Polska nauka już nikogo nie obchodzi

dlaczego Polska zignorowała ranking szanghajski 2026

Ranking szanghajski 2026 przyniósł polskim uczelniom wynik, który jeszcze kilka lat temu wywołałby gwałtowną debatę o stanie nauki, odpowiedzialności państwa i potrzebie reform. Tym razem nie wywołał niemal niczego, poza kilkoma depeszami, komunikatami uczelni i informacjami o tym, że znowu znaleźliśmy się wśród tysiąca najlepszych. Politycy, rektorzy, naukowcy, eksperci i dziennikarze zachowują się tak, jakby wspólnie pogodzili się z tym, że polskie uniwersytety mogą szurać po dnie światowej klasyfikacji.

.Ranking szanghajski został opublikowany 15 sierpnia 2026 r., a więc, jak co roku, w środku wakacji. Termin nigdy wcześniej nie przeszkadzał jednak w tym, aby wyniki ARWU wywoływały w Polsce falę komentarzy, rozmów z rektorami, ocen kolejnych reform wprowadzanych w polskiej nauce i sporów o to, dlaczego nasze uczelnie pozostają tak daleko za światową czołówką. Wakacje nie tłumaczą tegorocznej ciszy, ponieważ ranking zawsze ukazuje się latem, a mimo to przez lata potrafił przebić się do debaty publicznej.

W 2026 r. wydarzyło się coś znacznie bardziej niepokojącego niż kolejny słaby wynik. Polska przestała się nim przejmować, a kompromitująco niska pozycja naszych uniwersytetów została uznana za naturalny element krajobrazu, podobnie jak przeciągające się remonty, opóźnione pociągi czy wieloletnie oczekiwanie na reformę, której nikt już naprawdę nie planuje. Naukowa drugorzędność Polski przestała być problemem do rozwiązania, ponieważ stała się stanem, do którego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Piszę to bez satysfakcji, przerażony tym, co ta cisza właściwie oznacza.

Siedem uczelni i żadnej w pierwszej 400.

W opublikowanej części Academic Ranking of World Universities 2026 znalazło się siedem polskich uczelni. Uniwersytet Warszawski został sklasyfikowany w przedziale 401–500, Uniwersytet Jagielloński w grupie 501–600, a AGH w Krakowie, która jako jedyna odnotowała widoczną poprawę, w przedziale 701–800. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Politechnika Warszawska i Politechnika Wrocławska trafiły do ostatniej publikowanej setki, obejmującej miejsca 901–1000.

Pełne wyniki światowej klasyfikacji, jej metodologię oraz pozycje najlepszych uniwersytetów przedstawia materiał „Ranking szanghajski 2026. 100 najlepszych uniwersytetów świata i polskie uczelnie”. Osobna analiza „Polskie uczelnie w rankingu szanghajskim 2026. Uniwersytet Warszawski najwyżej” pokazuje natomiast, że najważniejszą informacją nie jest sama obecność siedmiu polskich szkół wyższych w pierwszym tysiącu. Najważniejsze jest to, że żadnej z nich nie ma nawet w pierwszych czterech setkach tej prestiżowej klasyfikacji.

Dlatego też można dziś odpowiedzialnie powiedzieć, że większość polskich uczelni obecnych w ARWU szura po dnie rankingu. Nie po dnie całego światowego szkolnictwa wyższego, ponieważ ShanghaiRanking ocenia ponad 2500 instytucji i publikuje tysiąc najlepszych, lecz po dnie tej części globalnego systemu akademickiego, która została uznana za wartą pokazania. Cztery z siedmiu polskich uczelni znajdują się w ostatnim możliwym przedziale opublikowanej klasyfikacji.

Wymowny jest kierunek zmian. W 2022 r. w pierwszym tysiącu było 11 polskich uczelni, w 2023 r. dziewięć, w 2024 r. osiem, a w 2025 r. już tylko siedem. W 2026 r. liczba ta się nie zmieniła, ale Uniwersytet Jagielloński pozostał w przedziale 501–600, podczas gdy jeszcze w 2024 r. wraz z Uniwersytetem Warszawskim znajdował się w grupie 401–500.

