Wszystko Co Najważniejsze

płk Franciszek Herman

Od Redakcji: We współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej proponujemy Państwu dokumenty niezwykłe: zapis Powstania Warszawskiego 1944 z archiwów służb specjalnych. Zbiór unikatowych dokumentów dotyczących Powstania Warszawskiego 1944 r. i późniejszych losów powstańców pochodzi z zasobu archiwalnego IPN oraz z Centralnego Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zostały wytworzone przez służby specjalne III Rzeszy Niemieckiej, „polskie” organy bezpieczeństwa publicznego oraz sowieckie służby specjalne. Są to meldunki, protokoły przesłuchań, ale także protokoły posiedzeń sądowych w procesach przeciwko zbrodniarzom wojennym odpowiedzialnym za likwidację powstania.


16–17 marca 1949, [Warszawa]. Własnoręczne zeznanie
płk. dypl. Franciszka Hermana „Nowaka”

[…] W końcu zacząłem się orientować, że sprawy AK zaczynają przybierać zupełnie inny kierunek, aniżeli tego spodziewaliśmy się, spełniając posłusznie otrzymane rozkazy. Zaczęto mówić o powstaniu. Wtedy na podstawie posiadanych wiadomości napisałem referat (rodzaj memoriału), w którym dowodziłem o organizowaniu niem[ieckiego] oporu na przedpolu Warszawy i kierunku uderzenia omijającym Warszawę (dokładnie pamiętam, opisałem to bardziej szczegółowo w moim sprawozdaniu z 1945 r.).

Krótko mówiąc, dowodziłem o wojskowym nonsensie powstania, a politycznie o zbyt małym znaczeniu, by się opłacało; sądziłem bowiem, że będzie wyjątkowo krwawe.

Z treścią tego referatu płk IRANEK niby to się zgodził i obiecał przedstawić K[omendantowi] Głównemu.

Toteż zawiadomienie mnie 1 VIII 1944 r. o godz. 13.30 o powstaniu, mającym wybuchnąć tegoż dnia o godz. 17.00, było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Oburzony oświadczyłem wtedy (był przy tym obecny „OSKAR”), że przecież referowaliśmy ocenę sytuacji. Na to IRANEK twierdził, że się go o to nie pytał. Wychodząc, by szybko zawiadomić najbliższych podwładnych, wyraziłem swój pogląd słowami: „Zobaczycie, że będzie to rzeź niewiniątek”.

W ogóle na szereg dni przedtem byłem zupełnie wyprowadzony z równowagi. Oświadczono mi bowiem, że w wypadku wkroczenia do Warszawy Armii Radzieckiej mam się ujawnić jako szef wywiadu (skreśl[ono] Oddziału II). Podobną sztukę miano zrobić z szefem kontrwywiadu, na którego do tego celu wyznaczono niejakiego „LALKA”. Wyznaczona do tego celu grupa obejmowała coś ze 20 osób, które widocznie nie były skompromitowane wobec Związku Radzieckiego. Oświadczyłem na to, że nie wiem, czy to uczynię, bo „wy robicie głupstwa, a potem zasłaniacie się innymi”. Zdenerwowany udałem się wówczas po poradę do wspomnianego dr. KORBOŃSKIEGO, którego zamówiłem do znajomych pp. CHMIELEWSKICH. Ten tłumaczył mi jednak, że nie ma innego wyjścia itd., a na zapytanie co do wpływów sanacji oświadczył mi, że nigdy do tego się nie dopuści, że znaczenie PEŁCZYŃSKIEGO jest ograniczone, jednym słowem, wszystko się jakoś ułoży.

W tej rozterce zastał mnie wybuch powstania, o którym zostałem zawiadomiony w sposób wyżej wspomniany. Przydziału żadnego nie miałem, tylko łączność przez „Lombard”, w pobliżu którego kwaterowałem. Przetrwałem tak dwa tygodnie w charakterze normalnego mieszkańca Warszawy, biorąc udział w budowie barykad, dyżurach itp. i przyglądając się rozwojowi spraw z buntem w sercu i zamieszaniem w umyśle. Wreszcie dłużej nie wytrzymałem i około 15 sierpnia zgłosiłem się do dyspozycji „MONTERA” (płk. CHRUŚCIELA, o którym wspomniałem na początku).

