Antoni LIBERA: Komu potrzebna jest Polska?

Komu potrzebna jest Polska?

Photo of Antoni LIBERA

Antoni LIBERA

Pisarz, tłumacz, reżyser teatralny i krytyk literacki. Jeden z najwybitniejszych znawców twórczości Samuela Becketta. Zrealizował ponad trzydzieści spektakli. Tłumacz m. in. Williama Szekspira, Oscara Wilde’a oraz Sofoklesa. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Laureat Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Prezydent Karol Nawrocki zaprasza wybitnych intelektualistów, ludzi kultury. artystów i naukowców do rezydencji w Klarysewie do pogłębionych dyskusji pod wspólnym hasłem „Rozmowy polskie”. Do pierwszej z nich Antoni LIBERA wygłosił wystąpienie otwierające.

.Gdyby postawić przewodnie pytanie naszego konwersatorium jakiejkolwiek wspólnocie w dalekiej przeszłości – na przykład zapytać starożytnych Greków, komu potrzebna była Grecja, albo starożytnych Rzymian, komu potrzebny był Rzym, nie mówiąc o dziesiątkach innych narodów w późniejszych epokach – sądzę, że wzbudziłoby ono zdziwienie jako pytanie tak proste, że aż niezrozumiałe. Ponieważ odpowiedź na nie jest najzupełniej oczywista, a mianowicie: że państwo, założone i uformowane przez daną wspólnotę, potrzebne jest przede wszystkim jej samej, tejże wspólnocie – jej członkom, rodzinom, wszystkim, którzy do niej przynależą lub się z nią identyfikują. Przedstawiciel owych dawnych wspólnot (ale i wielu dzisiejszych) odpowiadałby na tak zadane pytanie, jak odpowiada się dziecku, które dopiero uczy się świata i pojęć: zbiorowości organizują się w narody i państwa, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo w złowrogim, drapieżnym świecie i w miarę dostatnio żyć. Jest to forma instynktu samozachowawczego na poziomie ponadindywidualnym i przejaw zbiorowej woli przetrwania.

Przy okazji warto dodać, że nie zawsze się to udaje. Istniały liczne plemiona, prenarody, które nie zdołały wybić się na państwowość albo szybko ją utraciły, przez co rozpłynęły się w obcym żywiole i nie pozostawiły po sobie śladu.

Powstaje więc w tym momencie kolejne pytanie: dlaczego w ogóle o to pytamy? Dlaczego za temat pierwszej z planowanych debat wokół kluczowych spraw bieżącej historii i polityki została obrana tak właśnie sformułowana kwestia?

Otóż rozpoznaję co najmniej trzy powody tego wyboru.

.Pierwszym z nich – najogólniejszym, pełniącym rolę tła – jest zawrotna kariera idei globalizmu, powstałej mniej więcej w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy to kanadyjski filozof i teoretyk komunikacji Marshall McLuhan w swojej książce Galaktyka Gutenberga wprowadził termin „globalna wioska” (stało się to już w roku 1962). Idea ta, traktowana z początku z pewnym dystansem jako pomysł rodem z literatury science fiction, a w każdym razie z dziedziny futurologii, urosła na znaczeniu w latach 80., aż w ostatniej dekadzie XX wieku – wskutek rozwoju internetu oraz korporacji ponadnarodowych – zatryumfowała, stając się tyleż słowem kluczem opisującym nowy porządek świata, co ideologią lub kierunkiem politycznym promującym integrację ponad granicami.

