Filip PASZKO: "Jeden na pięciu. Największym przegranym kampanii społeczeństwo obywatelskie"

TSF Jazz Radio

Jeden na pięciu. Największym przegranym kampanii społeczeństwo obywatelskie

O czym spektakl może milczeć przez trzy dni, tego właściwie nie ma. Mówi on bowiem wówczas o czymś innym, a zatem właśnie to, w gruncie rzeczy, istnieje. Praktyczne konsekwencje tego faktu są, jak widzimy, doniosłe.

Guy Debord, Rozważania o społeczeństwie spektaklu

Oto koniec pierwszej części wyborczego maratonu. Za chwilę wybierzemy przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, za kilka miesięcy w drugiej części wybierzemy władze nam najbliższe, w listopadowych wyborach samorządowych. W przyszłym roku wybierzemy z kolei skład parlamentu krajowego i prezydenta.

To dobry czas na dokonanie krótkiego podsumowania pierwszej części kampanii. Czy ta kampania była, najogólniej mówiąc, dobra? Czy coś w tej kampanii zachęcało do oddania głosu? Czy osoba, na którą możemy głosować w jakikolwiek sposób wpłynęła na naszą decyzję? Czy przekonywała do głosowania właśnie na nią? Czy partie i komitety prezentowały główne idee, które będą chciały wprowadzać w życie w Parlamencie Europejskim?

Kampania miała de facto trzy tematy. Temat pierwszy: kryzys ukraiński, temat drugi: Conchita Wurst i temat trzeci: Janusz Korwin-Mikke. Tylko pierwszy temat można uznać za merytoryczny.

Takich kandydatów i takich prezentacji była śladowa ilość. Kampania miała de facto trzy tematy. Temat pierwszy: kryzys ukraiński, temat drugi: Conchita Wurst i temat trzeci: Janusz Korwin-Mikke. Tylko pierwszy temat – i to tylko w szerokim ujęciu – można uznać za merytoryczny w kontekście Parlamentu Europejskiego. Tym bardziej, że łatwo było go powiązać z ideą solidarności europejskiej, bezpieczeństwa energetycznego, wreszcie polityki energetycznej Polski.

Pewna kandydatka, której nazwiska nie pomnę (co jest tylko dowodem na to, że w polityce liczy się tylko, by się mówiło, nieważne co) zaprezentowała nawet spot, w którym padły przemielone przez media słowa „Mam w d*pie waszą Ukrainę”. Kandydatka została pożarta bez chwili refleksji, która jednak mogłaby diametralnie zmienić naszą percepcję. Niewielu bowiem zwróciło uwagę, że w spocie tym chodzi przede wszystkim zaprezentowanie poglądu na politykę tzw. „zwykłego człowieka”, co jest zresztą na początku spotu wyraźnie podkreślone. I – co dla mnie jeszcze ważniejsze – stwierdzenie o Ukrainie powinien powtarzać przed kamerą niemal każdy polityk. Prawda jest bowiem taka, że nasi politycy faktycznie mają Ukrainę w poważaniu. Ukraina jest im (nam?) potrzebna li tylko po to, by wojska rosyjskie miały do Polski dalej.

Nie mam jakichś wielkich pretensji do konkurencji politycznej, że dokonywała takiej manipulacji, to akurat znana i wykorzystywana przez wszystkich strategia. Pretensje mam do dziennikarzy, do mediów, które przecież powinny zajmować się poważnymi tematami i dążyć do wyciągania na wierzch tego, co politycy chętnie by ukryli. Tymczasem w telewizji możemy zobaczyć polityków, którzy są zapraszani do studia tylko po to, by na oczach tysięcy telewidzów okładać się maczugami niczym troglodyci. Podtykamy mikrofon politykom, choć ich odpowiedzi znamy jeszcze zanim oni poznają nasze pytanie.

Sprowadziliśmy demokrację do procesu przegłosowywania opozycji. Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta o czymś takim jak „dobro wspólne”?  

Sprowadziliśmy demokrację do procesu przegłosowywania opozycji. Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta o czymś takim jak „dobro wspólne”? Gdy widzimy kolejny materiał o eksmisji człowieka, który o decyzji sądu dowiaduje się od firmy windykacyjnej, która przychodzi pod dom z policją, to uważamy to za problem społeczny – ale nie polityczny. Polityka nie ma przecież z tym nic wspólnego. Lepiej premiera zapytać o konkurs Eurowizji. O co pytamy polityków? „Panie premierze, Jarosław Kaczyński powiedział…, co pan na to?”. „Panie prezesie, premier Tusk powiedział, że…, może się pan odniesie?”.