Można oczywiście uznać, że jeden rok nie przesądza o rzeczywistej sile uczelni. Prof. Leszek Pacholski wskazywał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że poza ścisłą czołówką o przesunięciu między przedziałami może niekiedy zdecydować afiliacja jednego wysoko cytowanego naukowca albo udział badacza w wielu międzynarodowych publikacjach. Nie jest to jednak argument pozwalający zlekceważyć rezultat powtarzający się przez wiele lat, lecz dodatkowy powód, aby analizować długotrwały kierunek, który dla Polski pozostaje jednoznacznie niekorzystny.

Świat przyspiesza a Polska nauczyła się stać w miejscu

W tym samym rankingu 37 uczelni amerykańskich znalazło się w pierwszej setce. Chiny mają już 257 instytucji w pierwszym tysiącu i 18 w pierwszej setce, o pięć więcej niż rok wcześniej, a Paris-Saclay University, stworzony w wyniku świadomej konsolidacji francuskiego potencjału badawczego, zajmuje 13. miejsce na świecie. Polska nie ma uczelni na miejscu 50., 100., 200. ani 300., lecz usiłuje przedstawiać jako powód do zadowolenia fakt, że cztery nasze szkoły wyższe zmieściły się między pozycją 901. a 1000.

Świat potraktował uniwersytety jako kluczowy element rywalizacji o technologie, kapitał, bezpieczeństwo, talenty i przewagę gospodarczą. Chiny nie wspinają się w rankingach dlatego, że nauczyły się lepiej pisać komunikaty prasowe, lecz dlatego, że przez lata koncentrowały zasoby, przyciągały naukowców i budowały instytucje zdolne konkurować z najlepszymi. Francja po pierwszych alarmujących wynikach ARWU przebudowała część swojego systemu akademickiego, zamiast obrażać się na metodologię i przekonywać, że ranking nie rozumie francuskiej specyfiki.

Polska wybrała trzecią drogę, polegającą na nieustannym omawianiu własnej wyjątkowości, rozpraszaniu środków i odkładaniu zasadniczych decyzji. Każde środowisko potrafi wskazać, dlaczego nie ponosi odpowiedzialności, a wszystkie razem tworzą system, w którym nikt nie odpowiada za rezultat. Rektor może powiedzieć, że nie otrzymał wystarczających pieniędzy, minister, że uczelnie są autonomiczne, naukowiec, że został obciążony biurokracją, a ekspert, że żadna reforma nie będzie możliwa bez ponadpartyjnego porozumienia.

Wszystkie te wyjaśnienia zawierają część prawdy, ale po zsumowaniu nie tworzą programu naprawy. Tworzą wygodny system wzajemnego usprawiedliwiania bezczynności, w którym każda instytucja może wykazać, że winę ponosi ktoś inny. Polska nauka nie przegrywa więc dlatego, że nie znamy jej problemów, lecz dlatego, że od lat znamy je doskonale i nauczyliśmy się z tą wiedzą niczego nie robić.

Rektorzy polskich uczelni nauczyli się reklamować porażkę

W komunikatach uczelni słaby wynik w rankingu szanghajskim często zostaje opakowany w język sukcesu. Szkoła wyższa sklasyfikowana w grupie 901–1000 informuje, że ponownie znalazła się „wśród najlepszych uczelni świata”, a utrzymanie miejsca w ostatniej publikowanej setce przedstawia jako potwierdzenie międzynarodowej pozycji. Formalnie zdanie może być prawdziwe, lecz jego funkcją nie jest wyjaśnienie rzeczywistości, tylko przykrycie jej warstwą promocyjnego lakieru.

Jeszcze kilka lat temu rektorzy wykorzystywali ranking jako argument w rozmowie o finansowaniu, zarządzaniu, umiędzynarodowieniu i zasadach kariery naukowej. Dziś znacznie częściej ograniczają się do odnotowania obecności własnej uczelni, wybrania korzystnego fragmentu wyniku i pominięcia niewygodnego porównania ze światem. Porażka zostaje rozdrobniona na siedem instytucjonalnych komunikatów, z których każdy próbuje wyglądać jak niewielki sukces.