Jaki przekaz niesie idea globalizmu? Jako pojęcie z pozoru opisowe głosi ona, że świat wchodzi oto po raz pierwszy w historii w fazę scalenia i symbiozy, a zamieszkujące go ludy, przy całej różnorodności etnicznej, religijnej i kulturowej, stają się z wolna Ziemianami zamiast odrębnymi nacjami. Modną inicjatywą stały się na przykład konkursy na projekt flagi Ziemi jako symbolu tożsamości i odrębności rodzaju ludzkiego w kosmosie. Pod tym wzniosłym i optymistycznym znaczeniem kryją się jednak treści całkiem inne – nazwijmy je: realpolityczne. Chodzi o to, że świat, zanim osiągnie stan ostatecznej jedności i stanie się siedzibą rodu ludzkiego jako jednej, wielkiej rodziny, musi przejść jeszcze fazę pośrednią, a mianowicie przyjąć postać kilku centrów, które koordynowałyby ów proces, czyli przysposabiałyby skupione wokół siebie wspólnoty do funkcjonowania w nowych warunkach współistnienia. Centra te to oczywiście największe potęgi cywilizacyjne i militarne, takie jak Stany Zjednoczone, Chiny, państwa islamu pod przywództwem Arabii Saudyjskiej, Europa Zachodnia i w jakiejś mierze Rosja. Nie mówi się wprawdzie, na czym owo przysposabianie pomniejszych narodów do ostatecznej unifikacji miałoby polegać, można się jednak tego domyślić. A podstawy do tego daje nasza już ponad 20-letnia przynależność do Unii Europejskiej, która pełni właśnie taką rolę lub przynajmniej do niej pretenduje.

.I tu przechodzę do drugiego powodu, z jakiego wiadome pytanie znalazło się dzisiaj na wokandzie. Jest nim już nie abstrakcyjna – i utopijna oczywiście – wizja scalenia i ujednolicenia globu ziemskiego, lecz najzupełniej faktyczna ewolucja organizacji, jaką jest Unia Europejska jako jeden z wymienionych wyżej globalnych ośrodków integracji.

Unia Europejska powstała, jak wiadomo, blisko 75 lat temu, pod hasłem, by zapobiec kolejnym wojnom i aby zamiast się zwalczać, tworzyć warunki wspólnego rozwoju i dobrobytu. I przez co najmniej cztery dekady, do końca lat 80., przeżywała okres świetności. Był to złoty wiek jej rozwoju i spektakularnych osiągnięć gospodarczo-cywilizacyjnych.

Warto podkreślić, że sukces ten, zwany cudem gospodarczym, ówczesna Unia zawdzięczała w jakiejś mierze żelaznej kurtynie, to znaczy temu, co się za nią działo. Chodzi mi o absurdalną ekonomię, wyniszczającą państwa podbite przez Rosję Sowiecką, oraz o system represji, drastycznie zniewalający obywateli. Złowrogi obraz życia w komunie stanowił dla Zachodu memento i skutecznie chronił ustrój oparty na własności prywatnej i wolnym rynku przed fermentem i rewoltą. Mimo rozpowszechnionych tam postaw i ruchów lewicowych straszak komunizmu był na tyle silny, że dyscyplinował tyleż „postępowców”, co „konserwatystów”, tak że żyli w miarę zgodnie i mogli wspólnymi siłami pomnażać majątek.

Z biegiem czasu w obliczu rozmaitych kryzysów i zmian Unia zaczęła się rozszerzać, aż po zwycięstwie Solidarności w Polsce i upadku Muru Berlińskiego z sześciu państw założycielskich rozrosła się w twór skupiający bodaj piętnaście podmiotów (na mocy traktatu z Maastricht z 1992 r.). Ewidentnie był to początek nowej, innej niż dotychczas ewolucji tej organizacji. Europa Zachodnia, zachowawszy nieprzerwaną tradycję kulturowo-cywilizacyjną i pozostając na w miarę wyrównanym poziomie gospodarczym, stanęła w obliczu sąsiedztwa z państwami Europy Środkowej i Wschodniej, które wyzwoliwszy się wreszcie spod sowieckiego jarzma, znajdowały się w stanie ruiny i zapóźnienia i miały wypaczone rozmaite prawa i nawyki. Krótko mówiąc, odstawały od standardów panujących na Zachodzie. A przecież historycznie do tej cywilizacji należały i aspirowały, aby do niej powrócić.

