Ranking szanghajski. Jak powstaje lista najlepszych uniwersytetów świata?

ranking szanghajski

Ranking szanghajski jest jednym z najbardziej wpływowych zestawień najlepszych uniwersytetów świata. Co roku pozwala porównać siłę badawczą uczelni, osiągnięcia ich naukowców oraz miejsce poszczególnych państw w globalnym systemie wiedzy. Ranking nie mierzy jednak wszystkiego, co decyduje o jakości uniwersytetu, a jego wyniki trzeba czytać ze świadomością zarówno zalet metodologii, jak i jej ograniczeń.

Czym jest ranking szanghajski

Ranking szanghajski, którego oficjalna nazwa brzmi Academic Ranking of World Universities, w skrócie ARWU, po raz pierwszy został opublikowany w czerwcu 2003 roku przez Center for World-Class Universities działające przy Uniwersytecie Jiao Tong w Szanghaju. Od 2009 roku ranking jest publikowany przez ShanghaiRanking Consultancy, niezależną organizację zajmującą się analizą szkolnictwa wyższego. Jest aktualizowany każdego roku i należy do najbardziej rozpoznawalnych międzynarodowych rankingów uczelni. 

W języku polskim określenia „ranking szanghajski” i „lista szanghajska” są zazwyczaj używane zamiennie. Nie oznaczają dwóch różnych klasyfikacji, lecz odnoszą się do tego samego głównego rankingu ARWU. Osobnym produktem ShanghaiRanking są natomiast rankingi dziedzinowe, w których uczelnie porównywane są nie jako całe instytucje, lecz pod względem osiągnięć w konkretnych obszarach nauki.

Każdego roku analizowanych jest ponad 2500 uniwersytetów, lecz publikowana lista obejmuje 1000 najwyżej ocenionych uczelni. Do oceny kwalifikowane są przede wszystkim instytucje zatrudniające laureatów najważniejszych nagród naukowych, wysoko cytowanych badaczy, autorów publikacji w „Nature” i „Science” albo posiadające znaczący dorobek publikacyjny odnotowany w najważniejszych międzynarodowych bazach naukowych. 

Ranking szanghajski nie jest więc klasyfikacją wszystkich szkół wyższych świata ani prostym przewodnikiem dla kandydatów na studia. Jego przedmiotem zainteresowania są głównie uniwersytety posiadające zauważalny międzynarodowo potencjał badawczy. Uczelnia może bardzo dobrze kształcić studentów, odgrywać ważną rolę w swoim regionie i przygotowywać cenionych specjalistów, a jednocześnie nie znaleźć się na liście ARWU, jeżeli jej działalność naukowa nie osiąga odpowiednio dużej skali lub międzynarodowej widoczności.

Jak powstaje ranking szanghajski

Siłą rankingu szanghajskiego jest stosunkowo stabilna i przejrzysta metodologia. W przeciwieństwie do niektórych innych globalnych klasyfikacji ARWU nie opiera dużej części wyniku na ankietach reputacyjnych przeprowadzanych wśród pracodawców, naukowców lub studentów. Korzysta przede wszystkim z danych dotyczących mierzalnych osiągnięć badawczych i prestiżowych nagród. 

Pierwsze 10 proc. wyniku stanowią osiągnięcia absolwentów uczelni, którzy otrzymali Nagrodę Nobla lub Medal Fieldsa. Kolejne 20 proc. zależy od liczby laureatów tych nagród pracujących na danej uczelni. Dawniejsze nagrody mają mniejszą wagę niż przyznane niedawno, dlatego historyczne osiągnięcia nie są uwzględniane bezterminowo w jednakowy sposób.

Następne 20 proc. wyniku zależy od liczby naukowców należących do grupy najczęściej cytowanych badaczy na świecie. Kolejne 20 proc. przyznawane jest za artykuły opublikowane w czasopismach „Nature” i „Science”, a dalsze 20 proc. za publikacje indeksowane w Science Citation Index Expanded oraz Social Sciences Citation Index. Ostatnie 10 proc. stanowi wskaźnik efektywności naukowej uczelni w przeliczeniu na liczbę pracowników akademickich. 

Oznacza to, że ranking szanghajski nie posługuje się, jak podawaliśmy w części wcześniejszych materiałów, czterema kryteriami. Oficjalna metodologia wyodrębnia sześć wskaźników: osiągnięcia absolwentów, nagrody pracowników, wysoko cytowanych naukowców, publikacje w „Nature” i „Science”, publikacje w głównych indeksach naukowych oraz wynik w przeliczeniu na pracownika.

Dla każdego wskaźnika najwyżej oceniona uczelnia otrzymuje 100 punktów, natomiast wyniki pozostałych instytucji obliczane są proporcjonalnie wobec lidera. Również końcowy rezultat nie jest zatem bezwzględną oceną jakości, ale wynikiem relatywnym. Uniwersytet może poprawić jakość badań i jednocześnie przesunąć się w dół klasyfikacji, jeżeli konkurenci rozwijają się szybciej.

Ranking uwzględnia wielkość uczelni tylko w ograniczonym stopniu. Wskaźnik efektywności w przeliczeniu na pracownika stanowi 10 proc. całej oceny, podczas gdy większość punktów wynika z łącznej liczby osiągnięć. Duże, wielodziedzinowe uniwersytety mają więc przewagę, ponieważ mogą gromadzić publikacje, cytowania i nagrody z wielu obszarów nauki. Nie oznacza to jednak, że sama wielkość gwarantuje sukces; uczelnia musi jeszcze wytwarzać dorobek dostrzegalny w najważniejszym międzynarodowym obiegu naukowym. 