Również środowisko naukowe zdaje się coraz mniej zainteresowane publicznym postawieniem sprawy na ostrzu noża. Naukowcy mają wiele uzasadnionych powodów do frustracji, od niskiego finansowania i niestabilnych reguł po biurokrację, wadliwą ewaluację oraz słabe perspektywy młodych badaczy. Zadziwiające jest jednak to, jak łatwo krytyka systemu urywa się w chwili, gdy należałoby przejść od opisu krzywd do pytania o jakość, odpowiedzialność, selekcję najlepszych zespołów i gotowość samych uczelni do zmiany.

Obrona autonomii uniwersytetu nie może oznaczać autonomii od wyników. Domaganie się większych pieniędzy jest uzasadnione, ale powinno łączyć się z gotowością do przedstawienia tego, co ma się dzięki nim zmienić w ciągu pięciu, dziesięciu i piętnastu lat. Jeżeli każda próba koncentracji środków, otwarcia konkursów, zwiększenia mobilności czy zróżnicowania uczelni napotyka sprzeciw środowiska, nie można jednocześnie udawać zdziwienia, że światowa czołówka oddala się od Polski.

Politycy odkryli, że nauką nie wygrywa się wyborów

Politycy niemal wszystkich stron nauczyli się traktować szkolnictwo wyższe jako temat kosztowny, konfliktogenny i pozbawiony natychmiastowej nagrody wyborczej. Można zapowiedzieć podwyżkę, wymienić ministra, zmienić nazwę programu albo wszcząć spór o pojedynczą uczelnię, lecz zbudowanie światowej klasy ośrodka badawczego wymaga konsekwencji przekraczającej jedną kadencję. Właśnie dlatego nauka przegrywa z każdą sprawą, która daje szybsze zdjęcie, prostszy slogan i łatwiejszy polityczny zysk.

Ranking szanghajski powinien być raz w roku momentem publicznego rozliczenia państwa z ambicji naukowych. Minister odpowiedzialny za naukę powinien przedstawić nie komunikat o tym, które uczelnie znalazły się na liście, lecz ocenę postępów, porównanie z innymi państwami i wskazanie decyzji, które zostaną podjęte przed kolejną edycją. Rektorzy najważniejszych uczelni powinni natomiast powiedzieć, jakie bariery potrafią usunąć sami, zamiast wszystkie problemy przedstawiać jako skutek działań ministerstwa.

Prof. Andrzej Jajszczyk pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że bez badań na wysokim, światowym poziomie Polska jest skazana na cywilizacyjne zapóźnienie i marginalizację. Wskazywał zarazem, że wspieranie nauki powinno być zadaniem ogólnonarodowym, niezależnym od sympatii politycznych, ponieważ częste i gwałtowne zmiany niszczą możliwość długofalowego planowania. Od tamtego tekstu nie brakowało kolejnych diagnoz, zabrakło natomiast porozumienia zdolnego przetrwać więcej niż jedną kadencję.

Dziennikarze podali wynik i zamknęli temat

W poprzednich latach ranking szanghajski uruchamiał rozmowę o tym, co właściwie dzieje się z polskimi uniwersytetami. W 2026 r. duża część mediów ograniczyła się do powtórzenia krótkiej informacji o siedmiu uczelniach, Harvardzie na pierwszym miejscu i Uniwersytecie Warszawskim jako polskim liderze. Informacja została przekazana, ale nie powstała z niej debata.

Nie zapytano wystarczająco głośno, dlaczego liczba polskich uczelni w pierwszym tysiącu zmalała z 11 do siedmiu w ciągu czterech lat. Nie próbowano rozliczyć kolejnych strategii, programów doskonałości, reform ewaluacji i zapowiedzi umiędzynarodowienia z tego, czy rzeczywiście zwiększyły zdolność naszych uczelni do tworzenia ważnej nauki. Nie porównano także polskich aspiracji gospodarczych z miejscem, jakie zajmujemy w globalnym systemie produkowania wiedzy.

Dziennikarze nie są odpowiedzialni za prowadzenie laboratoriów ani zatrudnianie wybitnych badaczy, ale odpowiadają za hierarchię tematów w debacie publicznej. Jeżeli przez kilka dni można dyskutować o jednym zdaniu wypowiedzianym przez polityka, a nie można poświęcić poważnej rozmowy temu, że 37-milionowe państwo nie ma żadnej uczelni w pierwszej czterystce świata, jest to również świadectwo intelektualnej kapitulacji mediów. Ranking przestał być wydarzeniem nie dlatego, że stracił znaczenie, lecz dlatego, że polskie ambicje naukowe przestały być uznawane za temat pierwszorzędny.

