
Monachium. Przemówienie Marco Rubio i to, czego Polska nie usłyszała
Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium pokazała w tym roku coś więcej niż różnicę ocen sytuacji międzynarodowej. Pokazała różnicę poziomu, na którym opisywana jest rzeczywistość – pisze Maciej ŚWIRSKI
Dwa języki w Monachium
Marco Rubio mówił o Ukrainie, o Rosji, o zobowiązaniach sojuszniczych. Nie kwestionował sensu wsparcia. Nie odwoływał się do izolacjonizmu. A jednak ciężar jego wystąpienia był przesunięty. Punkt odniesienia nie znajdował się w sferze wartości, lecz w sferze zdolności. W centrum jego wywodu znalazły się koszty, łańcuchy dostaw, możliwości produkcyjne, tempo odtwarzania zapasów. Innymi słowy: pytanie, czy Zachód jest w stanie utrzymać konflikt o wysokiej intensywności, jeśli stanie się on konfliktem długotrwałym.
Ten język nie jest przypadkowy ani incydentalny. Jest spójny z dokumentami strategicznymi przyjętymi w Waszyngtonie w ostatnich miesiącach. W National Security Strategy z grudnia 2025 roku zapisano wprost: „Cultivating American industrial strength must become the highest priority of national economic policy” — budowanie amerykańskiej siły przemysłowej musi stać się najwyższym priorytetem krajowej polityki gospodarczej. W National Defense Strategy z 2026 roku pojawia się zdanie jeszcze bardziej jednoznaczne: „The U.S. defense industrial base is the foundation for rebuilding and adapting our military to meet great-power competition” — amerykańska baza przemysłowo-obronna jest fundamentem odbudowy i adaptacji sił zbrojnych do warunków rywalizacji wielkomocarstwowej.
Te sformułowania nie są retoryką konferencyjną. Są elementem doktryny. Oznaczają, że w amerykańskim myśleniu o bezpieczeństwie ciężar został przesunięty z poziomu deklaracji na poziom zdolności przemysłowej. Nie chodzi już wyłącznie o to, kto ma rację i po czyjej stronie stoi moralność. Chodzi o to, kto potrafi produkować szybciej, niż jest w stanie zużywać w walce,
W tym samym Monachium Donald Tusk mówił językiem wartości. O wolnym świecie. O jedności Zachodu. O moralnym obowiązku wspierania Ukrainy. O tym, że dobro musi być silne i że instytucje Zachodu są najlepszym wynalazkiem politycznym w historii. Ten język ma swoje miejsce. Buduje legitymizację. Utrzymuje wspólnotę normatywną. Bez niego nie ma sensu sojuszu.
Różnica polega na czymś innym.
Rubio mówił o tym, czy Zachód ma materialne zdolności do utrzymania swojej polityki. Tusk mówił o tym, dlaczego ta polityka jest słuszna. Pierwszy operował kategorią skali i trwałości. Drugi kategorią sensu i zobowiązania.
W debacie publicznej łatwo odczytać takie przesunięcie ze strony amerykańskiej jako zmianę podejścia do problemów strategicznych i wyrazy obawy lub jako sygnał wycofania. To błąd. Nie zmieniła się determinacja. Zmienił się rachunek. Jeżeli konflikt w Europie Wschodniej przyjmuje charakter wojny materiałowej, w której zużycie amunicji liczone jest w milionach sztuk rocznie, to pytanie o przemysł staje się pytaniem pierwszym i podstawowym. Monachium ujawniło zatem dwa równoległe porządki. Porządek normatywny, który uzasadnia działanie. I porządek przemysłowy, który warunkuje jego możliwość. Bez pierwszego Zachód traci sens. Bez drugiego traci zdolność. Problem zaczyna się wtedy, gdy te dwa języki przestają się ze sobą komunikować.
Wojna materiałowa: lekcja XX wieku
Gdy w sierpniu 1914 roku armie europejskie ruszyły na front, ich sztaby generalne działały w ramach założenia, które wydawało się oczywiste: wojna będzie krótka. Plan Schlieffena zakładał rozstrzygnięcie na froncie zachodnim w sześć tygodni. Plan XVII przewidywał francuski atak przez Alzację i Lotaryngię, który miał złamać niemiecką obronę zanim ta zdąży się skonsolidować. Rosyjska mobilizacja, choć powolna, miała związać siły niemieckie na wschodzie na tyle, by zachodni alianci zdążyli wygrać decydującą bitwę. Żaden z tych planów nie uwzględniał możliwości, że front się zatrzyma.
A front się zatrzymał. Pod koniec 1914 roku linia okopów ciągnęła się od kanału La Manche po granicę szwajcarską. To, co miało być wojną manewrową, stało się wojną pozycyjną, a wojna pozycyjna okazała się czymś, na co żadna europejska gospodarka nie była przygotowana: wojną zużycia. Skala zapotrzebowania na amunicję artyleryjską przekroczyła wszelkie przedwojenne kalkulacje już w pierwszych miesiącach. Brytyjski kryzys amunicyjny z 1915 roku, który doprowadził do upadku rządu Asquitha i powołania Ministerstwa Uzbrojenia pod kierownictwem Lloyda George’a, był pierwszym sygnałem nowej rzeczywistości: w wojnie przemysłowej o wyniku nie decyduje taktyka pola walki, lecz zdolność zaplecza do podtrzymania frontu.
Francja produkowała przed wojną około trzynastu tysięcy pocisków artyleryjskich dziennie. Do 1918 roku produkcja wzrosła do ponad dwustu tysięcy dziennie. Niemcy przeszły podobną transformację. Ale kluczowe okazało się co innego: dostęp do surowców, zdolność transportowa i głębokość rezerw demograficznych, które można było skierować do fabryk. Blokada morska Niemiec, prowadzona przez Royal Navy od 1914 roku, nie przyniosła natychmiastowych efektów militarnych, ale systematycznie dławiła niemiecką zdolność produkcyjną. Brak importu chilijskiej saletry zmusił Niemców do masowego wdrożenia procesu Habera-Boscha do syntezy amoniaku, co pozwoliło utrzymać produkcję materiałów wybuchowych, ale za cenę ogromnego obciążenia przemysłu chemicznego. Pod koniec wojny niemiecka gospodarka działała na granicy wydolności materiałowej. Rozejm z 11 listopada 1918 roku nie był wyłącznie skutkiem klęsk na froncie. Był skutkiem wyczerpania zdolności produkcyjnych państwa, które prowadziło wojnę w warunkach odcięcia od światowych rynków surowcowych.
Lekcja z pierwszej wojny światowej była jednoznaczna, choć nie wszyscy ją odczytali jednakowo. Wygrywa ten, kto produkuje więcej, dłużej i przy stabilnym dostępie do surowców. Odwaga żołnierzy, jakość dowodzenia, morale narodu: wszystko to ma znaczenie. Ale w wojnie na wyczerpanie czynnikiem rozstrzygającym jest głębokość zaplecza przemysłowego.
Druga wojna światowa potwierdziła tę zasadę w skali jeszcze brutalniejszej. Niemcy hitlerowskie przystąpiły do niej z przemysłem zmobilizowanym częściowo: Albert Speer objął stanowisko ministra uzbrojenia dopiero w lutym 1942 roku, po śmierci Fritza Todta, i przeprowadził reorganizację, która pozwoliła na gwałtowny wzrost produkcji zbrojeniowej nawet w warunkach narastających bombardowań alianckich. W 1944 roku Niemcy wyprodukowały blisko 40 tys. samolotów, ponad 9 tys. czołgów i dział samobieżnych. Te liczby robią wrażenie, ale w zestawieniu z produkcją amerykańską blakną. Stany Zjednoczone w samym tylko 1944 roku wyprodukowały ponad 90 tys samolotów. Łącznie w latach 1940–1945 z amerykańskich fabryk wyjechało blisko 300 tys. samolotów, 86 tys, czołgów i ponad 2 miliony ciężarówek wojskowych.
Tych dysproporcji nie dało się wyrównać ani lepszą taktyką, ani wyższą jakością pojedynczych egzemplarzy uzbrojenia. Tygrys był lepszym czołgiem od Shermana w pojedynczym starciu. Ale Shermanów było dwadzieścia razy więcej. I tu właśnie leży sedno: przewaga jakościowa ma sens wyłącznie wtedy, gdy różnica ilościowa nie przekracza pewnego progu. Gdy przeciwnik produkuje w skali, której nie sposób skompensować, jakość staje się czynnikiem drugorzędnym.
Niemcy przegrały drugą wojnę światową z kilku przyczyn jednocześnie, ale jedną z najważniejszych było strukturalne ograniczenie bazy surowcowej. Brak ropy po utracie dostępu do pól rumuńskich i po zniszczeniu zakładów syntetycznego paliwa przez bombardowania unieruchomił Luftwaffe i ograniczył mobilność Wehrmachtu w ostatnim roku wojny. Brak chromu, niklu, manganu ograniczał produkcję stali specjalnej. Brak kauczuku wymuszał stosowanie zamienników o gorszych parametrach. Gospodarka III Rzeszy była pod koniec wojny gospodarką niedoborów, mimo że jej zdolności organizacyjne i inżynieryjne pozostawały wysokie.
W tym samym czasie Stany Zjednoczone dysponowały czymś, czego żadne inne państwo w historii wojen nie posiadało w takim stopniu: kontynentalną bazą przemysłową, praktycznie nieosiągalną dla przeciwnika, z pełnym dostępem do surowców, z nadwyżką energetyczną i z rezerwą siły roboczej, którą można było przekierować z gospodarki cywilnej do produkcji wojennej. Arsenal of Democracy nie był metaforą. Był opisem faktu przemysłowego.
Z obu wojen światowych wynika ta sama konkluzja, potwierdzona w skali, której żadna wcześniejsza epoka nie znała. Wojna o wysokiej intensywności jest wojną materiałową. Rozstrzyga się ją w fabrykach, na liniach kolejowych, w portach załadunkowych i w laboratoriach, w których opracowuje się komponenty surowcowe, zanim rozstrzygnie się ją na polu walki. Państwo, które wchodzi w taki konflikt bez rozbudowanej bazy przemysłowej lub bez zapewnionego dostępu do surowców krytycznych, przegrywa niezależnie od tego, jak wysokie jest morale jego żołnierzy i jak słuszna jest jego sprawa. Historia wojen XX wieku nie jest moralitetem. Jest bilansem zdolności produkcyjnej. I właśnie dlatego powrót tego bilansu do centrum amerykańskiego myślenia strategicznego nie powinien dziwić. Powinien niepokoić tych, którzy go nie prowadzą.
Doktryna przemysłowa jako korekta doświadczenia wojennego
Zwrot, który zapisano w dokumentach strategicznych administracji amerykańskiej w latach 2025–2026, nie pojawił się w próżni intelektualnej. Ma swoją genealogię, która sięga co najmniej ćwierć wieku wstecz, i wyrasta z konkretnego doświadczenia operacyjnego, którego konsekwencje przez długi czas pozostawały niewidoczne, bo przesłaniał je pozór sukcesu.
Przez ponad dwadzieścia lat, od operacji Enduring Freedom w Afganistanie w 2001 roku, przez inwazję na Irak w 2003, po dziesiątki mniejszych operacji antyterrorystycznych prowadzonych w ramach Global War on Terror, Stany Zjednoczone prowadziły działania bojowe o specyficznym charakterze. Były to konflikty asymetryczne, przeciwko przeciwnikom, którzy nie dysponowali porównywalnym zapleczem przemysłowym, nie utrzymywali rozbudowanych sił konwencjonalnych i nie byli w stanie prowadzić wojny na wyczerpanie w sensie materiałowym. Talibowie nie produkowali czołgów. Al-Kaida nie miała przemysłu amunicyjnego. Nawet Irak Saddama Husajna, który w 1991 roku dysponował jedną z większych armii konwencjonalnych na świecie, nie był w stanie przeciwstawić się amerykańskiej przewadze technologicznej dłużej niż przez 100 godzin ofensywy lądowej.
Te wojny kosztowały ogromnie (według szacunków Costs of War Project prowadzonego przez Brown University łączne wydatki związane z operacjami po 11 września przekroczyły 8 bilionów dolarów), ale ich charakter ukształtował w amerykańskim establishmencie obronnym pewien nawyk myślowy. Nawyk polegający na przekonaniu, że przewaga technologiczna kompensuje skalę, że precyzja zastępuje masę ognia, że dron eliminujący pojedynczy cel jest skuteczniejszy i tańszy niż bariera artyleryjska. W konfliktach asymetrycznych to przekonanie w dużej mierze się sprawdzało. Jeden Predator z pociskiem Hellfire rozwiązywał problem, dla którego rozwiązania w poprzedniej epoce trzeba było operacji batalionu piechoty. Systemy ISR (Intelligence, Surveillance, Reconnaissance — wywiad, obserwacja, rozpoznanie) pozwalały śledzić przeciwnika z dokładnością niedostępną w żadnym wcześniejszym konflikcie. Siły specjalne, wsparte wywiadem sygnałowym (SIGINT) i analizą danych, prowadziły operacje punktowe o skuteczności, która jeszcze pokolenie wcześniej byłaby nie do pomyślenia
Problem w tym, że cała ta architektura operacyjna powstawała w odpowiedzi na przeciwnika, który nie stawiał pytania o skalę. Talibowie nie testowali amerykańskiej zdolności do produkcji amunicji w tempie stu pięćdziesięciu tysięcy pocisków artyleryjskich miesięcznie. Irakijski opór nie wymuszał masowego uzupełniania zapasów rakiet przeciwpancernych. Wojna z terroryzmem zużywała zasoby finansowe i polityczne w ogromnych ilościach, ale nie zużywała zasobów przemysłowych w sposób, który odsłoniłby ich ograniczoność.
Tymczasem przez te same dwie dekady, w cieniu amerykańskiego zaangażowania bliskowschodniego, wyrastał przeciwnik o zupełnie innym profilu. Chiny nie są Afganistanem, nie są Irakiem, nie są nawet Wietnamem z lat sześćdziesiątych. Są mocarstwem przemysłowym, którego skala produkcyjna nie ma odpowiednika w historii amerykańskiej rywalizacji strategicznej od czasu Związku Sowieckiego, z tą różnicą, że sowiecki potencjał przemysłowy był w wielu sektorach mniejszy, gorzej zorganizowany i bardziej zależny od importu zachodnich technologii, niż jest dziś potencjał chiński.
Dane są jednoznaczne. Według UNIDO Chiny odpowiadają za około 31% globalnej produkcji przemysłowej. Udział Stanów Zjednoczonych to 16% . Ta różnica nie jest kwestią prestiżu ani rankingów. Jest kwestią zdolności mobilizacyjnej. Chiny dysponują największą bazą stoczniową na świecie; według danych Departamentu Obrony USA chińskie stocznie mają zdolność budowy jednostek wojennych ponad 200 razy większą niż stocznie amerykańskie pod względem tonażu. Chiny kontrolują przetwórstwo ponad 80% metali ziem rzadkich, krytycznych dla produkcji elektroniki wojskowej, silników elektrycznych i systemów naprowadzania. Dominują w produkcji akumulatorów litowo-jonowych, paneli fotowoltaicznych, w średniej klasy półprzewodnikach, w stalownictwie i hutnictwie aluminium.
Ich zdolność do gwałtownego zwiększania produkcji, czyli do szybkiego przestawienia istniejących mocy wytwórczych na potrzeby wojenne, jest większa niż u jakiegokolwiek przeciwnika, z jakim Stany Zjednoczone mierzyły się od 1945 roku. Związek Sowiecki dysponował dużą bazą przemysłu ciężkiego, ale nigdy nie osiągnął poziomu integracji z globalnymi łańcuchami dostaw, jaki mają dziś Chiny. Radziecka gospodarka była zasadniczo autarkiczna i przez to mniej elastyczna. Chińska jest głęboko zintegrowana ze światowym systemem handlowym, co daje jej zarówno słabości (zależność od importu energii, od rynków zbytu), jak i atuty, których Związek Sowiecki nie posiadał: zdolność szybkiego przesuwania zasobów między sektorami cywilnym i wojskowym, dostęp do zachodnich technologii produkcyjnych i olbrzymi rezerwuar wykwalifikowanej kadry inżynieryjnej.
Konflikt zbrojny z tak zdefiniowanym przeciwnikiem, nawet konflikt ograniczony do teatru pacyficznego, nawet taki, który nie eskalowałby do poziomu nuklearnego, byłby wojną przemysłową o wysokiej intensywności. Scenariusze analityczne opracowywane przez CSIS, RAND Corporation i wewnętrzne komórki Pentagonu wskazują, że w przypadku konfliktu o Tajwan zużycie precyzyjnych środków rażenia po stronie amerykańskiej osiągnęłoby w pierwszych tygodniach poziom, który wyczerpałby istniejące zapasy. Raport CSIS z 2023 roku, oparty na grach wojennych symulujących chiński atak desantowy na Tajwan, wskazywał, że Stany Zjednoczone zużyłyby większość zapasów pocisków dalekiego zasięgu, w tym LRASM i JASSM, w ciągu mniej niż trzech tygodni intensywnych działań. Tempo odtwarzania tych zapasów, przy obecnych mocach produkcyjnych amerykańskiego przemysłu obronnego, mierzy się w miesiącach, nie w dniach.
To jest kontekst, w którym należy czytać dokumenty strategiczne z lat 2025–2026. National Security Strategy z grudnia 2025 roku stwierdza wprost, że budowanie amerykańskiej siły przemysłowej musi stać się najwyższym priorytetem polityki gospodarczej. National Defense Strategy z 2026 roku idzie dalej i definiuje bazę przemysłowo-obronną jako fundament odbudowy i adaptacji sił zbrojnych do warunków rywalizacji wielkomocarstwowej. Te sformułowania nie są retoryką konferencyjną. Są elementem doktryny, która wyrasta z rachunku materiałowego, z zimnej kalkulacji tego, ile pocisków, ile jednostek pływających, ile systemów obrony powietrznej potrzeba, by utrzymać zdolność odstraszania wobec przeciwnika, który produkuje w skali kontynentalnej.
Waszyngton wraca tym samym do pytania, którego przez ćwierć wieku nie musiał sobie zadawać, bo charakter konfliktów, które prowadził, czynił je bezprzedmiotowym. To pytanie brzmi prosto: czy jesteśmy w stanie produkować szybciej, niż przeciwnik jest w stanie zużywać nasze zasoby? W wojnach asymetrycznych odpowiedź na to pytanie była oczywista, bo przeciwnik nie zużywał w tempie, które testowałoby amerykańską bazę przemysłową. W hipotetycznym konflikcie z Chinami odpowiedź jest dużo mniej pewna.
To pytanie nie jest retoryczne. Jest budżetowe, bo wymaga przesunięcia miliardów dolarów z programów modernizacyjnych opartych na pojedynczych, kosztownych platformach w stronę masowej produkcji tańszych systemów, które można tracić i uzupełniać. Jest to pytanie biznesowe, bo wymaga długoterminowych zobowiązań produkcyjnych, kontraktów wieloletnich i inwestycji w infrastrukturę fabryczną, której budowa trwa latami. Jest wreszcie doktrynalne, bo zmienia sposób myślenia o wojnie: z paradygmatu precyzyjnego cięcia chirurgicznego z powrotem w stronę paradygmatu masy, trwałości i głębokości zaplecza. I odporności epistemicznej państwa. Po dwudziestu pięciu latach wojen, w których Ameryka mogła sobie pozwolić na luksus prowadzenia operacji bez pytania o skalę produkcji, pytanie to wraca z całą bezwzględnością. Dokumenty strategiczne z lat 2025–2026 są zapisem tego powrotu. Nie są wyrazem mięknięcia ani wycofania. Są utrwaleniem wniosku, że następna poważna wojna, jeśli do niej dojdzie, będzie wojną materiałową. A wojny materiałowej nie wygrywa się deklaracjami. I to w istocie powiedział Marco Rubio w Monachium.
Europa: ulga zamiast mobilizacji
W tym samym czasie, w którym Waszyngton przebudowuje swoją doktrynę wokół zdolności produkcyjnej, Europa podejmuje działania, które wyglądają na odpowiedź, ale nią nie są. Mają formę odpowiedzi: komunikaty, instrumenty finansowe, nazwy programów. Nie mają jednak jej treści, jeżeli przez treść rozumieć rzeczywistą zmianę w strukturze przemysłowej kontynentu.
Sztandarowym instrumentem europejskim jest SAFE (Security Action for Europe), program ogłoszony przez Komisję Europejską w 2025 roku jako mechanizm finansowania europejskiego przemysłu obronnego. Na pierwszy rzut oka SAFE wygląda jak europejski odpowiednik amerykańskiego zwrotu przemysłowego. Zakłada uruchomienie środków na wspieranie produkcji, wzmacnianie bazy obronnej, koordynację zamówień. Retoryka towarzysząca jego ogłoszeniu była jednoznaczna: Europa musi wziąć odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, musi budować zdolności, musi inwestować.
Problem jednak jak zwykle tkwi w mechanizmie. SAFE nie jest programem inwestycyjnym w sensie, w jakim takim programem był amerykański Defense Production Act z 1950 roku, który dawał prezydentowi bezpośrednie narzędzia do kierowania produkcją przemysłową w warunkach zagrożenia. SAFE jest instrumentem regulacyjnym, osadzonym w logice europejskiego zarządzania, w której dostęp do środków uzależniony jest od spełnienia kryteriów warunkowości ustalanych na poziomie instytucji centralnych. To oznacza, że państwo, które chce skorzystać z tych funduszy, musi najpierw wykazać zgodność z ramami regulacyjnymi, z wymogami dotyczącymi łańcuchów dostaw, z kryteriami interoperacyjności, z zasadami europejskiej polityki przemysłowej. Procedura poprzedza produkcję. Regulacja warunkuje inwestycję.
Ale warunkowość w europejskim wydaniu nie ogranicza się do kryteriów technicznych ani przemysłowych. Jak nauczyło nas doświadczenie z Krajowym Planem Odbudowy, mechanizm warunkowości jest w rękach Brukseli narzędziem o znacznie szerszym zasięgu. Polska czekała na uruchomienie środków z KPO nie dlatego, że nie spełniała kryteriów gospodarczych, i nie dlatego, że jej plan inwestycyjny był merytorycznie wadliwy. Czekała dlatego, że Komisja Europejska uzależniła wypłatę od spełnienia warunków dotyczących organizacji wymiaru sprawiedliwości, a więc zagadnień, które w świetle traktatów europejskich pozostają w wyłącznej kompetencji państw członkowskich. Warunkowość okazała się czymś więcej niż mechanizmem kontroli jakości wydatkowania. Okazała się instrumentem nacisku politycznego, za pomocą którego centrum może wymuszać na państwach członkowskich ustępstwa w sprawach, co do których traktaty nie przewidują kompetencji unijnej.
SAFE powiela tę samą architekturę. Kryteria dostępu do środków obejmują zgodność z wartościami i zasadami definiowanymi na poziomie instytucji europejskich, w tym z interpretacją „praworządności” i „praw człowieka”, która w praktyce brukselskiej dawno przestała oznaczać ochronę praw jednostki przed arbitralnością władzy, a zaczęła oznaczać zgodność z preferencjami ideologicznymi dominującej koalicji instytucjonalnej. Państwo, które prowadzi własną politykę tożsamościową, które definiuje po swojemu granice prawa rodzinnego, które organizuje wymiar sprawiedliwości w sposób niezgodny z oczekiwaniami Komisji – takie państwo może się spotkać z wstrzymaniem lub opóźnieniem dostępu do środków obronnych, nawet jeśli jego potrzeby bezpieczeństwa są najpilniejsze na kontynencie.
W obliczu zagrożenia wojennego, przy granicy wschodniej NATO przebiegającej przez terytorium państw bałtyckich i Polski, przy rosyjskiej zdolności produkcyjnej mierzonej w milionach pocisków rocznie, stosowanie warunkowości ideologicznej jako filtra dostępu do finansowania przemysłu obronnego jest czymś więcej niż biurokratyczną niezręcznością. Jest cyniczną instrumentalizacją bezpieczeństwa europejskiego w celach, które z bezpieczeństwem nie mają nic wspólnego. Państwo frontowe, które buduje zdolności obronne nie dla abstrakcyjnej solidarności sojuszniczej, lecz dlatego, że zagrożenie stoi u jego granic, zostaje postawione wobec wyboru: albo przyjmiesz nasze warunki w sprawach, które nie należą do naszych kompetencji traktatowych, albo nie otrzymasz środków na obronę, której potrzebujesz bardziej niż ktokolwiek inny w Europie.
Do tego dochodzi wymiar czysto ekonomiczny, którego żadna brukselska retoryka solidarności nie jest w stanie zamaskować. SAFE jest tak skonstruowane, że strumień środków finansowych płynie przede wszystkim w kierunku istniejących ośrodków przemysłu obronnego, to znaczy do Francji i Niemiec. Rheinmetall, KNDS, Thales, Dassault, Airbus Defence – to są firmy, które dysponują aparatem biurokratycznym zdolnym do przechodzenia przez procedury aplikacyjne, które mają wieloletnie doświadczenie w obsłudze europejskich programów i które kształtują same kryteria, na których podstawie oceniane są wnioski. W praktyce SAFE oznacza, że polski podatnik będzie współfinanspwał rozwój francuskich i niemieckich zdolności produkcyjnych, zamiast budować własne. Pieniądze, które mogłyby trafić do Dezametu, do Mesko, do PGZ i ich partnerów przemysłowych, trafiają do koncernów, które i bez europejskich funduszy dysponują dostępem do kapitału i zamówieniami rządowymi ze strony własnych ministerstw obrony.
Tymczasem z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO każda złotówka wydana na rozbudowę polskich zdolności produkcyjnych w zakresie amunicji artyleryjskiej, systemów przeciwlotniczych czy pojazdów opancerzonych jest złotówką wydaną sensowniej niż euro skierowane do fabryki oddalonej o tysiąc kilometrów od potencjalnego teatru działań. Logistyka wojny materiałowej jest bezlitosna: liczy się nie tylko ile produkujesz, ale gdzie produkujesz i jak szybko możesz to dostarczyć na front. Fabryka amunicji w Skarżysku-Kamiennej jest strategicznie więcej warta niż fabryka amunicji pod Bordeaux, jeżeli konflikt rozgrywa się na wschodniej flance.
Europejska słabość przemysłowa nie istnieje przy tym w próżni strategicznej. Ma swojego obserwatora, który wyciąga z niej wnioski operacyjne. Rosja, dziś w roli junior partnera Chin, zależna od importu technologicznego z Chin, od chińskiego popytu na surowce energetyczne, od chińskiej gotowości do podtrzymywania jej gospodarki przy życiu w obliczu sankcji, pozostaje mimo to samodzielnym aktorem militarnym na europejskim teatrze. I działa zgodnie z logiką wpisaną w tradycję rosyjskiego imperializmu głębiej niż jakakolwiek doktryna sowiecka czy postsowiecka: logiką faktu dokonanego.
Fakt dokonany, czyli zajęcie terytorium, do którego Rosja rości pretensje, zanim przeciwnik zdąży się zmobilizować, jest strategią, której koszt odwrócenia jest zawsze nieproporcjonalnie wyższy niż koszt dokonania. Rosja nie musi wygrać wojny w sensie klasycznym. Musi stworzyć sytuację, w której odwrócenie status quo wymaga od przeciwnika wysiłku na tyle dużego, że rachunek polityczny przemawia za akceptacją nowej rzeczywistości. Tak wyglądała logika aneksji Krymu w 2014 roku. Tak wyglądała logika inwazji pełnoskalowej na Ukrainę z lutego 2022 roku, z tą różnicą, że wtedy rachunek się nie sprawdził.
Nie sprawdził się z jednego zasadniczego powodu, którego Moskwa niemal na pewno nie uwzględniała w swoich kalkulacjach. Polska zareagowała w sposób, który wykraczał poza wszelkie modele zachowania sojuszniczego, jakie rosyjski sztab generalny mógł uznać za prawdopodobne. Ponad dwieście czołgów, T-72 w różnych wariantach, przekazanych Ukrainie z marszu, bez długotrwałych negocjacji, bez procedur konsultacyjnych, bez warunków wstępnych i bez rachunku, czy się to opłaca. Haubice Krab, jedne z najnowocześniejszych systemów artyleryjskich, przekazane w czasie, gdy polskie siły zbrojne same przechodzą proces modernizacji i każda sztuka sprzętu ma swoją wagę. To nie była kalkulacja sojusznicza w brukselskim sensie tego słowa, gdzie każda decyzja przechodzi przez filtr warunkowości, zgodności, procedury i politycznego rachunku zysków i strat. To był odruch państwa, które rozumie zagrożenie, bo je pamięta, i które działa w logice solidarności wojennej, a nie solidarności regulacyjnej.
Polska reakcja z wiosny 2022 roku uratowała Ukrainę w krytycznej fazie wojny, w fazie, w której ukraińska armia broniła się sprzętem posowieckim, którego zapasy topniały z każdym dniem, a zachodnie dostawy dopiero się formowały. Gdyby nie natychmiastowy transfer polskiego uzbrojenia, zdolność Ukrainy do powstrzymania rosyjskiej ofensywy na Kijów i na Charków byłaby radykalnie mniejsza. Jest wysoce prawdopodobne, że Rosja osiągnęłaby swój cel strategiczny, fakt dokonany w postaci zajęcia znacznej części terytorium ukraińskiego i narzucenia rządu marionetkowego w Kijowie, zanim Zachód zdążyłby się na cokolwiek zdecydować.
Ale to, że rosyjski rachunek nie sprawdził się na Ukrainie, nie oznacza, że Moskwa porzuciła logikę faktu dokonanego. Oznacza jedynie, że szuka kolejnego okna możliwości, w którym rachunek wypadnie korzystniej. I takie okno istnieje. Państwa bałtyckie, Litwa, Łotwa, Estonia, są w sensie strategicznym w sytuacji analogicznej do tej, w jakiej znajdowała się Ukraina przed 2022 rokiem: byłe republiki sowieckie, które Moskwa traktuje jako część utraconego imperium, z rosyjskojęzycznymi mniejszościami, których obrona może posłużyć za pretekst, z ograniczoną głębokością strategiczną, z siłami zbrojnymi, których skala nie pozwala na samodzielną obronę przed rosyjskim atakiem konwencjonalnym.
Różnica polega na tym, że państwa bałtyckie są członkami NATO, objętymi artykułem piątym Traktatu Waszyngtońskiego. Ale artykuł piąty nie jest automatycznym mechanizmem militarnym. Jest zobowiązaniem politycznym, które wymaga decyzji, konsensusu, uruchomienia procedur. Rosyjska kalkulacja może zakładać, że w warunkach kryzysu, przy podzielonym politycznie Zachodzie, przy europejskiej bazie przemysłowej niezdolnej do szybkiej mobilizacji, przy amerykańskiej uwadze skoncentrowanej na Pacyfiku — koszt egzekwowania artykułu piątego okaże się dla sojuszników na tyle wysoki, że przeważy logika akceptacji faktu dokonanego. rosjanie moga rozumować w ten sposób: „Zajmij przesmyk suwalski, odetnij państwa bałtyckie od reszty NATO, stwórz sytuację, w której ich odblokowanie wymaga operacji lądowej na pełną skalę i czekaj, aż rachunek kosztów przemówi za negocjacjami zamiast za kontrofensywą”.
To nie jest scenariusz fantastyczny. To jest scenariusz, który leży na stole każdego poważnego ćwiczenia planistycznego NATO od lat. I w tym scenariuszu europejska słabość przemysłowa nie jest abstrakcyjnym problemem ekonomicznym. Jest zaproszeniem.
Rosja, nawet osłabiona wojną na Ukrainie, nawet zależna od chińskiego wsparcia, nawet z gospodarką mniejszą od włoskiej, pozostaje państwem zdolnym do koncentracji sił konwencjonalnych na wybranym odcinku w tempie, które może zaskoczyć sojusz nieposiadający rozbudowanych zdolności szybkiego przerzutu i natychmiastowego uzupełnienia strat materiałowych. Europejska niezdolność do szybkiej produkcji amunicji, do odtwarzania zapasów sprzętu, do skalowania produkcji w warunkach kryzysu jest obserwowana przez Moskwę oceniane i wliczane do swojego rachunku. Polska reakcja z 2022 roku pokazała, że ten rachunek może się nie sprawdzić, jeśli po drugiej stronie stoi państwo gotowe działać bez kalkulacji. Ale poleganie na tym, że zawsze znajdzie się ktoś, kto odda dwieście czołgów z dnia na dzień, nie jest strategią bezpieczeństwa. Jest modlitwą. A modlitwa, choć w polskiej tradycji ma swoje miejsce, nie zastępuje planu produkcyjnego.
Regulacja zamiast fabryk
Europa buduje regulacje szybciej niż fabryki i ta dysproporcja nie jest przypadkowa. Wynika z ustrojowej logiki Unii Europejskiej, której podstawowym narzędziem działania jest norma prawna, dyrektywa, rozporządzenie, mechanizm zgodności. Unia została zaprojektowana jako projekt regulacyjny, jako system harmonizacji reguł między państwami członkowskimi. Zbudowany został jednolity rynek, usunięte bariery handlowe, stworzone ramy prawne dla swobodnego przepływu towarów i kapitału (co w ostatnich latach zostało zakwestionowane poprzez projekt centralizacyjny forsowany przez biurokracje unijną). Problem polega jednak na tym, że mobilizacja przemysłowa na czas kryzysu bezpieczeństwa wymaga czegoś innego niż harmonizacja reguł. Wymaga zdolności do szybkiego podejmowania decyzji inwestycyjnych, do kierowania kapitału w określone sektory, do budowy nowych mocy wytwórczych w tempie, które nie mieści się w cyklu procedury konkursowej.
Stany Zjednoczone potrafią to robić, bo dysponują instrumentami pozwalającymi na szybkie uruchomienie produkcji — od Defense Production Act, przez kontrakty wieloletnie Departamentu Obrony, po system Other Transaction Authorities, który umożliwia Pentagonowi omijanie standardowych procedur zamówieniowych w przypadkach wymagających szybkości. Europa takich instrumentów nie posiada, a te, które tworzy, obwarowuje tyloma zabezpieczeniami proceduralnymi, że ich efektywność mierzona tempem realnego uruchomienia produkcji pozostaje niska.
Do tego dochodzi problem skali. Udział Unii Europejskiej w globalnym PKB spadł z około 25% w 1990 roku do około 14% dziś. Ten spadek nie jest wyłącznie skutkiem wzrostu gospodarek azjatyckich. Jest także konsekwencją niskiej dynamiki inwestycyjnej w samej Europie, chronicznego niedoboru wydatków na badania i rozwój w sektorze obronnym, wieloletniego niedofinansowania infrastruktury przemysłowej i politycznych decyzji, które przez dekady traktowały przemysł obronny jako sektor wstydu, a nie jako filar bezpieczeństwa państwa.
Niemcy są tu przypadkiem szczególnie wymownym. Największa gospodarka Europy przez trzydzieści lat po zjednoczeniu systematycznie redukowała swoje zdolności obronne, czerpiąc dywidendę pokoju w skali, która zaskoczyła nawet analityków sceptycznych wobec europejskiej polityki bezpieczeństwa. Bundeswehra, która w 1990 roku liczyła blisko 500 tys. żołnierzy i dysponowała tysiącami czołgów, skurczyła się do około 180 tysięcy, z parkiem pancernym tak ograniczonym, że w 2022 roku Niemcy miały trudności z przekazaniem Ukrainie kilkudziesięciu sprawnych Leopardów. Zeitenwende ogłoszone przez kanclerza Scholza w lutym 2022 roku, 100 mld euro funduszu specjalnego na modernizację Bundeswehry, było gestem politycznym o dużym ciężarze symbolicznym. Ale fundusz specjalny, nawet stumiliardowy, nie buduje przemysłu. Buduje zamówienia. A zamówienia bez mocy produkcyjnych oznaczają kolejki, opóźnienia i inflację cen sprzętu, co jest dokładnie tym, co obserwujemy w europejskim sektorze obronnym od 2022 roku.
Francja znajduje się w nieco innej sytuacji: utrzymała ciągłość przemysłu obronnego, posiada zdolności nuklearne, stoczniowe i lotnicze, a jej model integracji państwo-przemysł, oparty na Délégation Générale pour l’Armement, zapewnia poziom koordynacji niedostępny w większości państw europejskich. Ale nawet francuski przemysł obronny działa w skali, która nie odpowiada wymogom konfliktu o wysokiej intensywności. Nexter produkuje amunicję artyleryjską w ilościach wystarczających w warunkach pokojowych i całkowicie niewystarczających w warunkach wojny materiałowej.
Unia Europejska ogłosiła w 2023 roku cel zwiększenia europejskiej produkcji amunicji 155 mm do miliona sztuk rocznie. Cel ten do dziś nie został w pełni osiągnięty. Rheinmetall zapowiada zdolności rzędu 350 tys. do 700 tys. sztuk rocznie w połowie dekady, ale między zapowiedzią a uruchomieniem linii produkcyjnej leży dystans, którego nie pokonuje się komunikatem prasowym. Budowa fabryki amunicji trwa latami. Uzyskanie pozwoleń, zamówienie specjalistycznych maszyn, wyszkolenie kadry, uzyskanie certyfikacji wymaga czasu, którego Europa traktuje jako zasób nieograniczony, podczas gdy kalkulacja strategiczna wskazuje coś przeciwnego.
Istnieje zatem fundamentalna rozbieżność między europejską retoryką bezpieczeństwa a europejską zdolnością przemysłową. Politycy europejscy mówią o „europejskim filarze obronnym”, o „strategicznej autonomii”, o „zdolności do samodzielnego działania”. Te sformułowania nie mają za sobą bazy przemysłowej, która pozwalałaby je zrealizować. Są deklaracjami intencji, nie opisem zdolności. A w kalkulacji strategicznej, którą prowadzi Waszyngton liczy się zdolność, nie intencja. I Pekin o tym dobrze wie.
Zwrot przemysłowy, jeśli ma być czymś więcej niż hasłem, wymaga inwestycji kapitałowych w infrastrukturę fabryczną, wieloletnich kontraktów gwarantujących popyt, reform regulacyjnych przyspieszających procedury, decyzji o lokalizacji nowych zakładów i politycznej zgody na to, że produkcja broni i amunicji służy bezpieczeństwu publicznemu, a nie jest problemem wizerunkowym do ukrycia. Wymaga wreszcie uczciwości co do tego, czyje fabryki mają produkować i w czyim interesie działa mechanizm finansowania. Europa nie podjęła jeszcze większości tych decyzji. SAFE jest krokiem, ale krokiem ostrożnym, osadzonym w logice regulacyjnej i, co gorsza, w logice politycznego nacisku, który wykorzystuje bezpieczeństwo europejskie jako dźwignię do celów nie mających z bezpieczeństwem nic wspólnego. Regulacja bez fabryk jest tym samym, czym doktryna bez dywizji – jedynie dokumentem, którego nikt nie musi brać na poważnie. A regulacja z warunkowością ideologiczną w czasie zagrożenia wojennego jest czymś gorszym: jest dowodem, że instytucje europejskie nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć, czym jest stawka, o którą toczy się gra.
Język wartości i problem wiarygodności
W Monachium Donald Tusk mówił o jedności Zachodu, o moralnej odpowiedzialności, o tym, że dobro musi być silne. Te słowa mają swoją wagę i swoje miejsce. Język wartości jest spoiwem sojuszu. bBez niego NATO staje się wyłącznie paktem ubezpieczeniowym, kalkulacją kosztów i korzyści, którą każdy sojusznik może w dowolnym momencie przeliczyć na nowo i uznać za nieopłacalną. Wspólnota normatywna jest tym, co odróżnia sojusz zachodni od koalicji interesów, jaką jest na przykład partnerstwo rosyjsko-chińskie. Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby tego języka.
Problem zaczyna się gdzie indziej. Język wartości wymaga wiarygodności, a wiarygodność jest kategorią, która nie mieści się w samych słowach. Wiarygodność buduje się zdolnością do działania zgodnego z deklaracjami. Państwo, które mówi o sile dobra, musi dysponować siłą, która to dobro zabezpiecza. Państwo, które mówi o jedności Zachodu, musi być wewnętrznie spójne na tyle, by zdolność do mobilizacji nie była zakładnikiem sporu politycznego. Państwo, które apeluje o solidarność sojuszniczą, musi samo być w stanie tę solidarność okazać w formie wymiernej . W postaci sprzętu, amunicji, zdolności produkcyjnych, gotowości logistycznej.
Tu dochodzimy do kwestii delikatnej, ale niezbędnej. Polska od lat jest przedmiotem sporu instytucjonalnego z Komisją Europejską, który dotyczy organizacji wymiaru sprawiedliwości, zakresu kompetencji władzy wykonawczej, relacji między trybunałami a parlamentem. Ten spór ma swoją historię, swoją dynamikę i swoje racje po obu stronach, których rozstrzyganie nie jest przedmiotem tej analizy. Przedmiotem analizy jest pytanie o to, jak tego rodzaju spór wpływa na zdolność mobilizacyjną państwa.
A wpływa konkretnie i mierzalnie. Państwo, które przez cztery lata nie może uzyskać dostępu do środków z Krajowego Planu Odbudowy i to śodków, na które składa się jego własny wkład budżetowy, bo Komisja Europejska uzależnia wypłatę od spełnienia coraz to nowych warunków politycznych, traci nie tylko pieniądze. Traci tempo. W sytuacji, gdy każdy kwartał opóźnienia w rozbudowie infrastruktury przemysłowej oznacza kwartał opóźnienia w osiągnięciu zdolności produkcyjnych, instrumentalizacja warunkowości staje się problemem bezpieczeństwa, a nie tylko problemem prawnym. Spór o praworządność, niezależnie od tego, kto ma w nim rację, angażuje energię polityczną, zasoby administracyjne i uwagę opinii publicznej w stopniu, który odciąga je od zadań, które w warunkach zagrożenia powinny mieć absolutny priorytet.
Problem wiarygodności ma też wymiar wewnętrzny, który jest trudniejszy do opisania, bo dotyka sfery, o której polscy politycy wolą nie mówić wprost. Mobilizacja przemysłowa na czas kryzysu wymaga czegoś, czego żadna ustawa nie jest w stanie zagwarantować: zaufania między państwem a sektorem prywatnym, między rządem a opozycją, między centrum decyzyjnym a aparatem wykonawczym. Przedsiębiorca, który ma zainwestować setki milionów złotych w nową linię produkcyjną amunicji, musi mieć pewność, że zamówienie rządowe nie zostanie anulowane po następnych wyborach, że regulacje nie zmienią się w połowie cyklu inwestycyjnego, że polityka obronna państwa jest polityką państwową, a nie partyjną, albo – co gorsza – sumą lobbystycznych nacisków. W kraju, w którym co cztery lata zmienia się nie tylko rząd, ale nierzadko cała filozofia polityki obronnej, w którym zamówienia zbrojeniowe bywają przedmiotem rozgrywek politycznych, w którym spółki Skarbu Państwa podlegają rotacji kadrowej po każdych wyborach – w takim kraju budowanie długoterminowej bazy przemysłowej jest trudniejsze niż w państwie, które wypracowało konsensus obronny ponad podziałami. A taki konsensus roku 2026, zwłaszcza po przemówieniu monachijskim Marco rubio jest Polsce niezbędny.
Polska nie jest tu wyjątkiem; żadna demokracja nie jest wolna od tego problemu. Ale Polska jest przypadkiem, w którym skala polaryzacji politycznej sprawia, że nawet decyzje obronne, które powinny być oczywiste, stają się przedmiotem sporu. Zakup Abramsów, kontrakt na Patrioty, decyzje o lokalizacji baz sojuszniczych – każda z tych decyzji była w polskiej debacie publicznej kontestowana, politycznie instrumentalizowana, przedstawiana jako dowód na niekompetencję lub zależność rządu, który ją podjął. Następny rząd, zamiast kontynuować, zaczynał od przeglądu, rewizji, „audytu”, który w praktyce oznaczał opóźnienie. Cykl polityczny zjadał ciągłość strategiczną. Dotyczy to nie tylko polityki obronnej, ale spraw rudymentalnych dla polskiej gospodarki i polskiej przyszłości gospodarczej – jak na przykład kwestie budowy elektrowni atomowej.
To nie jest zarzut wobec żadnej konkretnej formacji. To jest diagnoza strukturalna. Państwo, w którym polityka obronna i gospodarcza jest zakładnikiem cyklu wyborczego, nie jest w stanie prowadzić planowania przemysłowego w horyzoncie, jakiego wymaga budowa zdolności produkcyjnych. Fabryka amunicji buduje się pięć do siedmiu lat. Kontrakt na linię produkcyjną pocisków wymaga gwarancji zamówień na dekadę. Partnerstwo z zagranicznym dostawcą technologii, takie jak współpraca PGZ z Northrop Grumman, wymaga stabilności instytucjonalnej, której nie da się zapewnić obietnicą jednego premiera, bo następny premier może mieć inne priorytety.
Izrael rozwiązał ten problem przez konsensus obronny, który jest trwalszy niż jakakolwiek koalicja rządowa. Polityka bezpieczeństwa Izraela nie zmienia się po wyborach, bo jej fundamenty, od służby wojskowej przez przemysł obronny po doktrynę odstraszania, leżą poza zasięgiem sporu partyjnego. Fakt: Izrael żyje w stanie permanentnego zagrożenia egzystencjalnego. Zadajmy sobie w takim razie pytanie, czy Polska, mając sąsiada prowadzącego wojnę napastniczą przeciwko zaprzyjaźnionemu krajowi, z którym graniczymy, może sobie pozwolić na traktowanie własnego bezpieczeństwa inaczej? Czy zagrożenie, które widzimy za wschodnią granicą, nie ma charakteru egzystencjalnego? Takiego, które jako społeczeństwo po prostu bagatelizujemy, bo ostatnia wojna na naszym terytorium skończyła się osiemdziesiąt lat temu?
Polską analogię mamy zresztą we własnej historii i jest ona przejmująco dokładna. We wrześniu 1939 roku Wojsko Polskie walczyło uzbrojeniem, które było w trakcie wymiany pokoleniowej. Program modernizacyjny uruchomiony w połowie lat trzydziestych zakładał przezbrojenie armii do roku 1942 albo 1943. Centralny Okręg Przemysłowy dopiero nabierał mocy produkcyjnej. Pistolet maszynowy Mors, czołg 10TP, bombowiec PZL.37 Łoś to były konstrukcje dorównujące jakościowo niemieckim odpowiednikom, a w niektórych parametrach je przewyższające. Zabrakło trzech lat. Trzech lat, w których fabryki zdążyłyby wyprodukować wystarczająco dużo egzemplarzy, by zmienić bilans kampanii. Polska przegrała wojnę też dlatego, że zabrakło czasu.
A czas jest jedynym zasobem na tej planecie, którego nie da się odnowić, odzyskać ani wyprodukować w nadgodzinach. Każdy rok zmarnowany na jałowy spór polityczny o kształt zamówienia, o lokalizację fabryki, o to, czyj minister podpisał kontrakt, to rok, w którym linia produkcyjna nie powstaje, kadra nie jest szkolona, a zdolność bojowa nie rośnie.
Finlandia, która wstąpiła do NATO w 2023 roku, dysponuje systemem rezerw i mobilizacji funkcjonującym niezależnie od tego, kto rządzi w Helsinkach, bo jest on zakorzeniony w kulturze obronnej społeczeństwa głębiej niż w jakiejkolwiek ustawie. Polska nie wypracowała jeszcze takiego konsensusu. Ma silny instynkt obronny, wykazany dobitnie w reakcji na inwazję rosyjską na Ukrainę, ale nie przełożyła go dotąd na trwałą architekturę instytucjonalną odporną na wahania polityczne. A czas mija. I nie jest zasobem nieograniczonym.
Język wartości, jakim posługuje się polska dyplomacja w Monachium i w innych miejscach jest ważny i potrzebny. Ale jego wiarygodność mierzy się tym, co za nim stoi. Za przemówieniem o sile dobra musi stać budżet obronny wykonywany w stu procentach, a nie tylko uchwalany na papierze. Za apelem o jedność Zachodu musi stać zdolność do natychmiastowego wsparcia sojuszników, taka, jaką Polska wykazała w 2022 roku. Za deklaracją o moralnej odpowiedzialności musi stać plan produkcyjny, harmonogram rozbudowy mocy wytwórczych, wykaz linii produkcyjnych z terminami uruchomienia.
Mobilizacja nie jest aktem retorycznym. Jest procesem przemysłowym, finansowym i instytucjonalnym, który wymaga lat przygotowań, miliardów złotych inwestycji i, przede wszystkim, politycznej zgody na to, że bezpieczeństwo państwa jest ważniejsze niż następne wybory. Państwo, które mówi językiem wartości, ale nie potrafi zmobilizować własnego przemysłu, jest państwem, którego słowa z każdym rokiem ważą mniej. Dlatego, że ten, kto ich słucha, sprawdza, czy za słowami stoją dywizje. To stare pytanie — przypisywane Stalinowi, choć prawdopodobnie apokryficzne, „ile dywizji ma papież?” jest w swojej brutalności pytaniem, które zadaje sobie każdy strateg, słuchając konferencyjnych przemówień. Odpowiedź, jakiej udziela na nie Polska, musi być wyrażona w liczbie linii produkcyjnych, w tempie ich skalowania i w dowodzie, że polityka obronna tego państwa jest polityką trwałą, a nie obietnicą jednej kadencji.
AI: produkcja czy regulacja
Sztuczna inteligencja jest dziś traktowana w debacie strategicznej jako czynnik, który zmienia wszystko. W pewnym sensie słusznie: zmienia wiele. Ale sposób, w jaki zmienia, zależy całkowicie od tego, kto jej używa i w jakim celu. I właśnie tu przebiega linia podziału, która w nadchodzących latach okaże się równie istotna jak podział na państwa posiadające broń nuklearną i te, które jej nie posiadają.
Na Ukrainie AI jest narzędziem wojennym w sensie operacyjnym, a nie akademickim. Palantir, poprzez platformę Maven Smart System, skraca czas od wykrycia celu do uderzenia z godzin do minut. System integruje dane z rozpoznania satelitarnego, z dronów, z nasłuchu elektronicznego, z raportów polowych i przekłada je na obraz sytuacyjny, na podstawie którego dowódca podejmuje decyzję o użyciu ognia. To nie jest futurologia. To jest rzeczywistość operacyjna, testowana w warunkach bojowych od 2022 roku, w konflikcie o intensywności, jakiej Europa nie znała od osiemdziesięciu lat. Anduril rozwija autonomiczne systemy obronne czyli drony przechwytujące, systemy antydronowe, platformy rozpoznawcze zdolne do działania bez ciągłego nadzoru operatora. Palantir, Anduril, Shield AI, Rebellion Defense, to nie są projekty badawcze. To są firmy, które mają kontrakty z Pentagonem, które testują swoje produkty na realnym polu walki i które rosną w tempie, jakiego europejski sektor obronny nie jest w stanie naśladować.
AI w zastosowaniu wojskowym robi coś, co z punktu widzenia doktryny wojennej jest rewolucyjne: kompresuje pętlę decyzyjną. Klasyczny cykl OODA (obserwacja, orientacja, decyzja, działanie), który w tradycyjnym dowodzeniu zajmuje godziny lub dni, w systemach wspartych sztuczną inteligencją może zamknąć się w minutach. To oznacza, że strona dysponująca przewagą w AI nie musi koniecznie dysponować większą liczbą czołgów czy pocisków, by osiągnąć efekt na polu walki. Może kompensować braki ilościowe szybkością i precyzją decyzji. Może wykrywać słabe punkty przeciwnika, zanim ten zdąży je zabezpieczyć. Może optymalizować użycie ograniczonych zasobów ogniowych tak, by każdy pocisk trafił tam, gdzie przyniesie największy efekt.
Ale właśnie tu należy się zatrzymać, bo z tego spostrzeżenia wyciąga się nierzadko wniosek fałszywy. Wniosek, że AI zastępuje masę. Że precyzja czyni skalę zbędną. Że wystarczy mieć lepsze algorytmy, a można sobie pozwolić na mniej fabryk. To jest pokusa, której ulega przede wszystkim Europa, bo pozwala jej ona zachować iluzję strategicznej adekwatności bez ponoszenia kosztów reindustrializacji.
Doświadczenie ukraińskie mówi coś innego. AI skraca czas od wykrycia do uderzenia, ale uderzenie wymaga pocisku. Precyzja namierzania jest bezwartościowa, jeśli na końcu łańcucha nie ma amunicji, którą można wystrzelić. Dron rozpoznawczy może wskazać dokładną pozycję rosyjskiego składu amunicji, ale jeśli bateria artyleryjska nie ma czym strzelić, bo zapasy się wyczerpały, a dostawy są opóźnione o tygodnie, to cała przewaga informacyjna zamienia się w frustrację operacyjną. Ukraina doświadcza tego od miesięcy: dysponuje coraz lepszymi systemami rozpoznania i namierzania, ale regularnie staje wobec sytuacji, w której wie, gdzie jest cel, a nie ma środków, by go zniszczyć. AI bez amunicji jest radarem bez broni.
Dlatego właśnie Ukraina, zamiast czekać na zachodnią odpowiedź przemysłową, zbudowała własną. I zbudowała ją w tempie, które powinno zawstydzić każdą europejską debatę o „strategicznej autonomii”. Na początku 2024 roku ukraińskie zakłady produkowały około 20 tys. dronów FPV miesięcznie. Do stycznia 2025 roku produkcja wzrosła do 200 tys. miesięcznie czyli nastąpił wzrost o 900% w niecały rok. W całym 2024 roku wyprodukowano na Ukrainie około 2,2 mln bezzałogowców różnych typów. Na 2025 rok planowano przekroczenie 4,5 mln, z czego ponad 2 mln stanowić miały drony FPV. Do tego doszedł bezprecedensowy budżet: 775 mld hrywien, czyli około 18,5 mld dolarów, przeznaczonych wyłącznie na zakup dronów krajowej produkcji. To jest mobilizacja przemysłowa i to nie w brukselskim sensie dokumentu programowego, lecz w sensie fabryki, która produkuje, bo od tego zależy przetrwanie państwa.
Założenie strategiczne jest proste i bezwzględne: ścieranie siły żywej przeciwnika w tempie, które przekracza jego zdolność mobilizacyjną. W czerwcu 2024 roku Ukraina powołała Siły Systemów Bezzałogowych jako samodzielny rodzaj sił zbrojnych, pierwszą taką formację na świecie. W lutym 2025 roku uruchomiono inicjatywę Drone Line, łączącą pięć najskuteczniejszych jednostek szturmowych dronów, których zadaniem jest tworzenie „strefy zabijania” — pasa o głębokości 10 do 15 kilometrów, w którym drony mają eliminować wszelką aktywność przeciwnika. To nie jest koncept z laboratorium. To jest doktryna operacyjna testowana codziennie na ponad tysiąckilometrowym froncie.
I ta doktryna przynosi wymierne rezultaty. W grudniu 2025 roku ukraińskie drony uderzyły w ponad 106 tys. celów, co stanowiło wzrost o 31% w porównaniu z listopadem. Prezydent Zełenski podał, że w samym grudniu drony poraziły 35 tys. rosyjskich żołnierzy. Liczba ta obejmuje zabitych i rannych potwierdzonych przekazem wideo. Dowódca Sił Systemów Bezzałogowych, major Robert Browdi, potwierdził, że jego jednostki odpowiadały za około 13 tys. z tych trafień, co stanowi 40% ogółu. Co istotne – stosowana jest restrykcyjna weryfikacja: jeśli dron wlatuje do ziemianki, w której przebywa siedmiu żołnierzy, ale ich eliminacja nie została potwierdzona nagraniem, trafienie nie jest liczone. Realne straty są z dużym prawdopodobieństwem wyższe niż oficjalne.
Generał Ołeksandr Syrski stwierdził w styczniu 2026 roku, że po raz pierwszy w tej wojnie ukraińskie drony eliminowały więcej rosyjskich żołnierzy miesięcznie, niż Kreml był w stanie rekrutować. Rosja podpisała w 2025 roku kontrakty z 417 tys. nowych żołnierzy, co oznacza tempo rekrutacji rzędu 34 do 35 tys. miesięcznie. Siły Systemów Bezzałogowych planują zwiększyć liczbę trafień do 50-60 tys. rosyjskich żołnierzy miesięcznie w 2026 roku. Jeżeli ten cel zostanie osiągnięty, Rosja znajdzie się w sytuacji, w której jej zdolność uzupełniania strat na froncie będzie strukturalnie mniejsza niż tempo ich ponoszenia. To jest definicja wojny na wyniszczenie wygrywanej przez stronę słabszą demograficznie, ale silniejszą technologicznie i przemysłowo w jednym konkretnym segmencie.
Jak skuteczna jest ta nowa broń w warunkach konwencjonalnego starcia, pokazały z brutalną jasnością ćwiczenia Hedgehog 2025, przeprowadzone w maju ubiegłego roku w Estonii z udziałem 16 tys. żołnierzy z 12 państw NATO. W jednym ze scenariuszy grupa zaledwie dziesięciu ukraińskich operatorów dronów, grających rolę przeciwnika, w ciągu pół dnia „zniszczyła” 17 pojazdów opancerzonych i przeprowadziła 30 uderzeń na inne cele, eliminując de facto dwa bataliony — brytyjski i estoński — i pozbawiając je zdolności bojowej. Użyto przy tym zaledwie t30 dronów na obszarze mniejszym niż 10 km kwadratowych, co stanowi ułamek tego, czym ukraińska armia operuje na realnym froncie.
Aivar Hanniotti, koordynator systemów bezzałogowych Estońskiej Ligi Obrony, który dowodził ukraińskim zespołem, stwierdził, że ukrycie się było niemożliwe: wojska NATO poruszały się bez maskowania, parkowały pojazdy opancerzone i rozbijały namioty na otwartej przestrzeni. „Wszystko zostało zniszczone” jak podsumował jeden z uczestników. Sten Reimann, były dowódca estońskiego Centrum Wywiadu Wojskowego, nazwał wyniki ćwiczeń „szokującymi”. Jeden z dowódców obserwujących manewry zakończył swoją ocenę trzema słowami, które obiegły potem zachodnie media: „We are f…..!”
Te trzy słowa są najkrótszym streszczeniem tego, co dzieje się na styku technologii i doktryny. NATO wchodzi w erę, w której pole walki jest całkowicie przezroczyste bo drony widzą wszystko, natychmiast, i przekazują to do systemu zarządzania polem walki, który w ciągu minut przetwarza dane i koordynuje uderzenie. Ukraińcy używali podczas ćwiczeń systemu Delta czyli platformy, która zbiera informacje wywiadowcze w czasie rzeczywistym, wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy danych, identyfikuje cele i koordynuje ogień między dowództwem a jednostkami. Pętla „zobaczyć/przekazać/strzelić” zamykała się w minutach. Tymczasem w wielu armiach NATO, jak zauważyła Maria Lemberg z ukraińskiej organizacji Aerorozvidka, utrzymuje się instynkt ograniczania dostępu do danych wrażliwych, co spowalnia łańcuch rażenia do tempa nieadekwatnego wobec współczesnego pola walki. Część armii sojuszniczych szkoli żołnierzy na podstawie podręczników, które nie uwzględniają realiów wojny dronowej. Należy zapytać – jak jest z tym w Polsce?
Wniosek z ćwiczeń Hedgehog jest taki sam jak wniosek z ukraińskiego frontu: drony, wsparte AI i zintegrowane z systemem zarządzania polem walki, zmieniają charakter wojny konwencjonalnej w sposób, który czyni dotychczasowe formacje zmechanizowane skrajnie podatnymi na zniszczenie. Ale, i to jest punkt kluczowy, ta rewolucja nie odbywa się w w powietrzu. Odbywa się na linii produkcyjnej. Ukraina zużywa 270 tys. dronów miesięcznie czyli więcej, niż jest w stanie wyprodukować. Luka między zużyciem a produkcją jest pokrywana dostawami sojuszniczymi i unijnym zobowiązaniem w wysokości sześciu miliardów euro. Gdyby te dostawy ustały, ukraińska zdolność do utrzymania tempa operacyjnego spadłaby dramatycznie. Drony, nawet te kosztujące 400 dolarów za sztukę, muszą być produkowane w skali przemysłowej, bo giną w pierwszym locie, wiele nie trafia celu, część jest neutralizowana przez systemy walki elektronicznej. Rewolucja dronowa jest rewolucją fabryczną. Kto nie produkuje ten nie walczy.
Stany Zjednoczone rozumieją tę zależność i dlatego ich podejście do AI w sektorze obronnym jest podejściem zintegrowanym: AI jako mnożnik siły przemysłowej, nie jako jej substytut. Program Replicator, ogłoszony przez Departament Obrony w 2023 roku, zakłada masową produkcję tanich, autonomicznych systemów bezzałogowych czyli dronów powietrznych, morskich i lądowych, w ilościach mierzonych tysiącami sztuk. Filozofia programu jest prosta: jeżeli przeciwnik produkuje w skali, której nie jesteśmy w stanie dorównać w segmencie tradycyjnych platform – okrętów, samolotów, czołgów, to odpowiedzią jest zmiana kategorii. Zamiast jednego niszczyciela za dwa miliardy dolarów, tysiąc autonomicznych platform morskich za ułamek tej ceny. Ale nawet tysiąc tanich dronów to wciąż produkcja przemysłowa. To linie montażowe, łańcuchy dostaw komponentów, magazyny, logistyka dystrybucji. AI projektuje i steruje tymi systemami, ale wytwarza je fabryka.
Europa wybrała inną drogę. Jej odpowiedzią na rewolucję AI jest przede wszystkim regulacja. AI Act czyli rozporządzenie Unii Europejskiej w sprawie sztucznej inteligencji, przyjęte w 2024 rok, jest najbardziej kompleksowym aktem prawnym dotyczącym AI na świecie. Klasyfikuje systemy sztucznej inteligencji według poziomu ryzyka, ustanawia wymogi przejrzystości, nakłada obowiązki na dostawców i użytkowników, przewiduje sankcje za naruszenia. Jest aktem legislacyjnym o dużym stopniu wyrafinowania prawniczego, który z pewnością wpłynie na globalną debatę o regulacji AI.
Tyle że regulacja AI i zdolność do jej wojskowego zastosowania to dwie zupełnie różne rzeczy. Europa reguluje technologię, której w znacznej mierze nie wytwarza. Co więcej – ta regulacja jest w dużej mierze ograniczająca rozwój tej technologii w Europie. Wielkie modele językowe powstają w Stanach Zjednoczonych i w Chinach. Chipy, na których te modele działają, projektuje Nvidia w Kalifornii i produkuje TSMC na Tajwanie. Firmy, które przekładają AI na zastosowania wojskowe – Palantir, Anduril, Shield AI, są firmami amerykańskimi, finansowanymi przez amerykański venture capital, pracującymi na kontraktach Departamentu Obrony. Europa nie ma odpowiednika Palantira. Nie ma odpowiednika Andurila. Nie ma ekosystemu, w którym firmy technologiczne startupowe mogą w ciągu kilku lat wyrosnąć na dostawców rozwiązań obronnych, bo europejski rynek zamówień obronnych jest fragmentaryczny, a procedury zamówieniowe wykluczają podmioty, które nie mają wieloletniego doświadczenia w obsłudze biurokracji brukselskiej.
Powstaje zatem sytuacja paradoksalna. Europa zdążyła stać się światowym liderem w regulowaniu sztucznej inteligencji, zanim ktokolwiek w Brukseli zadał pytanie, czy kontynent potrafi tę technologię w ogóle wytworzyć, nie mówiąc już o zastosowaniu jej na polu walki. Ramy prawne, które Unia buduje z takim mozołem, dotyczą systemów projektowanych w Kalifornii i produkowanych na Tajwanie; ograniczenia, które nakłada, obowiązują firmy, których w Europie nie ma. Tymczasem Pekin, dla którego europejskie klasyfikacje ryzyka są przedmiotem zainteresowania co najwyżej akademickiego, wdraża sztuczną inteligencję w sektorze obronnym w tempie, które amerykańscy analitycy określają już nie jako niepokojące, lecz jako alarmujące. Chiny rozwijają autonomiczne systemy bezzałogowe, platformy rozpoznania wspartego AI, systemy wspomagające decyzje operacyjne na szczeblu teatru działań. To wszystko rośnie poza zasięgiem europejskiej regulacji, a coraz częściej także poza zasięgiem europejskiego rozumienia tego, co w ogóle jest budowane. Inżynierów do Sali Schumana w Berlaymoncie nikt nie zaprasza.
Pytanie, które należy postawić wprost, brzmi: jeżeli Europa nie odpowiada na zmianę strategiczną zwrotem przemysłowym, to czym odpowiada? Odpowiedź jest taka, że odpowiada regulacją. A sztuczna inteligencja w europejskim wydaniu staje się przede wszystkim technologią skalowania tej regulacji. Narzędziem do pilnowania zgodności regulacyjnej, do klasyfikacji ryzyk, do monitorowania przestrzegania norm. AI w służbie zgodności regulacyjnej, nie w służbie zdolności bojowej.
To nie jest karykatura. To jest opis tendencji, która ma swoje źródło w tej samej logice ustrojowej Unii, o którym była mowa przy okazji SAFE. Unia Europejska jest strukturalnie predysponowana do tworzenia reguł, a nie do budowy zdolności. Jej aparat instytucjonalny jest zoptymalizowany pod kątem produkcji norm, nie produkcji amunicji. I gdy pojawia się nowa technologia, taka jak AI , europejski instynkt instytucjonalny każe ją najpierw uregulować, zanim ktokolwiek zapyta, czy potrafimy ją wykorzystać.
Tymczasem kalkulacja strategiczna jest bezlitosna. Tu jednak trzeba powiedzieć rzecz prozaiczną, której żadna debata o sztucznej inteligencji nie powinna tracić z oczu.
Pocisk artyleryjski powstaje w fabryce, nie w algorytmie. Dron, który kosztuje 400 dolarów i ginie w pierwszym locie, musi być wyprodukowany, zapakowany, przetransportowany i dostarczony na pozycję szybciej, niż przeciwnik zdąży go zestrzelić i jest problem logistyczny i przemysłowy, zanim stanie się problemem informatycznym czy regulacyjnym. Owszem, sztuczna inteligencja potrafi wycisnąć więcej z mniejszych zasobów: celniej przydzielić ogień, dłużej utrzymać w walce armię, która ma mniej amunicji niż przeciwnik, znaleźć słabe punkty tam, gdzie bilans sił nie daje nadziei na przełamanie. Tyle że to wszystko razem jest w gruncie rzeczy optymalizacją niedoboru. A niedobór, nawet zoptymalizowany z niespotykaną finezją, prowadzi do tego samego końca , tyle że wolniej.
Polska: punkt wyjścia i punkt ciężkości
Polska nie startuje z zera. Ma tradycję przemysłu zbrojeniowego sięgającą dwudziestolecia międzywojennego, kiedy Centralny Okręg Przemysłowy budowano w widłach Wisły i Sanu właśnie po to, by stworzyć bazę produkcyjną poza zasięgiem artylerii potencjalnego agresora. Ma zakłady, które przetrwały PRL, transformację i dekady zaniedbań: Dezamet w Nowej Dębie, Mesko w Skarżysku-Kamiennej, Bumar-Łabędy, Huta Stalowa Wola. Ma Polską Grupę Zbrojeniową, która po latach reorganizacji zaczyna funkcjonować jako holding zdolny do koordynacji dużych programów produkcyjnych. Ma wreszcie budżet obronny, który w 2025 roku przekroczył 4% PKB, co czyni Polskę jednym z najwyżej wydających na obronność państw w NATO w relacji do wielkości gospodarki.
Ale Polska nie startuje też z pozycji pierwszoplanowej. Nie jest Stanami Zjednoczonymi z ich kontynentalną bazą przemysłową. Nie jest nawet Francją z jej zintegrowanym kompleksem wojskowo-przemysłowym i ciągłością instytucjonalną Délégation Générale pour l’Armement. Polska jest państwem, które przez trzydzieści lat po 1989 roku traktowało przemysł obronny jako relikt poprzedniej epoki, jako sektor do prywatyzacji, restrukturyzacji albo cichej likwidacji. Konsekwencje tej polityki, a raczej braku polityki, są dziś widoczne w każdym parametrze zdolności produkcyjnych.
Według danych Ministerstwa Obrony Narodowej i deklaracji Polskiej Grupy Zbrojeniowej z lat 2023–2024 krajowe zdolności produkcyjne amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm oscylowały wokół 30 do 40 tysięcy sztuk rocznie. To jest wielkość, która w kontekście wojny materiałowej o intensywności ukraińskiej odpowiada kilku tygodniom zużycia na jednym odcinku frontu. Ukraina w szczytowych momentach walk zużywała od trzech do siedmiu tysięcy pocisków artyleryjskich dziennie. 30 tysięcy sztuk rocznie to jest 10 dni takiego zużycia. Nawet przy najbardziej optymistycznych założeniach dotyczących polskiego udziału w ewentualnym konflikcie taka liczba nie zmienia żadnego bilansu.
Plany są ambitne. Współpraca PGZ z Northrop Grumman w ramach programu budowy nowej fabryki amunicji ma docelowo doprowadzić do zdolności produkcyjnych przekraczających sto pięćdziesiąt tysięcy pocisków 155 mm rocznie w pierwszym etapie rozbudowy, z perspektywą dalszego skalowania. Inwestycje w Dezamecie obejmują modernizację linii produkcji materiałów wybuchowych i komponentów amunicyjnych. Mesko rozwija zdolności w zakresie rakiet przeciwlotniczych i przeciwpancernych, w tym produkcji zestawów Piorun. Harmonogramy mówią o latach 2026–2027 jako okresie osiągania pełnej mocy produkcyjnej nowych linii.
To są realne decyzje inwestycyjne, za którymi stoją podpisane kontrakty, zamówione maszyny, budowane hale produkcyjne. To nie są wyłącznie deklaracje. Polska po 24 lutego 2022 roku podjęła decyzje zbrojeniowe, których skala i tempo nie mają precedensu w powojennej historii kraju: od zakupu koreańskich czołgów K2 i armatohaubic K9, przez kontrakty na systemy HIMARS, Patriot i Abramsy, po zamówienia na śmigłowce Apache. Łączna wartość programów modernizacyjnych przekracza kilkaset miliardów złotych w perspektywie dekady. To jest wysiłek poważny, kosztowny i, co istotne, podjęty pod presją realnego zagrożenia, a nie dla prestiżu.
Ale kontekst jest bezlitosny i nie robi wyjątków dla dobrych intencji.
Unia Europejska w 2023 roku ogłosiła cel zwiększenia europejskiej produkcji amunicji 155 mm do miliona sztuk rocznie na poziomie całej Wspólnoty. Rheinmetall zapowiada zdolności rzędu 350 tys. do 700 tys. rocznie w połowie dekady. Stany Zjednoczone zwiększają własną produkcję z około 14 tys. pocisków 155 mm miesięcznie w 2022 roku do docelowych 100 tys. miesięcznie. Rosja, według szacunków zachodnich wywiadów, produkuje dwa do trzech milionów pocisków artyleryjskich rocznie, wliczając w to amunicję kalibru 152 mm, która jest jej standardem, oraz zapasy odzyskiwane z magazynów epoki sowieckiej.
Polskie 150 tys. rocznie, nawet jeśli ten cel zostanie osiągnięty w terminie, stanowi ułamek tego, co produkuje sam Rheinmetall, i kilka procent tego, co produkuje Rosja. Pytanie nie brzmi zatem: czy Polska produkuje. Polska produkuje i zamierza produkować więcej. Pytanie brzmi: czy produkuje w skali, która zmienia bilans. Czy polskie zdolności produkcyjne są na tyle duże, by uczynić Polskę elementem rdzenia przemysłowego NATO, czy pozostają na poziomie, który pozwala na uzupełnianie własnych zapasów, ale nie na bycie dostawcą netto dla sojuszu w warunkach kryzysu.
To pytanie ma kilka wymiarów, z których każdy wymaga osobnej odpowiedzi.
Pierwszy wymiar to głębokość łańcucha produkcyjnego. Amunicja artyleryjska kalibru 155 mm to nie jest pojedynczy produkt. To jest system złożony z korpusu stalowego, ładunku miotającego, zapalnika, materiału wybuchowego i w przypadku amunicji precyzyjnej także modułu naprowadzania. Każdy z tych komponentów wymaga osobnego łańcucha dostaw. Polska produkuje TNT i heksogen w Dezamecie, ale zdolności te nie zostały jeszcze rozbudowane do skali, która pozwalałaby na pełne zabezpieczenie produkcji setek tysięcy pocisków rocznie bez importu. Produkcja zapalników wymaga komponentów elektronicznych, z których część pochodzi z rynków azjatyckich. Stal specjalna do korpusów wymaga hut o odpowiednich parametrach, a polskie hutnictwo, po dekadach deindustrializacji nie dysponuje nadwyżką mocy produkcyjnych w tym segmencie.
Budowa pełnego, niezależnego łańcucha produkcyjnego amunicji artyleryjskiej, od surowca po gotowy pocisk, jest zadaniem, które wymaga lat inwestycji, koordynacji między dziesiątkami podmiotów i strategicznych decyzji dotyczących tego, które elementy łańcucha muszą pozostać pod kontrolą krajową, a które mogą być importowane od zaufanych sojuszników. Dotychczasowe podejście polskie koncentrowało się przede wszystkim na montażu końcowym i integracji systemów, w mniejszym stopniu na budowie głębokości łańcucha. To jest zrozumiałe z punktu widzenia tempa, bo montaż końcowy da się uruchomić szybciej niż produkcję materiałów wybuchowych od zera. Ale w warunkach konfliktu o wysokiej intensywności to właśnie głębokość łańcucha decyduje o trwałości produkcji. Fabryka, która montuje pociski z importowanych komponentów, jest tak odporna na zakłócenia, jak najsłabsze ogniwo jej łańcucha dostaw. A łańcuchy dostaw w warunkach wojennych są z definicji narażone na przerwanie.
Drugi wymiar to zdolności magazynowe i logistyczne. Produkcja amunicji ma sens strategiczny wyłącznie wtedy, gdy wyprodukowane pociski trafiają we właściwe miejsce we właściwym czasie. Polska rozbudowuje infrastrukturę magazynową, nowe składy amunicji, zmodernizowane centra logistyczne, rozbudowuje sieci kolejowe na ścianie wschodniej. Ale skala tych inwestycji nie nadąża za skalą zamówień sprzętowych. Kupujemy czołgi Abrams, armatohaubice K9, wyrzutnie HIMARS, ale czy budujemy w tym samym tempie infrastrukturę, która pozwoli te systemy zaopatrywać w amunicję w warunkach bojowych? Czołg bez amunicji jest stalowym pudłem. Wyrzutnia HIMARS bez rakiet jest ciężarówką z wyrzutnią. Systemy uzbrojenia są tak skuteczne, jak skuteczny jest łańcuch logistyczny, który je zasila.
Trzeci wymiar to kadry. Przemysł zbrojeniowy wymaga inżynierów, technologów, specjalistów od materiałów wybuchowych, kontrolerów jakości, logistyków. Polska ma silne uczelnie techniczne: Politechnikę Warszawską, Wrocławską, AGH, ale absolwenci tych uczelni w ostatnich dekadach nie szli do przemysłu obronnego, bo przemysł obronny nie oferował ani prestiżu, ani wynagrodzeń porównywalnych z sektorem prywatnym czy zagranicznym. Odwrócenie tego trendu wymaga lat. Budowania ścieżek kariery, programów stypendialnych, partnerstw między uczelniami a zakładami zbrojeniowymi. Rheinmetall, otwierając fabrykę amunicji na Litwie, od razu uruchamia program szkoleniowy dla lokalnych pracowników. Czy PGZ prowadzi analogiczne programy na skalę adekwatną do planowanego wzrostu produkcji?
Czwarty wymiar to kwestia modelu współpracy z partnerami zagranicznymi. Polska kupuje koreańskie czołgi i armatohaubice z założeniem transferu technologii i lokalizacji produkcji. Współpracuje z Northrop Grumman przy budowie zdolności amunicyjnych. Negocjuje offset przy kontraktach na Abramsy i Patrioty. Te partnerstwa są niezbędne, bo żadne państwo średniej wielkości nie jest w stanie samodzielnie zbudować pełnego spektrum zdolności przemysłu obronnego. Ale partnerstwo przemysłowe wymaga czegoś, co nie mieści się w żadnym kontrakcie: wymaga ciągłości politycznej, przewidywalności regulacyjnej i stabilności instytucjonalnej. Partner zagraniczny, który inwestuje w budowę fabryki w Polsce, musi mieć pewność, że zmiana rządu nie oznacza rewizji kontraktu, że harmonogram zamówień zostanie dotrzymany, że warunki współpracy nie zmienią się w połowie cyklu inwestycyjnego. O kwestii wiarygodności instytucjonalnej jako warunku mobilizacji przemysłowej była mowa w poprzednim rozdziale. Tu wystarczy dodać, że w przypadku partnerstw zagranicznych stawka jest jeszcze wyższa, bo partner zagraniczny ma zawsze alternatywę. Może zbudować fabrykę w Rumunii, na Litwie, w Czechach. Polska nie jest jedynym państwem na wschodniej flance, które chce budować zdolności obronne. Jest największym ale nie jedynym.
Piąty wymiar, być może najważniejszy, to kwestia skali ambicji. Czy Polska chce być państwem, które uzupełnia własne zapasy i jest w stanie przekazać sojusznikowi kilkadziesiąt tysięcy pocisków w razie kryzysu? Czy chce być państwem, które jest dostawcą netto amunicji i sprzętu dla wschodniej flanki NATO, zdolnym do podtrzymywania wysiłku zbrojeniowego sojuszu w warunkach konfliktu? To są dwie różne ambicje, wymagające dwóch różnych skal inwestycji.
Pierwsza wymaga dokończenia obecnych programów i utrzymania tempa zamówień. Druga wymaga czegoś jakościowo nowego: potraktowania polskiego przemysłu obronnego jako infrastruktury krytycznej NATO, zbudowania wokół niego sieci kooperacyjnej obejmującej dostawców z całej flanki wschodniej, wynegocjowania z Waszyngtonem roli, która wykraczałaby poza bycie odbiorcą amerykańskiego sprzętu i obejmowała bycie producentem i dostawcą w ramach sojuszniczego podziału pracy. Wymaga wreszcie konsekwencji a nie jednorazowego skoku inwestycyjnego, lecz trwałego, wieloletniego wysiłku, który przetrwa zmianę rządu, zmianę koniunktury i zmianę nastrojów opinii publicznej. Wymaga konsensusu politycznego w podzielonym kraju.
Polska wykazała w 2022 roku, że potrafi działać w logice solidarności wojennej oddając dwieście czołgów bez wahania, bez kalkulacji, bez warunków. Teraz musi pokazać coś trudniejszego: że potrafi działać w logice mobilizacji przemysłowej systematycznie, długoterminowo, w skali, która zmienia bilans sojuszniczy. Działanie na wiosnę 2022 roku wymagało wizjonerstwa i odwagi. Działanie, które przed nami wymaga planu. Odwagi Polsce nie brakuje. Pytanie brzmi, czy Polska ma plan i czy ten plan przetrwa dłużej niż jedną kadencję.
Wojna materiałowa nie zaczyna się w dniu mobilizacji. Zaczyna się w planie inwestycyjnym, w decyzji o budowie fabryki, w kontrakcie na dostawę maszyn, w programie szkoleniowym dla inżynierów, w umowie z dostawcą surowców. Każda z tych decyzji musi być podjęta lata przed konfliktem, bo w dniu, w którym konflikt się zaczyna, jest już za późno, żeby budować cokolwiek od podstaw. Jeżeli Polska ma być elementem rdzenia przemysłowego NATO, a jej położenie geograficzne, wielkość gospodarki i instynkt obronny predestynują ją do tej roli, to odpowiedź musi być wyrażona w liczbie linii produkcyjnych, w tempie ich skalowania, w głębokości łańcucha materiałowego i w dowodzie, że zdolność produkcyjna tego państwa jest zdolnością trwałą, a nie jednorazowym gestem. Autonomia strategiczna bez przemysłu jest deklaracją. A deklaracja nie odstrasza nikogo, kto umie liczyć.
Regulacja jako broń antyprzemysłowa: jak Polska wypycha innowacje poza własną jurysdykcję
Dotychczasowa analiza koncentrowała się na zdolnościach produkcyjnych w sensie klasycznym: na fabrykach amunicji, liniach montażowych dronów, łańcuchach dostaw materiałów wybuchowych i stali specjalnej. Ale współczesna zdolność obronna ma jeszcze jeden wymiar, którego nie da się sprowadzić do tonażu i kalibrów: wymiar technologiczny, informacyjny i poznawczy. Wojna dronowa, o której była mowa w rozdziale o AI, nie toczy się wyłącznie na polu walki. Toczy się w laboratoriach, w firmach technologicznych, w ekosystemach innowacyjnych, które produkują oprogramowanie sterujące, systemy rozpoznania, platformy zarządzania polem walki, algorytmy autonomicznej nawigacji. Te ekosystemy muszą gdzieś istnieć. Muszą mieć jurysdykcję, w której mogą się rozwijać, przyciągać kapitał, testować rozwiązania, skalować produkcję, gdzie może być chroniona ich własność intelektualna. I tu pojawia się problem, którego Polska najwyraźniej nie dostrzega: jej własne otoczenie regulacyjne zaczyna działać jak mechanizm wypychania innowacji poza granice kraju.
Autor niniejszej analizy opisał ten problem szczegółowo w dwóch dokumentach opublikowanych w grudniu 2025 i styczniu 2026 roku: w analizie implementacji Digital Services Act w Polsce oraz w stanowisku dotyczącym rządowego projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Oba dokumenty powstawały w kontekście regulacji rynku mediów i usług cyfrowych, a ich przedmiotem była ocena skutków systemowych projektowanych przepisów dla polskiej przestrzeni informacyjnej, wolności słowa i zdolności innowacyjnej sektora cyfrowego. Wnioski z tych analiz mają jednak bezpośrednie przełożenie na kwestie bezpieczeństwa i obronności. Przełożenie, którego projektodawca ustaw najwyraźniej nie brał pod uwagę.
Zacznijmy od stanu faktycznego. Projektowana nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, przedstawiona w grudniu 2025 roku na stronach Rządowego Centrum Legislacji, została formalnie uzasadniona koniecznością implementacji unijnego rozporządzenia EMFA oraz uporządkowania relacji instytucjonalnych na polskim rynku medialnym. Analiza systemowa wykazała jednak, że ustawa w niewielkim stopniu odnosi się do rzeczywistej dynamiki współczesnego rynku mediów i technologii cyfrowych, a w znacznie większym stopniu utrwala model regulacyjny wywodzący się z realiów nadawania linearnego, charakterystycznych dla drugiej połowy dwudziestego wieku. Definicje ustawowe, instrumenty proceduralne i zakres podmiotowy regulacji zostały skonstruowane w sposób preferujący podmioty o ustabilizowanej pozycji rynkowej, funkcjonujące w hierarchicznych strukturach organizacyjnych. Innowacja medialna, a szerzej: innowacja cyfrowa nie występuje w ustawie ani jako cel regulacyjny, ani jako wartość wymagająca ochrony, ani jako obszar, wobec którego ustawodawca przewiduje zwiększoną elastyczność.
Równolegle implementacja DSA w Polsce, poprzez projekt rozporządzenia wykonawczego numer 1757/2025, tworzy architekturę nadzoru nad treściami cyfrowymi, w której decyzje o dopuszczalności, widzialności i zasięgu treści podejmowane są w strukturze trans-narodowej, z udziałem platform cyfrowych, Komisji Europejskiej i instytucji o statusie „zaufanych sygnalistów”. Mechanizm „oceny ryzyka systemowego” z art. 34 DSA wprowadza prewencyjne zarządzanie ekspozycją treści, co w praktyce oznacza, że platformy, chcąc uniknąć sankcji, będą profilować użytkowników i treści zgodnie z oczekiwaniami regulatora. Autor analizy nazwał to „cenzurą predykcyjną” czyli ograniczaniem zasięgu nie przez zakaz, lecz przez algorytmiczne przyciemnienie tego, co uznano za ryzykowne.
Co te regulacje mają wspólnego z problemem obronności? Wszystko. I to na kilku poziomach jednocześnie.
Pierwszy poziom to kwestia ekosystemu innowacyjnego. Współczesny przemysł obronny, ten, który decyduje o przewadze na polu walki dwudziestego pierwszego wieku, nie jest przemysłem ciężki. Jest przemysłem nowych technologii. Palantir, zanim stał się dostawcą systemów zarządzania polem walki dla armii ukraińskiej, był firmą analityczną przetwarzającą dane. Anduril, zanim zaczął produkować autonomiczne drony dla Pentagonu, był startupem z Doliny Krzemowej założonym przez Palmera Luckeya, człowieka, który wcześniej stworzył Oculusa, pionierski zestaw do rzeczywistości wirtualnej, sprzedany Facebookowi za dwa miliardy dolarów. Luckey miał dwadzieścia kilka lat, fortunę z sektora rozrywkowego i przekonanie, że amerykański przemysł obronny potrzebuje firm, które myślą jak firmy technologiczne, a nie jak tradycyjni kontrahenci Departamentu Obrony. Anduril powstał w 2017 roku i w ciągu pięciu lat wyrósł na jednego z kluczowych dostawców systemów autonomicznych dla armii amerykańskiej, z wyceną przekraczającą czternaście miliardów dolarów. Shield AI, zanim dostał kontrakty z Pentagonem na autonomiczne systemy latające, był firmą, która testowała drony w budynkach, ucząc je nawigacji bez GPS-u. Każda z tych firm wyrosła z ekosystemu, w którym innowacja technologiczna mogła się rozwijać szybko, bez nadmiernych obciążeń regulacyjnych na wczesnym etapie, z dostępem do kapitału podwyższonego ryzyka i z perspektywą kontraktów obronnych jako punktu docelowego.
Polska nie ma takiego ekosystemu. Co gorsza, projektowane regulacje aktywnie utrudniają jego powstanie. Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, w kształcie przedstawionym w grudniu 2025 roku, tworzy warunki, w których rozwój nowych modeli działalności opartych na technologiach cyfrowych, algorytmicznych czy wykorzystujących sztuczną inteligencję staje się racjonalny ekonomicznie wyłącznie poza polskim porządkiem prawnym. A to właśnie sektor medialny jest dziś jednym z najpotężniejszych laboratoriów wdrożeniowych nowych technologii. Rzeczywistość rozszerzona, sztuczna inteligencja, eksploracja wielkich zbiorów danych — to wszystko rozwija się najszybciej tam, gdzie można to natychmiast zastosować na masową skalę, a media cyfrowe dają dokładnie taką skalę. Miliony użytkowników generują petabajty danych, które trzeba przetwarzać w czasie rzeczywistym, klasyfikować, analizować, na podstawie których trzeba podejmować decyzje w ułamkach sekundy. Firmy, które uczą się tego na rynku medialnym, budują kompetencje technologiczne, które potem przenoszą do innych sektorów, bo algorytm, który potrafi w czasie rzeczywistym analizować zachowania milionów odbiorców treści, potrafi też analizować dane z pola walki. Przychody z rynku mediowego finansują ten rozwój, a wypracowane rozwiązania migrują stamtąd do logistyki, do analityki wywiadowczej, do systemów autonomicznych. Odcięcie tego obiegu regulacją, która czyni polski rynek medialny nieatrakcyjnym dla firm technologicznych, oznacza odcięcie źródła, z którego mogłyby wyrastać przyszłe zastosowania obronne.
Ustawa nie zakazuje innowacji wprost. Czyni ją ekonomicznie nieracjonalną. Podmiot innowacyjny, analizując projektowane warunki wejścia na rynek — zezwolenia ex ante zamiast rejestracji, rozbudowane obowiązki sprawozdawcze, rozszerzona uznaniowość administracyjna, brak mechanizmów eksperymentalnych i ścieżek ograniczonego ryzyka regulacyjnego staje przed prostą kalkulacją. Może dostosować swój model do wymogów zaprojektowanych pod podmioty historyczne, ponosząc koszty, które dla startupu są zaporowe. Albo może zmienić jurysdykcję. Racjonalna decyzja jest oczywista.
Jeżeli Polska regulacjami wypycha firmy technologiczne poza swoją jurysdykcję, to wypycha również potencjalnych dostawców rozwiązań obronnych. Regulacja niszczy ekosystem, z którego takie firmy mogłyby wyrosnąć. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który w analizie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji został opisany jako „efekt selekcyjny regulacji”: prawo nie eliminuje innowacji w sposób formalny, lecz pozbawia ją warunków umożliwiających rozwój i skalowanie w polskiej jurysdykcji. Dla podmiotów innowacyjnych bardziej opłacalne staje się funkcjonowanie w Estonii, w Holandii, w Wielkiej Brytanii, albo po prostu w reżimach transgranicznych, które pozwalają docierać do polskich odbiorców bez podlegania polskiemu prawu.
Drugi poziom dotyczy suwerenności poznawczej w kontekście obronnym. Analiza DSA wykazała, że implementacja tego rozporządzenia w Polsce prowadzi do sytuacji, w której decyzje o dopuszczalności treści w przestrzeni cyfrowej podejmowane są poza sferą demokratycznej kontroli krajowej, w dialogu między platformami a Komisją Europejską, z udziałem „zaufanych sygnalistów”, których finansowanie i powiązania nie podlegają audytowi. To, co autor nazwał „utratą suwerenności epistemicznej państwa”, ma bezpośrednie konsekwencje obronne.
W warunkach konfliktu lub jego bezpośredniego zagrożenia zdolność państwa do kształtowania własnej przestrzeni informacyjnej jest warunkiem mobilizacji. Mobilizacja nie zaczyna się od powołania rezerwistów. Zaczyna się od zdolności do komunikowania zagrożenia, do budowania konsensusu wokół konieczności działania, do utrzymania spójności społecznej w warunkach presji informacyjnej ze strony przeciwnika. Jeżeli kryteria dopuszczalności treści w polskiej przestrzeni cyfrowej ustalane są operacyjnie przez platformy podlegające regulacji brukselskiej, a nie warszawskiej, to Polska w momencie kryzysu może nie mieć kontroli nad tym, co jej obywatele widzą, czytają i na jakiej podstawie podejmują decyzje. Nie chodzi o cenzurę. Chodzi o zdolność do obrony semantycznej, o to, czy państwo potrafi zapewnić swoim obywatelom dostęp do informacji niezbędnych do zrozumienia sytuacji bezpieczeństwa, bez pośrednictwa algorytmów zaprojektowanych w Dolinie Krzemowej pod kątem maksymalizacji zaangażowania, a nie bezpieczeństwa narodowego.
Ukraina daje tu znów lekcję, której warto wysłuchać uważnie. W pierwszych godzinach inwazji Kijów musiał zapanować nad przestrzenią informacyjną z nie mniejszą determinacją niż nad przestrzenią powietrzną. Zełenski, nagrywający na ulicy selfie z komunikatem „jestem tu, nie uciekłem”, wykonywał akt wojny informacyjnej o konsekwencjach strategicznych, być może równie ważny jak decyzja o obronie lotniska w Hostomlu. Wyobraźmy sobie teraz, że ten materiał trafia do systemu moderacji dużej platformy i zostaje automatycznie zakwalifikowany jako „treść potencjalnie dezinformacyjna” albo „treść o podwyższonym ryzyku systemowym”. Algorytm obniża mu zasięg, opóźnia dystrybucję, opatruje ostrzeżeniem. Prezydent walczącego państwa mówi do kamery, że nie uciekł, a platforma tłumi ten przekaz, bo jej model ryzyka wymuszony DSA nie odróżnia propagandy wojennej od aktu przywództwa w warunkach oblężenia. Mechanizm „cenzury predykcyjnej”, który art. 35 DSA wbudowuje w architekturę nadzoru nad treściami, generuje dokładnie ten rodzaj ryzyka dlatego, że system zaprojektowany pod kątem prewencji nie potrafi rozpoznać momentu, w którym prewencja staje się sabotażem.
Trzeci poziom to kwestia bazy przemysłowej w sensie szerokim. W poprzednich rozdziałach mowa była o fabrykach amunicji, o zakładach w Nowej Dębie i Skarżysku-Kamiennej, o liniach produkcyjnych pocisków kalibru 155 mm. To jest rdzeń bazy przemysłowej w sensie tradycyjnym. Ale współczesna baza przemysłowa obejmuje również firmy produkujące oprogramowanie, laboratoria rozwijające algorytmy sztucznej inteligencji, centra przetwarzania danych, zespoły inżynierów pracujących nad systemami autonomicznymi. Stany Zjednoczone rozumieją to doskonale i dlatego ich Defense Innovation Unit działa w Dolinie Krzemowej, a nie w Waszyngtonie. Dlatego Departament Obrony finansuje programy takie jak Replicator przez firmy technologiczne, a nie wyłącznie przez tradycyjnych kontrahentów obronnych. Dlatego amerykański ekosystem obronny jest ekosystemem, w którym cywilna innowacja technologiczna przepływa płynnie do zastosowań wojskowych.
Polska, zamiast budować taki ekosystem, reguluje go w sposób, który czyni jego istnienie w polskiej jurysdykcji ekonomicznie nieracjonalnym. Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, która zamyka horyzont rozwojowy rynku mediów cyfrowych, zamyka jednocześnie horyzont rozwojowy dla firm, które mogłyby w przyszłości stać się dostawcami rozwiązań obronnych w sferze informacyjnej, analitycznej i algorytmicznej. Implementacja DSA, która deleguje decyzje poznawcze do struktur transnarodowych, osłabia zdolność państwa do kształtowania własnej odporności informacyjnej. Kumulatywny efekt obu regulacji jest taki, że Polska buduje fabryki amunicji, co jest konieczne i słuszne, ale jednocześnie niszczy warunki, w których mogłyby powstać polskie odpowiedniki Palantira, Andurila czy Shield AI.
To nie jest sprzeczność przypadkowa. To jest sprzeczność systemowa, wynikająca z tego, że polityka obronna i polityka regulacyjna w Polsce prowadzone są w zupełnie odrębnych silosach instytucjonalnych, bez jakiejkolwiek koordynacji strategicznej. Ministerstwo Obrony Narodowej zamawia drony, ale nie sprawdza, czy otoczenie regulacyjne tworzone przez Ministerstwo Cyfryzacji i Kancelarię Prezesa Rady Ministrów pozwala na rozwój krajowego ekosystemu technologicznego, z którego te drony mogłyby w przyszłości wyrastać. KRRiT reguluje rynek mediów, ale nie ma ustawowego umocowania do uwzględniania w polityce regulacyjnej faktu, że firmy mediowe i technologiczne działające w sektorze cyfrowym stanowią potencjalną bazę kompetencyjną dla zastosowań obronnych. Co więcej, firmy te, ze względu na eksperymentalny charakter swoich modeli działalności, potrzebują tak zwanych sandboxów regulacyjnych, czyli wyodrębnionych ram prawnych pozwalających testować nowe rozwiązania technologiczne i biznesowe w kontrolowanych warunkach, bez konieczności spełniania od pierwszego dnia pełnego reżimu wymogów zaprojektowanych pod podmioty dojrzałe i ustabilizowane. Sandbox regulacyjny to mechanizm znany i stosowany w wielu jurysdykcjach, od brytyjskiej Financial Conduct Authority, która wprowadziła go dla fintechów, po singapurski model piaskownic dla sztucznej inteligencji. Polska ustawa o radiofonii i telewizji w projektowanym kształcie nie przewiduje żadnego takiego mechanizmu. Innowator wchodzący na polski rynek cyfrowy musi od razu spełnić te same wymogi co wieloletni nadawca telewizyjny, co dla startupu jest barierą nie do pokonania. Nikt w strukturach państwa nie zadaje pytania, które w Waszyngtonie zadaje się codziennie: czy nasze regulacje wzmacniają, czy osłabiają naszą zdolność do prowadzenia wojny technologicznej?
Pytanie to powinno być zadawane przy każdym projekcie legislacyjnym dotyczącym sektora cyfrowego, medialnego i technologicznego. Nie chodzi oczywiście o to, żeby każda firma technologiczna produkowała broń. Chodzi o to, że nowoczesna baza przemysłowo-obronna wyrasta z żywego ekosystemu firm, które mogą w danej jurysdykcji istnieć, rozwijać się i rosnąć do skali umożliwiającej konkurowanie na rynkach globalnych. Państwo, które ten ekosystem regulacjami wypycha poza swoje granice, pozbawia się zdolności, których w warunkach konfliktu nie będzie w stanie odbudować. Fabrykę amunicji można postawić w trzy lata. Ekosystem innowacyjny buduje się dekadami. I niszczy jedną ustawą.
W tym sensie projektowane regulacje, DSA w polskiej implementacji i nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, są aktami antyprzemysłowymi, choć ich autorzy zapewne nigdy o nich w ten sposób nie myśleli. Regulacja, która w swojej warstwie deklaratywnej ma porządkować rynek, chronić użytkowników i implementować prawo europejskie, w swojej warstwie skutków systemowych działa jak mechanizm selektywnej deindustrializacji sektora technologicznego. Nie niszczy fabryk gwoździ. Niszczy coś trudniejszego do odbudowania: warunki, w których mogłyby powstać fabryki algorytmów.
Europa jako całość popełnia ten sam błąd, o czym była mowa w rozdziale o AI i regulacji. Ale Polska, ze względu na swoje położenie geograficzne, na skalę zagrożenia i na ambicje bycia rdzeniem przemysłowym wschodniej flanki NATO, nie może sobie na ten błąd pozwolić. Państwo, które aspiruje do roli, jaką opisano w poprzednim rozdziale, musi rozumieć, że zdolność obronna dwudziestego pierwszego wieku nie zaczyna się w fabryce amunicji. Zaczyna się w ekosystemie, w którym inżynier po Politechnice Warszawskiej zakłada firmę technologiczną w Warszawie, a nie w Tallinie. W którym startup produkujący oprogramowanie do analizy danych satelitarnych rejestruje się w polskiej jurysdykcji, a nie w holenderskiej. W którym zespół rozwijający autonomiczne systemy nawigacji dla dronów ma warunki do testowania swoich rozwiązań na polskim poligonie, a nie na estońskim.
Każda regulacja, która czyni ten scenariusz mniej prawdopodobnym, jest regulacją osłabiającą polską zdolność obronną. Niezależnie od tego, ile miliardów Polska przeznaczy na zakup czołgów, wyrzutni i śmigłowców.
To, czego Polska nie usłyszała
W Monachium padły dwa pytania. Pierwsze: czy warto bronić Zachodu. Drugie: czy Zachód jest w stanie się obronić. Na pierwsze Polska odpowiada od lat, pięknie i przekonująco. Na drugie nie odpowiedziała, bo go nie usłyszała.
A to drugie pytanie jest tym, które zadają sobie generałowie planujący obronę wschodniej flanki, inżynierowie w Dolinie Krzemowej projektujący autonomiczne systemy rażenia, analitycy w Pentagonie przeliczający zapasy pocisków na tygodnie konfliktu i oficerowie wywiadu w Moskwie szacujący, ile czasu potrzebuje NATO, żeby się zmobilizować. Żaden z nich nie pyta, czy Zachód ma rację. Wszyscy pytają, czy Zachód ma amunicję?
Polska ma dziś cztery procent PKB na obronność, fabryki w rozbudowie, podpisane kontrakty i ambicje, które predestynują ją do roli, jakiej żadne inne państwo na wschodniej flance nie jest w stanie pełnić. Ma też ustawy, które wypychają firmy technologiczne do Tallina, regulacje, które oddają kontrolę nad przestrzenią informacyjną strukturom niepodlegającym polskiej jurysdykcji, i silosy instytucjonalne, w których nikt nie łączy polityki obronnej z polityką regulacyjną, bo nikt nawet nie widzi, że to jedno zagadnienie.
Fabrykę amunicji można postawić w trzy lata. Ekosystem innowacyjny buduje się dekadami i niszczy jedną ustawą. Czas jest jedynym zasobem, którego nie da się wyprodukować w nadgodzinach. Za wschodnią granicą trwa wojna i ten, kto ją prowadzi, umie liczyć.
Ale prawdziwy problem leży głębiej niż w poszczególnych ustawach, kontraktach czy decyzjach budżetowych. Prawdziwy problem jest ustrojowy. Polska funkcjonuje w systemie, w którym co cztery lata zmienia się nie rząd, lecz cała filozofia państwa. Zamówienie zbrojeniowe podpisane przez jednego ministra jest rewidowane przez następnego. Fabryka, której budowa wymaga siedmiu lat, musi przetrwać dwie zmiany władzy, z których każda zaczyna od „audytu”, „przeglądu” i „nowej strategii”. Partner zagraniczny, który ma zainwestować miliardy w polską linię produkcyjną, patrzy na ten cykl i kalkuluje ryzyko, po czym buduje fabrykę w Rumunii, bo tam przynajmniej wie, że kontrakt przeżyje wybory.
Demokracja, w której program wyborczy jest zbiorem obietnic bez harmonogramu, bez budżetu i bez konsekwencji za niedotrzymanie, nie ma wartości, których by jej brakowało. Brakuje jej czegoś prostszego: mechanizmu, który zamienia decyzję w wykonanie i chroni to wykonanie przed kaprysem następnej kadencji. Państwo urządzone w ten sposób nie jest w stanie zaplanować budowy fabryki amunicji, bo fabryka potrzebuje siedmiu lat, a kadencja trwa cztery. Takie państwo mami obywateli obietnicami, których dotrzymanie zależy od tego, kto wygra następne wybory, i nazywa to demokracją.
Polska potrzebuje czegoś, czego żadna partia nie jest w stanie jej dać, bo to, czego potrzebuje, leży poza zasięgiem partyjnej wyobraźni. Potrzebuje przejścia od państwa narracyjnego do państwa wykonywalnego. Od republiki obietnic do republiki projektowej, w której decyzja polityczna, wykonanie i odpowiedzialność są powiązane w system, którego nie da się rozmontować jednym rozporządzeniem nowego ministra. W której program wyborczy jest kontraktem z harmonogramem i budżetem, a nie folderem reklamowym. W której polityka obronna jest polityką państwową, a nie łupem wyborczym.
.Odwagi Polsce nie brakuje. Wiosna 2022 roku to udowodniła. Brakuje architektury, która tę odwagę przekuje w zdolność trwalszą niż jedna kadencja. Brakuje zegara w sali, w której pisze się ustawy. I brakuje ustroju, w którym budowa fabryki amunicji jest zobowiązaniem państwa, a nie obietnicą wyborczą.
A ci, którzy przez dekady dopuścili do rozbrojenia polskiego przemysłu, do deindustrializacji zaplecza obronnego i do traktowania bezpieczeństwa Rzeczypospolitej jako pozycji budżetowej do cięcia, gdy trzeba było kupić głosy w następnych wyborach, powinni usłyszeć jedno: że pora im odejść od stołu.
Za wyniki.
Maciej Świrski








