
Uzdrawiające rany
Od samego początku między ręką Boga a rodzajem ludzkim istnieje szczególna relacja. Na początku Księgi Rodzaju widzimy, jak zaczyna istnieć wszechświat w odpowiedzi na serię majestatycznych proklamacji – pisze Erik VARDEN OCSO
.W Biblii hebrajskiej „ręka” Pana oznacza sprawczość. Może ona mieć charakter czysto formalny. Wyrażenie „ręką” może nieść ogólny sens „za pomocą”. Nie musi tu koniecznie chodzić o antropomorficzne pojęcie posługiwania się. Mamy do czynienia z metaforą, zjawiskiem językowym.
Jednakże zjawiska językowe rzadko są arbitralne. Fakt, iż Izrael pojmował Boga jako Tego, który dotyka stworzonej rzeczywistości, aby ją kształtować swoją „ręką”, ukazuje biblijną wiarę w bliskość Boga. Bóg Izraela nie jest nieporuszonym poruszycielem. Trzyma rękę na pulsie tego, co stworzył, podczas gdy to się rozwija i rozkwita.
Boska ręka objawia Jego opatrzność, która – jak głosi wspaniała kolekta – nigdy się nie myli.
Od samego początku między ręką Boga a rodzajem ludzkim istnieje szczególna relacja. Na początku Księgi Rodzaju widzimy, jak zaczyna istnieć wszechświat w odpowiedzi na serię majestatycznych proklamacji. Proces stopniowego rozróżniania światłości od ciemności, wód ponad sklepieniem od wód pod sklepieniem, morza od ziemi dokonuje się mocą Bożego rozkazu: „Bóg rzekł… i tak się stało”. Dopiero przy opisie stworzenia człowieka dowiadujemy się, iż „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia”.
Nie wspomina się wprost o ręce Boga, ale uznaje jako coś oczywistego. Hebrajski czasownik użyty do oddania idei lepienia, vayyitzer, pochodzi od rdzenia yatzar, stosowanego zwykle przy mówieniu o garncarzu formującym glinę – archetypie wytwarzania. Ten sam czasownik użyty jest później także w odniesieniu do zwierząt: „Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki podniebne” – choć występuje tu znaczące rozróżnienie. Gdy czasownik ten odnosi się do stworzenia człowieka, pisany jest z podwojeniem litery yod (pierwszej spółgłoski w trzyliterowym rdzeniu), natomiast gdy chodzi o stworzenie zwierząt, występuje tylko jedna litera yod. Rabini interpretują tę odmienną pisownię następująco: „Tylko człowiek, jak twierdzą, jest wyposażony zarówno w Yetzer tob (dobrą skłonność), jak i Yetzer ra (złą skłonność); tymczasem u zwierząt nie ma rozróżnień moralnych ani konfliktu moralnego. Inne wyjaśnienie jest takie: jedynie człowiek jest obywatelem dwóch światów; jest zarówno z ziemi, jak i z nieba”. Ulepiwszy człowieka Bóg tchnął w niego duszę, a ten akt nie ma odpowiednika w przypadku stwarzania zwierząt. Temu tchnieniu człowiek zawdzięcza swój wyjątkowy, wzniosły potencjał stawania się „jak” Bóg.
.Kiedy w historii biblijnej pojawia się „ręka” Boga, to często dzieje się to w związku z pouczeniem moralnym, aby wesprzeć ludzką skłonność do dobra, tak by zyskała przewagę w walce z naszą skłonnością do zła. Niekiedy „ręka” Boga interweniuje również, aby ocalić człowieka od niego samego, gdy straci kierunek, utknie w martwym punkcie lub wpakuje się w trudne do rozwiązania kłopoty.
Najbardziej emblematycznym z takich scenariuszy jest wyjście z Egiptu. Zanim mu się przyjrzymy, musimy rozważyć ładunek symboliczny, jakim nacechowany jest Egipt w Piśmie Świętym; jest on bardziej zróżnicowany, niż moglibyśmy sądzić na pierwszy rzut oka.
Początkowo Egipt był dla Izraela schronieniem. Gdyby synowie Jakuba nie zdołali się tam osiedlić, gdyby Józef nie został urzędnikiem egipskim, plemiona wyginęłyby w czasie straszliwej klęski głodu6 . Egipt zaoferował Izraelitom coś więcej niż tylko zboże; znaleźli tam również dobroć. Prowokująca do namysłu opowieść o egipskiej prawości znajduje się już w eposie o Abramie. On również udał się do Egiptu, aby szukać pożywienia w czasach głodu, wędrując szlakiem, którym jego potomkowie mieli podążyć wiele generacji później.