Od zakończenia II wojny mijało wtedy mniej więcej 50 lat. Motywy, z jakich zrodziła się idea Unii, stały się przebrzmiałe i nieaktualne. Na przełomie wieków nikomu nie przychodziło do głowy, że na Starym Kontynencie, w dodatku po tak spektakularnym sukcesie gospodarczym, może dojść do konfliktu zbrojnego. Jednocześnie miejsce owej pierwotnej idei zajęła wypracowana przez lata nowa, wtórna doktryna: aby demokrację liberalną nieustannie doskonalić i poszerzać jako najlepszy z możliwych systemów ustrojowych.

I wtedy właśnie – niepostrzeżenie – zaczęły odradzać się pewne atawizmy, zdawałoby się, raz na zawsze zażegnane, a jednak nieśmiertelne. Chodzi o to, że główne państwa założycielskie Unii, czyli Belgia, Francja, Holandia, Niemcy i Włochy, a także kilka innych, które dołączyły do nich później, takie jak Hiszpania, Portugalia i Wielka Brytania, będąc swego czasu mocarstwami kolonialnymi, które utraciły swoje dobra, poczuły, że się tak wyrażę, zew krwi, czyli naturalne skłonności do podboju i hegemonii. Tym bardziej że potencjał wynikający z dotychczasowej konsolidacji wyraźnie się kurczył. Inaczej mówiąc: w latach 90., w ogromnych „dzikich polach” Europy Środkowo-Wschodniej Zachód dostrzegł dla siebie ogromną szansę, a szczególnie dostrzegły ją zjednoczone Niemcy, graniczące z Polską i nigdy niepogodzone z utratą tzw. Ziem Odzyskanych, nie mówiąc o Szczecinie. Oczywiście pokusy te i nadzieje były głęboko zakamuflowane i przykryte grubą warstwą poprawnościowej nowomowy.

Pierwsza faza nowego „parcia na Wschód” polegała na przyjaznym i kuszącym zachęcaniu do integracji i przyłączaniu kolejnych państw do UE. Następnie na niezbędnej pomocy ekonomicznej, by jak najszybciej znieść przepaść cywilizacyjną i uczynić świeżo przyjęte kraje „kompatybilnymi” z Zachodem. A wreszcie, mniej więcej od połowy drugiej dekady XXI wieku, na przemyślnym hamowaniu rozwoju (oczywiście też pod przykrywką rozmaitych idei progresywno-innowacyjnych), by nowi członkowie brukselskiej organizacji nie stali się przypadkiem zbyt samodzielni i zbyt konkurencyjni. Nagle okazało się, że wszelka inna opcja polityczna niż lewicowo-liberalna jest nieprawomyślna, ba, reakcyjna, „populistyczna”, a nawet „faszystowska”. Filozofia autorytarnej władzy generowana w Brukseli zaczęła przypominać pamiętną kwestię Eugeniusza z niezrównanego Tanga Mrożka: wolno mieć swoje zdanie, „jeżeli tylko zgadza się z naszym zdaniem”.

Dzisiaj – zwłaszcza pod rządami wiernopoddańczej wobec Berlina Koalicji Obywatelskiej – jesteśmy na etapie systematycznego podporządkowywania rodzimej administracji, rynku pracy i zbytu… centrom decyzyjnym za granicą. Krótko mówiąc: neokolonializm kwitnie, i to w najlepsze. Tyle że proces ten, jak w kółko podkreślam, jest przemyślnie maskowany i zakłamywany: przedstawiany jako rzekomo „prometejska” akcja modernizacyjna, mająca na celu uszczęśliwienie zapóźnionych ludów poprzez ideologię totalnej emancypacji, wolności i równości.