Ile czasu dziennikarze potrzebują na przygotowanie pytań na konferencji? Ile czasu potrzebują, by się przygotować do rozmowy z politykiem? Polska musi być bardzo bogatym i bardzo dobrze urządzonym państwem, skoro główne tematy w dziennikach to przekrzykiwanie się polityków pod tytułem „moja racja jest najmojsza”.

Może i jest, ale co to ma wspólnego z naszym codziennym życiem? Co nam politycy mogą zaproponować? Może zmieńmy na chwilkę temat. W zeszłym tygodniu w Polsce odbyła się kolejna Noc Muzeów. By dostać się do Muzeum Narodowego w Warszawie, trzeba stać w kolejce nawet dwie godziny. W ten weekend na Stadionie Narodowym odbędą się kolejne Warszawskie Targi Książki, które zgromadzą tłumy ludzi, skuszonych promocjami na upatrzone tytuły. A jednak co chwila słyszymy o kryzysie kultury, słyszymy o problemach wydawnictw ze sprzedażą książek, o tym, że ludzie nie interesują się kulturą. Tymczasem takie wydarzenia jak WTK, jak Noc Muzeów są dowodem na sytuację wręcz przeciwną. Może więc problemem nie jest brak zainteresowania kulturą, tylko coś innego? Może problemem jest cena dostępu do kultury? Jedno wyjście do kina z rodziną to koszt rzędu 100 złotych. Wyjście do teatru może nawet trzy razy tyle.

Ale to jest problem społeczny, a nie polityczny. Kultura? A co to ma wspólnego z polityką, prawda? I faktycznie, ilekroć oglądam programy publicystyczne, ilekroć słucham polityków, dochodzę do wniosku, że polityka z kulturą nie ma nic wspólnego. I niestety przyczyniają się do tego media, które zamiast rzetelnych debat zajmują się, najdelikatniej mówiąc, bzdurami. Zamiast wyjaśniać, wolą zabawiać. Bo chodzi przecież o to, by temat sprzedać, by widz zatrzymał się na naszym kanale, by było show. A jak zrobić show, jak w Polsacie tańczą ludzie, określani mianem gwiazd (choć, słowo daję, żadnej z tych gwiazd nie znam!), gdy w TVP biedni ludzie z rozterkami miłosnymi stają się pośmiewiskiem gawiedzi przed telewizorem (to zdaje się nosi tytuł „Rolnik szuka żony” – uważni obserwatorzy pamiętają, że swego czasu Polsat również nadawał podobny program).

Jeśli więc chcemy, żeby widz wybrał właśnie nas, małą stację informacyjną, musimy go do tego skłonić. Więc zaprosimy Tomasza Adamka, który może niewiele nam powie o Parlamencie Europejskim, ale zrobi fajne setki o Annie Grodzkiej. Albo Janusza Korwin-Mikke, bądź Przemysława Wiplera, który w muszce stwierdzi, że Hitler to ideowy kolega Kazimiery Szczuki. Zaprosimy Michała Kamińskiego, którego obecność w polityce jest żywym dowodem na upadek jakichkolwiek zasad. Zaprosimy Stefana Niesiołowskiego, który może i jest szefem jakiejś ważnej komisji, ale przecież nie po to go zapraszamy. On zresztą wie, co ma mówić, nie będziemy mu przeszkadzać. Zaprosimy Janusza Palikota, który po raz kolejny potępi księży i postraszy PiSem.

