegra, prawica stanie przed pytaniem, czy lojalność wobec nazwiska nie stała się przeszkodą w odzyskaniu władzy.
Największe państwo Ameryki Łacińskiej posiada zasoby pozwalające odgrywać znacznie większą rolę niż dotychczas. Dysponuje potężnym rolnictwem, zróżnicowanym przemysłem, zasobami energetycznymi, skalą demograficzną i dyplomatycznym doświadczeniem. Ograniczają je jednak nierówności, niska wydajność części gospodarki, niewystarczająca infrastruktura, przemoc oraz państwo, którego instytucje nie są jednakowo obecne na całym terytorium. Żaden z kandydatów nie rozwiąże tych problemów samym zwycięstwem nad historycznym przeciwnikiem.
Październikowe głosowanie rozstrzygnie, kto obejmie Pałac Planalto, lecz prawdziwa miara zwycięstwa pojawi się później. Będzie nią zdolność do rządzenia bez traktowania połowy społeczeństwa jako wroga, odbudowania zaufania do reguł demokratycznych i dokonania nieuniknionych wyborów budżetowych. Lula musi wykazać, że doświadczenie nie zmieniło się w powtarzanie przeszłości. Flávio Bolsonaro powinien udowodnić, że dziedzicząc nazwisko, potrafi uwolnić się od najbardziej destrukcyjnych elementów jego politycznego ciężaru.
Brazylia nie wybiera pomiędzy dwiema nieskazitelnymi wizjami ani pomiędzy prostą kontynuacją i całkowitym zerwaniem. Rozstrzyga, który z dwóch wielkich obozów lepiej rozumie kraj przeobrażony przez nowe formy pracy, rosnące oczekiwania społeczne, przestępczość zorganizowaną i globalną rywalizację. Wynik może przedłużyć epokę wyznaczaną przez Lulę i Bolsonaro. Może też stać się początkiem jej powolnego końca.
Sebastian Nizio