Któż dzisiaj w dobie politycznej poprawności i deklarowanej walki z mową nienawiści przyznałby się do przemocy lub narzucania swej woli? Któż okazałby otwarcie wyższość, jak czynili to niegdysiejsi konkwistadorzy i kolonizatorzy i całkiem niedawni pan-Germanie? Dziś wszystko załatwia się w drodze „perswazji” i „dialogu”, tyle że polega to z reguły na szantażu i składaniu znanych nam z Ojca chrzestnego „propozycji nie do odrzucenia”. Można powiedzieć, że zwyciężyła rosyjsko-mongolska szkoła fałszu i zakłamywania rzeczywistości, tak celnie opisana przez Orwella.

Ten skrótowy opis ewolucji Unii Europejskiej w ciągu ostatnich dekad wskazuje, że znaleźliśmy się w potrzasku. Z jednej strony, zwłaszcza w obliczu otwarcie deklarowanej i brutalnej próby odbudowania imperium rosyjskiego, Polska nie może sobie pozwolić na izolację i ewentualne wystąpienie z Unii (zresztą nikt by jej na to nie pozwolił, gdyby chciała skorzystać z tego przysługującego jej prawa; jak nie do pomyślenia było swego czasu wystąpienie z Układu Warszawskiego i RWPG); z drugiej zaś strony, podlegając unijnym traktatom, a w ślad za tym morderczej presji rozmaitych organów wykonawczych, traci stopniowo nie tylko dynamikę rozwoju, ale po prostu suwerenność.

Obecnie, Anno Domini 2025, jest właściwie już zupełnie jasne, do czego zmierza ów proces, zwany niewinnie i wzniośle integracją, mającą otwierać nowy etap historii. Jest to nic innego jak kolejna próba podboju, tyle że nie środkami militarnymi, jak to bywało w przeszłości, lecz środkami prawno-administracyjnymi i ekonomicznymi, a następnie stworzenia kontynentalnego tworu na podobieństwo imperium Karola Wielkiego, a jeszcze bardziej: Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, w którym to molochu pomniejsze państwa/narody byłyby prowincjami – oczywiście o różnym stopniu uprzywilejowania. Prowincje zachodnie – „starsze” – stałyby wyżej, natomiast wschodnie – zwane „młodszymi” – bez porównania niżej, stanowiąc rodzaj zaplecza i zasobów dla centrum.

Gdy patrzy się na tę ewolucję z bliskiej perspektywy, niejako od wewnątrz, może zdumiewać, że szlachetna w założeniu idea, zrodzona ze sprzeciwu wobec wojny, przemocy i dominacji jednych nad drugimi, do tego stopnia uległa degeneracji, że przerodziła się w końcu w coś całkiem przeciwnego; że narody, wyrzekające się w punkcie wyjścia swych ekspansjonistycznych skłonności, ba, które wręcz karykaturalnie, do granic samozaparcia, biły się w pierś za niegdysiejszy kolonializm, po zaledwie półwieczu dopuszczają się recydywy (trudno powiedzieć, na ile nieświadomie, niby zmylone radykalnym przebraniem). Jeśli jednak spojrzy się na cały ten proces z dalszej czy szerszej perspektywy, okaże się, że nie ma w tym niczego szczególnego: jak świat światem trwa walka o hegemonię i rządzi prawo wilcze. Czy komukolwiek z wyznawców marksizmu, włącznie z jego twórcą, przyszło do głowy, że w rękach zacofanej, reakcyjnej Rosji stanie się on narzędziem podboju i ekspansji na niespotykaną skalę?

.Przechodzę teraz do trzeciego powodu, z jakiego zastanawiamy się dzisiaj, „komu potrzebna jest Polska”.

