Polacy niezadowoleni z premiera Tuska i rządu [CBOS]

Polacy niezadowoleni

W styczniu br. 33 proc. badanych popiera rząd. W tym samym czasie Polacy niezadowoleni z rządu stanowią 42 proc. wszystkich ankietowanych. Polacy są także niezadowoleni z samego premiera Donalda Tuska – wynika z sondażu CBOS.

Stosunek Polaków do rządu i do premiera Donalda Tuska

.Z opublikowanego 23 stycznia 2026 r. badania CBOS wynika, że poparcie dla rządu w styczniu br. utrzymuje się na poziomie 33 proc. badanych, podczas gdy aż 42 proc. go nie popiera. 22 proc. respondentów deklaruje obojętność wobec urzędującego gabinetu rządu. Opcję „trudno powiedzieć” wybrało 3 proc. badanych.

Stabilność CBOS odnotowuje także w ocenach wyników działalności rządu. Pozytywnie na temat pracy rządu wypowiada się obecnie taki sam odsetek badanych, jak w grudniu (37 proc.), natomiast negatywną notę wystawia nieco ponad połowa Polaków (51 proc.). Brak sprecyzowanej opinii na temat pracy rządu wyraża 12 proc. respondentów (wzrost o 1 pkt. proc.).

Podobnie jak ogólny stosunek do rządu i ocena jego działalności, stabilne pozostają też oceny premiera. Niezadowolenie z osoby premiera deklaruje nieco ponad połowa Polaków (53 proc. spadek o 1 pkt. proc. w stosunku do grudnia). Natomiast zadowolenie z faktu, że Donald Tusk sprawuje funkcję szefa rządu, wyraża w styczniu 36 proc. badanych – dokładnie tyle samo, co w grudniu i listopadzie 2025 roku. Nieco więcej niż co dziesiąty respondent (11 proc.) nie ma jednoznacznej opinii w tej sprawie.

Polacy niezadowoleni z powodu gospodarki?

.W styczniu pozytywnie zapatruje się na nasze perspektywy gospodarcze 39 proc. badanych (wzrost o 3 pkt. proc.), natomiast sceptycyzm wyraża niespełna połowa respondentów (49 proc., spadek o 3 pkt proc.). Tym samym CBOS odnotowuje powrót ocen do poziomu notowanego w listopadzie. Tak samo jak w poprzednich miesiącach 12 proc. respondentów nie ma na ten temat zdania.

Badanie zrealizowano w dniach 8–20 stycznia 2026 roku na próbie liczącej 938 osób (w tym: 55,5 proc. metodą CAPI, 26,4 proc. – CATI i 18,0 proc. – CAWI).

Kiedy państwo staje po stronie silniejszych, pracownicy zostają na lodzie

.Polska nie jest krajem przedsiębiorców. Polska jest krajem pracowników – państwo, które nie potrafi ich chronić, traci wiarygodność. A polityka, która ogranicza się do deklaracji bez pokrycia, prędzej czy później zostanie rozliczona – pisze Paulina MATYSIAK.

Wdominującym nurcie debaty publicznej w Polsce sporo słyszymy o potrzebie tzw. „wolnego wyboru” na rynku pracy. O tym, że każdy może być przedsiębiorcą i kowalem własnego losu, a umowy cywilnoprawne czy jednoosobowa działalność gospodarcza to same korzyści z elastycznością na czele. Bzdura. Problem polega na tym, że dla milionów Polek i Polaków to nie jest żaden wybór, lecz przymus narzucony przez realia rynku i nierównowagę między pracownikiem a pracodawcą.

Reforma Państwowej Inspekcji Pracy była tak ważna, bo dawała wreszcie państwu skuteczne narzędzie do reagowania tam, gdzie prawo jest w oczywisty sposób obchodzone. Jeśli ktoś pracuje jak pracownik – czyli pod kierownictwem, w określonych godzinach, w jednym miejscu, na rzecz jednego podmiotu – to nie jest żadna współpraca między „przedsiębiorcą” a inną firmą. To jest stosunek pracy, ale przykryty fikcyjnym samozatrudnieniem.

I właśnie ten podstawowy krok został zablokowany decyzją premiera Donalda Tuska, który pozostał obojętny na głos ludzi pracy i związków zawodowych. Reforma, zresztą i tak już wcześniej znacznie rozwodniona, okazała się dla niego „zbyt daleko idąca”. Dlaczego? To oczywiste – bo uderzała w interesy tych, którym premierowi i jego środowisku politycznemu zależy najbardziej. To nie żaden przypadek czy nieporozumienie, lecz konkretna decyzja ideologiczna w duchu bliskiego Koalicji 15 Października neoliberalizmu. Gdy dochodzi do konfliktu między prawami pracowniczymi a komfortem biznesu, to rządzące elity po raz kolejny wybierają status quo… nawet jeśli oznacza to dalsze tolerowanie patologii na rynku pracy.

