Jan ŚLIWA: Niebezpieczne flirty z Chinami

Niebezpieczne flirty z Chinami

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Niemcy i Francuzi pielgrzymują do Chin. Czy chcą tylko zrobić na złość Ameryce i podbić stawkę, czy jest to poważna opcja? – pisze Jan ŚLIWA

.Europa się rozczarowała Ameryką. Dokładnie mówiąc – stare jądro Unii Europejskiej. Głęboką przyczyną jest stara trauma – Niemcy zostały przez Amerykę dwukrotnie pokonane, co pokrzyżowało ich globalne plany. Francja została przez Amerykę dwukrotnie obroniona/wyzwolona, co dla „grande nation” było poniżające. Oba kraje mają za sobą wielkie ambicje, przy czym Francja je zrealizowała w postaci światowego imperium, a Niemcom się to nigdy nie udało, chyba żeby poczytać za sukces zniszczenie sporej części Europy w zaledwie 6 lat.

Kraje te mają też problem z asertywną Ameryką, która zachowuje się jak kowboj. Tak było za rządów George’a W. Busha i interwencji w Iraku, gdy jądro Unii dumnie powiedziało „nie”. Tak jest o wiele mocniej za prezydentury Donalda Trumpa, za pierwszej, która miała minąć jak zły sen, a zwłaszcza za drugiej, gdy ten koszmar jednak nastąpił.

Faktem jest, że Donald Trump ma specyficzną osobowość i styl, który wielu zraża. Ale oczekiwanie, że do władzy nad światowym hegemonem dojdą ludzie łagodni i pokornego serca, jest iluzoryczne. Owszem, tak bywa: Unia Europejska ma wielki talent w wysuwaniu na czoło osób zupełnie bezbarwnych, którzy latami wygłaszają szumne deklaracje i nic nie robią. Jak w operze – śpiewają „Uciekajmy!” i przez kwadrans stoją w miejscu. Ale czy to dobrze? Jak przechodzą do czynu (Mercosur, SAFE), zachowują się jak stado słoni w składzie porcelany. Podobnie iluzoryczne jest oczekiwanie, że stworzymy armię, która nas obroni przed brutalnym wrogiem, ale walczyć będą osoby żołnierskie 56+ płci, poszukujące strefy komfortu i przesycone ojkofobią. Ameryka i jej konserwatywni sojusznicy są tego przeciwieństwem, mają prawdziwą armię. Nie daje to gwarancji, ale jest o czym rozmawiać.

Nowa nadzieja na wschodzie

Jest niemiecką tradycją szukanie partnerów na wschodzie. Dawało to niegdyś wzmocnienie siły w konkurencji z mocarstwami zachodnimi: Anglią, Francją, a teraz Ameryką. Tak długo, jak w Moskwie rządzi Putin, otwarta współpraca z Rosją nie wchodzi w grę. Otwarta nie, dyskretna jak najbardziej. Rośnie również zmęczenie wojną na Ukrainie. Wielu uważa Zełenskiego za przeszkodę w zawarciu pokoju, tak jak Polska w XIX wieku zakłócała pokój w Europie. Karta rosyjska jest w rezerwie, może wejść do gry.

Ale na pewno w grze są Chiny. Dotyczy to nie tylko Niemiec, ale też Francji i może innych krajów. Przy tym to, czy Niemcy i Francja grają w zespole, czy przeciw sobie, jest otwartą sprawą. I zawsze trzeba pamiętać, że nikt nie wie, kto w tych krajach będzie rządził za dwa lata. Tak więc wielu pielgrzymuje do Chin. Czy chcą tylko zrobić na złość Ameryce i podbić stawkę, czy jest to poważna opcja?

Czego oczekują te kraje? Nie sądzę, by były zainteresowane nawracaniem Chin na demokrację, a zwłaszcza LGBT. Niemiecki kanclerz Merz mówi o interesach narodowych i języku siły. Nawiasem mówiąc nikt tej nowej asertywności Niemiec nie zauważył, wszyscy są skupieni na Trumpie.