Przybycie moje zbiegło się z otrzymaniem przez „MONTERA” rozkazu z Komendy Głównej AK (która była wówczas na Starym Mieście odcięta), by mnie wyszukał. Rozkaz ustalał, że mam być przy „MONTERZE” oficerem łącznikowym z ramienia K[omen]dy Głównej, co wg dyspozycji PEŁCZYŃSKIEGO, przekazanej mi w kopercie, miało polegać na pomocy „MONTEROWI”, a z drugiej strony na przesyłaniu do K[omen]dy Głównej rodzaju sprawozdań z ważniejszych wydarzeń. O ile pamiętam, meldunek taki wysłałem tylko jeden, z dosyć pesymistyczną oceną całości sytuacji, głównie z racji braku amunicji, broni i odwodów.

„MONTER” przyjął mnie nadzwyczaj przychylnie, wezwał swego szefa sztabu (mjr POPIEL ps. „CHIRURG”) i polecił mu, by w razie jego („MONTERA”) nieobecności zwracał się do mnie po radę i słuchał mnie jako starego, „doświadczonego” towarzysza broni. W sumie jednak „MONTER” okazał się człowiekiem apodyktycznym, który ostatecznie wysłuchiwał mego zdania (aczkolwiek niechętnie), decydował jednak według uprzednio już powziętego zamiaru. Trwało to zresztą krótko, bo około dwóch tygodni, po których przybyła na Starówkę K[omen]da Główna, do której dołączyłem, bo funkcja moja przy „MONTERZE” stała się w tych warunkach bezprzedmiotowa.

Z ważniejszych wypadków w tym okresie należy wymienić fakt przybycia około 20 sierpnia pierwszych „parlamentariuszy” od Niemców z pismem od von dem BACHAa. Oczywiście, by się poddać. Był tam cały wywód o „przedmurzu chrześcijaństwa”, o roku 1920, potem zdziwienie, że teraz na tyłach Niemców walczących w obronie „Kultury …” wywołano „bunt”, który tę walkę utrudnia. No i żądano odpowiedzi [w czasie] do 24 godzin. „MONTER” zdecydował krótko: „Odpowiedź dostaną jutro na PAŚCIE”. Nadmieniam, że PAST-a była to centrala  telekomunikacyjna przy rogu ul. Zielnej (obecnie w odbudowie), która nazajutrz o świcie miała być atakowana. Nb. atak ten nie udał się i był powtarzany wielokrotnie, aż wreszcie doprowadził do jej zdobycia.

Poza tym należy dodać, że „parlamentariusze”, którzy przynieśli wspomniane pismo, byli dosyć swoiści. Byli to, jak się okazało, nasi ludzi (Polacy) wygarnięci z Pragi wraz z tysiącami innych [i] przeprowadzeni na Wolę, gdzie mordowano ich setkami. Spośród nich wybrano czterech, którzy przez Ogród Saski mieli odnieść ten list na powstańcze placówki. Dwóch przy tym zginęło, bo Niemcy, chcąc ich zachęcić do szybszego marszu przez międzypole, otworzyli do nich z tyłu ogień.

Drugi wypadek miał miejsce gdzieś na rogu ul. Lwowskiej, gdzie Niemcy żądali zawieszenia broni i przez tamtejszą placówkę nadesłali list (podpisany przez jakiegoś d[owód]cę odcinka) z propozycją przekazania im ich ludzi otoczonych na poczcie przy ul. Piusa [XI]. Oczywiście żądanie to zostało odrzucone mimo jakichś nęcących propozycji (nie pamiętam już, jakich), a d[owód]ca odcinka zwymyślany, że przyjmuje listy. Sama poczta została potem w parę dni zdobyta i okazało się, że chroniła pewną ilość niem[ieckich] dygnitarzy cywilnych z żonami.