Po przybyciu do kraju wymyślił zagadkowy podstęp, który plami jego charakter, ujawniając, iż nawet ten patriarcha patriarchów był poddany podwójnemu yetzerowi i musiał nauczyć się właściwego postępowania. Albowiem bez dwóch zdań: przychodząc do Egiptu, Abram skłamał. Powiedział do Saraj, swojej żony:
Wiem, że jesteś urodziwą kobietą; skoro cię ujrzą Egipcjanie, powiedzą: to jego żona; i zabiją mnie, a ciebie zostawią przy życiu. Mów więc, że jesteś moją siostrą, aby mi się dobrze wiodło ze względu na ciebie i abym dzięki tobie utrzymał się przy życiu.
Tak uczyniła. I stało się tak, jak zapowiedział: „zabrano Saraj na dwór faraona”, Abrama zaś pozostawiono w spokoju i mógł doglądać swojej trzody.
Na biednego faraona zaczęły spadać nieszczęścia. Uznał je za karę zesłaną z góry z powodu jakiegoś nadużycia. Gdy dowiedział się, że Saraj dostała się do jego domu, zataiwszy prawdę, zrozumiał związek. Jego odpowiedź była honorowa. Zamiast po prostu pozbyć się Abrama, osiadłego przychodnia, za którym niewielu by tęskniło, i zatrzymać sobie jego uroczą żonę, tak jak później postąpił Dawid wobec Uriasza9 , faraon zganił go i rozgniewany, że uwikłano go w nieprawość, powiedział: „Cóżeś mi uczynił? Czemu mi nie powiedziałeś, że ona jest twoją żoną?”. I odesłał Saraj. Abramowi zaś pozwolono wrócić do Ziemi Obiecanej i zabrać ze sobą dobytek, „wielki” majątek. Nie ma tu wzmianki o żadnych karach.
Świadomość tych wydarzeń pozwoli uniknąć zbyt płytkiej interpretacji Wyjścia i jego znaczenia dla naszego życia. Będziemy pamiętać, że to, co „Egipt” oznacza w Biblii, nie jest całkiem złe. Humanitaryzm córki faraona umożliwił przetrwanie Mojżeszowi, który chlubił się tytułem „przyjaciela Boga”. W młodości został „wprowadzony w całą mądrość egipską”. Dzięki temu był przygotowany do swojego opatrznościowego zadania. Zanim Izraelici wyruszyli w drogę, „Pan wzbudził życzliwość Egipcjan”, tak że otrzymali od nich dużo egipskiego srebra, złota i ubrań – zasobów, które przydały im się na pustyni. Część złota została wykorzystana do sporządzenia złotego cielca, część zaś do wyrobu świętych naczyń, które posłużyły Izraelitom do sprawowania kultu. Egipt stał się dla Izraela miejscem ojczystym w takim stopniu, że niektórzy tęsknili za nim, podobnie jak żona Lota z nostalgią spoglądała wstecz na Sodomę.
.Przed narodzinami Mojżesza Izraelici i Egipcjanie żyli w konflikcie wskutek obaw o przyszłość, które pojawiają się także we współczesnej geopolityce. Izraelici, którzy przybyli do Egiptu jako uchodźcy z przyczyn humanitarnych i stali się przydatną siłą roboczą, zaczęli być postrzegani jako zagrożenie po tym, jak wzrosła ich liczebność i pewność siebie. Perspektywa zaburzenia równowagi demograficznej sprowokowała wprowadzenie środków zaradczych, kiedy „rządy w Egipcie objął nowy król, który nie znał Józefa”, to znaczy nie pamiętał tego, że Bóg trzymał swą rękę nad synami Jakuba, a Józef przyczynił się do rozkwitu Egiptu w trudnych czasach.
I rzekł do swego ludu: „Oto lud Izraelitów jest liczniejszy i potężniejszy od nas. Roztropnie przeciw niemu wystąpmy, ażeby się przestał rozmnażać. W przypadku bowiem wojny mógłby się połączyć z naszymi wrogami i walczyć przeciw nam, aby wyjść z tego kraju”.
Ów nowy faraon, zapewne Ramzes II, w prowadzonej przez siebie polityce nie przywiązywał wagi do pojęcia opatrzności. Wierzył w pragmatyczną przebiegłość, egzekwowaną przez aparat państwowy przy użyciu przemocy.