Z rzadka tylko, na przykład na portalach włoskich daje się słyszeć, że Niemcy z największą armią w Europie i może bronią atomową to nieciekawy pomysł. A już takie Niemcy pod rządami AfD to czerwony alarm. Tak więc celem nie jest Wandel durch Handel, zmiana poprzez handel, lecz biznes. Zachód oczekuje konkretnych zysków i w miarę cywilizowanych stosunków. Z tymi zyskami bywa różnie. Kontakty z chińskim przemysłem samochodowym kończą się tak, że z Chin przychodzą gotowe mercedesy z niemiecką nalepką, a volkswageny są wyposażane w chiński software, bo niemieckie firmy nie dają rady. 

Tu skoncentrujemy się na problemie, jakim graczem są Chiny i na ile cywilizowane są stosunki z nimi. Z góry zastrzegam, że wiem, że w Polsce jest wielu ekspertów od Chin i wielu przewyższa mnie doświadczeniem. Oparłem się na nowej światowej literaturze na ten temat i mam nadzieję, że wniesie to nowe elementy do tej dyskusji.

Zarys historii

Chiny mają za sobą ciężkie czasy. Podobnie jak dla Polski, XIX wiek to dla Chin stulecie poniżenia. Z Chinami, krajem o tradycji liczącej tysiące lat, zachodnie mocarstwa robiły co chciały. Najbardziej haniebnym epizodem były wojny opiumowe, gdy Zachód dla zysku wymusił na Chinach import trucizny wyniszczającej społeczeństwo. Potem nastąpiła brutalna okupacja japońska i wojna domowa między watażkami (warlords), jak z najgorszych czasów Okresu Walczących Królestw. Zwycięscy okazali się komuniści, którzy żelazną ręką przywrócili jedność, za cenę milionów ofiar.

Chiny zbudowały bombę atomową i wspierały lewicowe partyzantki na świecie, jednak z uwagi na bezsensowny system ekonomiczny, były gospodarczym karłem. System dogłębnie przeorał świadomość społeczeństwa, powszechne były donosy, szykany i mordy. Każdy był sprawcą, ofiarą lub jednym i drugim. To na pewno siedzi gdzieś głęboko w pamięci. Nadzieje na demokratyzację upadły wraz z masakrą studentów na placu Tiananmen 4 czerwca 1989, w dniu polskich częściowo wolnych wyborów. Masakrę poparł reformator Deng Xiaoping. Ekonomia – tak, wolność – nie.

Partia sprawuje władzę żelazną ręką, choć czasem usuwa się nieco w cień. Tak jest zwłaszcza od 2012, gdy władzę przejął Xi Jinping. Okresowe kampanie walki z korupcją (prawdopodobnie konieczne) są świetną okazją do czystek i umocnienia władzy. Owszem, wspaniale rozwija się gospodarka, ale gdy magnaci przemysłowi nadmiernie uwierzą w swoją potęgę, zostają brutalnie przywołani do porządku. Czasem znikają w niewiadomym miejscu, czasem dopada ich depresja prowadząca do samobójstwa. Z drugiej strony przypomnijmy, że konflikt między władzą polityczną i ekonomiczną występuje również na Zachodzie. Wielu by chętnie widziało Elona Muska w szpiczastej czapeczce, z listą przewinień na wiszącej na piersi tablicy, wygłaszającego samokrytykę przed poszturchującymi go hunwejbinami z Antify.

Rewanż na Zachodzie

Chiny były długo poniżane przez Zachód, potem były znane jako producent tanich, prostych i byle jakich towarów. Przez lata Chińczycy ciężko pracowali „za miseczkę ryżu”. Teraz się dorobili i chcą czegoś więcej. Przypuszczam, że oprócz mierzalnych zysków, chcą też pokazać Zachodowi, kto tu rządzi. Symbolem tego jest ambasada w Londynie, która ma przejąć Królewską Mennicę, symbol potęgi imperium brytyjskiego. Czy eksport fentanylu z Chin na Zachód to rewanż za wojny opiumowe? Być może.

W produkcji dóbr materialnych Chiny mogą Zachód nakryć czapką. Spektakularnie było to widoczne podczas epidemii COVID-19, gdy po tak trywialne produkty jak maseczki zachodnie kraje ustawiały się w kolejce do Wschodniego Cesarza. Chiny znają swoją wartość. Dzięki wydajnej branży budowlanej mogą łatwo realizować projekty infrastrukturalne na całym świecie. Przy okazji uzależniają te kraje handlowo i finansowo, mogą też korumpować elity, zdobywając w ten sposób poparcie w organizacjach międzynarodowych. Tak było na przykład w Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych.

Chiny mają kilka tematów tabu, przy których kończą się żarty. Jest to zwłaszcza sprawa Tybetu, Sinciangu i Tajwanu. Nowym tematem jest COVID-19. Lepiej jest nie poruszać tematu źródła epidemii, a konkretnie (ewentualnego) wydostania się stworzonego w podejrzanych okolicznościach wirusa z laboratorium. Gdy w 2020 Australia zażądała międzynarodowej komisji w tej sprawie, Chiny uznały to za atak na ich suwerenność i obłożyły Australię bolesnymi sankcjami.

Chiny mają ambicje terytorialne w swoim bezpośrednim otoczeniu. Niegdyś opanowały Tybet i Sinciang, obecnie usiłują zlikwidować autonomię Hongkongu. Oczywiście wielkim celem jest przyłączenie Tajwanu. Dalszym punktem są rozliczne wysepki, na których da się zbudować bazy wojskowe. Dalej Chiny zainteresowane są przyczółkami, jak dawniej brytyjska i holenderska Kompania Wschodnioindyjska. Chińska firma Landbridge wynajęła na 99 lat port w australijskim Darwin. Chiny oświadczyły, że gdyby Australia próbowała go odzyskać, będą bronić swojej własności. Przypomina to sytuację Hongkongu, najwyraźniej Chińczycy lubią historyczne analogie. Z odwróconymi rolami.

Chiny coraz silniej stosują jako środek nacisku surowce, a zwłaszcza metale ziem rzadkich. Terenem konfliktu jest również infrastruktura komunikacyjna. Ostry spór dotyczył stosowania sprzętu firmy Huawei. Stany Zjednoczone zwracały uwagę na uzależnienie w krytycznym sektorze od strategicznego rywala. Kontrolując węzły sieci, Chińczycy mogliby robić coś więcej niż tylko przesyłać pakiety danych. Ci zaś argumentowali, że chodzi tu tylko o technikę i handel.

Zhou Bo, ekspert bezpieczeństwa i strategii na uniwersytecie Tsinghua, emerytowany pułkownik chińskiej armii, w książce „Czy świat powinien się bać Chin?” twierdzi, że absolutnie nie. Tym niemniej stulecie poniżenia minęło dawno, Chiny muszą wyzwolić się z poczucia bycia ofiarą, teraz świat Chinom zazdrości. Według autora Chiny są asertywne, ale nie są groźne. No chyba że ktoś je zaczepi, zwłaszcza w sprawie Tajwanu.

Zjednoczony Front

Chińskie działania za granicą skoordynowane są w ramach Zjednoczonego Frontu, a podstawową organizacją jest Chińskie Stowarzyszenie na rzecz Przyjaznych Kontaktów Międzynarodowych.

Każdy obywatel Chin zobowiązany jest do współpracy w tych ramach, gdy wezwą go do tego władze. To nie musi być kopiowanie tajnych akt jak w szpiegowskim filmie, ważnym zadaniem jest tworzenie sieci wpływu. Korzystne jest inwestowanie w elity, obecne i przyszłe. Dla świeżego absolwenta sinologii propozycja płatnej pracy dla chińskiej organizacji, możliwość publikacji lub hojnie sponsorowany wyjazd na chińską uczelnię jest niezłą gratką. Orientacja polityczna nie jest ważna, istotna jest współpraca z Chinami. Jeżeli dojdzie on do jakiegoś stanowiska, będzie cennym zasobem.

Zdobywanie takich przyjaciół Chin to ciężka praca. Bywa, że taki kandydat jest kontaktowany z wielu stron, w różnych okolicznościach. Przy tym nawet nie wie, że jest kandydatem. To chińska strona wie o tym, ponieważ takie otaczanie jest skoordynowane. To, co wygląda na niepowiązane spontaniczne kontakty, w istocie jest centralnie sterowane. Tworzony jest profil kandydata: jego wykształcenie, ambicje zawodowe, słabości, sprawy, na które jest podatny. Jest otaczany kokonem, z którego trudno się wydostać. Za przysługi oczekiwana jest wdzięczność, wpadki tworzą haki. Może pojawić się przymus i groźby. Budowana jest baza danych powiązań między ludźmi. UB i SB stosowała takie metody: wyciągnąć od kogoś niewinne informacje o rozmowach na imprezie, potem je wykorzystać wobec kogoś innego do nacisku na zasadzie „my o wszystkim wiemy”. Jednostka wobec machiny państwowej jest w słabej pozycji.

W Zjednoczonym Froncie współdziałają różne, pozornie niewinne organizacje. Wymiana między siostrzanymi miastami daje dobre okazje do nieformalnych kontaktów i budowania zaufania. Z zewnątrz są to różne organizacje, powiązane są z tyłu. Pięknym orwellowskim terminem jest w tym kontekście GONGO (Government-organized non-governmental organization), czyli rządowa organizacja pozarządowa. Również w Europie widzimy takie „niezależne organizacje”, gdzie za sznurki pociągają dziwni manipulatorzy, prywatni i państwowi. 

Podkreślmy przy tym, że propagowanie pozytywnego obrazu swojego kraju i szukanie potencjalnych przyjaciół nie jest niczym dziwnym, sam to robię. Sprawa staje się wątpliwa wtedy, gdy pojawia się nacisk, zastraszanie i żądanie działań wbrew własnym przekonaniom.

Pielgrzymka kanclerza Merza

W tych dniach do Chin udał się kanclerz Friedrich Merz ze sporą grupą przemysłowców. Wizyta wiązała się z wieloma problemami. Czy Niemcy chcą się strategicznie przeorientować na Chiny? Dziennikarzom Merz oświadczył, że Niemcy i Chiny będą wspólnie stabilizować świat. Z uwagi na różnicę potencjału, dziwnie to brzmiało. Podczas wizyt w Pekinie zawsze problemem jest sprawa praw człowieka. Jeżeli je pominąć, oburzą się idealiści. Jeżeli je zaakcentować, można zniszczyć dobre interesy. Merz wybrał interesy, co w obecnej sytuacji jest logiczne. Chiny mają kupić 120 samolotów Airbus, to dużo. Ale w wielu dziedzinach Niemcy odstają, zwłaszcza w motoryzacji. Ale jak Niemcy mają zamiar w dłuższej perspektywie manewrować między Atlantykiem a Eurazją, to co innego. Sprawa jest świeża, mało jest pogłębionych komentarzy.

Klasycznym punktem programu była wizyta w pekińskim zakazanym mieście, ale większe wrażenie zrobił na wszystkich pokaz sztuki kung-fu w wykonaniu grupy humanoidalnych robotów, z widowiskową akrobacją, w tym z przewrotami w powietrzu. Jeżeli ktoś do dziś sądzi, że „Chińczycy tylko kopiują”, powinien wreszcie zmienić zdanie. Jak mówią złośliwi, my mamy za to niskoemisyjność, najdroższą energię i niespadające nakrętki.

Sinizacja Europy

Sugestie, że liberalna Europa się może zmienić w nowe Chiny, wydaje się herezją. W prostym przybliżeniu mamy bowiem z jednej strony autokratyczne Chiny (Rosję, Turcję, kraje arabskie…), a z drugiej strony demokratyczny Zachód. Demokratyczny za wyjątkiem populistów, których należy wszelkimi siłami wytępić albo przynajmniej unieszkodliwić.

Gdy się tej liberalnej demokracji przyjrzymy bliżej, odpada od niej lakier. Dziennikarz Klaus Bachmann, zagadkowa szara eminencja, zalecał przywracanie demokracji metodami państwa policyjnego. Były eurokomisarz Thierry Breton po liberalnym puczu w Rumunii, gdzie aresztowano głównego kandydata, chwalił się, że jest gotowy powtórzyć ten manewr gdzie indziej.

Niegdyś komisarze nosili czerwone gwiazdy na szpiczastych czapkach, dziś noszą krawaty. Ale rewolucyjny zapał ten sam. Trybunał TSUE sam deklaruje nadrzędność swoich decyzji. Punkt traktatu mówiący o tym, że dziedziny, które nie są delegowane do Brukseli, faktycznie nie są delegowane do Brukseli, dawno nie obowiązuje. Sam się gdzieś rozpłynął. Opozycja ma zniknąć. Jej członków można aresztować albo rozbijać im głowy. Są to przecież „źli ludzie”, każdy to widzi.

Konsekwencją kulawej demokracji jest uśpienie oligarchii skoncentrowanej na obronie władzy oraz brak sprzężenia zwrotnego pozwalającego na korektę kursu. Przykładem jest zielony ład, którego nie wytrzymuje nawet niemiecki przemysł, który mimo swojej siły nie potrafi pokonać dogmatyzmu Brukseli. Przypomina to chiński wielki skok, który doprowadził do klęski głodu. Katastrofa narastała, ale nikt się nie odważył zaprotestować. W Europie takich konsekwencji nie widać, ale Europa startuje z wyższego poziomu, może dłużej spadać.

Na to się nakłada powszechna cyfryzacja. Niestety pojemność współczesnych komputerów pozwala na rejestrowanie wszystkich naszych gestów, słów i transakcji finansowych. Szybkie bazy danych pozwalają na szybkie korzystanie z tych danych, np. do rozpoznawania twarzy (jednej z milionów!) w czasie rzeczywistych. Sztuczna inteligencja pozwala to wszystko powiązać i zbadać nasze myśli, również te ukryte, lepiej niż znamy je sami.

Do rytuału należy krytykowanie wszechmocy gigantów technologicznych. O ile jednak lepiej skorzysta z tych możliwości państwo! Jak powiedział pewien mąż stanu: „Wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. W oryginale brzmiało to: „Tutto nello Stato, niente al di fuori dello Stato, nulla contro lo Stato”, a imię jego brzmiało Benito, Benedictus, Błogosławiony. Potępiony przez historię, okazuje się prorokiem. Oczywiście chodzi o państwo nieobciążone przypadkowością wyborów plebsu.

Zapowiedzią nowego, wspaniałego świata jest Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act), zapewniający, by nikt głupot na sieci nie wypisywał. Całe zastępy instytucji bronią demokracji: European Democracy Shield, European Centre for Democratic Resilience. Mysz się nie przeciśnie. Uzupełnieniem będzie cyfrowy pieniądz, z którego dobrotliwy Zarząd Wszystkiego pobierze karę za niepoprawne wpisy, a bardziej opornym odetnie dostęp całkowicie. A gdy kiedyś padnie elektrownia i Internet, to wygra ten, kto ma (niezarejestrowane) kartofle w ogródku.

.Realnym wzorem takiego państwa są obecnie Chiny ze swoim systemem zaufania społecznego. W oryginale: 社会信用体系; shèhuì xìnyòng tǐxì, trzeba się uczyć. Państwo chińskie może być wzorem dla Zjednoczonej Europy. Wymiana doświadczeń może być bardzo owocna, Chińczycy mają praktykę w zarządzaniu danymi setek milionów ludzi, mogą dla Europy rozbudować farmę serwerów. W ten sposób eurokraci mogą się zabezpieczyć przed humorami plebsu i spać spokojnie. Problem w tym, że w Chinach się periodycznie skorumpowanych urzędników rozstrzeliwuje.

Jan Śliwa

Literatura:
Bethany Allen „Beijing Rules”, 2023
Markus Frenzel „ChinaLeaks: Pekings geheimes Netzwerk in Deutschland”, 2024
Reinhard Bingener i Markus Wehner „ Der stille Krieg: Wie die Autokraten Deutschland angreifen”, 2025
Michael Sheridan „The Red Emperor”, 2024
Keyu Jin „The New China Playbook”, 2023
Victor Cha „China’s Weaponization of Trade”, 2026
Tomasz Nadrowski „Mineral War”, 2025
Zhou Bo „Should the World Fear China?”, 2025
Mathieu Bock-Côté „Les Deux Occidents”, 2025

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 lutego 2026
Fot. Andres Martinez Casares / Reuters / Forum