Muszę wspomnieć, że gdy przybyłem do „MONTERA”, zastałem tam kpt. KAŁUGINA z Armii Czerwonej, który, jak się dowiedziałem, był tam prawie od pierwszych dni powstania. (Kaługin Konstantin (ur. 1908), kpt. ACz.; szef sztabu pstrzel.; w czasie walk o Charków w lutym 1943 dostał się do niewoli niemieckiej; w niejasnych okolicznościach znalazł się w Warszawie; przed 19 września 1944 przedostał się przez Wisłę, początkowo przesłuchiwany przez dcę 1 Armii WP, następnie przez zcę dcy 1 Frontu Białoruskiego; odesłany do Lublina, potem do Moskwy; skazany na 10 lat ITŁ, zwolniony w 1955, zrehabilitowany w 1967. Kaługin nie był oficjalnym przedstawicielem ACz., według zeznań różnych osób pozostawał on w kontakcie z I Armia WP w czasie powstania)

W okresie tym już depesze jego i „MONTERA” do marsz. ROKOSSOWSKIEGO zostały wysłane (ale zdaje się, via Londyn) i KAŁUGIN korzystał ze swobody ruchów (miał przydzielonego oficera). Potem gdzieś we wrześniu miał ponoć przejść na stronę radziecką, ale szczegółów nie znam. Widziałem go bodaj dwa razy, ale nie rozmawiałem (nie znam rosyjskiego języka). Poza tym nie bardzo się tą sprawą interesowałem, bo uważałem ją za nie posiadającą większego znaczenia. Według tego, co miał mówić KAŁUGIN, miał on być oficerem sowieckiego wywiadu, który znalazł się przypadkowo w Warszawie.

Wreszcie należy wspomnieć o sprawie z Węgrami, których dywizja stała w rej[onie] Wilanowa. Rozpoczęły się tam pertraktacje i Węgrzy mieli przejść na stronę powstańców; pytali jednak, jaka będzie potem postawa wobec Armii Czerwonej, bo oni nie zamierzają się bić. Później, o ile pamiętam, sprawa w ogóle upadła, bo Niemcy, może wywiedziawszy się, że coś się święci – przesunęli ich gdzieś na inny daleki odcinek (rejonu Puszczy Kampinoskiej).

Poza tym muszę podkreślić, że pewnego wieczoru „MONTER” zwołał rodzaj narady wszystkich obecnych i oświadczył, że ponieważ nie wiadomo, [czy] K[omen]dzie Gł[ównej] uda się wyjść ze Starego Miasta, na niego może spaść ciężar decyzji w razie wkroczenia do Warszawy Armii Czerwonej (czego się ciągle spodziewał). Jego zdaniem należy się jej wtedy podporządkować i wejść w skład armii BERLINGA czy innej; prosić tylko o zachowanie osobnych dywizji (spodziewał się, że ze swojego okręgu warszawskiego wystawi dwie – trzy).

Natomiast, gdyby chodziło o podporządkowanie się rządowi, to będzie stał na stanowisku, że te sprawy winny być odłożone do czasu zakończenia wojny. W tej chwili ważne jest, by wspólnie bić Niemców. (Były to widocznie refleksje pod wpływem wiadomości o wypadkach AK w Wilnie.)

Obecni wyrazili na to swoją aprobatę. W każdym razie fakt powyższy, jak też równorzędne ustosunkowanie się „MONTERA” do wszystkich walczących było mu poczytywane za złe i, jak już dowiedziałem się w niewoli, K[omen]da Główna (tzn. PEŁCZYŃSKI) podejrzewała „MONTERA” o możliwość „zdrady” w razie jakiegoś konfliktu. Czy przygotowywała na ten wypadek jakieś środki – nie wiem.

Od powrotu K[omen]dy Głównej AK, w podziemiach PKO rozpoczęły się wieczorami codziennie nieomal dyskusje historyczno-polityczne, kończące się zwykle ostrą wymianą zdań. Od kilku moich dawnych współpracowników dowiedziałem się o przebiegu wypadków na Woli i Starówce, a przede wszystkim o postawie „BORA”, który okazał się zwykłą „kukłą” bez znaczenia i charakteru. W drugim dniu zorientowano się, że powstanie się nie udało, rozważano więc projekt przebicia się z Warszawy do Puszczy Kampinoskiej (do lasu), ale postawa, zapał i bohaterstwo wykazywane przez lud Warszawy w rozpoczętej walce było tego rodzaju, że uważano za niemożliwe opanowania tego żywiołu.

Od chwili tej stało się jednak jasne, że właściwie K[omen]da Gł[ówna] AK straciła panowanie nad powstaniem i raczej szła za biegiem wypadków. Powstanie prowadzili mieszkańcy Warszawy. Działania niemieckie oczyszczające Wolę i drogę przelotową przez most Kierbedzia (w tym atak generalny na Starówkę) tłumaczono sobie (samemu w to nie wierzyć) jako „trasowanie” w celu wycofania frontu poza Warszawę. Krótko mówiąc, oszukiwano siebie i innych, oczekując jakiegoś cudu czy zbawienia nie wiadomo skąd, co najważniejsze jednak, nie podejmując takiej czy innej decyzji.

