Polska w Radzie Pokoju. „Solidarność z sojusznikami” [Marcin PRZYDACZ]

Wzięliśmy udział w Radzie Pokoju w geście solidarności z sojusznikami, Polska skorzysta na obecnym statusie obserwatora – powiedział szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz w dniu 19 lutego 2026 r.po pierwszym posiedzeniu Rady. Wobec Polski nie kierowano żadnych oczekiwań – zaznaczył.
Polska w Radzie Pokoju
.Podczas briefingu prasowego po inauguracyjnym spotkaniu Rady Pokoju Marcin Przydacz określił swój udział w wydarzeniu jako inwestycję w relacje z USA, a także gest solidarności z innymi państwami Europy Środowej i Wschodniej, które również wysłały przedstawicieli na wysokim szczeblu.
– Prezydent Karol Nawrocki uznał, że aby móc kiedyś w przyszłości także oczekiwać zainteresowania naszych partnerów i sojuszników Europą Wschodnią, tym, co się dzieje wokół Ukrainy (…) warto pokazywać swoje zainteresowanie także w innych tematach (…) bo może się zdarzyć taki moment, kiedy to my będziemy potrzebowali aktywności naszych partnerów i sojuszników – powiedział.
Jak zaznaczył, jego obecność w Waszyngtonie była więc w interesie Polski. – Na ten moment myślę, że ten status, który wywalczyliśmy, czyli status obserwatora (…) ten status na pewno Polsce się przysłuży. Co przyszłość pokaże, zobaczymy. Jak wszyscy wiemy, aby móc przystąpić do organizacji, potrzebne jest tutaj przegłosowanie pewnej legislacji na poziomie parlamentu – dodał.
Marcin Przydacz podkreślił, że wobec Polski nie kierowano żadnych oczekiwań dotyczących jakichkolwiek opłat lub wysłania wojsk do Strefy Gazy. Dopytywany, dlaczego na spotkanie Rady Pokoju nie przyjechał sam Nawrocki, szef BPM powiedział, że ma on częsty kontakt z prezydentem USA Donaldem Trumpem i nie może brać udziału w każdym wielostronnym spotkaniu.
– Równie dobrze mógł tutaj się pojawić przedstawiciel rządu (…) ale z jakiegoś powodu Kancelaria Premiera nie odpowiadała pozytywnie (…). Być może było też tak, że dostali sygnały z Białego Domu, że nie są do końca mile widziani – powiedział. Oskarżył też rząd o antyamerykanizm i „podlizywanie się Berlinowi i Brukseli”.
Rada Pokoju przetrwa próbę czasu?
.Marcin Przydacz poinformował, że na marginesie posiedzenia Rady odbył rozmowę z sekretarzem stanu USA Markiem Rubio, którego zaprosił do Polski. Jego rozmówca miał odpowiedzieć na zaproszenie pozytywnie.
– Rozmawiałem m.in. o jego niedawnej wizycie w Monachium, o jego niedawnej wizycie w regionie, bo przecież odwiedzał (…) Słowację (oraz Węgry – przyp. red.). Rozmawialiśmy też o przyszłych kontaktach polsko-amerykańskich na tym poziomie – mówił.
Pytany, czy spodziewa się, że Rada Pokoju stanie się poważną organizacją międzynarodową odgrywającą ważną rolę w polityce międzynarodowej, Marcin Przydacz odpowiedział, że dopiero się okaże, czy nowe gremium przetrwa próbę czasu. Wspomniał przy tym, że nie przetrwały jej inne międzynarodowe inicjatywy poprzednich prezydentów USA – Szczyty dla Demokracji Joe Bidena i Wspólnota Demokracji Billa Clintona. Ocenił też, że pełne dygresji przemówienie prezydenta Donalda Trumpa na inauguracji Rady było „w jego stylu”.
– Prezydent Stanów Zjednoczonych mówił, że dziś zajmujemy się Gazą (…) ale w swoim ostatnim zdaniu powiedział, że w przyszłości może ta Rada zajmować się pokojem na innych szerokościach i długościach geograficznych, więc nie jest wykluczone, że instytucja ta będzie się zajmować także sprawami żywotnie interesującymi dla nas, takimi, którymi Polska jest żywotnie zainteresowana – zaznaczył. – Tym bardziej więc warto przy takim stole być. Natomiast czy przetrwa próbę czasu? Tego nie wiem, oczywiście – dodał. Ocenił jednak, że jeśli Rada Pokoju miałaby być konkurencją dla ONZ, znaczyłoby to, że „fundamenty ONZ są bardzo, bardzo słabe”.
