
Teologia (n)a zdrowy rozum. Stworzenie
Współczesna świadomość, pozbawiona samej idei religii jako konstatacji stanu rzeczy, w ogóle nie zna pojęcia diabła osobowego – pisze Frank Joseph SHEED
Upadek człowieka
.Bezpośredni skutek grzechu Adama, opisany w Księdze Rodzaju, jest dosyć zaskakujący. Przed upadkiem „mężczyzna i jego żona byli nadzy, ale nie odczuwali wstydu” (Rdz 2,25), teraz zaś, natychmiast po zjedzeniu owocu, uświadomili sobie swoją nagość i postarali się o jakiś przyodziewek. Jak nie mogli dłużej patrzeć na siebie nawzajem bez skrępowania, tak samo nie mogli bez obaw stanąć twarzą w twarz z Bogiem. „Gdy mężczyzna i jego żona usłyszeli głos Pana Boga, przechadzającego się po ogrodzie podczas powiewu wiatru, ukryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu” (Rdz 3,8).
Ich lęk okazał się uzasadniony. Ewie Bóg oznajmił: Pomnożę twoje bóle związane z porodem. W bólu będziesz rodziła dzieci. Do twojego męża będziesz lgnęła, ale on będzie panował nad tobą (Rdz 3,16).
Adamowi zapowiedział:
Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu. W trudzie będziesz zdobywał na niej pożywienie przez wszystkie dni życia. Będzie ci ona rodziła ciernie i osty, a przecież twoim pokarmem mają być płody roli. W pocie czoła będziesz zdobywał pożywienie, aż wrócisz do ziemi, bo z niej zostałeś wzięty. Bo z prochu jesteś i do prochu wrócisz (Rdz 3,17–19).
Ostatnia część tej opowieści streszcza się w kilku zdaniach:
Usunął (…) Pan Bóg człowieka z Edenu, aby uprawiał ziemię, z której został wzięty. Wypędził go i postawił na wschód od Edenu cherubów z wirującym ognistym mieczem, by strzegli drogi do drzewa życia (Rdz 3,23–24).
1. Utrata łaski Bożej i zepsucie natury
.Ludzkość miała dużo czasu na przemyślenie historii upadku człowieka, z tak dobitną zwięzłością przedstawionej w Księdze Rodzaju. Sam Chrystus przyszedł, aby nam ją wyjaśnić, a od dwóch tysięcy lat Jego Kościół rozmyśla nad nią w świetle Jego objawienia.
Gdy Bóg zakazał Adamowi spożywania owoców owego szczególnego drzewa, uprzedził go jednocześnie, że przekroczenie zakazu będzie oznaczało śmierć. Pierwszy człowiek wszakże jak wspomnieliśmy – nosił w sobie dwojakie życie: naturalne życie ciała i duszy, przez które był człowiekiem, oraz nadprzyrodzone życie łaski uświęcającej, przez które był dzieckiem Bożym i mógł pewnego dnia oglądać żywą rzeczywistość Bożą w niebie. Jednemu i drugiemu rodzajowi życia odpowiadały dwa rodzaje śmierci, a przez swój grzech Adam doświadczył obydwu.
Rozważmy najpierw śmierć polegającą na utracie życia nadprzyrodzonego. Przed grzechem dusza pierwszego człowieka pozostawała obdarzona łaską uświęcającą, a wraz z nią – cnotami teologalnymi (wiarą, nadzieją, miłością) oraz moralnymi (sprawiedliwością, roztropnością, umiarkowaniem i męstwem), prócz nich zaś nadzwyczajną obfitością darów Bożych. Jednakże kluczem do życia nadprzyrodzonego – tak jak do każdego życia – jest miłość. Ożywiającym składnikiem łaski uświęcającej jest miłość Boga. Przeciwstawiając woli Bożej swoją własną, Adam unicestwił miłość, a tym sposobem zagubił ożywiającą zasadę łaski uświęcającej i stał się martwy w sensie nadprzyrodzonym. Z jego duszy uszła moc, której pełnym skutkiem miało stać się bezpośrednie oglądanie Boga.
Teraz więc pozostało mu tylko życie naturalne, aczkolwiek nie takie samo jak przedtem. Zerwawszy wskutek buntu właściwe odniesienie swojej osoby do Boga, Adam utracił swoją pierwotną prawość, właściwą więź duszy z ciałem oraz harmonijne współdziałanie władz duchowych. Został również ukarany pozbawieniem wolności od cierpienia i śmierci, które obciążyły jego naturę, obecnie skażoną. Śmierć przyszła na człowieka jako kara za grzech. Chociaż bowiem ze względu na materialny składnik swojej natury – człowiek podlega śmierci, to jednak gdyby nie zgrzeszył, Bóg stałby między nim a ową podatnością.
Przyjrzyjmy się dokładniej zniszczeniom w naturze człowieka. Wcześniej dusza rządziła ciałem, a równocześnie trwała we właściwym odniesieniu miłości i posłuszeństwa do nieskończonego źródła wszelkiego życia. Jednakże w akcie buntu przeciwko Bogu utraciła – całkiem dosłownie – swoje prawa, ciało zaś zbuntowało się przeciw niej. Przedtem poszczególne władze duszy działały harmonijnie, ponieważ wszystkie na równi pozostawały ukierunkowane na Boga jako swój cel ostateczny. Jednakże odwróciwszy się od Niego, utraciły cel, nadający im jedność i harmonię, przeto każda z nich podążyła swoją drogą, szukając szczęścia, gdzie popadnie. Tak więc dusza natychmiast zderzyła się zarówno z buntem ciała, jak i z konfliktem swoich władz wewnętrznych.