Przeciwko tej postawie właśnie – przeciw tej całkowitej bierności, sprowadzającej się li tylko do rejestracji wydarzeń – zacząłem występować, powodując wyżej wspomniane awantury. Trwało to nieomal do połowy września i przybrało na sile na ul. Piusa [XI], dokąd przeniosła się Komenda Główna po zbombardowaniu jej uprzedniego miejsca postoju w PKO.

Powiśle padło. Tłumy bezdomnych, uciekając z palących się dzielnic zdobytych przez Niemców, zwaliły się do Śródmieścia-Południe, gdzie z braku wody i żywności zaczęły się szerzyć defetystyczne [nastroje]. Wtedy to Czerwony Krzyż i cywilne władze powstańcze wykorzystały ofertę Niemców (przesłaną przez Czerwony Krzyż spoza Warszawy; zdaje się, że akcji tej patronował ks. biskup SZLAGOWSKI, a ze strony warszawskiej hr. TARNOWSKA) krótkiego zawieszenia broni i ewakuacji z Warszawy dzieci, starców i kalek. Było to, zdaje się, 8 września, jednak 9 września Niemcy wstrzymali tę akcję, żądając uprzedniego ustalenia warunków wojskowych tych lokalnych zawieszeń broni z przedstawicielami AK.

Wtedy to wysłano mnie wraz z por. „SASEM” (pseudonim, był to jakiś adwokat warszawski, nazwiska nie znam, oficer rezerwy, który był równocześnie tłumaczem) do przeprowadzenia tych rozmów. Opisałem tę rozmowę i wynik[ające] z niej dalej korespondencje w sprawozdaniu złożonym na ręce gen. SPYCHALSKIEGO9 w lipcu 1945 r. Chodziło mi o wyjaśnienie mojej w tym roli, bowiem późniejszy (popowstańczy) K[omend]ant AK „NIEDŹWIADEK” (gen. OKULICKI) zeznał na procesie moskiewskim, że myśl walki AK z Armią Czerwoną nasunęła mu się po mojej relacji z tego spotkania, jako zasugerowana wówczas przez Niemców. Muszę zaznaczyć, że nie było to uczciwe z jego strony, bo aczkolwiek powiedzenie takie ze strony niemieckiej padło (gen. ROHR), jednak, jak pamiętam, było to przyjęte w K[omen]dzie AK z należytą oceną.

Krótko mówiąc, uśmiano się z niemieckiej naiwności. Z rozmowy tej [na]pisałem zaraz po powrocie pisemny protokół w wielu egzemplarzach, który wraz z odpisami później[szej] korespondencji i innymi dokumentami z tego okresu zostały, o ile mi wiadomo, zakopane pod koniec powstania w siedzibie K[omen]dy AK – na poczcie przy ul. Piusa [XI]. Ogólnie można ocenić, że z obu stron była to wówczas gra. Jak się ktoś wówczas wyraził – gra w pokera, w której chodziło o to, kto kogo zblefuje [!] i kto dłużej wytrzyma.

Niemcy, jak się później okazało, musieli wiedzieć o radzieckiej ofensywie, dzięki której w kilka dni potem zdobyto Pragę (o czym powstańcy nie mieli pojęcia), zaś w AK chciano zyskać … dni odprężenia.

Wszystko było wówczas pod wrażeniem szybkiej ofensywy Anglosasów we Francji i liczono na możliwość niemieckiej kapitulacji lub jakiegoś przewrotu, lub poważniejszej pomocy, która była z Londynu ciągle obiecywana. Takie panowały wówczas nastroje i przyznaję, że byłem również pod ich wpływem. Oceniałem bowiem, że w sytuacji, jaka się wytworzyła (ofensywa radziecka na Węgrzech), nie dojdzie do zajęcia Warszawy przez Armię Czerwoną. Wychodząc z założenia, że w każdym wypadku trzeba coś robić, uważałem, że takie odciążenie Warszawy przynajmniej na pewien czas może być celowe.