O ile dwa pierwsze powody mają charakter zewnętrzny – wiążą się z sytuacją geopolityczną na świecie i dominującymi trendami ideowymi, to trzeci ma charakter wewnętrzny – dotyczy pewnego zjawiska, które ma miejsce na rodzimym gruncie. Chodzi mi o pewną tendencję w kulturze, która przekłada się na stosunek do własnej wspólnoty (jej historii, tradycji, obyczaju) i wynikające stąd nastroje społeczne. Dawniej nazywano to zaprzaństwem, z czasem samonegacjonizmem, a dzisiaj ojkofobią – w ślad za Rogerem Scrutonem, który ukuł to pojęcie.

Generalnie chodzi o wypaczoną formę krytycznego myślenia o polskiej historii i tradycji, które zrodziło się jeszcze w okresie międzywojennym. A więc o ważny skądinąd nurt – głównie w literaturze, ale i szerzej: w kulturze – podejmujący próbę przezwyciężenia obciążeń i wypaczeń duchowych powstałych wskutek zaborów. Ten nurt wyznaczają nazwiska takich pisarzy, jak Brzozowski, Żeromski, Witkacy (głównie w Niemytych duszach), a także Gombrowicz i Irzykowski. Była to nieraz bolesna, ale i potrzebna lekcja. Płynęła z prawdziwej troski o rozwój polskiej kultury i wyleczenie się z ran oraz złych pozostałości wynikłych z trwania w oporze przez 123 lata. Po wojnie do tego nurtu nawiązywali również: Czesław Miłosz, częściowo Józef Mackiewicz, a także Bobkowski i Mrożek. I – powtarzam – bywało to potrzebne i inspirujące.

W warunkach politycznych po 90. roku ta tradycja myślenia, zwana „szyderczą”, „prześmiewczą”, została sfetyszyzowana i radykalnie sprzeniewierzona. Przestała służyć sprawie uzdrowienia „polskiej duszy”, lecz stała się orężem w walce politycznej. Powiązano ją demagogicznie z perspektywą europejskiej nowoczesności, w której zwalczane są wszelkie „atawizmy”, i użyto jako narzędzia awansu. Z przyjęcia takiej postawy i kultywowania jej w sposób doktrynerski uczyniono… legitymację wstępu na europejskie salony. Im kto bardziej odcinał się od polskich korzeni, im kto bardziej pomstował na straszny „polski ciemnogród”, tym bardziej był hołubiony – zapraszany na łamy, nagradzany, „wielbiony”. Odmawianie antypolskiej mantry stało się rytuałem. Nie tylko nie wymagało żadnej odwagi, jak było to przed wojną, lecz przeciwnie: stało się gestem skrajnie konformistycznym.

Rozmaici karierowicze i celebryci, oburzając się na „polskie zacofanie”, plując na „polski zaścianek”, szydząc z polskiego „wstecznictwa” i „obskurantyzmu” – gromko oklaskiwani w blasku reflektorów i fleszy – chcą jednocześnie uchodzić za nieustraszonych szermierzy postępu, nieledwie dysydentów, którym grozi bądź więzienie, bądź lincz. Jest to właściwie komiczne, gdyby nie było ponure i niebezpieczne.

A niebezpieczne jest chociażby dlatego, że – w obliczu skrajnego szowinizmu rosyjskiego i pozornego kosmopolityzmu Unii – wystawia polską państwowość na szwank. Zdumiewa bezmyślność i krótkowzroczność ludzi, którzy, skądinąd przebiegli i wyszczekani, albo tego nie widzą, albo udają, że nie widzą.

Chodzi tu nie tylko o środowiska lewackie i pseudolewicowe, ale i o znaczną część liberalnych, które jakby ze strachu przed utratą przywilejów i wpływów podporządkowały się temu dyktatowi. Zdumiewające jest to, że liderzy tych środowisk, piętnując w swych filipikach polską „nieautentyczność” i wtórność wobec Zachodu i powołując się przy tym na rozmaite autorytety, wpisują się dokładnie w tę tradycję. To właśnie oni stroją się w wyśmiewane przez Fredrę cudzoziemskie piórka, to oni zdają się „papugą narodów”, wyszydzoną przez Słowackiego. Są żałosnymi „nowinkarzami”, którzy chcąc tanim kosztem odróżnić się od „obmierzłych ziomków”, małpiarsko pozują na tych, do których towarzystwa aspirują, i powtarzają po nich choćby największe głupstwa, byle zaskarbić sobie ich łaskę. Ich prototypy opisał Mickiewicz w salonie warszawskim w Dziadach, ale i kpiarski Gombrowicz w Ferdydurke na przykładzie rodziny Młodziaków.