Co najnowsza edycja mówi o światowej nauce?

Coroczna publikacja rankingu szanghajskiego pozwala nie tylko ustalić, które uniwersytety zajmują najwyższe miejsca, ale przede wszystkim obserwować znacznie wolniejsze procesy zachodzące w światowej nauce. Pojedynczy awans albo spadek uczelni może wynikać ze zmiany kilku wskaźników, natomiast przemieszczenie się całych systemów akademickich jest zjawiskiem znacznie poważniejszym. Najnowsza edycja ARWU pokazuje właśnie taki obraz: niezwykłą stabilność światowej elity, utrzymującą się dominację Stanów Zjednoczonych oraz szybko zwiększającą się liczbę chińskich uniwersytetów w szerokiej czołówce. Szczegółowe wyniki, wraz z pełną pierwszą setką uczelni, przedstawiamy w osobnym materiale: „Ranking szanghajski 2026. 100 najlepszych uniwersytetów świata i polskie uczelnie”.

Na samym szczycie zmiany następują niezwykle powoli. Harvard University pozostaje pierwszym uniwersytetem świata, przed Stanford University i Massachusetts Institute of Technology. W pierwszej dziesiątce znajdują się te same wielkie instytucje, które od lat tworzą elitę ARWU: obok Harvardu, Stanfordu i MIT także University of Cambridge, University of California, Berkeley, Princeton University, University of Oxford, Columbia University, University of Chicago i California Institute of Technology. Między kolejnymi edycjami zmienia się czasami ich kolejność, ale znacznie trudniej jest nowej uczelni wejść do tego zamkniętego kręgu.

Nie jest to przypadek ani prosty rezultat rozpoznawalności marki. Konstrukcja ARWU premiuje osiągnięcia, które gromadzą się przez wiele lat: laureatów Nagród Nobla i Medali Fieldsa, najwyżej cytowanych naukowców, publikacje w najbardziej prestiżowych czasopismach oraz bardzo dużą, dobrze widoczną na świecie produkcję naukową. Instytucja, która przez dziesięciolecia przyciąga wybitnych badaczy, tworzy laboratoria, pozyskuje granty i kształci kolejne pokolenia naukowców, buduje przewagę trudną do nadrobienia w ciągu jednej czy dwóch dekad. Z tego punktu widzenia stabilność pierwszej dziesiątki jest nie mniej interesująca niż sama jej kolejność.

Właśnie dlatego ranking szanghajski warto czytać jako zapis akumulacji kapitału naukowego. Najlepsze uniwersytety posiadają nie tylko dobrych naukowców w danym momencie, ale całe środowisko pozwalające zastępować jednych wybitnych badaczy kolejnymi. Dysponują marką przyciągającą doktorantów z całego świata, wielkimi funduszami, rozbudowaną infrastrukturą, siecią absolwentów, bliskimi relacjami z gospodarką i zdolnością konkurowania o najlepszych profesorów. Ranking pokazuje więc nie tylko aktualne rezultaty badań, ale pośrednio również ogromną siłę instytucjonalną stojącą za ich powstawaniem.

Amerykańska przewaga pozostaje, ale zmienia się jej charakter

Najbardziej widoczną cechą rankingu pozostaje siła Stanów Zjednoczonych. W edycji 2026 amerykańskie uczelnie zajmują osiem z pierwszych dziesięciu miejsc, czternaście z pierwszych dwudziestu oraz 37 miejsc w pierwszej setce. Żaden inny kraj nie dysponuje porównywalną koncentracją uniwersytetów znajdujących się na samym szczycie światowej nauki.

Przewaga Stanów Zjednoczonych nie polega przy tym jedynie na posiadaniu Harvardu, Stanfordu czy MIT. Za pierwszą grupą znajduje się bardzo szerokie zaplecze kolejnych silnych uniwersytetów badawczych. Wśród nich są zarówno wielkie uniwersytety prywatne, jak i uczelnie publiczne należące do systemu University of California czy innych systemów stanowych. To ważne, ponieważ prawdziwą potęgę akademicką państwa tworzy nie jeden fenomenalny uniwersytet, lecz zdolność do utrzymywania kilkudziesięciu ośrodków zdolnych konkurować na poziomie światowym.

Amerykański model pokazuje też, jak silnie sukces uniwersytetu może łączyć się z gospodarką. Najlepsze uczelnie nie funkcjonują jako odizolowane instytucje utrzymywane wyłącznie z publicznego finansowania. W ich otoczeniu powstają przedsiębiorstwa technologiczne, fundusze inwestycyjne, prywatne laboratoria i całe ekosystemy innowacji. Absolwenci zasilają gospodarkę, przedsiębiorstwa finansują badania, a sukces gospodarczy kolejnych pokoleń absolwentów zwiększa możliwości finansowe samych uczelni. W ten sposób przewaga zaczyna się reprodukować.

Nie oznacza to jednak, że mapa światowej nauki pozostaje nieruchoma. O ile amerykańska dominacja na samym szczycie jest nadal bardzo wyraźna, o tyle znacznie ciekawsze zmiany widoczne są kilkadziesiąt miejsc niżej.

Chiny budują szerokie zaplecze światowej nauki

Najważniejszą strukturalną zmianą ostatnich lat jest wzrost znaczenia chińskich uniwersytetów. W pierwszej setce najnowszego rankingu znalazło się 16 uczelni z Chin kontynentalnych; ShanghaiRanking klasyfikuje dodatkowo Hongkong osobno. Jednocześnie tylko jeden chiński uniwersytet, Tsinghua University, znalazł się w pierwszej dwudziestce, zajmując 18. miejsce. Peking University jest 22., Zhejiang University 24., a Shanghai Jiao Tong University 27.