Nie chodzi o kult rankingu

Najwygodniejszą odpowiedzią na słabe miejsca polskich uczelni pozostaje krytyka metodologii ARWU. Ranking silnie premiuje Nagrody Nobla, Medale Fieldsa, wysoko cytowanych badaczy, publikacje w „Nature” i „Science” oraz artykuły indeksowane w najważniejszych światowych bazach. Nie mierzy bezpośrednio jakości dydaktyki, atmosfery studiowania, społecznej roli uniwersytetu ani wielu osiągnięć humanistyki, co dokładnie wyjaśnia materiał „Ranking szanghajski. Jak powstaje lista najlepszych uniwersytetów świata?

Nie należy jednak wyciągać z tych ograniczeń wniosku, że wynik nie ma znaczenia. ARWU mierzy właśnie ten wymiar uniwersytetu, w którym rozstrzyga się globalna zdolność do prowadzenia najważniejszych badań, przyciągania wybitnych naukowców i uczestnictwa w światowym obiegu wiedzy. Można podważać poszczególne wskaźniki, lecz nie da się metodologią wyjaśnić, dlaczego Polska od lat nie jest w stanie zbudować ani jednego ośrodka należącego do pierwszych dwustu czy trzystu uczelni świata.

Nie chodzi o podporządkowanie całej polskiej nauki jednemu rankingowi. Chodzi o potraktowanie go jak światła ostrzegawczego, które sygnalizuje słabość dostrzegalną również w liczbie najczęściej cytowanych badaczy, sukcesach w najbardziej prestiżowych konkursach grantowych, zdolności przyciągania talentów i tworzeniu technologii. Rozbicie lampki kontrolnej nie naprawia silnika, nawet jeżeli potrafimy długo dyskutować o tym, że została umieszczona w niewłaściwym miejscu.

Najgroźniejsza jest cisza

Polska potrzebuje wieloletniej strategii budowania kilku uczelni badawczych zdolnych rywalizować ze światem, a nie kolejnej powszechnej reformy zmieniającej wszystkim formularze. Potrzebne są stabilne i wyższe nakłady, koncentracja środków na najlepszych zespołach, rzeczywiście międzynarodowe konkursy, większa mobilność, lepsze warunki dla młodych naukowców oraz ochrona instytucji grantowych przed politycznym sterowaniem. Potrzebny jest również mierzalny cel, z którego rząd i uczelnie zostaną publicznie rozliczone po pięciu i dziesięciu latach.

Żaden z tych postulatów nie jest nowy. Eksperci powtarzają je od lat, naukowcy znają bariery, rektorzy znają słabości swoich instytucji, a politycy otrzymali wystarczająco wiele raportów, aby nie móc zasłaniać się brakiem wiedzy. Problemem nie jest więc brak diagnozy, lecz brak woli naruszenia układu, w którym niemal każdy broni obecnego podziału zasobów, stanowisk i wpływów.

Najbardziej alarmującą wiadomością rankingu szanghajskiego 2026 nie jest zatem 401.–500. miejsce Uniwersytetu Warszawskiego ani cztery polskie uczelnie w ostatniej publikowanej setce. Jest nią cisza, która zapadła po ogłoszeniu tych wyników, ponieważ oznacza ona, że fatalna pozycja przestała kogokolwiek szokować. Nie przegrywa wyłącznie polska nauka, lecz również polska zdolność do stawiania sobie celów wykraczających poza następną kadencję, najbliższą ewaluację i kolejny komunikat prasowy.

Przez lata mogliśmy mówić, że polskie uczelnie są słabe, ale przynajmniej trwa spór o to, jak je poprawić. W 2026 r. weszliśmy w groźniejszą fazę, w której przestaliśmy nawet pytać, dlaczego pozostają słabe. Polska pogodziła się z uniwersytetami szurającymi po dnie rankingu, a ta kapitulacja jest znacznie gorsza niż jakiekolwiek pojedyncze miejsce na liście.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 sierpnia 2026