
Aby zapewnić pokój, musimy być gotowi do wojny
Wrogowie się zbroją. Zagrożenia rosną. Nie ma czasu na gry – musimy być gotowi. Jeśli chcemy zapobiec wojnie, musimy przygotować się do niej już teraz. Albo jesteśmy gotowi zwyciężać, albo nie. Nie ma trzeciej opcji – mówi Pete HEGSETH
.Era Departamentu Obrony dobiegła końca. Hasło mojego pierwszego plutonu brzmiało: ci, którzy pragną pokoju, muszą szykować się do wojny. To nie jest nowa koncepcja. Sięga ona IV-wiecznego Rzymu. Była później wielokrotnie powtarzana, również przez amerykańskiego pierwszego naczelnego dowódcę, George’a Washingtona, pierwszego szefa Departamentu Wojny. Wyraża prostą, lecz głęboką prawdę: aby zapewnić pokój, musimy przygotować się do wojny.
Od tej chwili jedyną misją odrodzonego Departamentu Wojny jest prowadzenie wojny oraz przygotowanie się do nieustępliwej, bezkompromisowej walki gwarantującej zwycięstwo. Robimy to nie dlatego, że chcemy wojny. Nikt z nas jej nie chce. Robimy to dlatego, że kochamy pokój i chcemy, by nasi obywatele mogli się nim cieszyć. Zasługują na to i mają prawo oczekiwać, że im ten pokój zapewnimy. Naszym pierwszym obowiązkiem jest siła. Siła, która zapobiega wojnie. Prezydent mówi o tym często, nazywając to „pokojem przez siłę”. Historia uczy, że tylko ci, którzy są gotowi walczyć o pokój, naprawdę na niego zasługują.
Dlatego pacyfizm jest naiwny i niebezpieczny. Lekceważy ludzką naturę i ignoruje historię ludzkości. Albo bronisz swojego narodu i swojej suwerenności, albo stajesz się poddanym kogoś innego. To prawda stara jak świat.
Ponieważ wojna kosztuje wiele krwi i pieniędzy, amerykańska republika zasługuje na armię, która wygra każdą wojnę, do której będzie musiała przystąpić. Jeśli nasi wrogowie okażą się dość głupi, by nas zaatakować, zostaną zmiażdżeni przemocą, precyzją i furią Departamentu Wojny. Zadrzyjcie z nami, a przekonacie się o tym na własnej skórze.
Pokój zaprowadzić można tylko przez siłę, przez etos wojownika. Jak słusznie powiedział prezydent Donald Trump, mamy najsilniejszą, najpotężniejszą, najbardziej śmiercionośną i najlepiej przygotowaną armię na świecie. Nikt nie może się z nami równać. Nikt nawet nie jest blisko. Jest to w dużej mierze zasługa niezwykle ważnych inwestycji, które prezydent poczynił podczas swojej pierwszej kadencji i które zamierzamy kontynuować. Jest to również zasługa przywódców i wspaniałych żołnierzy, którymi dowodzą. Ale świat oraz nasi wrogowie również mają coś do powiedzenia.
Doświadczamy coraz większej presji. Wrogowie się zbroją. Zagrożenia rosną. Nie ma czasu na gry – musimy być gotowi. Jeśli chcemy zapobiec wojnie, musimy przygotować się do niej już teraz. To my jesteśmy siłą w haśle „pokój przez siłę”. Albo jesteśmy gotowi zwyciężać, albo nie. Nie ma trzeciej opcji. Wszystko to oznacza, że potrzebujemy więcej żołnierzy, więcej amunicji, więcej dronów, więcej systemów Patriot, więcej okrętów podwodnych i więcej bombowców B-21. Sytuacja wymaga od nas większej innowacji, szerszego wykorzystania sztucznej inteligencji i bycia o krok przed przeciwnikiem, większych zdolności cybernetycznych, skuteczniejszych środków przeciwdziałania bezzałogowcom, większej obecności w kosmosie, większej prędkości działania.
Ameryka jest najsilniejsza, ale musi się stać jeszcze potężniejsza – i to szybko. To moment, którego nie wolno przegapić. Musimy odbudować i ukierunkować nasz przemysł obronny i stoczniowy, a także sprowadzić z powrotem do kraju produkcję kluczowych komponentów. Musimy pójść za przykładem prezydenta Trumpa i sprawić, by nasi sojusznicy i partnerzy wzięli na swoje barki część ciężaru. Ameryka nie zrobi wszystkiego sama. Wolny świat potrzebuje sojuszników dysponujących prawdziwą, twardą siłą, z realnym przywództwem wojskowym i realnymi zdolnościami bojowymi. Departament Wojny zajmuje się tym i nadaje temu priorytet.
.Chcę się skupić przede wszystkim na ludziach i kulturze. Na nas samych. Bo żaden plan, żaden program, żadna reforma i żadne ugrupowanie nie mają szans powodzenia, jeśli w Departamencie Wojny nie będzie właściwych ludzi i odpowiedniej kultury.