Te dane pokazują istotną różnicę między modelem amerykańskim a obecnym etapem rozwoju szkolnictwa wyższego w Chinach. Stany Zjednoczone dominują przede wszystkim na szczycie. Chiny natomiast bardzo szybko budują szeroką warstwę mocnych uniwersytetów badawczych, coraz liczniej wchodzących do pierwszej setki. Sukces polega zatem na razie bardziej na zwiększaniu głębokości systemu niż na odbieraniu Harvardowi, Stanfordowi czy MIT pierwszych miejsc.

Jest to jednak zmiana, której znaczenia nie należy lekceważyć. Zbudowanie jednej prestiżowej uczelni może być rezultatem wyjątkowych warunków historycznych. Pojawienie się kilkunastu instytucji z jednego państwa w światowej pierwszej setce świadczy już o zmianie całego systemu. Oznacza istnienie dostatecznie dużej liczby laboratoriów, zespołów, doktorantów, publikacji i wysoko cytowanych badaczy, aby światowej klasy nauka nie była skoncentrowana w jednym ośrodku.

To właśnie tutaj ranking szanghajski zaczyna pełnić funkcję znacznie ciekawszą niż klasyczna tabela najlepszych uczelni. Pokazuje konsekwencje wieloletniej polityki państwa dotyczącej nauki, badań i uniwersytetów. Wprowadzanie kolejnych chińskich uczelni do globalnej setki wymagało inwestycji nie tylko w budynki czy sprzęt, ale w ludzi, programy doktoranckie, umiędzynarodowienie badań i zdolność publikowania wyników w najważniejszym międzynarodowym obiegu.

Jeżeli obecny trend będzie kontynuowany, głównym pytaniem nie będzie w przyszłości to, czy Chiny będą miały wiele uczelni w Top 100. Już je mają. Znacznie ważniejsze będzie ustalenie, czy któraś z nich zdoła przejść ostatni, najtrudniejszy etap i trwale wejść do pierwszej dziesiątki, gdzie przewagę tworzą nie tylko bieżące nakłady, ale również dziesięciolecia, a niekiedy stulecia nagromadzonego prestiżu i osiągnięć.

Europa pozostaje silna, lecz nie tworzy jednego systemu

Europa zachowuje bardzo silną pozycję w światowej nauce, ale jej wynik wygląda zupełnie inaczej niż wynik Stanów Zjednoczonych czy Chin. Kontynent nie posiada jednego systemu akademickiego. Sukces jest rozproszony między kilka państw, które wykształciły odmienne modele uniwersytetu, finansowania badań i organizacji nauki.

Najwyżej znajdują się brytyjskie University of Cambridge i University of Oxford. Bardzo silna jest Szwajcaria z ETH Zurich i EPFL oraz kilkoma kolejnymi uczelniami w pierwszej setce. Francję reprezentują przede wszystkim Paris-Saclay University, PSL University, Sorbonne University i Université Paris Cité, Niemcy między innymi Technical University of Munich, Ludwig Maximilian University of Munich, Heidelberg University i University of Bonn.

Szczególnie interesujące są przypadki Francji i Szwajcarii. Pokazują bowiem, że wysoka pozycja w ARWU nie jest wyłącznie przywilejem systemów anglosaskich. Można ją osiągać w różnych modelach organizacyjnych, jeżeli państwo i uczelnie potrafią stworzyć warunki do koncentracji wybitnych zespołów, międzynarodowej rekrutacji, stabilnego finansowania oraz prowadzenia badań na dużą skalę.

Europa posiada około trzydziestu uczelni w pierwszej setce, jeśli uwzględnić Wielką Brytanię i Szwajcarię. Liczebnie pozostaje zatem jednym z głównych centrów światowej nauki. Różnica wobec Stanów Zjednoczonych pojawia się przede wszystkim na samym szczycie. Amerykańskich uczelni jest w pierwszej dwudziestce czternaście, podczas gdy europejskich pięć.

To rozróżnienie jest ważne również dla europejskiej debaty o konkurencyjności. Problemem Europy nie jest brak dobrych uniwersytetów. Posiada ich bardzo wiele. Wyzwaniem jest zdolność tworzenia większej liczby instytucji o skali oddziaływania odpowiadającej Harvardowi, Stanfordowi czy MIT oraz utrzymywania najbardziej utalentowanych badaczy w konkurencji z uczelniami amerykańskimi i coraz silniejszymi ośrodkami azjatyckimi.

Polska pozostaje poza światową elitą uniwersytetów

Na tym tle szczególnie wyraźnie widać sytuację Polski. W pierwszym tysiącu najnowszej edycji ARWU znalazło się siedem polskich uczelni, ale żadna nie weszła do pierwszej czterysti. Najwyżej sklasyfikowany Uniwersytet Warszawski znalazł się w przedziale 401–500, Uniwersytet Jagielloński w grupie 501–600, a AGH w przedziale 701–800. Cztery kolejne polskie uczelnie znalazły się dopiero w przedziale 901–1000.

Nie należy z tego wyciągać wniosku, że w Polsce nie prowadzi się badań na światowym poziomie. Takie zespoły i naukowcy istnieją, a w rankingach poszczególnych dyscyplin wyniki wybranych polskich ośrodków bywają znacznie lepsze niż pozycje całych uczelni. Problem polega na czymś innym: polski system ma trudność z koncentracją dużej liczby osiągnięć światowej klasy wewnątrz jednej instytucji.

