
Terminale LNG to za mało. Europa Środkowa potrzebuje własnego rynku gazu
Po opublikowaniu poprzedniego tekstu „Europa Środkowa odzyskała podmiotowość. Teraz musi nauczyć się ją wykorzystać” [LINK] odezwało się wiele osób. Eksperci, ludzie z rynku, kilku byłych urzędników. Większość komentarzy krążyła wokół podobnej myśli: diagnoza jest trafna, ale co z niej wynika? Jeden z rozmówców ujął to wprost: napisałeś, że Europa Środkowa musi zbudować rynek. Nie napisałeś, kto ma to zrobić i jak. To uczciwa uwaga. Postaram się na nią odpowiedzieć – pisze Michał KURTYKA
Co się udało – i czego to jeszcze nie rozwiązuje
Zanim jednak przejdę do propozycji, chcę wrócić do diagnozy – nie po to, by ją powtarzać, ale po to, by wyciągnąć z niej jeden wniosek, który dotąd pozostawał w tle.
Europa Środkowa przeprowadziła w ostatniej dekadzie operację, którą wielu uważało za niemożliwą. Zbudowała infrastrukturę dywersyfikacyjną: terminale LNG, interkonektory, magazyny, nowe szlaki przesyłowe. Wychodząc z uzależnienia od jednego dostawcy, odzyskała coś cenniejszego niż konkretne rury – odzyskała zdolność wyboru.
Ten sukces jest realny i nie zamierzam go umniejszać, ale warto rozumieć jego granice.
Zbudowanie terminalu LNG oznacza, że gaz może fizycznie dotrzeć do nowego miejsca. Nie oznacza jednak, że zostanie kupiony na dobrych warunkach, że jego cena będzie przejrzysta, że będzie można nim swobodnie handlować przez granicę, że region będzie miał jakikolwiek wpływ na to, jak tę cenę wyznacza rynek. Infrastruktura tworzy warunek konieczny rynku, sama rynkiem nie jest.
Europa Środkowa importuje łącznie ponad 80–100 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie – wolumen porównywalny z największymi rynkami europejskimi. A mimo to każdy z krajów regionu stoi naprzeciwko globalnych dostawców osobno, jako mały kupujący, bez wspólnej pozycji negocjacyjnej, bez własnego benchmarku cenowego, bez instrumentów, które mogłyby zmienić tę asymetrię.
Tak wygląda luka, którą mam na myśli – nie infrastrukturalna, instytucjonalna.
Dlaczego brakuje instytucji
Instytucje rynkowe nie powstają same z siebie. Wymagają kogoś, kto zdefiniuje problem, zaproponuje formę jego rozwiązania i weźmie odpowiedzialność za zbudowanie pierwszej wersji tego rozwiązania. W Europie Zachodniej zajmowały się tym przez dekady giełdy energii, huby handlowe, podmioty finansowe, izby rozliczeniowe. TTF – holenderski punkt referencyjny, który dziś wyznacza cenę gazu dla całego kontynentu – nie był projektem rządowym. Wyrósł z praktyki rynkowej, z transakcji, z płynności, którą przez lata budowali uczestnicy.
Europa Środkowa tej historii nie ma. Zaczęła budować rynek energii w warunkach, w których przez lata nie było po co: jedna rura, jeden dostawca, jeden kierunek przepływu. Mechanizmy rynkowe, które na Zachodzie Europy budowały się organicznie przez trzy dekady, tutaj nie miały na czym wyrosnąć.
Dziś sytuacja jest inna. Infrastruktura istnieje, dostawcy są zdywersyfikowani, rynki globalne LNG oferują podaż, której wcześniej nie było. Jednocześnie brakuje podmiotu, który potrafiłby tę podaż zorganizować po stronie popytu.
Unia Europejska podjęła próbę odpowiedzi na ten problem. Mechanizm AggregateEU, przekształcony w EU Energy Platform, umożliwia krajom wspólne deklarowanie zapotrzebowania. W praktyce jest to narzędzie do koordynacji deklaracji – bez własnego bilansu, bez zdolności do bycia stroną kontraktu, bez mechanizmu cenowego. To instrument polityczny, tymczasem rynkowi potrzebny jest instrument rynkowy.
Jakiego rodzaju instytucji potrzeba
Zanim przejdę do konkretnej propozycji, chcę powiedzieć, czego nie potrzeba. Nie potrzeba nowej agencji regulacyjnej, nie potrzeba kolejnego forum konsultacyjnego ani komisji eksperckiej, nie potrzeba podmiotu, który zastąpiłby decyzje rynkowe decyzjami administracyjnymi.
Potrzeba czegoś innego: instytucji, która działa po stronie rynku, a nie nad rynkiem; której zadaniem jest nie regulowanie, lecz organizowanie; która potrafi być wiarygodną stroną umowy – wobec dostawców LNG, wobec banków, wobec instytucji finansowych.
Historia dostarcza kilku modeli. Japońskie, koreańskie i tajwańskie podmioty koordynujące zakupy LNG pokazały, że zbieżność interesów handlowych może działać bez mandatu politycznego – wystarczy odpowiednia skala i wspólna intencja. Europejska Wspólnota Węgla i Stali pokazała, że instytucja może nad aktywami narodowymi nadbudować logikę wspólnego interesu, nie likwidując ich odrębności. Giełdy energii w Europie Zachodniej pokazały, że przejrzystość cenowa jest produktem, który się buduje przez lata transakcji, a nie przez dekret.
