Polskie old money ma zapach natury [Prof. Piotr TRYJANOWSKI]

Jakub Dymek namawia nas, byśmy przestali chcieć być „drugą Irlandią”, a zaczęli być „pierwszą Polską” – krajem ocenianym po jakości życia, nie po pozycji w tabelce. Zgoda. Tyle że jakość życia nie kończy się na PKB i infrastrukturze. Kończy się także na tym, czy kraj, w którym mieszkamy, pozostaje żywy: z rzekami, lasami i bagnami, których nie dopisze się do tabelki pod koniec kadencji.
Książkę „Rewolucję ambicji” Jakuba Dymka (Wydawnictwo PORT, 2026) czyta się jak diagnozę, na którą trzeba było czekać. Dymek opisuje kraj, który po trzydziestu pięciu latach nieprzerwanego wzrostu odkrył coś, w co sam długo nie wierzył: że Polska jest dobrym miejscem do życia. Klasa średnia, która objeździła świat, zjadła pizzę w Neapolu, poznała smak kawy w Paryżu, wypiła litry piwa w Pradze i Monachium, a nawet posmakowała torfową whisky w Glasgow, zaliczyła urlopy w Tajlandii i na Zanzibarze, czyli poznała rzeczy, o jakich dziadkowie nie śmieli marzyć, wróciła z tych podróży nie z kompleksem, lecz z odwróconą perspektywą. Okazało się, że to, co mamy w domu, wcale nie jest gorsze; bywa, że jest lepsze. I to znacznie. Z tego odkrycia Dymek wyprowadza swoją najważniejszą myśl: zamiast gonić za tym, by być „drugą Irlandią” czy „drugą Japonią”, zamiast mierzyć się obsesyjnie ze słupkami PKB Niemiec, powinniśmy chcieć być „pierwszą Polską”, a więc krajem ocenianym po realnej jakości życia, a nie po tym, kogo akurat przegoniliśmy w tabelce. Ambicja stała się, jak trafnie zauważa Dymek, uniwersalnym językiem polskiej polityki. Spieramy się już nie o to, czy chcemy być kimś, tylko w czym. Reindustrializacja i własny przemysł. Sport. Nawet loty w kosmos. Jest i nauka, z wyczekiwanym od dekad Noblem. To wszystko prawda i dobrze, że o tym rozmawiamy. W tym katalogu wielkości nie ma jednak polskiej przyrody. A powinna tam być: to jeden z nielicznych atutów, których nie musimy sobie dopisywać.
Old money
.Dymek stawia bezlitosną tezę: nie mamy własnych wzorców. Nie mamy arystokracji, nie mamy old money, nie mamy odziedziczonego prestiżu, a wszyscy jesteśmy z awansu. Nasza klasa średnia rozgląda się więc za cudzymi szablonami, bo swoich nie odziedziczyła. To celne. Chcę jednak dopisać do tej myśli zdanie, którego u Dymka brakuje. Jest jedno dziedzictwo, którego nie musieliśmy sobie wypracować, którego nie da się kupić dyplomem London School of Economics ani Harvardu, a które jest starsze od każdej dynastii. To żywy kraj: puszcze, mokradła, doliny wielkich rzek, żubr, bóbr, żuraw. Tak, polskie old money jest przyrodnicze. To majątek zapisany w krajobrazie, nie w herbarzu, i akurat tutaj nie jesteśmy dorobkiewiczami. Jesteśmy spadkobiercami czegoś, czego bogaty Zachód w dużej mierze już nie ma. Przejadł to wcześniej, a po wojnie dokończył, ciesząc się z ujarzmiania rzek i osuszania bagien. Problem w tym, że ten majątek traktujemy jak ubodzy krewni, którzy wstydzą się rodowego domu i wolą urządzić go z katalogu. W sprawach przyrody rezygnujemy z ambicji, zanim zdążymy ją sformułować. Politykę wobec natury zwykliśmy importować: przepisujemy unijne rozporządzenia, często bez wyczucia miejsca, i wyznaczamy obszary chronione tak, by procenty w papierach się zgadzały. To nie jest nasza wizja. I nie jest to wizja ambitna. To wtórne naśladownictwo.