To właśnie pokazuje porównanie z mniejszymi państwami europejskimi. Szwajcaria może umieścić w pierwszej setce pięć uczelni, Dania dwie, Szwecja dwie, Belgia dwie, Niderlandy dwie. Polska, należąca do większych państw Unii Europejskiej, nie posiada w niej ani jednej. Nie jest to oczywiście pełna ocena stanu państwa ani jakości kształcenia na polskich uniwersytetach, ale trudno uznać tę dysproporcję za nieistotną.

Najnowsze wyniki wzmacniają więc pytanie, które pojawiało się już wcześniej w analizach publikowanych na „Wszystko co Najważniejsze”: czy głównym problemem Polski jest brak pieniędzy, czy raczej sposób organizacji systemu, mała mobilność naukowców, słaba zdolność przyciągania badaczy z zagranicy, rozproszenie zasobów pomiędzy wiele instytucji i niedostateczna liczba prawdziwie międzynarodowych szkół doktorskich. Odpowiedź nie sprowadza się do jednego czynnika, a sam ranking nie może jej rozstrzygnąć. Pokazuje jednak skalę dystansu.

Warto przy tym zachować ostrożność w interpretowaniu poszczególnych przedziałów. Poniżej ścisłej czołówki ARWU grupuje wiele uczelni zamiast nadawać każdej dokładny numer. Nie można zatem twierdzić, że uczelnia znajdująca się w grupie 401–500 zajmuje na przykład 432. miejsce. Znaczenie ma przede wszystkim przedział i długookresowy kierunek zmian.

Szczegółową listę polskich uczelni, ich miejsca oraz pełną pierwszą setkę światowego rankingu zawiera materiał: „Ranking szanghajski 2026. 100 najlepszych uniwersytetów świata i polskie uczelnie

Nie warto pytać wyłącznie, kto awansował o pięć miejsc

Coroczne relacje z rankingów najłatwiej sprowadzić do informacji, kto awansował, kto spadł i które państwo ma najwięcej uczelni w pierwszej setce. To potrzebne informacje, ale ich znaczenie jest ograniczone. Znacznie ważniejsze są zmiany utrzymujące się przez wiele kolejnych edycji.

W 2026 r. pierwsza dziesiątka pozostała niemal niezmieniona, podczas gdy dalej w rankingu widoczne były znacznie większe przesunięcia. Niektóre uczelnie awansowały o kilkanaście pozycji, inne podobną liczbę miejsc straciły. Sam taki ruch nie musi jednak oznaczać zasadniczej poprawy lub pogorszenia jakości badań. ARWU jest rankingiem relatywnym: wynik jednej uczelni zależy również od wyników konkurentów.

Dlatego ważniejsze od pytania, czy uniwersytet przesunął się z miejsca 62. na 49., jest pytanie, dlaczego przez kilka kolejnych lat zwiększa swoją obecność wśród wysoko cytowanych badaczy, poprawia produkcję publikacyjną i przyciąga naukowców zdolnych do funkcjonowania w ścisłym centrum międzynarodowego obiegu naukowego. Dopiero takie procesy pozwalają odróżnić trwałą zmianę instytucjonalną od jednorocznego wahnięcia.

W tym sensie najnowsza edycja rankingu szanghajskiego potwierdza trzy równoczesne procesy. Pierwszym jest niezwykła odporność amerykańskich uniwersytetów znajdujących się na samym szczycie. Drugim — stopniowe przesuwanie się środka ciężkości światowej nauki w stronę Azji, przede wszystkim Chin. Trzecim — bardzo duże zróżnicowanie Europy, w której obok kilku systemów akademickich należących do światowej elity znajdują się państwa, w tym Polska, nadal pozbawione choćby jednego uniwersytetu w pierwszej setce.

Właśnie dlatego corocznego rankingu nie należy czytać wyłącznie jak tabeli wyników zawodów sportowych. Najciekawsza informacja nie kryje się w pytaniu, kto w danym roku był siedemnasty, a kto dziewiętnasty. Ranking staje się naprawdę użyteczny wtedy, gdy zestawia się kolejne edycje i obserwuje, gdzie na świecie powstają trwałe środowiska zdolne produkować badania o największym oddziaływaniu. Taki sposób lektury pozwala też lepiej zrozumieć, co ranking rzeczywiście mierzy — i czego z jego wyników nie należy wnioskować.

Co naprawdę mierzy ranking szanghajski?

ARWU mierzy przede wszystkim skumulowaną siłę badawczą uniwersytetu. Wysoko premiuje instytucje zatrudniające badaczy należących do światowej czołówki, publikujące w najbardziej rozpoznawalnych czasopismach i posiadające długą historię wybitnych osiągnięć naukowych. Dobrze pokazuje więc, gdzie skoncentrowany jest światowy kapitał naukowy, gdzie powstają badania o największym oddziaływaniu i które uniwersytety potrafią przez dziesięciolecia utrzymywać najwyższy poziom.

Ranking nie mierzy natomiast bezpośrednio jakości codziennych zajęć, dostępności wykładowców, warunków mieszkaniowych, satysfakcji studentów, skuteczności administracji ani atmosfery panującej na kampusie. Nie bada też w sposób pełny losów zawodowych wszystkich absolwentów. Określenie „jakość edukacji”, używane w oficjalnej metodologii przy wskaźniku absolwentów, odnosi się wyłącznie do liczby dawnych studentów, którzy później zdobyli Nagrody Nobla lub Medale Fieldsa. 

Z tego powodu miejsce w ARWU nie powinno być automatycznie traktowane jako odpowiedź na pytanie, gdzie konkretny maturzysta powinien rozpocząć studia. Uniwersytet znajdujący się bardzo wysoko w rankingu może mieć znakomite laboratoria i wybitnych profesorów, lecz oferować studentom pierwszego stopnia mniej indywidualnego kontaktu z kadrą niż mniejsza szkoła wyższa. Dla kandydata na doktorat, badacza poszukującego zespołu naukowego albo firmy planującej centrum badawcze wyniki ARWU mogą mieć większe znaczenie niż dla osoby wybierającej studia licencjackie.

Prof. Leszek Pacholski zwraca uwagę, że rankingi nie są idealnym narzędziem oceny uniwersytetów, lecz potrafią sygnalizować problemy i pomagać w podejmowaniu decyzji o wyborze studiów, doktoratu lub stażu podoktorskiego. Jednocześnie przestrzega przed nadmiernym przeżywaniem niewielkich zmian poza ścisłą czołówką, ponieważ o przesunięciu między dalszymi setkami może zdecydować zmiana afiliacji jednego wysoko cytowanego badacza albo udział uczonego w dużej liczbie międzynarodowych publikacji. 

Ranking ogólny i rankingi dziedzinowe

Główny ranking ARWU porównuje całe uniwersytety. Oprócz niego ShanghaiRanking publikuje Global Ranking of Academic Subjects, czyli zestawienia osiągnięć w poszczególnych dyscyplinach. Rankingi dziedzinowe mają inną metodologię i wykorzystują między innymi dane o jakości publikacji, ich oddziaływaniu, współpracy międzynarodowej, wysoko cytowanych naukowcach oraz osiągnięciach uznawanych w danej dyscyplinie. 

Rozróżnienie to jest szczególnie ważne w przypadku Polski. Uczelnia zajmująca odległą pozycję w ogólnym rankingu może posiadać pojedyncze wydziały lub zespoły badawcze należące do szerokiej światowej czołówki. Kandydat na doktorat z matematyki, fizyki, inżynierii materiałowej czy medycyny nie powinien więc ograniczać się do pozycji całej uczelni, lecz sprawdzić również jej wynik w interesującej go dyscyplinie, dorobek konkretnych zespołów i osiągnięcia potencjalnych promotorów.

Dlaczego ranking szanghajski jest ważny

Znaczenie rankingu nie sprowadza się do medialnego prestiżu. Prof. Andrzej Jajszczyk wskazuje, że wysoka pozycja pomaga przyciągać wybitnych profesorów, doktorantów, badaczy odbywających staże podoktorskie oraz najzdolniejszych studentów. Wzmacnia również reputację miasta i państwa, a pośrednio zwiększa ich atrakcyjność dla inwestycji wymagających zaawansowanej wiedzy i wysoko wykwalifikowanych pracowników. 

Międzynarodowa reputacja uniwersytetu działa jak mechanizm samowzmacniający. Dobra uczelnia przyciąga utalentowanych badaczy, którzy zdobywają granty, tworzą zespoły i publikują ważne prace. To przyciąga kolejnych naukowców oraz studentów, sprzyja powstawaniu firm technologicznych i pozwala uczelni pozyskiwać środki spoza budżetu państwa. Z czasem wokół uniwersytetu rozwija się całe środowisko gospodarcze i kulturowe.

Prof. Michał Kleiber podkreśla, że zależność między uczelniami a innowacyjną gospodarką nie przebiega wyłącznie od bogatych przedsiębiorstw do uniwersytetów. Najlepsze uczelnie same wytwarzają kapitał intelektualny, z którego wyrastają przedsiębiorstwa, start-upy i nowe sektory gospodarki. Brak kilku polskich uniwersytetów należących do międzynarodowej czołówki ogranicza więc nie tylko prestiż nauki, lecz także długoterminową zdolność rozwojową kraju. 

Nie oznacza to jednak, że awans w rankingu powinien stać się samodzielnym celem polityki publicznej. Uczelnia nie istnieje po to, aby poprawiać wskaźniki, lecz po to, aby prowadzić ważne badania, kształcić ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia i służyć społeczeństwu. Prof. Krzysztof Pawłowski słusznie zauważa, że sukces rankingowy powinien być skutkiem poprawy całego systemu nauki i szkolnictwa wyższego, a nie rezultatem działań podejmowanych wyłącznie dla zmiany pozycji w tabeli. 

Czego ranking szanghajski nie dostrzega

Każdy ranking jest wynikiem wyboru określonych wskaźników, a zatem również decyzji o tym, czego nie uwzględniać. ARWU premiuje nauki przyrodnicze, medyczne i ścisłe, w których ważną rolę odgrywają publikacje w czasopismach międzynarodowych, duże zespoły badawcze oraz cytowania. Słabiej odzwierciedla specyfikę części humanistyki, sztuki i tych obszarów nauk społecznych, w których główną formą dorobku pozostają książki, edycje źródeł lub publikacje skierowane do krajowego obiegu intelektualnego.

Metodologia próbuje częściowo ograniczać tę nierównowagę. Publikacje indeksowane w Social Sciences Citation Index otrzymują większą wagę, a w przypadku uczelni wyspecjalizowanych w naukach humanistycznych i społecznych wskaźnik publikacji w „Nature” i „Science” może zostać pominięty, zaś jego waga przeniesiona na inne elementy oceny. Nie zmienia to jednak badawczego i bibliometrycznego charakteru całego zestawienia. 

Cezary Kościelniak zwraca uwagę na głębsze niebezpieczeństwo: uniwersytet podporządkowany rankingom może zacząć traktować wiedzę jak produkt, a naukowców jak wykonawców zobowiązanych przede wszystkim do zwiększania liczby publikacji, punktów i grantów. Taka logika nie musi prowadzić do powstawania bardziej oryginalnych idei, szczególnie w dziedzinach, których osiągnięć nie sposób sprowadzić do jednolitego systemu liczbowego. 

Krytyka rankingów nie powinna jednak służyć jako usprawiedliwienie słabości. To, że ARWU nie mierzy całej misji uniwersytetu, nie oznacza, że publikacje, cytowania, międzynarodowa rozpoznawalność i zdolność do przyciągania wybitnych badaczy nie mają znaczenia. Najbardziej rozsądne stanowisko polega na traktowaniu listy szanghajskiej jako ważnego termometru, który pokazuje część stanu organizmu, ale nie zastępuje pełnej diagnozy.

Dlaczego polskie uczelnie są nisko w rankingu szanghajskim?

Niska pozycja polskich uczelni nie ma jednej prostej przyczyny. Jest rezultatem nakładających się na siebie uwarunkowań historycznych, finansowych, organizacyjnych i kulturowych. Ranking nie tworzy tych słabości, lecz w dużej mierze je ujawnia.

Pierwszym problemem jest niewystarczające i niestabilne finansowanie nauki. Prowadzenie badań na najwyższym poziomie wymaga nowoczesnej aparatury, dobrych bibliotek, laboratoriów, zespołów technicznych, obsługi grantowej i wynagrodzeń pozwalających przyciągać badaczy z całego świata. Prof. Andrzej Jajszczyk podkreśla jednak, że pieniądze są warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. Bez zmiany sposobu organizacji nauki dodatkowe środki mogą poprawić warunki pracy, lecz nie muszą automatycznie doprowadzić do powstania uniwersytetów o światowym znaczeniu. 

Drugą przyczyną jest rozdrobnienie polskiego szkolnictwa wyższego. W wielu krajach medycyna, ekonomia, nauki techniczne, przyrodnicze i humanistyczne funkcjonują w obrębie dużych, wielodziedzinowych uniwersytetów. W Polsce często należą do osobnych instytucji. Prof. Michał Kleiber wskazuje, że zmniejsza to łączny dorobek przypisywany jednej uczelni i utrudnia konkurowanie z uniwersytetami skupiającymi pod jednym szyldem osiągnięcia wielu dziedzin. 

Nie oznacza to, że połączenie kilku uczelni automatycznie poprawiłoby jakość polskiej nauki. Konsolidacja może zmienić sposób, w jaki dorobek jest widoczny w zestawieniach, ale samo administracyjne utworzenie większej instytucji nie tworzy wybitnych zespołów. Połączenie ma sens wtedy, gdy prowadzi do wspólnej strategii, lepszego zarządzania, otwierania międzydziedzinowych programów badawczych i racjonalnego wykorzystywania infrastruktury.

Trzecim problemem pozostaje ograniczone umiędzynarodowienie. Nauka jest z natury globalna, a wyniki badań muszą być konfrontowane z pracami prowadzonymi na świecie. Publikowanie przede wszystkim w krajowym obiegu, słaba obecność w międzynarodowych zespołach, niewielka liczba zagranicznych profesorów oraz ograniczona zdolność przyciągania doktorantów z innych państw zmniejszają widoczność polskich uczelni.

Nie oznacza to, że każda wartościowa praca powinna powstawać po angielsku. Polski język naukowy, szczególnie w humanistyce, prawie i badaniach nad kulturą narodową, ma własną wartość. Problem pojawia się wówczas, gdy lokalność nie jest świadomym wyborem wynikającym z przedmiotu badań, lecz konsekwencją braku uczestnictwa w światowej dyskusji.

Czwartą przyczyną jest niewielka mobilność naukowców. W polskim modelu akademickim absolwent często pozostaje na tej samej uczelni, tam przygotowuje doktorat, uzyskuje habilitację i buduje całą karierę. Prof. Andrzej Jajszczyk wskazuje, że taki system sprzyja intelektualnemu zamknięciu, utrwalaniu zależności personalnych i słabszej wymianie idei. Wieloletnia praca w innym ośrodku, szczególnie zagranicznym, pozwala poznać odmienne metody, stworzyć sieć kontaktów i uniknąć sytuacji, w której jedna szkoła naukowa sama reprodukuje własne przekonania. 

Piątym problemem jest zbyt mała koncentracja środków i talentów. Nie każda uczelnia może i powinna być globalnym uniwersytetem badawczym. Część szkół wyższych ma przede wszystkim dobrze kształcić specjalistów potrzebnych regionowi, inne powinny rozwijać konkretne dziedziny, a tylko ograniczona grupa może prowadzić badania w szerokim zakresie na światowym poziomie. Próba utrzymywania przekonania, że wszystkie uczelnie mają taką samą misję i powinny być finansowane według niemal identycznych zasad, rozprasza środki potrzebne do budowy ośrodków rzeczywiście konkurujących z najlepszymi. 

Szóstą słabością jest struktura polskich uczelni aspirujących do miana badawczych. Prof. Leszek Pacholski zwraca uwagę na niewielki udział doktorantów i zagranicznych studentów w porównaniu z czołowymi uniwersytetami świata. Najlepsze uczelnie nie są wyłącznie miejscami masowego kształcenia na pierwszym stopniu. Stanowią centra, w których duża grupa doktorantów, młodych badaczy i stażystów podoktorskich uczestniczy w codziennej pracy naukowej. 