.Podsumowując, można powiedzieć, że stoimy w obliczu trzech następujących zagrożeń:

Po pierwsze, ze strony barbarzyńskiej, zaborczej Rosji, która nie pogodziła się z utratą wpływów w Europie Środkowej i pragnie je odzyskać, zwłaszcza w Polsce, blokującej jej dostęp do Niemiec, z którymi od niepamiętnych czasów chce bezpośrednio graniczyć.

Po wtóre, ze strony neoimperialnego, neokolonialnego Zachodu, szczególnie ze strony Niemiec, które również od niepamiętnych czasów marzą o podporządkowaniu sobie Słowian i ich urodzajnych terytoriów.

I wreszcie, po trzecie, ze strony części własnego społeczeństwa – części niestety dość znacznej, bo liczącej ok. 14 proc. całej populacji – która wstydzi się własnego pochodzenia, a nawet go nienawidzi albo się go wyrzeka.

Nasze rozważania można więc skonkludować tak: Polska jako państwo/naród – z jego ponad tysiącletnią historią, tradycją i kulturą, na pewno niepotrzebna jest Rosji ani Niemcom, a szerzej: Europie Zachodniej pod patronatem brukselskiej nomenklatury. Tym mocarstwom potrzebne są jedynie nasze zasoby: teren, minerały, infrastruktura i ludność jako siła robocza. Natomiast polska tożsamość, oparta na religii, przywiązaniu do tradycji, a zwłaszcza do wolności, jedynie im przeszkadza i w istocie chciałyby się jej pozbyć, a przynajmniej ją ubezwłasnowolnić.

Polska w tym rozumieniu niepotrzebna jest również tej części obywateli, którzy pod wpływem antynarodowej propagandy uznali, że przynależność do własnej wspólnoty stanowi obciążenie, i postanowili szukać szczęścia w innej samoidentyfikacji: „europejskiej”, rzekomo uniwersalnej, a w każdym razie uwalniającej od wstydliwych korzeni.

A zatem wniosek jest prosty: Polska potrzebna jest większości naszej wspólnoty, czyli owym ponad 80 proc. populacji, a to w danej chwili oznacza blisko 32 miliony polskich obywateli. Ale Polska potrzebna jest również odszczepieńcom – wbrew ich mniemaniu i deklaracjom – a mianowicie po to, by mieli dokąd wrócić, gdy przekonają się, że w „zjednoczonej Europie” zawsze będą obywatelami drugiej kategorii.

Jeśli się straci ojczyznę i nie ma się własnego domu, prędzej czy później zostaje się pariasem, parobkiem, niewolnikiem. Wydaje się to tak oczywiste, że aż wstyd powtarzać. A jednak trzeba. Mimo wiadomych doświadczeń całego XIX wieku i ponad połowy XX.

* * *

.A na zakończenie jeszcze akcent poetycki.

W 1577 roku jeden z najpotężniejszych i najlepiej wykształconych polskich magnatów, absolwent, a następnie rektor akademii padewskiej oraz autor rozprawy o senacie rzymskim, 35-letni podkanclerzy koronny Jan Zamoyski, w związku z planowanym na koniec tego roku ślubem z Krystyną Radziwiłłówną zamówił u starszego od siebie o lat 12 Jana Kochanowskiego dramat, którego wykonanie miało uświetnić jego wesele. Taka jest geneza Odprawy posłów greckich – pierwszej polskiej tragedii.