Żaden z tych modeli nie pasuje w całości do sytuacji Europy Środkowej, jednak każdy z nich dostarcza elementu, który warto przemyśleć.
Platforma współpracy, a nie nowy regulator
Jedną z odpowiedzi na tak zdefiniowaną potrzebę może być podmiot, który zamiast zastępować uczestników rynku, stwarza im warunki do działania na skalę, której osobno osiągnąć nie mogą. Taki podmiot miałby podwójną funkcję. Po pierwsze – agregować popyt: działać jako wspólny kupujący dla firm z kilku krajów, umożliwiając im dostęp do warunków kontraktowych zarezerwowanych dotąd dla największych graczy. Po drugie – budować infrastrukturę danych: gromadzić informacje o cenach transakcyjnych, stopniowo tworząc podstawy dla regionalnego benchmarku cenowego.
Żadne z tych zadań nie jest proste. Agregacja popytu wymaga zaufania między uczestnikami, którzy dotąd rywalizowali ze sobą na tych samych rynkach. Budowanie benchmarku wymaga czasu – TTF stał się standardem nie dlatego, że go proklamowano, lecz dlatego, że przez lata za nim stały realne wolumeny transakcji.
To właśnie dlatego forma prawna takiego podmiotu ma znaczenie. Instytucja działająca wyłącznie komercyjnie nie będzie miała legitymizacji do reprezentowania interesu regionalnego. Instytucja będąca agencją rządową nie będzie miała operacyjnej sprawności niezbędnej do funkcjonowania jako uczestnik rynku. Potrzebna jest forma, która łączy te dwie logiki – która jest jednocześnie wystarczająco rynkowa dla partnerów komercyjnych i wystarczająco zakorzeniona w misji publicznej dla rządów i instytucji finansowania rozwojowego.
W prawie korporacyjnym istnieje taka forma: Public Benefit Corporation – spółka z ustawowo określoną misją publiczną, której zarząd jest prawnie zobowiązany do wyważenia interesu akcjonariuszy, interesu uczestników rynku i interesu publicznego sformułowanego w akcie założycielskim. To nie jest kompromis między logiką komercyjną a misją – to projekt, w którym obie logiki muszą ze sobą współpracować pod groźbą odpowiedzialności prawnej.
Nie twierdzę, że to jedyna możliwa odpowiedź. Twierdzę natomiast, że to forma warta rozważenia – bo rozwiązuje jednocześnie kilka problemów, z którymi każda inna forma musiałaby sobie radzić osobno.
Kto ma to zbudować?
To pytanie pada najczęściej. I mam wrażenie, że za nim kryje się oczekiwanie odpowiedzi, której uczciwie nie mogę udzielić.
Instytucje rynkowe nie budują się na podstawie listy podmiotów wskazanych przez eksperta z zewnątrz. Budują się wokół koalicji pierwszych uczestników, którzy widzą w danej formule wystarczający interes, by podjąć ryzyko bycia założycielami – zanim jeszcze wiadomo, czy projekt się uda. To jest zawsze ryzykowne, zawsze wymaga gotowości do wyjścia przed szereg.
Co mogę powiedzieć: naturalnymi partnerami takiego projektu są krajowe przedsiębiorstwa energetyczne z kilku państw regionu, instytucje finansowania rozwojowego z mandatem do inwestowania w bezpieczeństwo energetyczne – europejskie i transatlantyckie – oraz podmioty po stronie podaży LNG, które rozumieją, że stabilny, przewidywalny rynek regionalny leży w ich długoterminowym interesie.
Warunek konieczny jest jeden: projekt musi być postrzegany jako regionalny, a nie jako inicjatywa jednego kraju. Każda struktura, w której jeden uczestnik dominuje decyzyjnie, od początku niesie w sobie ziarno dezintegracji. Region, który przez dekady uczył się nieufności wobec cudzych propozycji energetycznych, będzie szczególnie wrażliwy na ten element.
Podmiotowość wymaga instytucji
Napisałem poprzednio, że największym osiągnięciem dywersyfikacji było nie tyle zastąpienie rosyjskiego gazu, ile odzyskanie podmiotowości. Podtrzymuję to zdanie. Ale podmiotowość, której nie przekształca się w zdolność do organizowania rynku, z czasem deprecjonuje się. Staje się wspomnieniem sukcesu, a nie jego kontynuacją.
Instytucje są formą, w której podmiotowość się utrwala. Nie w deklaracjach, nie w strategiach, nie w raportach – lecz w podmiotach zdolnych do działania, do zawierania umów, do budowania relacji, które trwają dłużej niż kadencja jednego rządu.
Europa Środkowa udowodniła, że potrafi myśleć strategicznie w horyzoncie przekraczającym jeden cykl wyborczy. Budowa Baltic Pipe, budowa terminali LNG i synchronizacja sieci bałtyckiej – to wszystko projekty, które wymagały podtrzymania woli politycznej przez wiele lat wbrew bieżącej presji. To jest dowód zdolności, z której warto teraz skorzystać.
Pytanie, które chcę zostawić, nie jest pytaniem technicznym. Jest pytaniem o ambicję. Czy Europa Środkowa chce być regionem, który przyjmuje reguły pisane gdzie indziej – czy regionem, który sam zaczyna te reguły współtworzyć? Infrastruktura to umożliwia. Instytucje to utrwalą.
Michał Kurtyka