Kwestia SAFE
.Pytany, czy w świetle wypowiedzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o poszukiwaniu nowego premiera stanie na czele rządu, Marcin Przydacz odparł, że nie ma takich ambicji i pozostanie współpracownikiem prezydenta. Jednocześnie zaznaczył, że można spodziewać się, że za dwa lata szefem rządu będzie przedstawiciel Prawa i Sprawiedliwości.
Odmówił też jasnej odpowiedzi na temat ewentualnego podpisania przez Nawrockiego ustawy o pożyczce na zakup uzbrojenia w ramach unijnego programu SAFE. Zaznaczył, że sprawą zajmuje się Biuro Bezpieczeństwa Narodowego i trwają analizy na ten temat, zwłaszcza pod kątem „mechanizmu warunkowości” pożyczki.
– Tutaj, na marginesie Rady Pokoju, też wielu europejskich sojuszników dyskutowało o tym, nieco obawiając się sytuacji, w której podpiszą pewne kontrakty w ramach SAFE, a następnie Komisja Europejska z sobie znanych tylko powodów powie, że no jednak nie może wypłacić tego kredytu – relacjonował minister. – Mamy złe doświadczenia z takimi instytucjami, więc pan prezydent na pewno będzie przez ten pryzmat spoglądał na SAFE – dodał.
Polska wzmacnia swoją pozycję
.Polska nie jest koniem trojańskim USA w Europie. Na słabnącym, rozedrganym, atakowanym kontynencie Polska wzmacnia swoje siły witalne. Przekonują o tym pierwsze prezydenckie wizyty Karola Nawrockiego – pisze Michał KŁOSOWSKI.
Na mapie świata są spotkania, które ważą więcej niż podpisane dokumenty. Nie dlatego, że ignorują treść, ale dlatego, że same stają się treścią – symbolem, gestem, obrazem, znaczeniem, które przechodzą do historii. Pierwsza oficjalna wizyta Karola Nawrockiego w Białym Domu, a potem w Rzymie i Watykanie, w której towarzyszyliśmy polskiemu prezydentowi, taka właśnie była.
Prezydent Donald Trump poświęcił prezydentowi Karolowi Nawrockiemu cały dzień. Przelot amerykańskich myśliwców rozpoczął spektakl przekonujący wszystkich, że więź polsko-amerykańska jest silna i – dzięki zwycięstwu Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich – wciąż niezachwiana. Przy czym w polityce, jak pisał genialny Alexis de Tocqueville, „nigdy nie należy mylić gestów z rzeczywistością”. Rozdział między jednym a drugim w kontekście wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie to początek jak najbardziej prawdziwej rozgrywki o przyszłe przywództwo w Europie.
Kiedy Stany Zjednoczone coraz silniej zaznaczają swój pivot na Atlantyk, muszą zabezpieczyć swoje interesy w Europie. Jednocześnie powojenny konsensus chwieje się w posadach, słabnie rola Niemiec, od dekad ważnego partnera Waszyngtonu w Europie. Amerykański prezydent to zaś polityk transakcyjny, a każdy sojusz to dla niego kontrakt. „America First” jest jego kompasem. Jeśli wybór i przywództwo Karola Nawrockiego w silniejszej dzięki temu Polsce może być gwarancją dla Donalda Trumpa w Europie, efektem będzie „win-win”, obie strony wyjdą na tym zwycięsko.
Oczywiście, prezydent Trump lubi mówić o tradycyjnych wartościach; lubi, gdy mówi się, że Polacy „są twardzi i lojalni”; lubi też, kiedy przypomina się, że Polonia masowo oddawała na niego swoje głosy. Ale w Gabinecie Owalnym sentymenty są dekoracją, nie fundamentem, co widzieliśmy podczas spotkania obu prezydentów.