W ciągu ośmiu miesięcy sprawowania urzędu nauczyłem się, że personel to element polityki działania. Najlepszy sposób, by zadbać o żołnierzy, to zapewnić im dobrych dowódców oddanych kulturze wojennej departamentu. Nie muszą być idealni, lecz muszą być dobrzy: kompetentni, wykwalifikowani, profesjonalni, elastyczni, śmiali, pomysłowi, skłonni do podejmowania ryzyka, apolityczni oraz wierni przysiędze i Konstytucji.
Eugene Sledge w swoich wspomnieniach z II wojny światowej pisał, że „wojna jest brutalna, niechlubna i straszliwie marnotrawna. Walka pozostawia trwały ślad w tych, którzy są zmuszeni ją znosić. Jedynymi jej chlubnymi aspektami była niezwykła odwaga moich towarzyszy i ich oddanie sobie nawzajem”.
Jak przekonałem się w Iraku i Afganistanie, i jak wielu z naszych żołnierzy przekonało się w rozmaitych innych miejscach, na bój wpływa tysiąc zmiennych. Dowódca może kontrolować trzy z nich: jak dobrze jesteście wyszkoleni, jak dobrze jesteście wyposażeni i jak dobrze dowodzicie. W innych sprawach żołnierze są zdani na siebie.
Nasi wojownicy mają prawo być dowodzeni przez najlepszych i najzdolniejszych dowódców. Oczekuję od Was, byście nimi byli. Nawet jeśli zrobicie wszystko dobrze, możecie stracić ludzi, bo wróg też ma coś do powiedzenia. Lecz naszym świętym obowiązkiem jest dopilnowanie, by żołnierze mieli możliwie najlepszych, najzdolniejszych dowódców. To coś, na co mamy wpływ, dlatego musimy o to zadbać.
Zbyt długo tego nie robiono. Nierozsądni i lekkomyślni politycy zmuszali wojsko do skupiania się na niewłaściwych kwestiach. Dlatego moje słowa to także uwagi – niektóre oczywiste, inne ukryte – o konieczności naprawy czynionych przez dekady zaniedbań. Oczyszczamy rumowisko, usuwamy elementy rozpraszające uwagę i torujemy drogę dowódcom, by mogli skupić się na swoim zadaniu. Można powiedzieć, że kładziemy kres wojnie z wojownikami.
Zbyt długo przyznawano awanse z niewłaściwych powodów: ze względu na rasę, konieczność spełnienia minimów płciowych czy tzw. historycznych „pierwszych razów”. Udawano, że oddziały bojowe i niebojowe to jedno i to samo. Pod przykrywką podwójnie ślepych badań psychologicznych pozbyto się tzw. toksycznych liderów i zastąpiliśmy ich konformistami z awersją do ryzyka. Grzechy departamentu można by wymieniać bez końca.
Głupi i lekkomyślni politycy wybrali popsuty kompas i sprowadzili nas na manowce. Staliśmy się „departamentem kultury woke”. Ale to się skończyło. Mam przed sobą morze Amerykanów, którzy w młodości wybrali inaczej niż większość: postanowili służyć czemuś większemu niż oni sami, walczyć dla Boga i kraju, dla wolności i Konstytucji.
Obecna administracja od pierwszego dnia sprawowania władzy zrobiła wiele, by usunąć wirusy społecznej sprawiedliwości, politycznej poprawności i toksycznej ideologii, które zainfekowały nasz departament. Koniec z „miesiącami tożsamości”, biurami DEI [diversity, equity, and inclusion] i facetami w sukienkach. Koniec z kultem katastrofy klimatycznej. Koniec z podziałami, rozpraszaczami i genderowymi urojeniami. Koniec z rumowiskiem.
Skończyliśmy z tym bagnem. Postanowiłem wyrwać z korzeniami wszystko, co nas rozprasza, co odbiera nam zdolność i siłę. Ale na tym nie koniec. Departament Wojny potrzebuje kolejnego kroku. Pod warstwą „woke” kryje się głębszy, poważniejszy problem, który właśnie rozwiązujemy – i robimy to szybko. Zdrowy rozsądek wrócił do Białego Domu, więc wprowadzenie zmian nie podlega dyskusji. Prezydent Trump ich oczekuje.
Papierek lakmusowy, który pomaga nam ocenić te zmiany, ma postać prostego pytania: czy chciałbym, by mój najstarszy, piętnastoletni dziś syn trafił kiedyś do takiej formacji, jaką dziś dysponujemy? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” albo nawet „tak, ale…”, to znaczy, że coś robimy źle. Bo mój syn nie jest ważniejszy niż jakikolwiek inny obywatel Ameryki, który zakłada mundur. Nie jest ważniejszy niż Wasze dzieci. Wszystkie są równie cenne, wszystkie zostały stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Każdy rodzic zasługuje na pewność, że jego syn czy córka, wstępując do armii, trafi do takiej jednostki, jakiej dla własnego dziecka życzyłby sobie sekretarz wojny. Można to nazwać testem złotej reguły. Jezus kazał traktować innych tak, jak chcielibyśmy, żeby nas traktowano. To najprostsza metoda sprawdzania prawdy.
