Porozumienie z Trumpem to nowy początek relacji z USA [Barbara C. Matthews]

Porozumienie USA z UE jest resetem wzajemnych relacji po dekadach pretensji handlowych; pozwala obu stronom skupić się na strategicznych wyzwaniach dotyczące Rosji czy Chin – powiedziała Barbara C. Matthews, ekspert Atlantic Council i była urzędniczka resortu finansów.
Porozumienie USA z UE
.Porozumienie USA z UE, zaraz po jego zawarciu, niewielu liderów państw po europejskiej stronie Atlantyku świętowało je jako sukces. W wypowiedziach liderów UE i państw członkowskich dominowała ulga z powodu uniknięcia wojny handlowej z najważniejszym sojusznikiem, przemieszana z poczuciem, że to Ameryka uzyskała lepsze warunki.
„Porozumienie von der Leyen-Trump – to mroczny dzień, w którym sojusz wolnych narodów zebranych, by afirmować swoje wartości i bronić swoich interesów, postanawia się poddać” – skomentował premier Francji Francois Bayrou. Jednak zdaniem Barbary C. Matthews, byłej attache handlowej USA przy UE, a obecnie szefowej firmy doradczej BCM Strategy, porozumienie nie jest tak jednostronne, jak może się wydawać.
– Fakt jest taki, że w sytuacji, w której jesteśmy, nie było szans na obniżenie ceł do zera. Ale tu chodzi o coś więcej niż te 15-proc. cła na towary z UE – które owszem, są ważne – ale jest to szerokie porozumienie o handlu i inwestycjach, które wpisuje się w strategię UE – oceniła ekspertka. Jak wyjaśniła, postanowienia o zakupie amerykańskich źródeł energii (o wartości 750 mld euro – PAP) – w tym LNG i uranu – pozwolą Europie na realizację celu pełnego uniezależnienia się od Rosji. Jak dodała, w umowie znalazły się też elementy dotyczące bezpieczeństwa, w tym zakupu uzbrojenia z USA, które zacieśnią sojusz transatlantycki.
Wyzwania dotyczące Chin i Rosji – UE i USA muszą grać do jednej bramki
.Zaznaczyła, że do porozumienia doszło też z uwagi na delikatny moment na świecie, gdzie USA i UE nie mogły pozwolić sobie na konflikt, bo „są ważniejsze rzeczy do zrobienia razem”, wskazując na wyzwania dot. Chin i Rosji.
– Prawda jest taka, że w tym momencie nie było szans, by obniżyć cła do zera, więc alternatywą było ogłosić porażkę i osłabić gospodarkę po obu stronach Atlantyku albo zrobić jak najlepszy użytek z tego, co mamy. I na to właśnie się zdecydowano, by postawić na strategiczny sojusz – oceniła.
Jak dodała, porozumienie pozwala na reset w największej relacji handlowej świata po dekadach sporów i wzajemnych pretensji, m.in. w sprawie barier w dostępie do rynków i innych kwestii.
– To porozumienie przynosi pewność, resetuje debatę i ustanawia nowe fundamenty. Jeśli rozmawiasz z kimś przez 20 lat i nie przynosi to żadnych postępów w pewnych kwestiach, czasami trzeba wywrócić stolik. I myślę że właśnie do tego tu doszło – powiedziała. Jej zdaniem rozmowy handlowe między obiema stronami od dawna były trudne, np. fiasko negocjowanej za rządów Baracka Obamy megaumowy handlowej TTIP (Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji).
Matthews przyznała, że skutkami nowej umowy – jeśli zostanie zatwierdzona przez państwa członkowskie – może być wzrost cen i relokacje pewnych sektorów gospodarki. – Cła, owszem, są ważne, ale są też niższe od tych, których się obawiano, jest tam wiele wyjątków od ceł w strategicznych obszarach i według analiz plasują się w limitach tego, co znieść mogą gospodarki – oceniła.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i prezydent USA Donald Trump uzgodnili w weekend w Turnberry, w zachodniej Szkocji, umowę handlową między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Von der Leyen przekazała, że zgodnie z porozumieniem 15-procentowa stawka celna obejmie przeważającą część eksportu unijnego do USA, m.in. przemysł samochodowy, półprzewodnikowy i farmaceutyczny.
Źródła unijne podały, że UE zgodziła się na zniesienie ceł na import niektórych produktów rolnych, ale wśród nich nie ma tzw. produktów wrażliwych takich jak wołowina, drób czy cukier. Według nich porozumienie z USA nie przewiduje zakupów zbrojeniowych.
Dryf strategiczny amerykańskiej polityki
.Politykę zagraniczną USA cechuje brak strategicznej wizji, określenia nadrzędnych celów. Waszyngton głównie reaguje na pojawiające się międzynarodowe wyzwania, które są drugorzędne z punktu widzenia rywalizacji z Chinami. W zakresie stosunków międzynarodowych polityka amerykańska dryfuje – pisze prof. Kazimierz DADAKw opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Dryf strategiczny amerykańskiej polityki„.
Narodowa Strategia Obronna Stanów Zjednoczonych (National Defense Strategy – NDS) ze stycznia 2012 r. określiła obszar Indo-Pacyfiku jako kluczowe pole zmagań o utrzymanie przez USA przewodniej roli w świecie. Stąd prezydent Obama ogłosił „zwrot ku Azji”. Amerykańskie zaangażowanie w Europie i na Bliskim Wschodzie miało się zmniejszyć, a uwaga miała być skupiona na, mówiąc oględnie, powstrzymywaniu Chin. W wielkim łuku od północnego Pacyfiku, poprzez południowo-wschodnią Azję, do zachodnich rubieży Oceanu Indyjskiego leżą cztery z pięciu najludniejszych państw świata (Chiny, Indie, Indonezja i Pakistan). Jak można dowiedzieć się ze strony internetowej amerykańskiej CIA (The World Factbook), także z gospodarczego punktu widzenia region ten ma pierwszorzędne znaczenie. W realnych wartościach (PKB według parytetu siły nabywczej) cztery z pięciu największych gospodarek świata (Chiny, Indie, Rosja i Japonia) także tam się znajdują. W obu powyższych przypadkach jedynym państwem spoza tego regionu są Stany Zjednoczone. Każdy kolejny raport NDS powtarzał postulat „zwrotu ku Azji”, ale jak do tej pory, niewiele z tego wyszło.
Pierwsza kadencja Trumpa rokowała nadzieje, że Stany Zjednoczone przechodzą do ofensywy na tym odcinku. Wojna handlowa z Chinami była tego dobitnym dowodem. Podpisanie porozumienia z afgańskimi talibami było kolejnym krokiem uwalniającym Waszyngton od uciążliwego i mało istotnego zaangażowania. Ale na tym się skończyło. Kadencja Joe Bidena upłynęła pod znakiem porażek i chybionych decyzji. Sprawy ideologiczne, skupienie uwagi na kwestiach wewnętrznych i promowanie skrajnie lewicowych pomysłów zajęło zbyt wiele sił i środków, natomiast stosunki międzynarodowe – z wyjątkiem Ukrainy – zeszły na dalszy plan.
Nieudolność w kończeniu obecności wojskowej w Afganistanie dała przedsmak tego, czego świat był świadkiem przez resztę tej prezydentury. Z punktu widzenia Polski wsparcie udzielone Ukrainie stanowi jasny punkt, aczkolwiek na ten temat można mieć różne poglądy. Faktem jest, że Putin nie najechał Ukrainy w czasach pierwszej kadencji Trumpa, i jest wysoce prawdopodobne, że do tego by nie doszło, gdyby Trump wygrał wybory w 2020 r. Natomiast w styczniu 2025 r. wojna już trwała niemal trzy lata i pomimo buńczucznych zapewnień nie dało się jej w takiej sytuacji zakończyć w ciągu 24 godzin. Trump natrafił na węzeł gordyjski i niestety jego ekipa też nie wypracowała strategii wyjścia z tego konfliktu. Zamiast tego mamy do czynienia z osobliwą sytuacją – pomoc wojskowa nadal dociera nad Dniepr (w ramach programu jeszcze uchwalonego w czasach Bidena), ale trudno sobie wyobrazić, żeby Trump mógł zmienić stanowisko o 180 stopni i samemu wystąpić o kolejny pakiet pomocowy. Pomysł, żeby Europa w całości wzięła na siebie ciężar pomocy Ukrainie, jest teoretycznie pociągający, ale będzie go trudno wcielić w życie. Europa nie jest w stanie sama wytworzyć potrzebnych materiałów wojennych, natomiast idea, żeby uzbrojenie kupować w USA, jest mało nośna po tej stronie Atlantyku.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-kazimierz-dadak-usa-dryf-strategiczny/
PAP/ Oskar Górzyński/ LW