Chwała ludzka uległa żałosnemu i doszczętnemu zniszczeniu. Adam musiał się zmagać – tak jak my wszyscy od tamtej chwili – z nieposłuszeństwem ciała i chwiejnością duszy. W następstwie grzechu najpierw on, a my w ślad za nim, zostaliśmy podwójnie dotknięci. Prawie niemożliwe stało się dla nas panowanie nad własnymi namiętnościami. W tych sprawach nawet ktoś, kto nie wierzy w upadek ludzkości w Adamie, musi przecież widzieć, że natura ludzka boleśnie okulała: jeżeli człowiek został stworzony przez Boga, to nie mógł zostać stworzony w takim stanie! Gdybyśmy nie wiedzieli, że człowiek upadł w Adamie, sama obserwacja by nam podpowiedziała, że doświadczył jakiegoś upadku.
Na temat wyobraźni oraz miejsca nienależnie zajmowanego przez nią w sprawach, które powinny stanowić wyłączną domenę rozumu i woli, mówiliśmy już sporo w pierwszej części książki. Wyobraźnia sama w sobie to po prostu władza tworzenia obrazów, naprawdę przydatna rozumowi. Wskutek zepsucia natury ludzkiej, spowodowanego upadkiem, wyobraźnia wyszła daleko poza swoją rolę użytecznego sługi i praktycznie wiedzie prym w niemalże wszystkich naszych czynnościach życiowych. Warto przeczytać o tym raz jeszcze w rozdziale drugim.
Co się tyczy naszych namiętności i życia uczuciowego w ogóle, to możemy tylko wskazać główną trudność wywołaną upadkiem, a niech każdy z czytelników wypełni te ramy własnym doświadczeniem. To naturalne, że człowiek doznaje różnych namiętności, tragiczne jednak, że wymykają się one spod władzy jego rozumu. Przed upadkiem tak nie było, czego jeden przykład już widzieliśmy. Zanim zgrzeszyli, Adam i Ewa wcale nie krępowali się swoją nagością. Otrzymali Boże błogosławieństwo, aby się rozmnażali i wypełniali ziemię. Znali Boże objawienie o tym, że więź małżeńska będzie silniejsza nawet od rodzicielskiej. Odczuwali namiętność płciową, lecz ona nie panowała nad nimi. Mogli ją rozbudzać wedle upodobania, korzystać z niej, cieszyć się nią i powracać do stanu spokoju. Pożycie płciowe nie było kwestią gwałtownego, niepowstrzymanego popędu. Namiętności jednak wskutek upadku wyrwały się spod władztwa woli i rozumu – i od tamtego czasu bezustannie nękają człowieka. Od razu po grzechu Adam i Ewa zauważyli swoją nagość, a ich pierwszą odnotowaną czynnością po wypędzeniu z raju stało się obcowanie płciowe.
„Adam współżył ze swoją żoną Ewą. Ona poczęła i urodziła Kaina” (Rdz 4,1). Pierwszym mordercą okazał się pierwszy owoc niepohamowanej żądzy płciowej. W rajskim stanie ludzie mogli ze sobą obcować, kiedy zechcieli – teraz muszą to robić, gdy wzbiera w nich żądza.
Oczywiście Adam nie musiał pozostać tak nisko, jak upadł. Wciąż był człowiekiem, wciąż mógł wybierać lepiej czy gorzej, wciąż mógł lokować swoją miłość gdziekolwiek między nicością a samym Bogiem. Utracił niewinność, ale nie pamięć. To, co wiedział o Bogu przed upadkiem, wiedział również po nim. Ponieważ znał dobroć Bożą, zachował powód do żalu, a żaden naturalny ruch w tym kierunku nie zostałby powstrzymany przez jego dojmującą świadomość, że grzech się nie opłacił. Jako że Adam był człowiekiem i dlatego miał wolną wolę, nie był zmuszony do skruchy, lecz mógł ją wykazać. Teologowie zaś nigdy nie wątpili, że dzięki łasce Bożej faktycznie żałował i powtórnie otrzymał życie nadprzyrodzone w duszy, aczkolwiek nie w jego wcześniejszej pełni, której nie udźwignęłaby zepsuta natura ludzka. Gdyby nie otrzymał w ten sposób życia nadprzyrodzonego i umarł bez niego, nie trafiłby do nieba, jak bowiem stwierdziliśmy – a nigdy dość o tym przypominać – życie nadprzyrodzone uzdalnia do życia w niebie.
Przywrócenie życia nadprzyrodzonego jednak samo przez się nie uleczyło zranień natury. Możemy się posłużyć trochę nieudolnym porównaniem. Gdy dzbanek pełen śmietany spadnie z wysokiej półki, nastąpi dwojaki skutek: dzbanek pęknie, a śmietana się rozleje. Jeżeli naczynie nie rozbiło się na kawałki, można z powrotem wlać do niego śmietanę, co jednak nie zasklepi pęknięcia. To zgrubne porównanie trzeba będzie poprawić i doszlifować, albowiem życie nadprzyrodzone – przedstawione tu jako śmietana – może wywierać bardzo głęboki wpływ na naszą naturę. W ogólności wszakże pozostaje prawdą, że szkody wyrządzone naszej naturze muszą zostać naprawione ogromnym wysiłkiem w niej samej. Adam więc mimo że odzyskał w pewnej mierze łaskę uświęcającą nadal doświadczał buntu ciała przeciw duszy, konfliktu wewnętrznych władz duszy, przerośniętej roli wyobraźni, zaćmienia umysłu i wykolejenia woli przez namiętności oraz nieustannej możliwości ponownego popadnięcia w grzech.