Dostrzegamy zarys konfrontacji o charakterze ideowym między tymi dwoma światopoglądami. W czasach Mojżesza Egipt reprezentuje despotyczny system nacjonalistycznych ambicji, usiłujący utrzymać status quo autonomicznej dominacji. Tymczasem Izrael stanowi zmienną i elastyczną teokrację, mającą plemienne pochodzenie, ale uniwersalny zasięg, zdolną do natychmiastowego zintegrowania, jeszcze po egipskiej stronie Morza Czerwonego, mnóstwa ludzi o mieszanym pochodzeniu etnicznym i kulturowym, gotową zaakceptować i urzeczywistnić proroctwo dane Abramowi przed wyruszeniem z Charanu: „Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”.
Pismo Święte mówi o tych rywalizujących ze sobą tendencjach, przeciwstawiając „rękę” faraona „ręce” Pana. Powoławszy Mojżesza ze środka płonącego krzewu, żeby zaprowadził Izraela do domu, Bóg jasno określił stawkę oczekującego go zadania na długo przed rozpoczęciem negocjacji z faraonem: „Ja zaś wiem, że król egipski nie pozwoli wam wyruszyć, chyba że zmuszony siłą. Wyciągnę przeto rękę i uderzę Egipt”. Od tej chwili ręka Pana wiernie towarzyszy Izraelowi nie tylko w przypadku plag przygotowujących wyjście ludu z ziemi egipskiej. Nad Morzem Czerwonym „wyciągnięte ręce” Mojżesza dokonują zbawczego dzieła „prawicy” Pana, ocalając Izraela z „rąk faraona”.
Później, na Synaju, Bóg wręcza Mojżeszowi kamienne tablice, które zostały wyryte Jego Boską ręką i zawierały przykazania. Kiedy lud dociera na granicę ziemi, Mojżesz prosi, żeby spojrzał wstecz, mówiąc: „Pan niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, całą drogę, którą szliście, aż dotarliście do tego miejsca”. Metafora z Księgi Wyjścia, w której zbawcza moc Boga została ukazana w postaci piór drapieżnika („niosłem was na skrzydłach orlich”), zostaje przekształcona w niosące ręce kochającego ojca.
Krnąbrni Izraelici nie mogli wrócić do domu, gdyż „zaciążyła nad nimi ręka Pana, aby ich usunąć z obozu, aż do zupełnego zniknięcia”. Na skutek szemrania ich serca zgorzkniały, a ręce stały się niewydolne i nie nadawali się do otrzymania błogosławieństwa. Tym zaś, którzy otrzymali błogosławieństwo przekroczenia Jordanu, oznajmiono, iż nawet ta wyczekiwana przystań wskazuje poza siebie, na jeszcze bardziej chwalebną rzeczywistość.
Ostatecznie „schronieniem jest Bóg przedwieczny, ku ziemi wyciągnął odwieczne ramiona”. Mojżesz oznajmił te słowa, zanim wydał ostatnie tchnienie u stóp góry Nebo w ziemi Moabu. Tam został pochowany, jak twierdzą niektórzy, rękami samego Boga w grobie przygotowanym dla niego w chwili stworzenia.
Jako figura retoryczna „ręka Pana” jest doskonalona w całym Pięcioksięgu. Odcisnęła ona swój ślad w pozostałej części Biblii i w świadomości wierzących. Ręce Boga są postrzegane jako nieustannie kształtujące Izrael i kierujące nim, karcące go i pieszczące według potrzeby, prowadzące lud do osiągnięcia celu, dla którego powołano go do istnienia. Jeremiasz głoszący w okresie, gdy „ręka” Egiptu zaczęła ponownie ingerować w los Izraela, w jednym z obrazów, którymi się posługuje jako środkami dydaktycznymi, sugestywnie łączy różne wątki znaczeniowe:
Słowo, które Pan oznajmił Jeremiaszowi: „Wstań i zejdź do domu garncarza; tam usłyszysz moje słowa”. Zstąpiłem więc do domu garncarza, on zaś pracował właśnie przy kole. Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, robił z niego inne naczynie, według tego, co wydawało się słuszne garncarzowi. Wtedy Pan skierował do mnie następujące słowo: „Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz? – wyrocznia Pana. Oto bowiem jak glina w ręku garncarza, tak jesteście wy, domu Izraela, w moim ręku”.
Być Izraelitą, dzieckiem Bożym, to pozostawać w formujących rękach Boga, podczas gdy On, wszechwiedzący Yotzer, kieruje naszym podwójnym yetzerem odpowiednio do celu, jakim jest piękno.
Kiedy kontemplujemy krucyfiks, oburza nas widok sparaliżowanych i zniekształconych rąk Pana, przebitych gwoździami wykonanymi zgodnie z normą rzymskiej praktyki karnej, przeszywającymi ciało, kości i ścięgna pod ciosami młota trzymanego ręką, która – symbolicznie rzecz biorąc – mogłaby równie dobrze zostać uznana za rękę faraona.