Nowa złota reguła Departamentu Wojny brzmi: traktuj swoją jednostkę tak, jak chciałbyś, by traktowano jednostkę Twojego dziecka. Czy chciałbyś, by Twoje dziecko służyło w oddziale składającym się z otyłych lub nieprzygotowanych żołnierzy? Czy chciałbyś, by walczyło obok ludzi, którzy nie spełniają podstawowych wymogów? Lub by trafiło do jednostki, w której standardy obniżono po to, by mogły się do niej dostać określone typy osób, a dowódca awansował z powodów innych niż zasługi, wyniki i zdolności bojowe? Odpowiedź nie brzmi po prostu „nie”. Odpowiedź brzmi „absolutnie nie”.
.Dlatego w Departamencie Wojny musimy przede wszystkim przywrócić bezwzględne, bezstronne i oparte na zdrowym rozsądku standardy. Nie chcę, aby mój syn służył u boku żołnierzy, którzy nie są w formie, lub w jednostkach bojowych z kobietami, które nie spełniają tych samych standardów fizycznych co mężczyźni. Nie chcę, by służył u boku żołnierzy, którzy nie są w pełni biegli w obsłudze przydzielonej im broni lub wykonywaniu powierzonych im zadań. Nie chcę, by służył pod kierunkiem dowódcy, który był pierwszy, ale nie najlepszy. Standardy muszą być jednolite, neutralne pod względem płci i wysokie. Jeśli tak nie jest, to nie są standardami. Są sugestiami, które zabijają naszych synów i nasze córki.
W odniesieniu do jednostek bojowych – a mamy ich w siłach zbrojnych wiele rodzajów – era politycznej poprawności, nadmiernej wrażliwości i przywództwa, które nie chce nikogo urazić, właśnie się kończy. Na każdym szczeblu muszą obowiązywać jasne zasady: albo spełniasz standardy, albo nie; albo potrafisz wykonać zadanie, albo nie; albo jesteś zdyscyplinowany, sprawny i wyszkolony, albo odpadasz.
Z mojego polecenia wprowadzamy też polowy test bojowy dla formacji bojowych, który musi być wykonalny w każdych warunkach, o każdej porze i z pełnym wyposażeniem bojowym. Testy te będą wyglądały znajomo. Będą przypominały test sprawności fizycznej Army Expert Physical Fitness Assessment czy test sprawności bojowej Marine Corps Combat Fitness Test. Nakazuję także, aby żołnierze pełniący służbę bojową wykonywali test sprawności fizycznej zgodnie z normą wiekową dla mężczyzn, niezależną od płci, z progiem zaliczenia wynoszącym 70 procent.
Wszystko zaczyna się od sprawności fizycznej i wyglądu. Jeśli sekretarz wojny może regularnie wykonywać ciężkie ćwiczenia fizyczne, to każdy członek naszych połączonych sił zbrojnych też może. Szczerze mówiąc, męczy mnie widok formacji bojowych – a właściwie jakichkolwiek formacji – w których stoją otyli żołnierze. Tak samo absolutnie nie do przyjęcia jest widok otyłych generałów i admirałów na korytarzach Pentagonu oraz na stanowiskach dowódczych w kraju i za granicą. To stwarza złe wrażenie. To sprzeczne z tym, kim jesteśmy.
Niezależnie od tego, czy jesteś spadochroniarzem z jednostek desantowych, świeżo upieczonym szeregowcem, czy generałem, musisz spełniać normy dotyczące wzrostu i wagi oraz zdać test sprawności fizycznej. Na ten moment takich testów nie ma. Ale od teraz każdy żołnierz naszych sił zbrojnych, na każdym szczeblu, ma obowiązek zdawać test sprawności fizycznej dwa razy w roku, a także spełniać normy wzrostu i wagi. Będzie to sprawdzane dwukrotnie w ciągu roku przez cały okres służby.
Również od teraz każdy żołnierz połączonych sił zbrojnych ma obowiązek wykonywać ćwiczenia fizyczne każdego dnia służby. Powinno to być oczywiste i w większości jednostek już się tak dzieje, ale teraz wprowadzamy to do regulaminu. I nie mówimy o jodze ani rozciąganiu. Mówimy o prawdziwym, twardym treningu, wykonywanym zarówno przez całą jednostkę, jak i indywidualnie.
Na każdym szczeblu to przywódcy mają wyznaczać standardy. Wielu z Was już to robi, zarówno w służbie czynnej, jak i w rezerwie. Oznacza to również standardy dotyczące wyglądu. Koniec z brodami, długimi włosami i powierzchownymi przejawami indywidualności. Ścinamy włosy, golimy brody i trzymamy się zasad.
To działa jak policyjna teoria „wybitych szyb”: jeśli pozwolisz, by drobiazgi uchodziły płazem, w końcu posypią się rzeczy wielkie. Dotyczy to zarówno służby w terenie, jak i pracy na zapleczu. Chcesz zapuścić brodę? Wstąp do sił specjalnych. Jeśli nie, ogol się.