2. Zerwanie więzi człowieka z Bogiem
.Trzecią konsekwencją upadku, której Adam nie mógł w żaden sposób zaradzić stało się zerwanie więzi łączącej ludzkość z Bogiem. Przedtem człowiek żył z Bogiem w jedności, teraz zaś uległa ona rozerwaniu. Między Bogiem a rodzajem ludzkim nastąpił rozłam i na tym polegał najpoważniejszy skutek grzechu pierworodnego – co dziwne, niemal zawsze ignorowany, zatraciliśmy bowiem nawyk myślenia o rodzaju ludzkim. Skupiamy się na pojedynczych ludziach, szczególnie na sobie samych, a potem na innych, zależnie od ich bliskości względem nas, na rodzinie lub narodzie. Możemy nawet powiedzieć, że ogarniamy uczuciem wszystkich żyjących ludzi, trudno jednak, byśmy wobec nich żywili silne uczucie jedności. Nie reagujemy wszakże naturalnie ani samorzutnie na ideę samego rodzaju ludzkiego, obejmującego nie tylko wszystkich ludzi obecnie żyjących, lecz także tych, którzy kiedykolwiek żyli albo będą żyć. Jakaś nasza skaza powoduje, że rodzaj ludzki jako całość okazuje się dla nas zbyt wielki, byśmy mogli go darzyć prawdziwą miłością albo chociaż sobie uświadamiać. Z tej racji wielu uznaje za nieprawdopodobne albo wręcz groteskowe, że cały rodzaj ludzki miał zostać poddany próbie w jednym człowieku. Dziwiłoby jednak, gdyby Bóg – Stwórca wszystkich ludzi na równi, dla którego żaden człowiek nie jest bliżej obecny niż którykolwiek inny i dla którego żadna idea nie okazuje się zbyt wielka – nie widział rodzaju ludzkiego jako całości i nie traktował go w ten sposób. Takie spojrzenie na Boga zarówno poszerza nasze ciasne granice, jak i wzmacnia naszą więź ze wszystkimi istotami ludzkimi. To właśnie dostrzegamy w opowieści o pierwszych kontaktach Boga z człowiekiem.
Przyjrzyjmy się temu z bliska. Na początku powinniśmy sobie uświadomić, na czym zasadzała się pierwotna relacja jedności między Bogiem a nami. Bóg obdarzył nas życiem nadprzyrodzonym, które z poziomu zwykłych stworzeń podnosi nas do godności dzieci Bożych. Dar ten został przeznaczony dla Adama, ale dla Adama jako głowy rodzaju ludzkiego, a zatem dla całej ludzkości, w oczach Boga postrzeganej jako ucieleśnionej w Adamie. Człowieka łączyła z Bogiem więź synowska. Gdyby pozostała nienaruszona, wszyscy otrzymalibyśmy od Boga takie samo życie nadprzyrodzone z tytułu jednakiej przynależności do rodzaju ludzkiego i każdy z nas byłby dzieckiem Bożym. Przez postępek pierwszego człowieka więź ta jednak uległa zerwaniu. Ludzkość została poddana próbie w Adamie, ten zaś jej nie przeszedł, bo zgrzeszył. W rezultacie upadł cały rodzaj ludzki i nie pozostawał już w jedności z Bogiem – zamknęło się dla niego niebo. Wcześniej trwał w jedności z Bogiem, jak syn z ojcem, teraz natomiast stanął przed Bogiem jak sługa wobec pana. Między nimi powstał rozłam. Uznaje się, że Adam i Ewa zmarli w stanie łaski uświęcającej, osobiście zjednoczeni z Bogiem przez miłość. Należeli jednak do rodzaju ludzkiego, już nietrwającego w jedności z Bogiem. Tak samo umarło wielu po nich. Nie mogli zostać potępieni, nosili bowiem w duszach łaskę uświęcającą. Nie mogli jednak wejść do nieba, ponieważ rodzaj ludzki, do którego należeli, przestał żyć w jedności z Bogiem. Właśnie na przywróceniu tejże jedności polegał problem, mianowicie problem pojednania. Bóg wiedział, jak go rozwiązać wiedział, w jaki sposób ludzkość może zostać na powrót z Nim zjednoczona i odzyskać dziecięctwo Boże. Zanim jednak Bóg postanowił działać, człowiek nie mógł uczynić niczego dla odtworzenia owej jedności. Jedną z najbardziej niefortunnych cech człowieka jest to, że może on zniszczyć to, czego nie potrafi odbudować – na przykład zabić drugiego człowieka, ale nie przywrócić go do życia. Tak samo w omawianej sytuacji: nadprzyrodzoną jedność łączącą człowieka z Bogiem może ustanowić wyłącznie Bóg. Człowiek umiał ją zniszczyć, lecz potem nie potrafił jej przywrócić, tak samo jak nie mógł wprowadzić jej na początku. Odbudowę komplikował jednak czynnik, który nie występował na samym początku, mianowicie grzech popełniony przez człowieka. Ludzkość nie znajdowała się teraz na poziomie zero, tylko poniżej, albo ujmując to inaczej – nie została po prostu bez grosza, ale wpadła w dług. Niezależnie od tego, czy Bóg tego żądał, niewątpliwie w imię ścisłej sprawiedliwości człowiek powinien był coś uczynić – odpokutować grzech, spłacić należność. Przez sprawiedliwość zaś rozumiem nie samą odpłatę, karę za zniewagę, lecz słuszną wizję rzeczywistości, wymagającą naprawienia szkód zaburzających porządek rzeczy. „Każdy, kto popełnia grzech, dopuszcza się bezprawia, bo grzech jest bezprawiem” (1 J 3,4). Chwała Boża została zanegowana postępkiem ludzkiej natury. Chwała ta jest kluczem do rzeczywistości, a jej zaprzeczenie sprawia, że wszystko staje się nierzeczywiste. Toteż własnym swoim postępkiem natura ludzka znalazła się w stanie nierzeczywistości. Do przywrócenia właściwego porządku rzeczy niezbędny wydawał się jakiś akt ludzkiej natury, co najmniej tak samo daleko idący jak tamten, tyle że w przeciwnym kierunku.
Istniał zatem nie tylko problem przywrócenia zerwanej więzi człowieka z Bogiem – czyli problem pojednania w źródłowym sensie (jak naprawić rozłam), lecz także problem ekspiacji, czyli pojednania w bardziej powszechnym, współczesnym znaczeniu (jak postąpić wobec grzechu, który doprowadził do rozłamu). Do Boga należała decyzja, czy ekspiacja powinna zostać dokonana, a jeżeli tak, to w jaki sposób. Nie wystarczyłoby nic, co człowiek,czy to Adam, czy to ktokolwiek inny, czy wreszcie cała ludzkość mógł teraz ofiarować Bogu w zadośćuczynieniu za ów pierwszy wielki występek natury ludzkiej. Sam człowiek doznał bowiem nazbyt głębokiego uszczerbku, aby mógł dokonać jakiegokolwiek doskonałego aktu naprawy: zepsuty człowiek mógł tylko ofiarować niedoskonałe akty. Nikt nie zdołałby nawet ofiarować całego siebie, ponieważ nikt nie władał sobą całkowicie – zbyt wielka część każdego człowieka pozostawała poza jego panowaniem. Miłość Boża domagała się przywrócenia jedności, relacji dziecięctwa. Skoro jednak najpierw trzeba dokonać ekspiacji, w jaki sposób jest to możliwe?
Można się więc zadumać nad problemami, które spowodował człowiek swoim grzechem. W tych rozmyślaniach jednak wystarczająco dokładnie widzimy, czego człowiek uczynić nie mógł, natomiast tylko w zarysie i przebłyskach dostrzegamy, co uczynić należało. Warto rozważać, co Bóg mógł uczynić, ale nieporównanie lepiej się przekonać, co faktycznie uczynił. Ostatecznie obydwa problemy miały znaleźć jedno rozwiązanie, w którym cudownie połączyły się miłość i sprawiedliwość.
Ale jeszcze nie teraz. Dopóki sam Bóg nie odbudował jedności, świątobliwi ludzie mogli otrzymywać życie nadprzyrodzone, ale tylko jako osobisty dar dla nich, jako nagrodę za ich miłość, nie zaś za pośrednictwem rodzaju ludzkiego. Mogli umierać z życiem nadprzyrodzonym w swoich duszach – co znaczy, że nadawali się do przebywania w niebie musieli jednak czekać, aż niebo otworzy się ponownie dla ludzkości, do której należeli.
3. Skutki naturalne dla potomków Adama
.Rozważmy dokładniej osobisty skutek upadku Adama dla jego potomków. Jak bowiem stwierdziliśmy, wszyscy pozostajemy uwikłani w ów grzech. Święty Paweł Apostoł pisze:
Przez jednego człowieka przyszedł na świat grzech, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, gdyż wszyscy zgrzeszyli. (…) A śmierć zapanowała przecież od Adama do Mojżesza również nad tymi, którzy nie popełnili grzechu podobnego do grzechu Adama (Rz 5,12–14).
Adam nosił w sobie dwojakie życie, a jedno i drugie podległe innemu rodzajowi śmierci – i my podpadlśmy pod obydwa jej rodzaje. Jako że pierwszy człowiek zgrzeszył, wszyscy przejmujemy tylko jego życie naturalne, bez nadprzyrodzonego, owo zaś życie naturalne pozostaje zepsute, nieuchronnie skazane na śmierć.
Rozważmy te dwa skutki oddzielnie. Pod względem życia naturalnego zależymy dziedzicznie od Adama. Owo życie obejmuje duszę i ciało, chociaż zaś nasza dusza zostaje stworzona bezpośrednio przez Boga, to jednak jej związek z naszym ciałem jest tak ścisły, że różnorakie defekty ciała, z którym jednoczy się każda dusza u zarania życia ludzkiego wystarczają na to, by dać każdemu z nas skażoną naturę. Dotyka nas to samo nieuporządkowanie składników naszej natury, którego doświadczał Adam: bunt ciała przeciw duszy, wzajemny konflikt jej władz wewnętrznych, nadmiernie wybujała rola wyobraźni, namiętności i uczucia popychające nas do grzechu. Ponadto musimy umrzeć, a przedtem żyć w świecie, który wypowiedział nam posłuszeństwo. Począwszy od Adama, człowiek walczy o życie i o swoje prawa we wszechświecie, który przestał go uważać za swojego pana. Najdumniejszy zdobywca może zakończyć swój żywot wskutek ukąszenia węża albo co jeszcze bardziej upokarzające aktywności zarazków. Człowiek też nie odnosi się do zwierząt ani trochę lepiej niż one do niego. Harmonia uległa zburzeniu. Człowiekowi w stanie doskonałości Bóg powierzył „panowanie” nad zwierzętami. Gdy jednak błogosławi Noemu po potopie, rozbrzmiewa inny ton:
Niech się was boją i lękają wszelkie zwierzęta na ziemi: ptaki powietrzne, wszystko, co pełza na ziemi, oraz wszystkie ryby w morzu. Daję wam władzę nad nimi. Wszystko, co się porusza i żyje, będzie dla was pokarmem, podobnie jak rośliny zielone. Wszystko to wam daję (Rdz 9,2–3).
W porządku naturalnym trwa pewien szczególnie tajemniczy skutek grzechu Adamowego. Ład wszechświata materialnego uległ zburzeniu. Bóg powiedział do pierwszego człowieka: „Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu” (Rdz 3,17). W akcie stworzenia Bóg spojrzał na wszystko, co uczynił, i uznał to za bardzo dobre (zob. Rdz 1,31). Teraz jednak nad stworzeniem zaciążyła klątwa. Nie utraciło ono swojej dobroci, lecz zostało ogarnięte nieporządkiem, który nie leżał w zamyśle Bożym i nie wynikał z przyczyn naturalnych, tylko z grzechu Adama. Wszechświat materialny spajają tak ścisłe zależności tudzież relacje równowagi, że katastrofa w jego najwyższym rejonie spłynęła na wszystkie jego niższe części. Nawykowo i naiwnie pojmujemy materię jako zupełnie niezależną, spojoną tylko przyczynami materialnymi. Została ona wszakże stworzona przez Ducha, jest podtrzymywana w istnieniu przez Ducha i całkowicie podlega władztwu Ducha. Nie mamy przeto powodu sądzić, że to, co się dzieje na którymkolwiek poziomie duchowym, nie oddziałuje na nią w żaden sposób. Abstrahując zaś od takich możliwych skutków bezpośrednich, działanie człowieka w przewrotności jego woli i ciemności jego umysłu może wywoływać najgorsze zaburzenia równowagi ładu materialnego. Nie wiemy, jakie szkody przyniósł ziemi grzech Adama, ale w rezultacie pojawił się na niej jakiś nowy czynnik przewrotności. To również zostanie naprawione przez Chrystusa (zob. Rz 8,18–22).
4. Grzech pierworodny i człowiecza bezradność
.Tyle, choć skrótowo, jeśli chodzi o naturalne skutki grzechu Adamowego dla nas. Skutek nadprzyrodzony okazał się niepomiernie poważniejszy. Rodzimy się bez życia nadprzyrodzonego, ale nie dlatego, jakoby Adam, który je utracił, nie mógł nam przekazać tego, czego brakowało jemu samemu (jak widzieliśmy, nieomal na pewno odzyskał je dla siebie). Życia nadprzyrodzonego nie przekazuje się na drodze dziedziczenia pochodzi ono od Boga jako dar. Bóg wszakże postanowił, by stało się ono dziedziczne w innym sensie, mianowicie by towarzyszyło tej naturze, którą istoty ludzkie przejmują od Adama, gdyby on nie zgrzeszył. Rodzimy się bez życia nadprzyrodzonego, ponieważ warunek, pod którym Bóg udzielałby go nam od pierwszej chwili naszego istnienia, został złamany przez Adama.
W tym punkcie dochodzimy do jednej z bardziej tajemniczych nauk dotyczących bezpośrednio człowieka do nauki o grzechu pierworodnym, wiążącej się z faktem, że grzech Adama ogarnął całą ludzkość. W jakiś zagadkowy, mroczny sposób grzech Adama urzeczywistnia się w jego potomkach: zostają oni nie tylko dotknięci skutkami tegoż grzechu, lecz także jakoś uwikłani w samą winę:
„Przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wielu stało się grzesznikami” (Rz 5,19).
Tkwi on w nas nie w formie grzechu aktualnego, osobistego jak w Adamie, który go faktycznie popełnił lecz jako grzech habitualny, stan nieprawości. Teologowie przeważnie zrównują go z brakiem życia nadprzyrodzonego, które byśmy mieli, gdyby Adam nie zgrzeszył. Toteż Sobór Trydencki orzekł:
Jak (…) ludzie, gdyby nie pochodzili od Adama, nie rodziliby się rzeczywiście jako niesprawiedliwi, gdy tymczasem przez to pochodzenie w chwili poczęcia zaciągają własną niesprawiedliwość, tak też gdyby w Chrystusie się nie odrodzili, nigdy by nie byli usprawiedliwieni, ponieważ przez to odrodzenie otrzymują przez zasługi męki Chrystusa łaskę, dzięki której stają się sprawiedliwi.
Innymi słowy, wskutek grzechu Adamowego rodzimy się w nieprawości, czyli bez łaski uświęcającej, której na nowo dostępujemy przez chrzest.
W czym jednak tkwi nasza wina? Owszem, zostajemy pozbawieni łaski na skutek grzechu, ale gdzie tu grzech? Nie jest on grzechem osobistym, a w takim razie dlaczego staje się naszym udziałem? Otóż dzieje się tak z powodu naszej natury. Stan grzeszności zalągł się w naturze Adama, która stała się źródłem naszej natury. Jak nauczają teologowie, grzech pierworodny jest przekazywany na naturalnej drodze rozmnażania płciowego: nosimy go w sobie dlatego, że pochodzimy „z nasienia Adama” (ex semine Adae). Nie byłoby w tym żadnej tajemnicy, gdybyśmy mieli jaśniejszy wgląd w relację między osobą a naturą w nas samych, a także w relację natury każdego człowieka z naturą jego przodków. Z braku takiej jasności widzimy tajemniczą ciemność. Wydaje mi się, że do granic światła bardzo się przybliżył bł. Odo z Tournai, dwunastowieczny autor, biskup Cambrai, w swoim dziele na temat grzechu pierworodnego:
O grzechu mówi się na dwa sposoby jako osobistym i naturalnym. Naturalnym jest ten, z którym się rodzimy i który zaciągamy od Adama; w Adamie wszyscyśmy zgrzeszyli. W nim bowiem była moja dusza jako gatunek [species], nie osoba, nie jednostkowo, lecz we wspólnocie natury. (…) Dlatego każda dusza ludzka pozostaje winna z powodu swojej natury, chociaż nie z powodu swojej osoby. Grzech, którego się dopuściliśmy w Adamie, we mnie jest naturalny, w nim natomiast osobisty; w nim cięższy, we mnie lżejszy. Zgrzeszyłem w nim bowiem nie tym, kim jestem, ale czym jestem. Zgrzeszyłem w nim nie ja, lecz to, czym jestem. Zgrzeszył człowiek, lecz nie Odo. Zgrzeszyła substancja, nie osoba; a jako że substancja nie istnieje inaczej niż w osobie, grzech substancji staje się też grzechem osoby, lecz nie osobistym. Grzech osobisty popełniam bowiem przez to, kim jestem, a nie czym jestem: grzeszy Odo, nie człowiek; grzeszy osoba, nie natura; ponieważ jednak osoba nie istnieje bez natury, grzech osoby staje się też grzechem natury, choć nie naturalnym2.
W pierwszym odruchu uznamy zapewne, że dotyka nas niesprawiedliwość, skoro wchodzimy w życie ze skalaną naturą i bez odrobiny życia nadprzyrodzonego jedynie na skutek jakiegoś występku popełnionego przez innego człowieka w zamierzchłych czasach. Niewierzący znajduje w tym powód do kpin – „Ewa zjadła jabłko, a nas rozbolał brzuch”, powiada, ale i wierzącego może wprawiać w zakłopotanie ten pozorny brak Bożej sprawiedliwości. Reakcja taka, choć odruchowa, nie powinna jednak przetrwać chwili refleksji. Oskarżenie o niesprawiedliwość okazuje się wyjątkowo kruche. Nie przysługuje nam żadne prawo do życia nadprzyrodzonego, albowiem jako istoty ludzkie i bez niego mamy naturę w pełni ukonstytuowaną. Jeżeli Bóg postanawia nas takim życiem obdarzyć, to stanowi ono całkowicie dobrowolny dar z Jego strony, a zatem coś, co może On podarować albo zatrzymać, albo dać warunkowo wedle swego upodobania. Co się zaś tyczy naszej natury, to my jak wszyscy nasi przodkowie zawdzięczamy ją Adamowi i nie możemy narzekać, że mógł nam ją przekazać jedynie w postaci uszkodzonej: lepsze to niż nic. Nie uczyniliśmy niczego, aby otrzymać jakąkolwiek naturę. Zanim zostaliśmy powołani do istnienia, nie byliśmy nawet upoważnieni do posiadania natury ludzkiej; skoro zaś istniejemy, nie jesteśmy upoważnieni do nadprzyrodzoności. Nie możemy utrzymywać, że zasłużyliśmy sobie na lepszą naturę niż ta, która nam przynależy od poczęcia, i że zostaliśmy z niej oszukańczo wyzuci. Nie zasłużyliśmy na żadną zgoła naturę i nie było nas czego pozbawić.
Oskarżenie o brak sprawiedliwości nie wytrzymuje więc chwili namysłu. Nawet jednak narzekanie na to, że pozostajemy w ten sposób uwarunkowani nieszczęściem Adama, świadczy o uchylaniu się od naturalnej solidarności rodzaju ludzkiego. Nie jesteśmy odosobnionymi jednostkami, ale członkami jednej całości, nawet w porządku naturalnym: odcięcie, odizolowanie się od następstw cudzej niegodziwości, ale i od udziału w owocach cnót innych ludzi nie przyniosłoby nam żadnego pożytku. Święty Paweł pisze do Rzymian:
Jak z powodu występku jednego człowieka wyrok potępiający dotknął wszystkich ludzi, tak też z powodu jednego czynu usprawiedliwiającego do wszystkich ludzi przyszło usprawiedliwienie dające życie. Bo jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wielu stało się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo jednego wielu stanie się sprawiedliwymi (Rz 5,18–19).
Ta sama solidarność rodzaju ludzkiego, przez którą odbieramy wpływ porażki Adama, pozwala nam przyjmować owoce zwycięstwa Chrystusowego. O tym jednak więcej dużo więcej powiemy w dalszym ciągu.
5. Rola diabła
.Pozostaje zastanowić się jeszcze nad jednym uczestnikiem tragedii grzechu pierworodnego, mianowicie diabłem. Księga Rodzaju podaje, że Ewa została skuszona przez węża. Na temat kusiciela nie mówi nic więcej nie rozstrzyga, że był nim diabeł. To, że nie chodzi o zwyczajnego węża, jakiego zna zoologia, rozumiemy równie jasno jak to, że drzewo poznania dobra i zła nie zaliczało się do jednego z gatunków znanych botanice. Tego raczej nie trzeba nam tłumaczyć. Gdybyśmy nie odgadli sami, że chodzi o diabła, powinniśmy się o tym dowiedzieć z dalszych ustępów Biblii. W Księdze Mądrości czytamy:
Przecież Bóg uczynił człowieka nieśmiertelnym, stworzył go dokładnie na swój obraz, a śmierć wdarła się na świat przez zazdrość diabła, doświadczą jej ci, którzy stoją po jego stronie (Mdr 2,23–24).
Z kolei Apokalipsa przedstawia figurę „wielkiego smoka, dawnego węża, nazywanego diabłem i szatanem, (…) który zwodzi cały świat” (Ap 12,9).
Od tamtej pory diabeł nieprzerwanie odgrywa jakąś rolę w sprawach ludzkich. Trudno dokładnie czy choćby w przybliżeniu ustalić, co zyskał po swoim pierwszym, ogłuszającym uderzeniu w człowieka. Ogólny rezultat nie pozostawia jednak nawet cienia wątpliwości. Przedtem człowiek został ustanowiony przez Boga panem świata i to panowanie w jakiejś mierze przeszło na jego pogromcę.
Diabeł niejednokrotnie zostaje nazwany władcą tego świata (zob. np. J 12,31; J 14,30). Rzeczywiście, włada światem w takim sensie, w jakim na przykład alkohol może zawładnąć człowiekiem. Jako anioł bowiem przewyższał człowieka mocą, znalazł w nim słabe miejsce i wykorzystał je do cna z zabójczym skutkiem. Świat znalazł w nim swojego władcę w takim znaczeniu, w jakim Pismo Święte powiada o wrogach krzyża Chrystusa, że „ich bogiem – brzuch” (Flp 3,19). Czy jednak diabeł uzyskał jakieś prawa w świecie? Trudno powiedzieć, jak mogłoby do tego dojść, skoro jego działanie w kuszeniu Adama było grzeszne, żadnych zaś praw nie nabywa się przez grzech. Diabeł oznajmił Panu Jezusowi:
Dam Ci tę całą władzę i jej przepych, ponieważ mnie ona została powierzona i mogę ją dać, komu chcę. Jeśli więc oddasz mi hołd, wszystko będzie Twoje (Łk 4,6–7).
Jezus mu nie zaprzeczył. Co jednak dokładnie znaczą słowa diabła, że władza „mnie została powierzona”? Tak czy owak jego panowanie nad upadłą ludzkością stało się przerażającym faktem. Pojedynczy ludzie mogą się opierać, ich ogół jednak sprawia wrażenie, jakby zaprzedał się diabłu. Cokolwiek wchodzi w skład owego panowania, nie ulega wątpliwości, że po pierwszej udanej próbie skuszenia człowieka diabeł nieustannie działa jako kusiciel i przeciwnik. Widzimy, jak Szatan nakłania króla Dawida, by wbrew woli Bożej przeprowadził spis ludności Izraela (zob. 1 Krn 21). Święty Paweł Apostoł powiada: „Nie walczymy (…) przeciw krwi i ciału, ale przeciwko zwierzchnościom i władzom, przeciwko władcom tego świata ciemności, przeciwko złym duchom na wyżynach niebieskich” (Ef 6,12).
Nadzwyczaj kompletne przedstawienie szczególnej relacji Szatana z rodzajem ludzkim zawiera Księga Hioba. Szatan wystawia na próbę wiarę owego mężczyzny w Boga i kieruje przeciwko niemu cały arsenał zła. Zostaje nam jednak wyraźnie zakomunikowane, że mógł to uczynić wyłącznie za Bożym pozwoleniem. Twierdzenie, że swoim zwycięstwem nad Adamem Szatan nabył prawo do kuszenia ludzkości, byłoby zbyt stanowcze. Działał grzesznie, a jak powiedzieliśmy: w ten sposób nikt nie nabywa żadnych praw. Wygląda jednak na to, że Bóg dostrzegł jakąś słuszność w tym, by pozwolić Szatanowi na kuszenie człowieka: w Adamie ludzie zdecydowali się dać posłuch Szatanowi, a więc wyśmienicie – niechże słuchają go nadal. Bóg przychodzi im z pomocą, jak ongiś Adamowi. Wszelkie grzechy wszystkich ludzi po Adamie następują śladem jego grzechu i zawiązują swego rodzaju grzeszną solidarność między nim a nami solidarność, przewrotnie parodiującą solidarność natury. W tej dziedzinie wszyscy w jakiś sposób powtarzamy doświadczenie Adamowe i ogólnie rzecz ujmując – nie mamy powodów do chluby. To zresztą nie dziwi: skoro Szatan zdołał odnieść tak oszałamiające zwycięstwo nad człowiekiem nieupadłym, to jego zadanie nie musi się okazać trudniejsze w przypadku człowieka upadłego. Niemniej zmaganie z tak potężnym nieprzyjacielem bardzo sprzyja dojrzałości duchowej, jeżeli mocno się opieramy. To właśnie mógł mieć na względzie Bóg, pozwalając Szatanowi na to, żeby nas kusił.
Jak już wskazaliśmy, nastąpić miało pojednanie. Bóg wiedział, że dokona go w tym celu, aby rodzaj ludzki mógł odnowić z Nim przyjaźń – w odmiennym razie nie warto byłoby udzielać łaski uświęcającej poszczególnym ludziom. Jej ostatecznym celem jest bowiem uzdolnienie ludzi do życia w niebie, a mogą się oni w nim znaleźć dopiero wtedy, gdy zostanie ono powtórnie otwarte dla całego rodzaju ludzkiego, do którego należą. Innymi słowy, ludzkość dostała drugą szansę. Na jej temat powiemy więcej w dalszym ciągu, na razie zauważmy, że w rezultacie nie wygasła potrzeba próby, tyle że każdy człowiek zostaje jej poddany indywidualnie. Do tego obecnie sprowadza się nasze życie na ziemi – jak zaś w reprezentatywnym doświadczeniu Adama dokonało się kuszenie przez diabła, tak samo w naszym, indywidualnym. Owa próba zasadniczo dotyczy woli, która może swobodnie wybierać albo Boga, albo siebie w przeciwstawieniu do Boga. W drugim z tych przypadków rzadko dokonuje się bezpośredni wybór siebie – raczej odbywa się szukanie szczęścia wedle własnych pragnień wbrew woli Bożej, a mogą się one kierować ku czemukolwiek. Zważywszy na to, że porządek stworzony wypełniają rzeczy nas pociągające i że nasza natura uległa istotnemu skażeniu, można by się zastanawiać, czy coś jeszcze mogłoby sprawić, że próba okaże się bardziej wymagająca. Innymi słowy, możemy tak łatwo ciążyć ku jakiemukolwiek pomniejszemu dobru – własną siłą bezwładnośc, że nasuwa się pytanie, dlaczego diabeł miałby się jeszcze nami kłopotać.
Pewne elementy odpowiedzi muszą zaczekać, aż przejdziemy do bardziej szczegółowego omówienia naszej natury – jaką otrzymaliśmy popsutą i jaką psujemy dalej. Na jeden wszakże aspekt należy zwrócić uwagę już teraz. Otóż gdyby każdy z nas po prostu podążał za własnymi skłonnościami do niszczenia i umniejszania siebie przez dokonywanie różnych wyborów przeciwnych woli Bożej, wtedy Zły z pewnością miałby widowisko nieliche, chociaż nieco chaotyczne. Tymczasem trudno się przyglądać temu światu bez poczucia, że w nim bynajmniej nie rządzi chaos zła, lecz istnieje pewien motor i kierunek, który wskazuje na aktywność jakiejś żywej inteligencji, koordynującej to wszystko, co w odmiennym razie pozostawałoby tylko rozproszoną, niepowiązaną masą przejawów ludzkiej woli mimo że nieprzymuszona wola człowieka nastręcza też diabłu problemów.
Współczesna świadomość, pozbawiona samej idei religii jako konstatacji stanu rzeczy, w ogóle nie zna pojęcia diabła osobowego. Wprawdzie nie zaprzecza się obecności zła, lecz raczej przedstawia się je pod postacią sił i skłonności. W pewnym sensie ta odmowa uznania diabła za osobę jest naturalnym przejawem myślenia życzeniowego. Jeżeli bowiem taka osoba istnieje, to raczej budzi przerażenie – wygodniej przeto myśleć, że jej nie ma. Skoro musimy się bać ciemności, to lepiej obawiać się jakichś impulsów aniżeli żywej osoby. W głębszym jednak znaczeniu odmawianie osobowości diabłu wynika z faktu, że dzisiaj w ogóle atakuje się osobowość. Widzieliśmy już przejaw tej tendencji w negowaniu osobowości Boga, później zaś zobaczymy w odmawianiu jej człowiekowi. Dlaczegóż diabeł miałby być traktowany przychylniej?

W każdym razie trzeba by odrzucić znaczną część chrześcijaństwa, jeżeli sprowadzałoby się diabła do jakiejś skłonności. Od początku do końca dziejów ludzkich Zły występuje jako ktoś, jako istota obdarzona rozumem i wolą. Jak powiedzieliśmy, Bóg wiedział, co uczyni po to, aby odwrócić katastrofę upadku człowieka. Nie bez powodu w pierwszej kolejności oznajmił swój zamysł nie Adamowi i Ewie, lecz Szatanowi, i to w słowach zapowiadających zwycięstwo nad nim: jego łeb miał zostać zmiażdżony (zob. Rdz 3,14–15).
Fragment książki: „Teologia (n)a zdrowy rozum. Stworzenie” wyd. W Drodze, Poznań 2026 [LINK]