Witaj, Jezu, pasterzu dobry, wyczerpany w walce, rozciągnięty na drzewie, do drzewa przybity; rozłożone Twoje święte ręce.
Ręce pasterza, od których oczekujemy trzymania laski i kija, szykowania radosnej uczty, namaszczania trzody uświęcającym olejkiem, są teraz unieruchomione i bezwładne. Wydają się bezczynne; ale nie, są wciąż uniesione, wyciągnięte jak ręce Mojżesza najpierw nad Morzem Czerwonym, potem nad Izraelem walczącym z Amalekitami, podtrzymywane nie przez Aarona i Chura, lecz przez ramiona krzyża. Oczy wiary rozpoznają w tej scenie olbrzymie błogosławieństwo.
Narrator w poemacie Arnulfa z Louvain stoi teraz i jest na równym poziomie z Ukrzyżowanym. Tylko w ten sposób może objąć ręce Chrystusa. Postawy, które rozważaliśmy dotychczas – prostracja i klęczenie – są pełne czci. W staniu prosto ujawnia się otwartość. Stając twarzą w twarz z upokorzeniem wcielonego Słowa, wyznajemy natychmiast: „Oto Człowiek” i „Pan mój i Bóg mój”.
.Gdy zatrzymujemy wzrok na zranionych dłoniach Jezusa, jesteśmy zmuszeni zmierzyć się z czymś, co w tajemnicy wiary jest najbardziej tajemnicze: dobrowolnie wybraną cierpliwością Wszechmocnego, paraliżem Źródła ruchu. Dobrze jest przywołać ten obraz, ilekroć czujemy, że nasze ręce są związane, i odczuwamy pokusę rozpaczy, błędnie przyjmując, że istniejemy i działamy tylko dzięki robieniu czegoś.
Czytałem kiedyś poufną relację mniszki cierpiącej na chorobę neuronu ruchowego. Kobieta wiary przyjęła diagnozę z opanowaniem, pocieszając tych, którzy rzekomo przychodzili ją pocieszać. Jednakże nieustanny postęp choroby wiązał się z korektą epistemiczną. W miarę jak zmniejszały się jej fizyczne możliwości oddziaływania na świat i zamykała się w sobie niczym małż słodkowodny, zajmujący się wytwarzaniem pięknej perły, jej sposób pojmowania tego, kim jest w stosunku do wszystkiego i wszystkich, ulegał zmianie. Pamiętam metaforę z relacji, którą podyktowała jednej z sióstr. Powiedziała mniej więcej tak – cytuję z pamięci tekst, który gdzieś mi się zagubił: „Dotychczas wiosłowałam na kajaku mego życia po osłoniętym leśnym jeziorze, radując się cichym pięknem otoczenia. Teraz moja łódka jest unoszona prądem. Nie panuję już nad jej kursem. Pędzę wzdłuż nieznanych, nieoczekiwanych brzegów. Wszystko, co mogę robić, to trzymać się i próbować w jakiś sposób cieszyć się podróżą”.
Zetknąłem się z tym szczególnym losem w początkach mego życia monastycznego. Początkowo zastanawiałem się, czy ta osobliwa metafora to nie sarkazm albo wręcz przejaw gniewu. Później zrozumiałem jednak, że wyraża głos duszy tak przekonanej o dobroci Boga, iż nawet skrajny paraliż jest przyjmowany jako dar z pewnością, że gdzieś pod nim kryje się błogosławieństwo udzielane przez odwieczne ramiona, a tymczasem nie należy robić zbytniego zamieszania.
Im dłużej nad tym rozmyślam, tym bardziej odnajduję w tym wyznaniu obraz, a nawet egzegezę, wyciągniętych ramion Jezusa na Golgocie. Zdumiewające, że tutaj, w tym unieruchomionym stanie, wypowiada On nadzwyczaj dynamiczną intencję, mówiąc: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. W Twoje ręce.
Teologia naucza, że ręce Boga nigdy nie były bardziej aktywne niż wtedy, gdy zostały przytwierdzone do drewna, „przebite gwoździami”, wskutek czego krew płynęła „jako cena wielkiego zbawienia”. Jest to lekcja, którą należy często i w ciszy rozważać.
.Medytacja Arnulfa ujawnia jego głęboko eucharystyczną wrażliwość. Tego właśnie można oczekiwać po cystersie. W czwartej zwrotce tego fragmentu jego serce tęskni, aby dotknęły je purpurowe od krwi dłonie Zbawiciela. Jego usta piłyby krople Jego przelanej krwi. Zakłada się tutaj swego rodzaju myślenie asocjacyjne, jakie w późniejszych stuleciach odnajdujemy w obrazach Fra Angelico czy Giotta, które ukazują aniołów fruwających wokół krzyża z kielichami w dłoniach i zbierających tę samą Najdroższą Krew, która jest rzeczywiście obecna na ołtarzu podczas Mszy Świętej. Przypomina nam to o jednoczesności ofiary Chrystusa oraz praktyki sakramentalnej, ponieważ – jak modli się kapłan nad chlebem i winem w Wielki Czwartek – „ilekroć sprawujemy pamiątkę Ofiary Chrystusa, spełnia się dzieło naszego odkupienia”.
Innym uderzającym obrazem, podjętym i rozwiniętym w tekście, są szeroko otwarte ramiona Chrystusa: „Ukazujesz się szeroko rozpostarty”. Jego ukrzyżowane ręce są pojmowane jako rozpostarte w uniwersalnym uścisku, niewykluczającym nikogo. Podobnie do św. Pawła, który dąży wciąż naprzód przynaglany miłością Chrystusa, postrzegamy Jezusa, który umiłował swoich do końca, w pewnym sensie jako ofiarę własnej filantropii. Pragnął On zgromadzić dzieci Jerozolimy „jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła”. Na krzyżu ukazuje się bezradny z rozpostartymi ramionami, ośmielając nas, widzów o twardym sercu, do modlitwy. „Skłoń ku sobie moje zmysły […] i niech będę jak Twoje wyciągnięte ramiona”.
Motyw szerokości idzie jednak jeszcze dalej. W Biblii hebrajskiej raz za razem rysowany jest kontrast między ciasnymi miejscami, w których życie jest straszne (angielskie słowo anguish, „udręka”, wywodzi się od łacińskiego angustia, „wąskość”), a rozległymi przestrzeniami szczęścia. W dwudziestym szóstym rozdziale Księgi Rodzaju opowiadającym o tym, jak Izaak powrócił z filistyńskiego Geraru – Egiptu w miniaturze – po spędzeniu tam pewnego czasu, ponieważ „w kraju nastał głód”, kolejny już, widzimy go oddającego się charakterystycznej czynności: oczyszczaniu studni, „które niegdyś wykopano za życia Abrahama, jego ojca”, ale później zostały zasypane ziemią przez Filistynów, którzy nie chcieli, żeby stada Izaaka się mnożyły. Po sprzeczkach z pasterzami Geraru o wiele z tych studni Izaak natrafił na jedną, co do której nie było już sporów. „Izaak dał jej nazwę Rechobot [po hebrajsku: „rozległe przestrzenie”, w Wulgacie: Latitudo], mówiąc: Teraz dał nam Pan swobodną przestrzeń, abyśmy się rozmnażali w tym kraju”. Podobnie otwarte ramiona Chrystusa wskazują na szeroką przestrzeń, w której nie trzeba rywalizować o przynależność, w której wszyscy mogą odnaleźć równowagę i ukojenie.

Żeby tam pomyślnie trwać, musimy dostosować się do ofiarowywania siebie w miłości, o którym mówią ramiona Chrystusa. Modlitwy formułowane w naszym imieniu są radykalne: „Niech ma wiedza, zdolność, wola służą sprawie Twego krzyża”; „Pociągnij mnie do triumfu krzyża i kres połóż moim wadom”. Każdy, kto pragnie spoczywać bezpiecznie w rękach Jezusa, musi odrzucić wszelkie powiązania ze złem i z kompromisem moralnym, „by sprawiedliwi nie wyciągali rąk swoich ku nieprawości”36. Ten sam Pan, który na krzyżu okazuje bezwarunkową miłość, powiedział surowo: „Jeśli twoja prawa ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie”. Powaga odrzucenia ręki Pana, boleść, jaką w ten sposób sprawiamy sobie i innym, jest cięższa, niż bylibyśmy skłonni sobie uświadamiać.
.Panie Jezu, trzymaj mnie delikatnie, lecz pewnie w swoim ręku, ukształtuj mnie według swego zamysłu, uczyń pięknym i wolnym. Zachowaj mnie od wszelkich oszukańczych podstępów. Nie pozwól mi zapomnieć o ranach na Twoich dłoniach, przyrzeczeniach miłości, przy których modlę się, żeby mnie wciąż bardziej zadziwiały.
Erik Varden
Fragment książki „Uzdrawiające rany”, wyd. „Esprit”, 2026 r. [LINK]