Nasza armia to nie horda nordyckich pogan. Niestety, nasi przywódcy albo nie chcieli nazywać rzeczy po imieniu i egzekwować standardów, albo czuli, że nie wolno im tego robić. Oba podejścia są nie do przyjęcia. Dlatego dzisiaj, z mojej inicjatywy, era nieprofesjonalnego wyglądu dobiegła końca. Koniec z brodaczami. Koniec z plagą absurdalnych „profilów golenia”. Najprościej rzecz ujmując, jeśli nie spełniasz męskich norm fizycznych wymaganych na stanowiskach bojowych, nie zdajesz testu sprawności lub nie chcesz się golić i wyglądać jak żołnierz, czas poszukać nowego stanowiska albo nowego zawodu.
.W kwestii standardów pozwolę sobie powiedzieć jeszcze kilka słów na temat „toksycznych liderów”.
Utrzymywanie i żądanie przestrzegania wysokich standardów nie jest toksyczne. Egzekwowanie surowych standardów nie jest przejawem toksycznego przywództwa. Prowadzenie żołnierzy do realizacji celów opartych na wysokich, neutralnych płciowo i bezkompromisowych standardach w celu stworzenia spójnego, potężnego i śmiercionośnego Departamentu Wojny nie jest toksyczne. To nasz obowiązek, zgodny z przysięgą złożoną Konstytucji.
Prawdziwe toksyczne przywództwo to narażanie podwładnych na niebezpieczeństwo poprzez niskie standardy. To awansowanie ludzi na podstawie określonych cech lub parytetów, a nie na podstawie zasług. To promowanie destrukcyjnych ideologii sprzecznych z Konstytucją oraz z prawami natury i jej Bogiem, jak pisał Thomas Jefferson w Deklaracji Niepodległości.
Definicja toksyczności została wywrócona do góry nogami, a my to korygujemy. Dlatego dziś, z mojego polecenia, rozpoczynamy pełny przegląd definicji tzw. toksycznego przywództwa, znęcania się i dręczenia, aby dowódcy mogli egzekwować standardy bez obawy o odwet czy podważanie ich decyzji.
Oczywiście, brutalne znęcanie się i dręczenie są niedopuszczalne. Ale same słowa „znęcanie się”, „dręczenie” oraz „toksyczność” zostały w naszych formacjach wypaczone i wykorzystane jako broń. Skutkiem jest obniżenie autorytetu dowódców i podoficerów. Koniec z tym. Wyznaczanie, osiąganie i utrzymywanie wysokich standardów to Wasze zadanie. Jeśli takie oczekiwanie czyni mnie „toksycznym”, to niech i tak będzie.
Wszędzie tam, gdzie sprawdzone i skuteczne normy fizyczne zostały zmienione – zwłaszcza po roku 2015, kiedy standardy bojowe dopasowano do możliwości kobiet – należy przywrócić ich pierwotny poziom. Inne kryteria również zostały zmodyfikowane, aby umożliwić spełnienie kwot rasowych. To równie niedopuszczalne. I to też się kończy. Od teraz liczą się tylko osiągnięcia. Prezydent nieustannie podkreśla znaczenie systemu opartego na zasługach.
W tym procesie proponuję Wam dwa proste punkty odniesienia, które nazywam testem 1990 i testem E-6. Testy są proste i polegają na zadaniu sobie kilku pytań. Pierwszy zestaw jest następujący: jakie były standardy wojskowe w roku 1990? Jeśli zostały zmienione, to dlaczego? Czy zmiana była wymuszona nowymi realiami pola walki, czy też wynikała z miękkości i osłabienia armii albo z chęci dostosowania norm do innych priorytetów, w tym płciowych? Rok 1990 to dobry punkt wyjścia.
Drugi zestaw pytań to test E-6. Zastanówcie się, czy to, co robicie, ułatwia, czy utrudnia dowodzenie, odpowiedzialność i skuteczność bojową sierżantom sztabowym [stopień E–6] lub kapitanom [stopień O–3]? Czy dana zmiana wzmacnia sierżantów sztabowych, bosmanów i sierżantów technicznych? Czy pozwala im wrócić do podstaw, czy też im tę możliwość odbiera? Odpowiedź powinna być jednoznaczna: zdecydowanie ułatwia. Test E-6, czy inaczej test O-3, szybko i jasno pokazuje, co działa, a co nie.
Bo wojna nie dba o to, czy jesteś mężczyzną, czy kobietą. Nie ma to znaczenia dla wroga, nie ma to też wpływu na rozmiar plecaka, wielkość pocisku artyleryjskiego czy masę ciała ofiary, którą trzeba znieść z pola bitwy. Chcę jasno powiedzieć, że nie chodzi tu o uniemożliwianie kobietom służby wojskowej. Bardzo cenimy rolę kobiet w armii. Nasze żołnierki są absolutnie najlepsze na świecie.