A nawet jak zaprosimy poważnych politologów, to w ramach poważnej analizy będziemy słuchać, że Palikot się kończy, bo z desperacji debatuje z Gowinem, a on ma przecież tylko 2% poparcia. I nikt nie zwróci uwagi, że stopień poparcia nie ma najmniejszego znaczenia. Bo debatuje się nie poparciem, tylko poglądami i chyba właśnie na tym powinna polegać debata, że osoby o różnych poglądach mają możliwość (1) prezentacji swoich poglądów a contrario, (2) przekonania adwersarza do swoich racji i (3) ustalenia jakiegoś konsensusu. To, czy ktoś ma 20, czy 2% poparcia nie powinno mieć znaczenia; znaczenie powinno mieć tylko co dany kandydat mówi. Chemicy nie będą rozmawiali racjonalnie z kimś, kto wyznaje teorię flogistonu, w Niemczech do telewizji nie dostanie się osoba, która będzie negować Holocaust i gloryfikować Hitlera. Uczestnicy dyskusji, jak twierdzi filozof Alasdair MacIntyre, muszą rozumieć pewne pytania jako konkluzywnie rozstrzygnięte. Pewne tezy winny być nieakceptowalne. Tak powinno być na przykład z poglądami rasistowskimi i seksistowskimi.

Chemicy nie będą rozmawiali racjonalnie z kimś, kto wyznaje teorię flogistonu, w Niemczech do telewizji nie dostanie się osoba, która będzie negować Holocaust i gloryfikować Hitlera. Pewne tezy winny być nieakceptowalne. Tak powinno być na przykład z poglądami rasistowskimi i seksistowskimi. Ale w naszych mediach i w naszej polityce to nie działa.

Ale w naszych mediach i w naszej polityce to nie działa, u nas ważne jest, by mówić tak, by później cały dzień to powtarzali. Bo to się sprzedaje, a na sprzedaży nam zależy. Nasi politycy i nasi dziennikarze to handlarze, chcą nam tylko wcisnąć swój produkt. A my, choć swój rozum mamy, ten produkt kupujemy z pocałowaniem ręki. Uważamy za żenujące zapraszanie Janusza Korwin-Mikkego do Moniki Olejnik, ale biernie oglądamy i wysyłamy o tej „dyskusji” dziesiątki Tweetów. Dlaczego więc Monika Olejnik miałaby zapraszać innych gości? Gdy rozum śpi, budzą się upiory.

Za chwilę zapadnie cisza wyborcza. W niedzielę Państwowa Komisja Wyborcza będzie podawać dane o frekwencji. Wieczorem w telewizjach będą prezentowane wyniki z exit polls, poznamy zwycięzców wyborów i poznamy przegranych. Czy aby na pewno? Największym przegranym tych wyborów będzie moim zdaniem społeczeństwo obywatelskie. W najbliższą niedzielę jeden na pięciu obywateli, którzy mogą przeczytać powyższe słowa, uda się do swoich komisji wyborczych, pobierze karty do głosowania i wrzuci do urny. Jeden na pięciu. O ile nie mniej.

Filip Paszko

1

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ponure, a niestety prawdziwe. Dobro wspólne pozostało jedynie chyba pojęciem, o którym wspomina się w salach wykładowych. Demokrację istotnie sprowadziliśmy do arytmetyki. To jednak tylko jedna bieda – gorzej, że wygrany myśli nie o rządzeniu i problemach do rozwiązania tylko o tym jak zdobyć większość w następnych wyborach. Tekst jest świetnym wprowadzeniem do znakomitego eseju prof. Marcina Króla “Fatalny urok demokracji” (w książce “Klęska rozumu”). Śledząc losy ruchów typu Occupy czy indignados nie sposób nie zadać pytania: czy nie stoimy w obliczu zamian? Czy zachodni sposób praktykowania demokracji nie wpadł w pułapkę? I o czym świadczy obecna w kampanii ogólnonarodowa debata o wyższości polskich cycków nad kobietą z brodą?

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ponure, a niestety prawdziwe. Dobro wspólne pozostało jedynie chyba pojęciem, o którym wspomina się w salach wykładowych. Demokrację istotnie sprowadziliśmy do arytmetyki. To jednak tylko jedna bieda – gorzej, że wygrany myśli nie o rządzeniu i problemach do rozwiązania tylko o tym jak zdobyć większość w następnych wyborach. Tekst jest świetnym wprowadzeniem do znakomitego eseju prof. Marcina Króla “Fatalny urok demokracji” (w książce “Klęska rozumu”). Śledząc losy ruchów typu Occupy czy indignados nie sposób nie zadać pytania: czy nie stoimy w obliczu zamian? Czy zachodni sposób praktykowania demokracji nie wpadł w pułapkę? I o czym świadczy obecna w kampanii ogólnonarodowa debata o wyższości polskich cycków nad kobietą z brodą?

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam