
Pierwsza praca bez pierwszej szansy
Pierwsza praca bez doświadczenia staje się dla młodych ludzi coraz trudniej dostępna, choć właśnie zatrudnienie powinno pozwalać im nauczyć się zawodu. Część firm szuka gotowych specjalistów, sztuczna inteligencja przejmuje zadania początkujących, a państwo ogranicza środki na aktywizację bezrobotnych. Kto w takim modelu ma przygotować przyszłe kadry i dać młodym pierwszą szansę? – pyta Paulina MATYSIAK
.Od lat słyszymy, że młodzi są roszczeniowi, nie chcą pracować, mają za wysokie oczekiwania i najlepiej od razu chcieliby zarabiać jak doświadczeni specjaliści. To wygodna opowieść, bo całą odpowiedzialność za problemy młodych ludzi na rynku pracy przerzuca na nich samych. Jeśli nie możesz znaleźć zatrudnienia, to widocznie za mało się starasz.
Tyle że dane pokazują coś bardziej skomplikowanego. W drugim kwartale tego roku stopa bezrobocia wśród osób w wieku 15–24 lata wynosiła 11 proc. Dla całej populacji było to 3,2 proc. To oznacza, że młody człowiek wchodzący na rynek pracy znajduje się w dużo trudniejszej sytuacji niż przeciętny pracownik. Trzeba przy tym uczciwie zaznaczyć, że Polska nadal wypada pod tym względem lepiej niż średnia unijna, ale nie zmienia to jednak faktu, że próg wejścia na rynek pracy jest dla młodych nadal bardzo wysoki.
Pierwsza praca bez doświadczenia i rosnące wymagania firm
Widać to już przy przeglądaniu ofert. Stanowisko „junior” coraz częściej oznacza osobę, która ma już kilka lat doświadczenia i właściwie od pierwszego dnia powinna pracować samodzielnie. Dane Pracuj.pl pokazują, że oferty dla początkujących nie zniknęły, ale wymagania wyraźnie rosną. W branży technologicznej liczba ofert dla juniorów w 2025 roku spadła o 4 proc., podczas gdy dla seniorów wzrosła aż o 77 proc. Pracodawcy coraz chętniej szukają ludzi, których nie trzeba wdrażać.
I tu pojawia się pytanie, na które ktoś w końcu powinien odpowiedzieć: skąd młody człowiek ma zdobyć doświadczenie, jeśli nikt nie chce zatrudnić człowieka bez doświadczenia?
Pierwsza praca nigdy nie polegała wyłącznie na tym, że firma dostaje gotowego pracownika. To było także miejsce nauki. Człowiek zaczynał od prostszych zadań, ktoś bardziej doświadczony sprawdzał jego pracę, poprawiał błędy, tłumaczył, jak działa firma i zawód. Po roku czy dwóch młody pracownik stawał się coraz bardziej samodzielny. W ten sposób powstawali późniejsi specjaliści.
Dzisiaj część pracodawców chciałaby ominąć cały ten etap. Chcą dostać młodego człowieka, który już wszystko umie, ale nadal jest na tyle młody, żeby można było zatrudnić go na stanowisku juniorskim. Z punktu widzenia pojedynczej firmy taki rachunek może być racjonalny. Szkolenie kosztuje, wdrożenie zajmuje czas, początkujący pracownik popełnia błędy. Tylko że jeśli wszystkie firmy zaczną myśleć w ten sposób, to skąd za kilka lat właściwie wezmą się ci wszyscy doświadczeni pracownicy?
Sztuczna inteligencja może zabrać młodym pierwsze szczeble kariery
Rozwój sztucznej inteligencji może ten problem jeszcze pogłębić. Nie dlatego, że roboty zabiorą jutro wszystkim pracę. Taki obraz jest zbyt prosty. AI przejmuje jednak coraz więcej podstawowych czynności, które wcześniej wykonywali właśnie początkujący pracownicy. To były zadania niezbyt skomplikowane, ale pozwalały nauczyć się zawodu. Jeśli dziś wykona je program, firma może dojść do wniosku, że zamiast dwóch juniorów lepiej zatrudnić jednego doświadczonego pracownika korzystającego z nowych narzędzi.
Problem w tym, że sztuczna inteligencja może wykonać zadanie juniora, ale nie wychowa nam przyszłego specjalisty. Jeśli zabierzemy młodym pierwsze szczeble drabiny, to później może się okazać, że nie ma komu wejść na kolejne.
Mniej pieniędzy na staże i aktywizację bezrobotnych
W piątek Sejm zajmował się sytuacją na rynku pracy w ramach informacji bieżącej. Zadałam wtedy dwa pytania. Pierwsze było bardzo proste: dlaczego bezrobocie w Polsce w ogóle rośnie, skoro każdego roku na rynek pracy wchodzą mniej liczne roczniki niż te, które z niego odchodzą? Zwróciłam też uwagę, że dwucyfrowe bezrobocie występuje już w 111 powiatach. Drugie pytanie dotyczyło pieniędzy na aktywizację osób bezrobotnych.
Na pierwsze pytanie nie usłyszałam właściwie jasnej odpowiedzi. Pani wiceminister Małgorzata Baranowska mówiła o zwolnieniach grupowych, których w tym roku było mniej niż rok wcześniej, o problemach przemysłu, restrukturyzacjach, automatyzacji czy likwidacji oddziałów zagranicznych firm. To wszystko są ważne elementy obrazu. Ale nadal nie wyjaśniają, dlaczego ogólna liczba osób bez pracy rośnie w sytuacji, w której demografia powinna działać w przeciwnym kierunku. Resort sam zresztą wskazał, że część zwolnień jest związana właśnie z automatyzacją i robotyzacją.
Znacznie bardziej konkretna była odpowiedź dotycząca aktywizacji. Ministerstwo wskazało, że w tym roku aktywne programy rynku pracy rozpoczęło ponad 84 tys. osób. Prawie 41 tys. podjęło pracę subsydiowaną, ok. 30 tys. rozpoczęło staże, ponad 8 tys. szkolenia. A zatem tu dobrze widać, że te instrumenty są wykorzystywane i są potrzebne.
Tym bardziej trudno mi zrozumieć decyzję o ograniczeniu pieniędzy na ten cel. Już w lutym alarmowałam, że środki na aktywizację bezrobotnych spadły z ok. 3,6 mld zł w 2025 roku do ok. 2,1 mld zł w roku obecnym. W niektórych województwach oznaczało to cięcia sięgające 70, a nawet 87 proc.! Mniej pieniędzy zostało więc na staże, szkolenia, prace interwencyjne i dotacje na rozpoczęcie działalności, czyli właśnie na te narzędzia, które mogą pomóc komuś zdobyć pierwsze doświadczenie albo wrócić na rynek po utracie zatrudnienia.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej samo wcześniej przyznało, że ograniczenie środków nie było jego pomysłem. Resort chciał większej kwoty. Mimo to cięcia zostały przeprowadzone. Dzisiaj słyszymy, że część braków jest uzupełniana z rezerwy Funduszu Pracy i że w przyszłym roku pieniędzy ma być na razie o 150 mln zł więcej. Dobrze, że środki są zwiększane, ale warto zachować proporcje, bo wcześniej wyjęto z systemu ok. 1,5 mld zł.
Nie rozumiem tej logiki. Mamy Fundusz Pracy, którego zadaniem jest między innymi pomaganie ludziom pozostającym bez zatrudnienia. Mamy rynek, na którym część młodych nie może zdobyć pierwszej pracy, część branż przechodzi automatyzację, a w wielu powiatach bezrobocie pozostaje bardzo wysokie. I właśnie w takim momencie państwo ogranicza pieniądze na aktywną politykę rynku pracy.
Kto odpowiada za pierwszą szansę zawodową
Z lewicowego punktu widzenia jest jeszcze jedna zasadnicza kwestia, o której chciałabym wspomnieć. Otóż nie zgadzam się z modelem, w którym całą odpowiedzialność za dostosowanie się do rynku pracy przerzucamy na pracownika. Człowiek ma się dokształcać, przebranżawiać, nauczyć obsługi AI, zdobywać doświadczenie i być gotowy na kolejną zmianę technologiczną. Wszystko to jest ważne. Ale odpowiedzialność spoczywa również po stronie pracodawcy i państwa.
Firma, która potrzebuje specjalistów, musi czasem tych specjalistów sama wyszkolić. Staż powinien być faktyczną nauką zawodu, a nie sposobem na zdobycie taniego pracownika na kilka miesięcy. Praktyki powinny dawać konkretne kompetencje. Państwo natomiast powinno wspierać szczególnie te formy zatrudnienia, które prowadzą do trwałego wejścia na rynek pracy, zamiast ograniczać środki dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne.
Młody człowiek, który przez pół roku wysyła CV i dostaje kolejne odmowy, bardzo szybko zaczyna słyszeć, że problem tkwi w nim. Za mało doświadczenia i kompetencji. Zły kierunek studiów. Niewłaściwe oczekiwania. Tymczasem problem może polegać po prostu na tym, że rynek nie chce już ponosić kosztu nauczenia kogokolwiek zawodu.
I dlatego nie chciałabym, żeby dyskusja o bezrobociu młodych skończyła się kolejnym poradnikiem pod tytułem „Jak napisać dobre CV”. To jest również pytanie o to, jakiej gospodarki chcemy. Czy takiej, w której firmy inwestują w ludzi i budują kadry na lata, czy takiej, która chce zatrudniać wyłącznie gotowych specjalistów, najlepiej wyszkolonych wcześniej za cudze pieniądze.
Nie każdy młody człowiek potrzebuje pomocy państwa. Nie każdemu potrzebny jest urząd pracy. Ale państwo powinno być gotowe wtedy, gdy pierwszej pracy nie można znaleźć przez miesiące, gdy ktoś musi zmienić zawód albo gdy znika zakład będący największym pracodawcą w powiecie.
Pierwsze doświadczenie zawodowe nie bierze się znikąd. Ktoś musi dać młodemu człowiekowi pierwszą szansę. Jeżeli nie zrobi tego rynek, a państwo jednocześnie ograniczy narzędzia, które miały w tym pomagać, to nie powinniśmy później ze zdziwieniem pytać, skąd wzięło się bezrobocie wśród młodych.