Czterdziestosiedmioletni poeta potraktował zamówienie mecenasa bardzo poważnie i stworzył niezwykle kunsztowne dzieło na podobieństwo tragedii greckiej, czerpiąc inspirację tyleż z Iliady, co z innych źródeł antycznych, wzmiankujących o zaginionej tragedii Sofoklesa pod domniemanym tytułem Upominanie się o Helenę. Rzecz powstała w stosunkowo krótkim czasie, ale Zamoyski, towarzysząc królowi Batoremu w tłumieniu buntu Gdańska i w niekończących się z nim negocjacjach, zamilkł na wiele miesięcy, co spowodowało, że poeta uznał, iż mecenas prawdopodobnie zarzucił pomysł albo zmienił plany.

Jednakże w grudniu 1577 roku – na trzy tygodnie przed zaplanowanym weselem – Kochanowski otrzymał wreszcie od Zamoyskiego list, w którym ten nie tylko podtrzymywał swoje zamówienie, ale wręcz dopominał się, by jak najrychlej dostarczyć mu dzieło. Poeta usiadł więc niezwłocznie do stołu i w ciągu niespełna dwóch dni przepisał na czysto całą tragedię, tak by przybyły goniec mógł jak najszybciej zabrać ze sobą rękopis.

Tekst po kilku dniach trafił do rąk Zamoyskiego, który zapoznawszy się z nim, kazał natychmiast go przepisywać i rozdać dworzanom, by uczyli się niezwłocznie wyznaczonych ról. A kiedy było już pewne, że uroczystości weselne w Jazdowie (dziś park i Zamek Ujazdowski w Warszawie) zaszczyci swą obecnością król Batory, który nie znał polskiego i któremu podczas występu trzeba było tłumaczyć szeptem całą sztukę na łacinę, ponownie zwrócił się do Kochanowskiego – tym razem z prośbą o dopisanie po łacinie jeszcze okolicznościowego wiersza, który byłby czymś w rodzaju ukłonu wobec króla, a zarazem orędziem do szlachty.

Kochanowski, pisząc Odprawę posłów greckich, traktował podjęty temat uniwersalnie, jako filozoficzną przypowiastkę o władzy, przezorności, nieroztropności i o nieuchronności losu. Nie było jego intencją nawiązywanie do aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Za jedyny akcent mający się odnosić do spraw polskich uchodzi zamykająca sztukę kwestia Antenora, który choć jest politykiem ostrożnym, umiarkowanym i wzywającym do ugody z Grekami, to jednak w obliczu zagrożenia z ich strony stwierdza niespodziewanie, że należy nie tylko bronić się przed wrogiem, ale również prewencyjnie go atakować.

Nie wiadomo dokładnie, jak sformułował swe kolejne zamówienie Zamoyski, Kochanowski jednak rozumiał go w pół słowa i wiedział, że oprócz konwencjonalnej pochwały króla i udzielenia mu moralnego poparcia należy odnieść się do bieżących zagrożeń, i niejako „odbił się” od zakończenia Odprawy. A więc nawiązał przede wszystkim do nacierającego z północy Iwana Groźnego; następnie do dalekich wprawdzie, ale szybkich i podstępnych Tatarów, idących ze wschodu; dalej: do wszędobylskich Turków pod wodzą sułtana; a wreszcie do domu Habsburgów, z którymi wprawdzie Polska zawarła sojusz w 1553 roku, lecz którzy byli chwiejni i niewiarygodni i myśleli tylko, jak sprzymierzyć się z Rosją, aby wziąć Polskę w dwa ognie.