Dwa cudze języki
.Kiedy już w Polsce mówimy o przyrodzie, mówimy zwykle jednym z dwóch zapożyczonych języków. Pierwszy to niemal pogański hołd Naturze pisanej wielką literą: przyroda jako bóstwo, którego się nie rozumie, lecz przed którym się korzy. Drugi to jego lustrzane odbicie, czyli całkowite zawłaszczenie, polane pseudochrześcijańskim sosem. „Czyńcie sobie ziemię poddaną” bywa czytane tak, jakby było licencją na traktowanie świata żywego niczym magazynu surowców. Otóż nie. Warto przypomnieć, zwłaszcza konserwatywnej stronie sporu, że chrześcijańska tradycja bliższa jest gospodarowaniu i opiece niż rabunkowi; że „poddana” znaczyło raczej „powierzona” niż „na przemiał”. Kto czyta ten nakaz jako mandat do niszczenia, zdradza go równie mocno jak ten, kto z przyrody robi sobie ołtarzyk. Oba języki mają tę samą wadę, którą Dymek opisał przy innym temacie. Jego własna, lewicowa strona sporu porzuciła sztukę przekonywania: argumenty ustąpiły miejsca sloganom i poczuciu moralnej wyższości. Postępowe podatki czy publiczna ochrona zdrowia nie są dobre dlatego, że tak stoi w socjaldemokratycznej tradycji albo „tak robią w Szwecji”. Jeśli działają to trzeba to umieć opowiedzieć. Tę samą miarę warto przyłożyć do przyrody. Liczy się to, co da się pokazać i obronić, nie to, co dobrze brzmi na sztandarze. Dominująca dziś ideologia ekologiczna najczęściej nie argumentuje. Ona zaklina. Formułę „globalnego zarządzania klimatem” recytuje się jak zaklęcie, licząc, że powaga tematu zamknie
dyskusję. Po drugiej stronie technokrata, w sumie nieważne, w jakich barwach politycznych, traktuje rzekę jak usterkę do naprawienia. Jedni i drudzy nie potrafią powiedzieć, dlaczego coś robić i ile to będzie kosztowało. Jedni i drudzy wolą wiarę od dowodu.
Co naprawdę mamy
.Działacze ochrony przyrody wolą narzekać i pod tym względem niewiele różnią się od technokratów, których zwalczają. Jedni chcą prostować rzeki, drudzy chronić nie te lasy, co trzeba, a wszyscy razem podtrzymywać spory, bez których dałoby się żyć. Tryb narzekania każdemu jakoś odpowiada, zwłaszcza tam, gdzie konflikt jest najostrzejszy, bo przecież hałas ułatwia zbieranie funduszy. Tymczasem mamy sukcesy, o których wolimy nie mówić, bo nie pasują do opowieści o nieuchronnym końcu planety. Najwyraźniejszy z nich to żubr. Sto lat temu ostatniego wolnego żubra nizinnego zastrzelił w Puszczy Białowieskiej kłusownik. Gatunek przetrwał dzięki pięćdziesięciu czterem osobnikom w ogrodach zoologicznych, z których odbudowano dzisiejszą populację. To w Polsce w 1923 roku powstała pierwsza na świecie księga rodowodowa; to w Białowieży w 1952 roku wypuszczono pierwsze żubry z powrotem na wolność. Dziś żyje ich w Polsce ponad trzy tysiące, najwięcej na świecie – ponad jedna czwarta globalnej populacji. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody obniżyła status gatunku z „zagrożonego” na „narażony”. To jeden z tych zagrożonych gatunków na Ziemi, którego przybywa.
Jarosław Marek Rymkiewicz porównał kiedyś Polskę do wielkiego, ospałego żubra, który śpi w puszczy snem podobnym śmierci, dopóki ktoś go nie ugryzie i nie zerwie do galopu. Metafora zrobiła karierę jako obraz narodu, który trzeba obudzić. Rzecz w tym, że żubr nie jest tylko figurą. Jest zwierzęciem, które sami wskrzesiliśmy. I, moim zdaniem, to lepsza metafora. Weźmy Dymkowy obraz kraju, który „od złodziei samochodów staje się ich producentem”, i przełóżmy go na przyrodę: z kraju, w którym padł ostatni dziki żubr, staliśmy się krajem, który dał Europie żubra z powrotem. Tego nie kupi się wyłącznie roztrząsaniem rosnącego PKB. Żubr nie jest wyjątkiem. Bóbr, jeszcze niedawno niemal wytępiony, wrócił tak skutecznie, że dziś bywa kłopotem. Wilk, objęty ścisłą ochroną od 1998 roku, odbudował populację i idzie na zachód, na tereny, z których zniknął dawno temu. Bocian biały gniazduje u nas w liczbie, jakiej Europa zazdrości, rzędu jednej piątej europejskiej populacji, i to nie w rezerwatach, lecz na zwyczajnej, użytkowanej wsi. Doliny Biebrzy, Narwi czy Polesie należą do najmniej przekształconych systemów rzecznych i bagiennych na kontynencie. „Polska Amazonia” brzmi jak przechwałka. Nie jest. I tu jest paradoks, który powinien być argumentem, a nie wstydliwym dopiskiem. Zachód swoje rzeki wyprostował i osuszył, a teraz płaci fortunę za renaturyzację: za odtwarzanie tego, co sam zniszczył.