Siódmą przyczyną jest niska efektywność części kadry badawczej. Argument, że polskie uczelnie przegrywają wyłącznie dlatego, iż są mniejsze od największych zagranicznych uniwersytetów, nie wyjaśnia całego problemu. Prof. Leszek Pacholski wykazywał na podstawie danych ARWU, że po pominięciu części historycznych wskaźników pozycja najlepszych polskich uczelni mogłaby się poprawić, natomiast po przeliczeniu osiągnięć na wielkość kadry ich wynik pozostawałby bardzo słaby. Oznacza to, że obok grup znakomitych naukowców funkcjonują rozległe obszary o małej międzynarodowej aktywności badawczej. 

Nie jest wreszcie wystarczającym wyjaśnieniem twierdzenie, że ARWU jest po prostu niekorzystny dla polskiej specyfiki. Ranking rzeczywiście słabiej dostrzega część humanistyki i premiuje wielkie uniwersytety badawcze, ale polskie uczelnie osiągają niezadowalające wyniki również w innych międzynarodowych zestawieniach oraz w najważniejszych konkursach grantowych. Krytyka metodologii może być zasadna, lecz nie może zastępować dyskusji o jakości polskiego systemu. 

Czy polskie uczelnie mogą awansować?

Awans jest możliwy, ale nie nastąpi w wyniku jednego programu, zmiany ustawy ani krótkiej kampanii zwiększającej liczbę publikacji. Uniwersytety należące do światowej czołówki powstają przez dziesięciolecia, a czasem stulecia. Gromadzą kapitał instytucjonalny, reputację, wybitnych absolwentów, kontakty z gospodarką i zdolność przyciągania talentów.

Pierwszym warunkiem zmiany jest stabilna polityka naukowa wykraczająca poza jedną kadencję parlamentarną. Prof. Krzysztof Pawłowski ocenia, że budowa prawdziwych uniwersytetów badawczych i stworzenie najzdolniejszym Polakom warunków rozwoju w kraju wymaga perspektywy co najmniej kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Tak długiego procesu nie da się przeprowadzić bez porozumienia obejmującego różne środowiska polityczne, akademickie i gospodarcze. 

Drugim warunkiem jest lepsze finansowanie połączone z wymaganiami jakościowymi. Dodatkowe środki powinny umożliwiać zatrudnianie wybitnych badaczy, tworzenie konkurencyjnych wynagrodzeń, rozwijanie laboratoriów oraz wspieranie młodych zespołów. Nie mogą jednak służyć wyłącznie utrwalaniu dotychczasowej struktury zatrudnienia i równomiernemu dzieleniu pieniędzy niezależnie od wyników.

Trzeci warunek to otwarcie polskich uczelni. Potrzebne są międzynarodowe konkursy na stanowiska, rzeczywiste ścieżki typu tenure track, większa liczba staży podoktorskich, zachęty do mobilności oraz warunki pozwalające zagranicznym naukowcom mieszkać i pracować w Polsce. Uczelnia nie stanie się międzynarodowa tylko dlatego, że przetłumaczy stronę internetową i uruchomi kilka zajęć w języku angielskim.

Czwartym warunkiem jest zwiększenie autonomii młodych badaczy. System, w którym samodzielność naukowa przychodzi bardzo późno, utrudnia tworzenie nowych zespołów i podejmowanie ryzykownych tematów badawczych. Najzdolniejsi naukowcy muszą mieć możliwość zdobywania grantów, budowania grup i ponoszenia odpowiedzialności za wyniki wcześniej niż po przejściu wieloletniej hierarchii formalnych stopni.

Piąty warunek to lepsze zarządzanie. Przykłady zagranicznych uczelni analizowane przez prof. Leszka Pacholskiego pokazują, że długoterminowe przywództwo, profesjonalna polityka kadrowa, zdolność pozyskiwania darowizn oraz współpraca z przedsiębiorstwami mogą w ciągu kilkunastu lat wyraźnie zmienić pozycję instytucji. Nie chodzi o proste przekształcenie uniwersytetu w firmę, ale o odejście od sytuacji, w której każda strategiczna decyzja grzęźnie w wielopoziomowych procedurach i walce wewnętrznych grup interesów. 

Szóstym warunkiem jest rozwój doktoratów i badań zespołowych. Prawdziwy uniwersytet badawczy nie może funkcjonować bez silnych szkół doktorskich, międzynarodowych seminariów, stażystów podoktorskich i zespołów łączących kilka pokoleń uczonych. Doktorat nie powinien być wyłącznie drogą do etatu akademickiego. W najbardziej innowacyjnych gospodarkach absolwenci studiów doktoranckich trafiają również do przedsiębiorstw technologicznych, laboratoriów przemysłowych, administracji i nowych firm.

Siódmym warunkiem jest mądre różnicowanie misji uczelni. Polska potrzebuje kilku uniwersytetów zdolnych do szerokiej rywalizacji międzynarodowej, silnych uczelni wyspecjalizowanych w wybranych dziedzinach oraz dobrych szkół regionalnych kształcących na potrzeby lokalnych społeczności i gospodarki. Każdy z tych modeli jest potrzebny, ale nie powinny być oceniane według identycznej miary.

Jak czytać coroczne wyniki rankingu?