Dzięki słynnemu zdaniu Henry’ego Kissingera, że „Ameryka nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, tylko interesy”, pamiętamy, że Polska, tak jak każdy sojusznik, jest w talii kart, którymi Donald Trump gra z innymi graczami: Berlinem, Brukselą, a przede wszystkim Moskwą. Czy wizyta prezydenta Karola Nawrockiego zrekompensowała mu gorzki smak impasu spotkania z Władimirem Putinem? A może jest czymś więcej: rodzajem rozmieszczania kolejnych figur na szachownicy, na której trwa nieustanna akcja? Obserwując z bliska to, co się wydarzyło podczas całodniowej wizyty polskiego prezydenta w Białym Domu, można było mieć wrażenie, że tak; przyjęcie Karola Nawrockiego w Waszyngtonie było niemalże jak wskazanie delfina, który spośród konkurentów ma największe szanse na przejęcie władzy nad regionem. Bo faktycznie również o tym było to spotkanie; wobec słabnącej „Starej Europy” nowa inwestytura to tylko kwestia czasu. Prezydent Polski, silny, zdecydowany przywódca, z przemyślaną i wzmacnianą rolą Trójmorza, którego Polska jest naturalnym liderem (ku rosnącym niepokojom Niemiec), z dobrze przemyślanym zapleczem, sprawnie nawiązującym relacje ze współpracownikami prezydenta Trumpa, do tej roli pasuje znakomicie.
Jeśli świat Zachodu oparty jest na trzech filarach – Atenach, Jerozolimie i Rzymie – to można powiedzieć, że relacje transatlantyckie opierają się dzisiaj na innych filarach – Waszyngtonie, Warszawie i Rzymie. Znakomite relacje, jakie Giorgia Meloni i Karol Nawrocki mają z Donaldem Trumpem, zmieniają równowagę sił na Starym Kontynencie. Kiedy bowiem Ameryka pracuje nad planem przesunięcia sił z zachodu Europy w inne, bardziej wrażliwe miejsca, w tym na wschodnią flankę NATO, nikt z obserwujących nie ma wątpliwości, że amerykańscy żołnierze pozostaną w Polsce. Potwierdził to Karolowi Nawrockiemu zresztą Donald Trump. Jeśli skądś mają zostać relokowani, to – jak pisze Jim Mazurkiewicz w tym wydaniu „Wszystko co Najważniejsze” – z Niemiec.
Przewrotnie nie odbiera to Polsce podmiotowości, lecz wzmacnia ją wobec militarnego zagrożenia ze Wschodu i biurokratyczno-centralizacyjnego z Zachodu. Bo amerykańskie rozterki dotyczą obecnie nie tylko kwestii rozmieszczenia wojsk, ale też wiarygodności poszczególnych sojuszników. Obecność amerykańskich wojsk nad Wisłą to też element negocjacji z Władimirem Putinem. Element licytacji w grze, której stawką są nie tylko granice wpływów, ale z jednej strony bezpieczeństwo i pozycja Polski w Europie, a z drugiej pozycja USA w globalnym układzie sił.
Nie pierwszy raz Polska wchodzi w relację, w której sojusz opiera się na symbolicznym uznaniu i wielkich nadziejach. Warto więc pamiętać słowa Józefa Piłsudskiego, który przestrzegał przed „polityką na klęczkach” i iluzją, że „ktoś za nas załatwi naszą wolność”. Historia XX wieku uczy, że bezpieczeństwo Polski nigdy nie było dane raz na zawsze, nawet gdy na papierze wyglądało na pewne. Ale to właśnie dlatego spotkanie prezydentów Karola Nawrockiego i Donalda Trumpa w Waszyngtonie powinno być odczytywane nie jako finał, lecz jako początek. Powrót długiej rozmowy o tym, co Polska może wnieść do stołu negocjacyjnego i jak może prowadzić podmiotową politykę na wschodniej flance NATO i w Europie. Czy uda się zbudować Trójmorze, wzmocnić relacje Północ-Południe i wybić na niepodległość cały region, również w kontekście zakusów Berlina? Tego bez amerykańskiego poparcia wobec niemiecko-rosyjskiego klinczu inaczej zbudować nie sposób.
.Spotkanie w Białym Domu to fotografia, która trafi do podręczników, choć podręczniki historii nie opisują zdjęć, lecz skutki przedstawionych na nich wydarzeń. A skutki zależą od tego, czy Polska reprezentowana na tym spotkaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego będzie silnym graczem, bez skrępowanych rąk. Bo że chmury zbierają się nad naszymi głowami, to wiemy. Rzecz idzie o wolę, wolę wspólną, wspólną siłę naszej wspólnoty, by je rozgonić. A to nie uda się bez podjęcia rękawicy i pokazania, że kto jak kto, ale Polacy to walczyć potrafią. W Waszyngtonie, gdzie tuż przy wejściu do Białego Domu stoi pomnik Tadeusza Kościuszki, dobrze o tym wiedzą. Pora pamiętać o tym, wspólnie i razem, nad Wisłą.
PAP/Oskar Górzyński/MJ