Nasza niedokończona modernizacja zostawiła nam kapitał, którego oni już nie mają. Pokusa, by „prostować rzeki”, była komunistyczna, dziś jest technokratyczna. Oprzeć się jej to nie sentyment. To oszczędność i wybór oparty na wiedzy: możemy pominąć etap, który inni muszą teraz odkręcać. Wystarczy nie niszczyć tego, co oni mozolnie odbudowują. Realizm boli, ale się opłaca Dojrzała polityka przyrodnicza ma jednak cenę, której performatywna „ekologia” nie chce zapłacić.
Sukces rodzi konflikt. Żubr wchodzi w uprawy. Bóbr podtapia pola i ścina drzewa. Wilk naprawdę nie jest wegetariańskim milusińskim sięga po owce. Udawać, że tych napięć nie ma, to oddać sprawę: ochrona, która nie umie zarządzać własnym sukcesem, ten sukces przegra. Zarządzanie populacją, być może nawet z odstrzałem i przesiedleniami włącznie, nie jest zaprzeczeniem ochrony. Jest jej częścią. Trzeba umieć to powiedzieć wprost. Realizm bywa kosztowny i bywa nieprzyjemny. Ułożony w praktyce opłaca się bardziej niż gest, a prędzej czy później widzą to także ci, którzy gestu bronili. Realizm każe też nazwać po imieniu to, co dziś uchodzi za ochronę przyrody, a jest głównie myleniem gestu ze zrozumieniem. Obrona dzików w mieście, wojna z łowiectwem prowadzona jak krucjata, chronienie przed piłą drzew z gatunków inwazyjnych, cały zestaw pobożnych głupstw sprzedawanych jako „ekologia”, to naprawdę nie znajomość przyrody. To symbolika oderwana od procesów. Młodzież zyskałaby więcej, gdyby zamiast wpatrywać się w abstrakcję „globalnego zarządzania klimatem” nauczyła się patrzeć na to, co jest obok: rozpoznawać gatunki, ale też rozumieć sukcesję, hydrologię, zaburzenie i zmienność. To trudniejsze niż podpis pod petycją. Ale za to znacznie ciekawsze.
Laboratorium, którego nikt inny nie ma
.Na koniec rzecz najbardziej moja, niemal niezauważana i jeszcze mniej doceniana. Rozbiory zostawiły nam coś, czego żaden inny kraj Europy nie ma w takiej postaci: żywe laboratorium. Trzy zaborcze porządki prawne i gospodarcze odcisnęły na ziemiach polskich trzy różne piętna, czytelne do dziś. Nad Wartą i Prosną wciąż widać „niewidzialną linię”: po jednej stronie drobne, poszatkowane niwy dawnego zaboru rosyjskiego, po drugiej duże, scalone łany pruskie. Galicja to rozdrobnienie, zabór pruski – konsolidacja i wcześniejsze uwłaszczenie. Każdy zabór to inna tradycja leśna i inny stosunek do gruntu. Ta warstwa historii zapisana jest nie tylko w księgach
wieczystych. Jest w glebie, w układzie miedz, w strukturze lasów. Dla przyrodnika to naturalny eksperyment na skalę kraju: widać, jak różne porządki prawne kształtują bioróżnorodność miedz, hydrologię, budowę drzewostanów. Nikt inny nie ma takiej mozaiki. Polska nauka o przyrodzie powinna ten atut użyć i to nie jako ozdobnik, tylko jako pole badań. Nie chodzi o gotowe recepty. Chodzi o to, by podejść do tematu ambitnie.
Polska musi być żywa
Jeśli rewolucja ambicji ma być czymś więcej niż hasłem, musi objąć także tę schedę, której nie zawdzięczamy awansowi, lecz ziemi. Przyroda jest wartością, którą lewica i konserwatywna prawica mogą wziąć na własnych warunkach: narodową, sentymentalną i ekonomiczną zarazem. Mieści się w Dymkowej triadzie egalitaryzmu, wspólnotowości i patriotyzmu lepiej niż niejeden slogan. Żywy krajobraz jest dobrem wspólnym. Korzysta z niego bogaty i biedny. To jedyny majątek rodowy, którego nie trzeba było dziedziczyć po nazwisku.
„Pierwsza Polska” nie powstanie w cudzym idiomie: ani w pogańskim hymnie do Natury, ani w licencji na jej zawłaszczenie. Powstanie, jeśli w ogóle, we własnym: zakorzenionym, także naukowym, opartym na wartościach i na argumentach. Reszta świata właśnie odbudowuje to, czego my nie zdążyliśmy zniszczyć. Z tego da się zrobić politykę i interes. Wystarczy przestać udawać, że mamy mniej, niż mamy.
Prof. Piotr Tryjanowski