Jeśli chodzi o każde stanowisko wymagające siły fizycznej na polu walki, standardy muszą pozostać wysokie i neutralne płciowo. Jeśli kobiety dadzą radę, to wspaniale. Jeśli nie – trudno. Jeśli to oznacza, że żadna kobieta nie zakwalifikuje się do niektórych zadań bojowych, to niech tak będzie. Nie taki jest cel, ale taki może być skutek. Słabi mężczyźni też nie będą się kwalifikować. To nie gra. To walka. To kwestia życia i śmierci. Jak dobrze wiemy, to walka między nami a wrogiem, który za wszelką cenę chce nas zabić. Aby być skuteczną, śmiercionośną siłą bojową, musimy mieć pewność, że wojownik walczący u naszego boku jest zdolny – naprawdę fizycznie zdolny – do wykonania tego, co konieczne w ogniu walki. To jedyny standard, jakiego chcielibyśmy dla naszych dzieci i wnuków. Stosując złotą zasadę Departamentu Wojny, test z 1990 roku i test E-6, naprawdę trudno popełnić błąd.
.Rozprawiamy się z kulturą „chodzenia na palcach” i kulturą dowodzenia, które boi się najmniejszego błędu. Unikanie ryzyka sprawia, że oficerowie działają tak, by nie przegrać, a nie, żeby wygrać. Taka postawa odbiera podoficerom prawo egzekwowania standardów. Dowódcy i podoficerowie nie podejmują koniecznego ryzyka ani trudnych decyzji z obawy przed wywołaniem zamieszania lub popełnieniem błędów.
Nienaganny życiorys to największa pokusa dowódców czasu pokoju, a zarazem najgorsza z możliwych motywacji. My, starsi dowódcy, musimy położyć kres tej toksycznej kulturze strachu i dać podoficerom na każdym szczeblu prawo do egzekwowania przestrzegania zasad. Prawda jest taka, że w większości przypadków wcale nie potrzebujemy nowych standardów. Musimy jedynie przywrócić kulturę, która pozwala na ich egzekwowanie.
Dlatego dziś wprowadzam nowe zasady, które całkowicie zreformują funkcjonowanie Inspektorów Generalnych (IG) oraz programów EO i MEO [Equal Opportunity oraz Military Equal Opportunity; programy na rzecz równych szans – przyp. tłum.]. Nazywam to polityką „koniec z chodzeniem na palcach”. Uwalniamy dowódców i podoficerów. Uwalniamy Was. Przebudowujemy system IG, który został wypaczony i zamieniony w narzędzie dające władzę pieniaczom, ideologom i osobom osiągającym słabe wyniki.
To samo robimy z polityką równych szans (EO i MEO) w naszym departamencie. Koniec z błahymi skargami. Koniec z anonimowymi skargami. Koniec z powtarzającymi się skargami. Koniec z niszczeniem cudzej reputacji. Koniec z niekończącym się czekaniem. Koniec z prawną próżnią. Koniec z niszczeniem karier. Koniec z chodzeniem na palcach.
Dla jasności, rasizm jest w naszych formacjach zakazany od 1948 roku. To samo dotyczy molestowania seksualnego. Oba te zjawiska są złe i nielegalne i będą bezwzględnie karane. Potrzebujemy jednak jednego konkretnego rodzaju „dyskryminacji” – nakazywania wojownikowi, żeby się ogolił, ostrzygł, poprawił mundur, zadbał o formę, stawił się na czas i ciężko pracował.
Nie jesteśmy cywilami. Zostaliśmy powołani do służby o szczególnym celu. Dlatego musimy przestać myśleć i działać jak cywile, wrócić do podstaw i oddać władzę w ręce dowódców i podoficerów – tych, którzy podejmują decyzje o życiu i śmierci, egzekwują standardy i dbają o gotowość bojową. Dowódców i podoficerów, których Departament Wojny zmusza, by spojrzeć w lustro i od których oczekuje zdania testu złotej reguły – testu moich dzieci, Waszych dzieci, testu synów i córek Ameryki.
Istotą tego wystąpienia jest dziesięć wytycznych, które zostały napisane dla Was, dla dowództwa armii, dowództwa marynarki wojennej, dowództwa piechoty morskiej, dowództwa sił powietrznych oraz dowództwa sił kosmicznych. Dyrektywy te mają zdjąć z Was ciężar biurokracji i oddać dowodzenie w Wasze ręce. Działajcie szybko i pamiętajcie, że stoimy za Wami murem. Ja stoję za Wami. Stoi za Wami też Naczelny Dowódca.
.Zdajemy sobie sprawę, że przy wdrażaniu tych zasad zostaną popełnione błędy. To naturalna część dowodzenia. Ale nikt nie powinien płacić za potknięcia przez całą karierę. Dlatego dzisiaj wprowadzamy również zmiany w zakresie przechowywania niekorzystnych informacji w aktach osobowych. Dzięki tym zmianom dowódcy, którzy popełnili wybaczalne, nieumyślne lub drobne wykroczenia, nie będą obciążeni ich konsekwencjami na zawsze.
Ludzie popełniają błędy, lecz nie powinno to decydować o całej karierze. Kiedy tak się dzieje, skupiamy się wyłącznie na tym, by tych błędów unikać. A nie o to w naszej branży chodzi. Potrzebujemy osób gotowych podjąć ryzyko. Potrzebujemy agresywnych liderów i kultury, która będzie ich wspierać.
