Robert TYSZKIEWICZ: "Jak zmobilizować Europę, USA, bez mobilizacji Ukraińców?"

"Jak zmobilizować Europę, USA, bez mobilizacji Ukraińców?"

Photo of Robert TYSZKIEWICZ

Robert TYSZKIEWICZ

Poseł na Sejm RP, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Białorusi.

zobacz inne teksty Autora

Bez prawdziwej walki Ukraińców nie ma mobilizacji opinii publicznej. Bez mobilizacji opinii publicznej nie ma realnej reakcji Europy.

Ukraina.  Temat, który na czołówki gazet powraca od kilku miesięcy. Czujemy solidarność z Ukraińcami, kiedy strzelają do nich profesjonalni snajperzy. Równie szybko zapominamy o problemie, gdy cichną strzały. W ciszy, która zapada między kolejnymi eskalacjami konfliktu, także europejscy politycy zawieszają temat. Obserwują: przede wszystkim Putina, ale i nowy rząd ukraiński. Sprawdzają: czy opinia publiczna nadal naciska, czy już nie pamięta o Majdanie i europejskich aspiracjach Ukraińców? Testują: USA się angażuje naprawdę czy jedynie zajmuje kolejne stanowisko?  Trwa wielkie oczekiwanie.

To nie musi tak wyglądać. Oczywiście, kraje demokratyczne zarządzane są w inny sposób niż autorytarna Rosja, decyzje zapadają w nich zawsze wolniej, bo wypracowanie wspólnego stanowiska musi potrwać. Ale po dwóch miesiącach od ostrej fazy konfliktu powinniśmy już mieć jasny scenariusz działań całego Zachodu, wyraziście przedstawiony Putinowi – żeby doskonale wiedział, co czeka jego kraj, jeśli zdecyduje się dalej ingerować w wewnętrzne sprawy Ukrainy. A jednak scenariusza wciąż nie ma, rozmowy trwają w nieskończoność, zawieszane w chwilach wyciszenia konfliktu, wznawiane przy jego zaostrzeniu. Dlaczego?

Przede wszystkim nie widać prawdziwej determinacji nowych władz ukraińskich. Trzeba było tygodnia, by rząd podjął decyzję o interwencji ukraińskich sił zbrojnych na wschodzie kraju. Tygodnia! W potężnym kryzysie, gdy wiadomo, że funkcjonariusze milicji w miasteczkach zajmowanych przez separatystów przechodzą na ich stronę bez żadnego strzału, decyzja o wprowadzeniu wojska w celu ustabilizowania sytuacji i zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom powinna być podjęta natychmiast. Tymczasem rząd i prezydent potrzebowali na to aż siedmiu dni. Tydzień wcześniej sytuacja była łatwa do opanowania. Dziś już nie jest. To separatyści twierdzą, że są gotowi do walki na śmierć i życie, z drugiej strony nie słychać takich zapewnień. Kolejne miasteczka powiatowe przechodzą pod władanie ludzi, którzy nie uznają rządu Jaceniuka – i nic się nie dzieje. Państwo ukraińskie jest jak zamrożone, zawieszone w oczekiwaniu – nie wiadomo jednak, kto i na co czeka. Taka bezczynność powoduje nasilenie działań separatystów i Rosji. To prosta droga do wojny domowej. Albo do jednoznacznej decyzji Putina, że ze względu na narastające zagrożenie bezpieczeństwa mieszkańców wschodniej Ukrainy Rosja wprowadza swoje wojska. Oczywiście – wyłącznie dla utrzymania pokoju… I jedno trzeba Putinowi przyznać – w niestabilnych rejonach Ukrainy porządek zaprowadzi na pewno bardzo szybko.

Kolejne miasteczka powiatowe przechodzą pod władanie ludzi, którzy nie uznają rządu Jaceniuka – i nic się nie dzieje. Państwo ukraińskie jest jak zamrożone, zawieszone w oczekiwaniu – nie wiadomo jednak, kto i na co czeka. Taka bezczynność powoduje nasilenie działań separatystów i Rosji. To prosta droga do wojny domowej. 

Powiedzmy jasno: okienko czasowe na opanowanie sytuacji przez władze Ukrainy jest niewielkie. Próba została podjęta, wojska w końcu wysłano do rejonów wschodnich państwa, na razie jednak trudno mówić o konkretnych rezultatach ich działań.

Takie zachowanie władz ukraińskich demobilizuje polityków europejskich. Każde państwo, angażując się w sprawy Ukrainy, waży swoje racje, interesy, morale. Jaki odpowiedzialny polityk narazi swój kraj na problemy ekonomiczne, wywołane choćby poważnymi sankcjami nałożonymi na Rosję, jeśli widzi, że władze ukraińskie ze spokojem przyjmują działania separatystów, nie mobilizują swoich obywateli, ociągają się z wysłaniem wojsk? Żaden. I trudno go będzie za to winić. Zachowawcze podejście Ukraińców nie mobilizuje nikogo w Unii Europejskiej także dlatego, że nie przekonuje opinii publicznej. Politycy europejscy są dziś wręcz uzależnieni od opinii publicznej i mediów. Działają zgodnie z obywatelskim „barometrem” nawet w kwestiach, o których moim zdaniem nie powinny decydować ani media, ani sondaże – a taką jest kwestia bezpieczeństwa. To nie opinia publiczna ma pełen dostęp do informacji, które leżą u podstaw decyzji o podjęciu interwencji lub jej braku, tylko władze. A jednak żyjemy dziś w Europie, w której przede wszystkim naciski opinii publicznej sprawiają, że politycy reagują – natychmiast, z ociąganiem albo wcale.

Gdy obywatele atakowanego kraju są w stanie ponieść ofiarę za niepodległość i niezależność swego państwa, wtedy wszyscy czujemy z nimi solidarność, naciskamy na władze, domagamy się reakcji. Bez prawdziwej walki nie ma mobilizacji opinii publicznej. Bez mobilizacji opinii publicznej nie ma realnej reakcji Europy.

W sprawie ukraińskiej opinia publiczna budzi się, gdy Ukraińcy podejmują walkę. Prawdziwą. Gdy obywatele atakowanego kraju są w stanie ponieść ofiarę za niepodległość i niezależność swego państwa, wtedy wszyscy czujemy z nimi solidarność, naciskamy na władze, domagamy się reakcji.  Bez prawdziwej walki nie ma mobilizacji opinii publicznej. Bez mobilizacji opinii publicznej nie ma realnej reakcji Europy.

Oczywiście, politycy europejscy nie patrzą jedynie na rząd ukraiński i swoich obywateli. Patrzą też za ocean. Od czasów zimnej wojny liderem całego Zachodu w kwestii bezpieczeństwa były Stany Zjednoczone. Polityka bezpieczeństwa potrzebuje wyrazistego, międzynarodowego przywódcy, który byłby w stanie narzucić wspólny kierunek postępowania. Tymczasem w kwestii Ukrainy Stany Zjednoczone abdykowały. Moim zdaniem niesłusznie, bo konflikt ukraińsko-rosyjski może być początkiem konfliktu na dużą skalę. Nie jest on w żadnym razie potrzebny Europie – ani USA, które zapewne doskonale pamiętają, jakie zagrożenie dla stabilizacji sytuacji światowej stanowił Związek Radziecki. Aby zapobiec takiemu scenariuszowi, władze USA powinny stanowczo reagować właśnie teraz, nie czekając na rozwój sytuacji. Za Stanami Zjednoczonymi bez większych wahań poszłaby cała Europa – mając tak potężnego sojusznika za plecami. Niestety, USA dają wyraźne sygnały, że wolą, by problem ukraiński rozwiązała sama Europa. Co prawda politycy amerykańscy rozmawiają, jeżdżą, składają wizyty, obradują – ale z poważnymi sankcjami się nie spieszą. A więc i Unia Europejska się nie spieszy. Wszyscy wolą dziś obserwować niż wychodzić przed szereg i brać na siebie pełną odpowiedzialność.

W kwestii Ukrainy Stany Zjednoczone abdykowały.

Kto na tym wszystkim wygrywa? Wyłącznie Putin i jego awanturnicza polityka. Milczeniem i zwlekaniem w podejmowaniu decyzji otwieramy mu coraz szerzej drzwi do wywołania gigantycznej awantury politycznej w naszej części świata.

Kto może przerwać tę ciszę nad Ukrainą? Obywatele. Europejczycy – stale naciskając na szefów swoich państw. Ale będzie to możliwe tylko wtedy, gdy Ukraińcy podejmą prawdziwą walkę o swoje państwo.

Robert Tyszkiewicz

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 kwietnia 2014