Warto też podkreślić jedno: ta reforma nie była niczyim politycznym kaprysem ani jakimś lewicowym eksperymentem. Wzmocnienie PIP było kamieniem milowym Krajowego Planu Odbudowy. Warunkiem, od którego zależała wypłata 11 miliardów euro z unijnych środków. Czy naprawdę w imię dogmatycznej wiary w deregulację i straszenia „krzywdą biznesu” rząd Donalda Tuska jest gotów ryzykować utratę takich pieniędzy? Trudno to nazwać odpowiedzialnym rządzeniem.

Miliony obywateli pracują dziś na umowach śmieciowych albo w ramach fikcyjnego samozatrudnienia. A co za tym idzie, muszą pogodzić się z brakiem urlopu, stabilności, ochrony w razie choroby czy ciąży i pojawienia się dziecka. Państwo zamiast stanąć po ich stronie, rozkłada ręce i mówi pracownikom jasno: radźcie sobie sami. Chcecie walczyć o zmianę tego na umowę o pracę? Proszę bardzo, droga wolna! Wolne (dosłownie) sądy zapraszają! Tylko że pracownik na śmieciówce rzadko ma czas, pieniądze i siłę, by przez lata walczyć z pracodawcą.

Do apelu o wzmocnienie PIP dołączają – ponad podziałami – związki zawodowe, które mówią wprost, że państwo jest dziś bezradne wobec fikcyjnych form zatrudnienia. Wiedzą to, bo widzą to codziennie w zakładach pracy: łamanie prawa, strach przed utratą dochodu, presję, by „nie robić problemów”.

PIP bez konkretnych uprawnień to instytucja fasadowa. Reforma miała to zmienić i skrócić drogę od stwierdzenia naruszenia prawa do prawdziwej zmiany sytuacji pracownika. Ale została przez rząd zatrzymana.

Postulat wzmocnienia PIP wyszedł oczywiście ze strony współrządzącej Nowej Lewicy. Włodzimierz Czarzasty, jej przewodniczący, jasno deklarował w mediach, że „dopóki Lewica jest w rządzie, nic pracownikom się nie stanie. Czas podnieść kompetencje PIP”. Dziś te słowa brzmią gorzko, bo reforma została zatrzymana, a w odpowiedzi słyszymy o „dialogu”, „nowym otwarciu” i „poszukiwaniu kompromisu”. Tylko że kompromis, który polega na tym, że pracownicy znów zostają z niczym, nie jest żadnym kompromisem. Zresztą o czym tu mówić, skoro sam premier „tę sprawę uważa za zamkniętą”?

Niezwykle symptomatyczna była sytuacja, kiedy publicznie zapowiadane spotkanie Włodzimierza Czarzastego z Donaldem Tuskiem w sprawie reformy nie doszło do skutku, bo premier… nie znalazł czasu. To dobitnie pokazuje hierarchię w tej koalicji. Pytanie brzmi: czy Nowa Lewica rzuci wyzwanie premierowi i będzie gotowa do stawiania twardych warunków, aby walczyć o własne ideały i program? Bez tego żadna prospołeczna zmiana się nie wydarzy. Czy lewicowa część rządu przyjmie bez zająknięcia zniewagę w tak ważnej dla siebie sprawie? Na razie poprzestaje na wyrażających oburzenie grafikach w mediach społecznościowych. I mocno trzyma się niedawnych słów lidera o tym, że „będzie twardym, lojalnym, przewidywalnym członkiem tej koalicji”.

Skutki braku skutecznej ochrony pracowników widać w sytuacjach granicznych. Tak się złożyło, że niedawno złożyłam interpelację dotyczącą matek pracujących na umowach cywilnoprawnych i w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Punktem wyjścia była historia kobiety, która nie z wyboru, lecz z przymusu rynkowego pracowała na JDG, będąc w ciąży, opłacała składki i korzystała ze zwolnienia lekarskiego, a mimo to – z powodu braku statusu osoby ubezpieczonej w dniu porodu i innych zawiłości urzędniczych – została pozbawiona zasiłku macierzyńskiego.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/paulina-matysiak-kiedy-panstwo-staje-po-stronie-silniejszych-pracownicy-zostaja-na-lodzie/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 stycznia 2026