Departament Wojny wprowadza też niniejszym zasadę, że awanse we wszystkich jednostkach sił zbrojnych mają być przyznawane wyłącznie na podstawie zasług, bez względu na kolor skóry czy płeć. Cały proces awansowania – w tym ocena zdolności bojowych – zostanie poddany gruntownej rewizji. Wiele już zrobiliśmy w tej materii, ale wkrótce nastąpią kolejne zmiany.
Będziemy szybciej awansować oficerów i podoficerów, którzy osiągają najlepsze wyniki, i szybciej usuwać z szeregów tych, którzy sobie nie radzą. Oceny, szkolenia i ćwiczenia w terenie staną się prawdziwymi testami, a nie formalnością. Będą też obowiązywać każdego z nas, na każdym szczeblu. Podobne reformy przeprowadzono przed II wojną światową. Generał George Marshall i sekretarz wojny Henry Stimson zrobili to co my. Dzięki temu wygrali globalny konflikt.
Jak widzieliście i jak szeroko relacjonowały media, od czasu objęcia urzędu zwolniłem kilku wysokich rangą oficerów. Powód był prosty. Nie da się zmienić kultury, pozostawiając na stanowiskach ludzi, którzy ją stworzyli lub czerpali z niej korzyści. Nawet jeśli działo się to za poprzedniego prezydenta i poprzedniego sekretarza.
Moje podejście jest proste: gdy masz wątpliwości, przeanalizuj sytuację, zaufaj intuicji, a jeśli to najlepsze dla wojska, dokonaj zmiany. Wszyscy służymy z woli prezydenta. Każdego dnia. W pewnym sensie problemy, o których mówię, to nie wina poprzedniej kadry. I nie Wasza. „Departament woke” był głupi i lekkomyślny, ale trzeba przyznać, że jego oficerowie po prostu wykonywali polecenia kierownictwa politycznego.
Całemu pokoleniu generałów i admirałów wmawiano, że muszą powtarzać absurdalne hasło, iż „różnorodność jest naszą siłą”. A przecież wiemy, że naszą siłą jest jedność. Kazano im publikować oświadczenia pełne frazesów o DEI i LGBTQI+. Kazano im twierdzić, że kobiety i mężczyźni są tym samym lub że mężczyźni, którzy uważają się za kobiety, to coś zupełnie normalnego. Kazano im wierzyć, że potrzebujemy „zielonej floty” i czołgów elektrycznych. Kazano im wyrzucać z armii Amerykanów, którzy odmówili przyjęcia szczepionki awaryjnej. Realizowali cywilną politykę narzucaną przez lekkomyślnych i nierozsądnych polityków. Moim zadaniem było ustalić, którzy z dowódców po prostu robili to, co musieli, odpowiadając na decyzje władz cywilnych, a którzy naprawdę utożsamiali się z „departamentem woke” i przez to nie są zdolni ani do służby w Departamencie Wojny, ani do wykonywania nowych, zgodnych z prawem rozkazów.
.I tyle. To naprawdę takie proste. Przez ostatnie osiem miesięcy zajrzeliśmy pod maskę naszego korpusu oficerskiego. Zrobiliśmy wszystko, by dokładnie ocenić „teren ludzki”. Musieliśmy podejmować trudne decyzje i dokonywać wyborów. To raczej sztuka niż nauka. Działaliśmy i będziemy działać rozważnie, ale zdecydowanie.
Nowy kierunek jest jasny. Koniec z Chiarellisami, McKenzymi i Milleyami. Czas na Stockdalesów, Schwarzkopfów i Pattonów. Nadchodzą kolejne zmiany w dowództwie, jestem tego pewien. To także jest sprawa życia i śmierci. Im szybciej znajdziemy właściwych ludzi, tym szybciej wprowadzimy właściwą politykę. Bo ludzie to element polityki działania.
Kiedy patrzę na tę salę, widzę wielkich Amerykanów, dowódców, którzy poświęcili dekady życia naszej republice, często kosztem własnym i swoich rodzin. Ale jeśli słowa, które dziś wypowiadam, wzbudzają w Was smutek, postąpcie honorowo i złóżcie rezygnację. Podziękujemy Wam za służbę.
Ale podejrzewam – a nawet wiem – że przytłaczająca większość z Was czuje coś przeciwnego. Moje słowa napełniają Was dumą. Kochacie Departament Wojny, bo kochacie to, co robicie – zawód żołnierza. Od tej chwili możecie być takimi dowódcami, jakimi mieliście być: apolitycznymi, zdecydowanymi, nieustępliwymi i wiernymi Konstytucji.
Macie się skupić na literze M z akronimu DIME [5 narzędzi potęgi narodowej; Diplomatic – dyplomacja, Informational – informacja, Military – wojsko, Economic – gospodarka – przyp. tłum.]. M – jak Military, wojsko – to część naszej narodowej potęgi. Dyplomacją, informacją i gospodarką zajmują się inne resorty. My odpowiadamy za aspekt wojskowy. Nikt inny tego nie zrobi. A nasi generałowie i admirałowie muszą ten aspekt opanować w każdej domenie, w każdym scenariuszu. Koniec z rozproszeniem, koniec z ideologią, koniec z gruzem.