Największym błędem jest wyciąganie daleko idących wniosków z przesunięcia uczelni o kilka miejsc lub z przejścia między sąsiednimi przedziałami. W dalszej części klasyfikacji różnice punktowe bywają niewielkie, a wynik może zależeć od zmiany afiliacji badacza, aktualizacji listy najczęściej cytowanych naukowców albo pojedynczej publikacji przygotowanej przez duży międzynarodowy zespół.

Znacznie ważniejszy jest trend obserwowany przez kilka lat. Warto sprawdzać, czy uczelnia zwiększa liczbę wysoko cytowanych naukowców, poprawia jakość publikacji, rozwija dyscypliny o światowym znaczeniu i przyciąga zagranicznych doktorantów. Jednorazowy awans może być przypadkowy, ale trwająca dekadę poprawa zwykle świadczy o realnej zmianie.

Należy również oddzielać wynik całej uczelni od poziomu konkretnych dziedzin. Kandydat na studia doktoranckie powinien sprawdzić przede wszystkim jakość zespołu, z którym zamierza pracować. Państwo i władze uczelni muszą natomiast patrzeć szerzej, ponieważ ich zadaniem jest budowa instytucji zdolnej nie tylko do pojedynczych sukcesów, lecz także do ich powtarzania i przekazywania kolejnym pokoleniom badaczy.

Najczęstsze pytania o ranking szanghajski:

Co to jest ranking szanghajski?

Ranking szanghajski to międzynarodowa klasyfikacja uniwersytetów znana oficjalnie jako Academic Ranking of World Universities. Porównuje przede wszystkim siłę badawczą uczelni, osiągnięcia ich pracowników i absolwentów oraz międzynarodową widoczność publikacji.

Czy ranking szanghajski i lista szanghajska to to samo?

Tak. W języku polskim oba określenia odnoszą się zazwyczaj do rankingu ARWU.

Kto tworzy ranking szanghajski?

Od 2009 roku ranking jest publikowany przez ShanghaiRanking Consultancy. Pierwsza edycja została przygotowana w 2003 roku przez ośrodek działający przy Uniwersytecie Jiao Tong w Szanghaju. 

Ile uczelni znajduje się w rankingu szanghajskim?

Analizowanych jest ponad 2500 uniwersytetów, natomiast publikowana lista obejmuje 1000 najwyżej ocenionych instytucji. 

Czy ranking szanghajski mierzy jakość kształcenia?

Tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Nie bada bezpośrednio jakości zajęć, opinii studentów ani dostępności wykładowców. Skupia się głównie na osiągnięciach naukowych i sile badawczej uczelni.

Dlaczego polskie uczelnie są nisko?

Przyczynami są między innymi niewystarczające finansowanie, rozdrobnienie systemu, słabe umiędzynarodowienie, mała mobilność badaczy, niewielka liczba zagranicznych doktorantów, rozproszenie środków oraz problemy z zarządzaniem i polityką kadrową.

Czy ranking szanghajski dyskryminuje humanistykę?

Metodologia słabiej odzwierciedla część dorobku humanistyki, szczególnie książki i publikacje w językach innych niż angielski. Stosuje jednak pewne rozwiązania ograniczające tę nierównowagę, między innymi większą wagę publikacji z indeksu nauk społecznych i odmienne zasady dla uczelni wyspecjalizowanych w humanistyce.

Czym ARWU różni się od QS i Times Higher Education?

ARWU opiera się przede wszystkim na danych dotyczących badań, publikacji, cytowań i prestiżowych nagród. QS oraz Times Higher Education wykorzystują inne zestawy wskaźników, w tym w różnym stopniu ankiety reputacyjne, umiędzynarodowienie, relację liczby studentów do pracowników i współpracę z gospodarką.

Czy warto wybierać uczelnię wyłącznie na podstawie rankingu?

Nie. Ranking może być ważną wskazówką, szczególnie przy wyborze doktoratu lub miejsca pracy naukowej, lecz należy również sprawdzić poziom konkretnego kierunku, zespołu badawczego, opiekę nad studentami, warunki studiowania oraz sytuację absolwentów.

Ranking jako lustro, a nie cel

Ranking szanghajski nie jest pełnym obrazem uniwersytetu, ale też nie jest pozbawioną znaczenia tabelą. Pokazuje, gdzie skupiają się światowej klasy badania, gdzie pracują najbardziej wpływowi naukowcy i które instytucje potrafią przez lata wytwarzać wiedzę o globalnym oddziaływaniu. Pozwala również dostrzec rosnącą siłę systemów akademickich tych państw, które uczyniły naukę jednym z fundamentów swojej strategii rozwojowej.

Dla Polski coroczna publikacja rankingu powinna być przede wszystkim okazją do spokojnej rozmowy o jakości nauki. Nie wystarczy narzekać na metodologię, ponieważ podobne problemy polskich uczelni widać także w innych zestawieniach i międzynarodowych konkursach. Nie wystarczy również zwiększyć nakładów, jeżeli nie towarzyszą temu zmiany w sposobie zatrudniania, zarządzania, prowadzenia doktoratów i współpracy ze światem.

Celem nie powinno być zdobycie kilku miejsc więcej w tabeli. Celem powinno być stworzenie takich uniwersytetów, które prowadzą ważne badania, przyciągają ludzi z całego świata, rozwijają gospodarkę i kulturę oraz dają najzdolniejszym młodym ludziom powód, by swoją przyszłość wiązali z Polską. Jeżeli ten cel zostanie osiągnięty, poprawa pozycji w rankingu szanghajskim stanie się jego naturalnym następstwem.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 sierpnia 2026