Po zajęciu Pragi nastąpił okres starań o nawiązanie porozumienia z Armią Czerwoną. Faktem jest, że Warszawa była wtedy zaopatrywana przez samoloty radzieckie w broń i żywność i osłaniana przez myśliwce przed bombardowaniami. Łudzono się, że jednak może Warszawa zostanie zdobyta. Pamiętam – sam miałem w ręce dwa radiogramy podpisane przez gen. BERLINGA, a skierowane do „MONTERA”, dotyczące regulacji ognia na Warszawę.

Przesyłano też meldunki wywiadowcze o ugrupowaniu Niemców (wiadomości było dużo, bo nadsyłały je drogą radiową okręgi, szczególnie kielecki i krakowski). Gdy jednak otrzymano ze wschodniej strony Wisły zapytanie, jak sztab powstańczy ocenia możliwości operacyjne zdobycia Warszawy – po długich naradach musiano ocenić na podstawie posiadanych informacji, że akcja taka wymagałaby ofensywy na wielką skalę i na szerokim froncie, do czego, zdaje się, wtedy sił i środków tu nie było. Toteż, gdy około 25 września ustało wsparcie artyleryjskie i osłona lotnicza ze wschodu, gdy padł Mokotów i Czerniaków, czyli Warszawa została zupełnie odcięta od Wisły, a na placówki przy ul. Żelaznej zgłosili się niemieccy parlamentariusze żądając, by stawić się na rozmowy (zaznaczyli, że nie będzie mowy o kapitulacji), zdecydowano, zdaje się 28 czy 29 września, wysłać tam znowu oficerów.

Ponieważ ja absolutnie się wzbraniałem, wysłany został ppłk dypl. DOBROWOLSKI („ZYNDRAM”), który wrócił jednak z propozycjami podjęcia rozmów o „zakończeniu walki”. Wtedy w porozumieniu z Londynem, względnie oczekując na odpowiedź stamtąd na depeszę, w której zaznaczono, że jeśli nie otrzyma[my] pomocy do 1 X ani z Zachodu, ani ze Wschodu, będzie[my] kapitulować.

Podjęto te rozmowy i moralnie zmuszono mnie, bym wszedł w skład delegacji, która miała je przeprowadzić. Byli tam płk IRANEK-OSMECKI, ppłk DOBROWOLSKI (obaj byli upoważnieni do podpisania), poza tym ja i wyżej wspomniany „SAS” jako tłumacz. Rola moja i „SASA” sprowadziła się do ustalenia wspólnego tekstu w języku polskim i niemieckim na podstawie przygotowanych uprzednio w Warszawie projektów, które w większości zostały przez Niemców przyjęte. Szereg szczegółów zatarł mi się już w pamięci. Dokumenty dotyczące tych spraw, jak też relacje powinny się również znajdować zakopane na poczcie przy ul. Piusa [XI].

Była to niewątpliwie jedna z najtragiczniejszych chwil mojego życia i byłem tylko szczęśliwy, że nie muszę kłaść pod tym swojego podpisu. Niestety, nie było innego wyjścia i po tym wszystkim, co się stało, było to, moim zdaniem, jedyne rozsądne pociągnięcie ze strony AK, uratowało bowiem życie tysiącom ludzi.

Zrzut ekranu 2014-07-28 (godz. 22.17.55)W takim też nastroju rozpaczy i zniechęcenia do wszystkiego szedłem do niemieckiej niewoli, zdając sobie sprawę z tragedii, jaką było powstanie dla kraju. Po kilkunastodniowym pobycie w obozie Lamsdorf (Łuczebinowice [!]), gdzie nas w pierwszych dniach o mało nie wykończono wraz z grupą 100 innych najstarszych oficerów, zostałem przewieziony do Oflagu II.C. (Woldenberg) w końcu października 1944 r., w którym przebywałem do 24 stycznia 1945 r. W dniu tym ruszono obóz w marszu na Szczecin w 2 kolumnach. Znalazłem się szczęśliwie w tej, która w dniu 30 stycznia1945 r. została w  majątku Dec (k. BARLINKA) uwolniona z niewoli przez wypad pancerny Armii Czerwonej […]

17 III 1949 r. Herman F.

Tekst pochodzi ze zbioru Powstanie Warszawskie 1944 w dokumentach z archiwów służb specjalnychwyd IPN

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
1 sierpnia 2014