Oczywiście czasem będziemy mieć różne opinie na różne tematy. Nie bylibyśmy Amerykanami, gdybyśmy się we wszystkim zgadzali. Bycie liderem w tak wielkiej strukturze jak nasza oznacza prowadzenie szczerych rozmów i różnicę zdań. Czasem się spór wygrywa, a czasem przegrywa. Lecz gdy cywilni przełożeni wydają zgodne z prawem rozkazy, wykonujemy je. Jesteśmy zawodowcami w zawodzie bojowym. Cały nasz konstytucyjny system opiera się właśnie na tym.
Wydaje się to drobnostką, ale nią nie jest. Odnosi się to również do zachowania naszych żołnierzy w internecie. W związku z tym pragnę podziękować władzom jednostek za wprowadzenie nowych, proaktywnych zasad dotyczących mediów społecznościowych. Korzystajcie z tych zasad. Anonimowe narzekanie w sieci nie przystoi wojownikowi. To tchórzostwo podszyte udawaną troską o dobro. Anonimowe strony jednostek w mediach społecznościowych, które oczerniają dowódców, demoralizują żołnierzy i podkopują spójność oddziałów, nie będą tolerowane. To kolejne zadanie dla Was.
Kiedy przestajemy się szkolić i dbać o formę, demoralizujemy naszą armię. Sprawiamy, że najlepsi ludzie odchodzą, by wykorzystać swój talent w cywilu. Musimy trenować i musimy dbać o sprzęt. Każda chwila, w której nie szkolimy się w realizacji misji ani nie dbamy o sprzęt, to chwila gorszego przygotowania do zapobieżenia wojnie lub do wygrania wojny. Dlatego dziś, z mojego polecenia, drastycznie ograniczamy absurdalną liczbę obowiązkowych szkoleń, które dotąd musieli odbywać żołnierze i jednostki. Najgorsze już zlikwidowaliśmy. Dzięki temu możemy oddać Wam to, co najcenniejsze – czas. Mniej prezentacji w programie PowerPoint, mniej kursów online, za to więcej czasu w wojskowej bazie pojazdów i na strzelnicy. Naszym zadaniem jest zapewnić środki, sprzęt, uzbrojenie i części, byście mogli szkolić się i utrzymywać gotowość. Reszta zależy od Was.
.Przywódcy, którzy stworzyli „departament woke”, przepędzili już zbyt wielu twardych zawodników. Teraz odwracamy ten trend. Wojna o wysokiej intensywności nie może istnieć bez bólu, cierpienia i ludzkich tragedii. Wykonujemy niebezpieczną pracę. Może się zdarzyć, że stracimy świetnych ludzi, ale niech żaden z nich nie woła z grobu: „Gdybym tylko był odpowiednio wyszkolony!”.
Nie zamierzamy tracić żołnierzy z powodu braku odpowiedniego wyszkolenia, wyposażenia lub zasobów. Byłaby to ogromna hańba dla naszego departamentu. Szkolcie tak, jakby od tego zależało życie Waszych żołnierzy, ponieważ tak właśnie jest. Przywracamy podstawowe szkolenie: ma być surowe, wymagające i zdyscyplinowane. Dajemy instruktorom prawo do wzbudzania w rekrutach zdrowego lęku, aby zapewnić odpowiednie przygotowanie przyszłych żołnierzy.
Tak, instruktorzy mogą stosować ostre techniki szkoleniowe (tzw. „shark attack”), przewracać prycze, przeklinać, a nawet użyć kontaktu fizycznego wobec rekrutów. Nie znaczy to, że mogą działać lekkomyślnie czy łamać prawo, ale mogą korzystać ze sprawdzonych metod motywowania nowych żołnierzy, by uczynić ich wojownikami, jakich potrzebujemy.
Jak słusznie zauważył prezydent Trump przy zmianie nazwy resortu, Stany Zjednoczone nie wygrały żadnej większej wojny od czasu zmiany nazwy na Departament Obrony w 1947 roku. Tylko jeden konflikt wyróżnia się na tle pozostałych: wojna w Zatoce. Dlaczego? Przyczyn jest kilka, ale decydujące były dwa czynniki: ograniczony zakres misji przy miażdżącej przewadze sił oraz jasny cel.
Jak to się stało, że w 1991 roku przeprowadziliśmy i wygraliśmy wojnę w Zatoce Perskiej w taki, a nie inny sposób? Przyczyniły się do tego dwa istotne elementy. Po pierwsze, zbrojenia zarządzone przez prezydenta Ronalda Reagana zapewniły nam ogromną przewagę. Po drugie, dowództwo wojskowe i Pentagon miały już doświadczenie w działaniach bojowych – ludzie, którzy wówczas dowodzili departamentem, byli w większości byli weteranami wojny w Wietnamie. Postanowili, że nigdy więcej nie dopuszczą do rozmycia się przebiegu i celów misji. Dziś jest podobnie. Nasze kierownictwo cywilne i wojskowe pełne jest weteranów wojen w Iraku i Afganistanie. Mówią stanowcze „nie” budowaniu państwowości i mglistym celom. Ten trzeźwy ogląd sytuacji sięga aż do Białego Domu i – w połączeniu z odbudową sił zbrojnych przez prezydenta Trumpa – przygotowuje nas do przyszłych zwycięstw, o ile uda nam się wdrożyć koncepcję Departamentu Wojny. Co z pewnością zrobimy.