Właśnie te wszystkie zagrożenia zostały uwzględnione w wierszu. Został on odśpiewany przy akompaniamencie lutni po prezentacji Odprawy posłów greckich i w ten sposób – można powiedzieć: na wieki – stał się czymś w rodzaju epilogu pierwszej polskiej tragedii. Bo został dołączony już do pierwszego jej wydania i od tego czasu zawsze jej towarzyszy. Dlatego też – w związku z niedawną premierą Odprawy posłów greckich w Teatrze Polskim w Warszawie – na nowo przełożyłem ten wiersz i – aby tradycji stało się zadość – odczytałem go po zakończonym spektaklu.

.Aktualność tego tekstu jest porażająca. Minęło blisko 450 lat od jego powstania, a my, jak widać, wciąż znajdujemy się w bardzo podobnej sytuacji. Zresztą proszę posłuchać. Mówi do Was Jan Kochanowski.

Skąd w was, rodacy, ten beztroski nastrój?

Skąd przekonanie, że jakoś to będzie?

Dzisiaj nie pora tak bujać w obłokach,

Dzisiaj nie pora na uczty i tańce.

Ani też na to, by głupio się wadzić,

Knuć przeciw sobie, grozić i złorzeczyć.

Dzisiaj potrzeba powagi i zgody;

Dziś nam potrzeba znów solidarności.

Bo mamy wrogów, i to bardzo groźnych,

Co na nas dybią, i to z wielu stron.

Jeden ze wschodu nadciąga cichaczem;

Drugi – z północy, z jej mroźnych bezkresów.

Liczą na łupy i na zabór ziemi,

A swe rachuby opierają na tym,

Żeście skłóceni, nieskorzy do walki,

A wasza unia z Habsburgiem wątpliwa:

Mimo zapewnień o braterstwie broni

I o przyjaźni nic wam nie pomoże,

A wręcz obróci się przeciwko wam

I po zdradziecku wbije wam nóż w plecy.

A bisurmanie pod wodzą sułtana

Też wam niestraszni? Nic was nie obchodzi,

Że postawili już stopę na Rodos,

A jednocześnie zmierzają na północ?

Że są już w Siedmiogrodzie i nad Dniestrem?

O krótkowzroczni, naiwni ziomkowie!

Spójrzcie na mapę, przejrzyjcie na oczy

I się ocknijcie z tego zaczadzenia!

Nad waszą ziemię ciągną czarne chmury.

Tu już nie chodzi tylko o dobytek –

O wasze trzody, domostwa i młyny,

Ale o wolność i o niepodległość:

Czy wciąż będziecie obywatelami

Rzeczpospolitej, czy niewolnikami

Obcego pana – cara albo grafa.

Sprawdźcie obronność waszych twierdz i grodów.

Wzmocnijcie mury, strzeżcie pogranicza.

Nie traćcie czasu na próżne gadanie,

Tylko pilnujcie tego, co wam w spadku

Pozostawili waleczni przodkowie.

Niech znów ożyją starożytne cnoty!

Stańcie się znowu mężami z żelaza.

Stłumcie w swym sercu małość i prywatę,

A rozniecajcie honor, cześć i męstwo.

I dość już swarów! Od dziś wspólna sprawa –

Pod wodzą tego oto męża stanu,

Który się sprawdził i w walce, i w słowie,

A nie jak tamten lekkoduch w jedwabiach,

Co tylko ucztom umiał przewodniczyć –

Albo turniejom, albo polowaniom,

A ponaglany do pracy się zżymał,

Aż w końcu uciekł nad modrą Sekwanę.

Tak więc, rodacy, trzymajcie się tego,

Który poważnie podchodzi do władzy

I godnie trzyma marszałkowską laskę.

Pod jego wodzą będziecie bezpieczni

I zwyciężycie z najgroźniejszym wrogiem.

Za nim, panowie! Za nim i do broni!

Stańcie w szeregu, jak za dawnych czasów

Stawali dzielnie wasi pradziadowie.

I stawcie czoło obcej nawałnicy:

Brońcie swych granic! Brońcie swojej ziemi!

Antoni Libera

Tekst ukazał się w nr 74 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 kwietnia 2026