.Musimy to zrobić. Każdego dnia przygotowujemy się do walki. Musimy być gotowi do wojny, nie do obrony. Szkolimy wojowników, nie obrońców. Bierzemy udział w konfliktach zbrojnych, żeby wygrywać, nie bronić. Obrona to coś, co robi się stale. Jest ona z natury reakcyjna i może prowadzić do nadużyć, przekraczania uprawnień i rozszerzania zakresu działań. Wojnę zaś należy prowadzić oszczędnie, na własnych warunkach i z jasno określonymi celami. Walczymy po to, by zwyciężyć. Stosujemy wobec wroga przewagę miażdżącej i karzącej siły.
Nie będziemy też walczyć według idiotycznych zasad użycia siły. Udzielamy wojownikom swobody działania, by mogli zastraszać, demoralizować, tropić i zabijać wrogów naszego kraju. Koniec z politycznie poprawnymi, paraliżującymi zasadami walki. Zostaje zdrowy rozsądek, maksymalna siła rażenia i pełne zaufanie do żołnierzy.
Tego właśnie oczekiwałem jako dowódca plutonu. I tego samego oczekiwali wszyscy moi dowódcy oddziałów w randze sierżantów sztabowych. Wracamy tu do zasady E-6. Pozwólmy dowódcom dowodzić swoimi oddziałami, a potem stańmy za nimi murem. To bardzo proste, ale niezwykle skuteczne.
Kilka miesięcy temu byłem w Białym Domu, gdy prezydent Trump ogłaszał dzień wyzwolenia amerykańskiej polityki handlowej. To był moment przełomowy. Dziś mamy kolejny dzień wyzwolenia – wyzwolenia amerykańskich żołnierzy wojowników, zarówno w sensie symbolicznym, jak i praktycznym. Zawodowo zajmujecie się zabijaniem ludzi i niszczeniem mienia. Nie jesteście politycznie poprawni i nie musicie pasować do „grzecznego” społeczeństwa.
Nasza armia to nie jeden człowiek. To połączona siła milionów bezinteresownych Amerykanów. Jesteśmy wojownikami. Nie powstaliśmy dla spokojnych czasów, błękitnego nieba i cichych mórz. Zostaliśmy stworzeni po to, by wsiadać do śmigłowców, ciężarówek i łodzi w środku nocy, niezależnie od pogody; by iść tam, gdzie jest niebezpiecznie; by odnaleźć tych, którzy chcą skrzywdzić nasz naród, i wymierzyć im sprawiedliwość w bezpośredniej, brutalnej walce, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Jesteśmy inni od reszty ludzi. Nie walczymy z nienawiści do tego, co przed nami. Walczymy z miłości do tego, co za nami. Wykładowcy z Ivy League nigdy nas nie zrozumieją. I nie ma w tym nic złego, gdyż w głębi duszy wiedzą, że nie mogliby robić tego, co my. Media będą nas kłamliwie przedstawiać. Ale z tym też możemy się pogodzić, ponieważ ich przedstawiciele doskonale wiedzą, że to dzięki nam mogą w ogóle prowadzić swoją działalność. Wy, którzy wykonujecie nasz zawód, odnajdujecie komfort w środowisku przemocy po to, by obywatele naszego kraju mogli żyć w pokoju. Śmiercionośność jest naszą wizytówką, a zwycięstwo jedynym akceptowalnym rezultatem.
Na zakończenie chciałbym powiedzieć o jednej rzeczy. Kilka tygodni temu podczas comiesięcznego chrześcijańskiego spotkania modlitewnego w Pentagonie odmówiłem modlitwę dowódcy. Jest to prosta, ale ważna modlitwa o mądrość dla dowódców i przywódców. Jeśli jej nie znacie, zachęcam Was do zapoznania się z jej treścią. Modlitwa ta kończy się następująco: „A przede wszystkim, Panie, proszę, zapewnij moim żołnierzom bezpieczeństwo, prowadź ich, kieruj nimi, chroń ich i czuwaj nad nimi. Tak jak Ty poświęciłeś się dla mnie bez reszty, pomóż mi poświęcić się bez reszty dla nich. Amen”.
.Od kiedy mam zaszczyt pełnić funkcję sekretarza naszego departamentu, wielokrotnie odmawiałem tę modlitwę i będę ją wciąż odmawiał za Was wszystkich, którzy dowodzicie i kierujecie najlepszymi ludźmi naszego narodu. Idźcie i czyńcie dobre, lecz trudne rzeczy. Prezydent Trump Was wspiera. Ja również Was wspieram. Ruszajcie i nie bójcie się krytyki. Jesteśmy Departamentem Wojny. Z Bogiem!
Treść wystąpienia do armii amerykańskiej.
Tekst ukazał się w nr 73 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].




