Marco RUBIO: USA i Europa stanowią część jednej cywilizacji

USA i Europa stanowią część jednej cywilizacji

Photo of Marco RUBIO

Marco RUBIO

Amerykański prawnik, dyplomata i polityk Partii Republikańskiej, 72. sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych.

Ameryka wytycza drogę ku nowemu stuleciu dobrobytu i po raz kolejny chcemy iść tą drogą razem z wami, z Europą dumną ze swojego dziedzictwa i swojej historii; z Europą, która ma w sobie ducha tworzenia wolności, ducha, który wysyłał statki na nieznane morza i dał początek naszej cywilizacji; z Europą, która ma środki, by się bronić, i wolę, by przetrwać – twierdzi Marco RUBIO

[Marco RUBIO w Monachium. Tekst wystąpienia na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 2026]

Gromadzimy się tu dziś jako członkowie historycznego sojuszu – sojuszu, który ocalił i zmienił świat. Gdy ta konferencja rozpoczęła się w 1963 roku, odbywała się w kraju – a właściwie na kontynencie – podzielonym przeciwko samemu sobie. Linia między komunizmem a wolnością przebiegała przez samo serce Niemiec. Pierwsze zasieki z drutu kolczastego Muru Berlińskiego stanęły zaledwie dwa lata wcześniej.

A zaledwie kilka miesięcy przed tamtą pierwszą konferencją, zanim nasi poprzednicy po raz pierwszy spotkali się tutaj, w Monachium, kryzys kubański doprowadził świat na skraj nuklearnej zagłady. Choć II wojna światowa wciąż była świeżym wspomnieniem zarówno dla Amerykanów, jak i Europejczyków, stanęliśmy wobec nowej globalnej katastrofy – takiej, która niosła potencjał nowego rodzaju zniszczenia, bardziej apokaliptycznego i ostatecznego niż cokolwiek wcześniej w dziejach ludzkości.

W czasie tamtego pierwszego spotkania sowiecki komunizm był w ofensywie. Tysiące lat cywilizacji zachodniej wisiały na włosku. Zwycięstwo wcale nie było pewne. Ale kierował nami wspólny cel. Jednoczyło nas nie tylko to, przeciwko czemu walczyliśmy; jednoczyło nas to, o co walczyliśmy. I razem Europa i Ameryka zwyciężyły, a kontynent został odbudowany. Nasze narody zaczęły prosperować. Z czasem bloki Wschodu i Zachodu zostały ponownie zjednoczone. Cywilizacja znów stała się całością.

Ten niesławny mur, który rozdarł ten naród na pół, runął, a wraz z nim upadło złe imperium, a Wschód i Zachód ponownie stały się jednością. Jednak euforia tego triumfu doprowadziła nas do niebezpiecznego złudzenia: że wkroczyliśmy – cytując – w „koniec historii”; że każde państwo stanie się liberalną demokracją; że więzi tworzone przez handel i wymianę zastąpią państwowość; że „ład oparty na zasadach” – nadużywane pojęcie – zastąpi interes narodowy; i że będziemy żyć w świecie bez granic, w którym wszyscy staną się „obywatelami świata”.

Była to naiwną wizją, ignorującą zarówno ludzką naturę, jak i lekcje ponad pięciu tysięcy lat zapisanej historii ludzkości. I drogo nas to kosztowało. W tym złudzeniu przyjęliśmy dogmatyczną wizję wolnego i nieskrępowanego handlu, podczas gdy niektóre państwa chroniły swoje gospodarki i subsydiowały swoje firmy, by systematycznie podkopywać nasze – zamykając nasze zakłady, prowadząc do deindustrializacji dużych części naszych społeczeństw, przenosząc miliony miejsc pracy klasy pracującej i średniej za granicę oraz oddając kontrolę nad naszymi kluczowymi łańcuchami dostaw w ręce zarówno przeciwników, jak i rywali.

Coraz częściej oddawaliśmy naszą suwerenność międzynarodowym instytucjom, podczas gdy wiele państw inwestowało w rozbudowane państwa opiekuńcze kosztem zdolności do obrony własnej. To działo się w tym samym czasie, gdy inne kraje inwestowały w najszybszą rozbudowę militarną w historii ludzkości i nie wahały się używać twardej siły do realizacji własnych interesów. Aby zaspokoić kult klimatyczny, narzuciliśmy sobie polityki energetyczne, które zubażają naszych ludzi, podczas gdy nasi konkurenci eksploatują ropę, węgiel, gaz ziemny i wszystko inne – nie tylko po to, by napędzać swoje gospodarki, ale także po to, by wykorzystywać je jako narzędzie nacisku wobec nas. A w pogoni za światem bez granic otworzyliśmy nasze drzwi na bezprecedensową falę masowej migracji, która zagraża spójności naszych społeczeństw, ciągłości naszej kultury i przyszłości naszych narodów. Te błędy popełniliśmy razem i teraz, razem, jesteśmy winni naszym ludziom, by stawić czoła faktom i ruszyć naprzód, by odbudować.

Ku dumnej przyszłości

.Pod przywództwem prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone Ameryki ponownie podejmą zadanie odnowy i odbudowy, kierowane wizją przyszłości tak dumnej, tak suwerennej i tak żywotnej jak przeszłość naszej cywilizacji. I choć jesteśmy gotowi, jeśli będzie to konieczne, zrobić to sami, naszym pragnieniem i naszą nadzieją jest uczynić to wspólnie z wami, naszymi przyjaciółmi w Europie.

Bo Stany Zjednoczone i Europa – my do siebie należymy. Ameryka została założona 250 lat temu, ale jej korzenie sięgają tego kontynentu znacznie wcześniej. Człowiek, który osiedlił się i budował kraj mojego urodzenia, przybył na nasze brzegi niosąc wspomnienia, tradycje i chrześcijańską wiarę swoich przodków jako święte dziedzictwo – nierozerwalne ogniwo między starym światem a nowym.

Jesteśmy częścią jednej cywilizacji – cywilizacji zachodniej. Łączą nas najgłębsze więzi, jakie mogą łączyć narody, wykute przez wieki wspólnej historii, wiary chrześcijańskiej, kultury, dziedzictwa, języka, pochodzenia oraz ofiar, jakie nasi przodkowie ponieśli razem dla wspólnej cywilizacji, której jesteśmy spadkobiercami.

I dlatego właśnie my, Amerykanie, czasem możemy wydawać się nieco bezpośredni i pilni w naszych radach. Dlatego prezydent Trump domaga się powagi i wzajemności od naszych przyjaciół w Europie. Powód, przyjaciele, jest prosty: bardzo nam zależy. Głęboko zależy nam na waszej przyszłości i na naszej. A jeśli czasem się nie zgadzamy, to nasze spory wynikają z głębokiej troski o Europę, z którą jesteśmy związani – nie tylko gospodarczo, nie tylko militarnie. Jesteśmy związani duchowo i kulturowo. Chcemy, by Europa była silna. Wierzymy, że Europa musi przetrwać, ponieważ dwie wielkie wojny ostatniego stulecia są dla nas nieustannym przypomnieniem historii, że ostatecznie nasz los jest i zawsze będzie spleciony z waszym, bo wiemy, że los Europy nigdy nie będzie dla nas obojętny.

Pytanie fundamentalne brzmi: czego bronimy?

Bezpieczeństwo narodowe, o którym w dużej mierze jest ta konferencja, nie jest jedynie zbiorem technicznych pytań – ile wydajemy na obronność, gdzie i jak ją rozmieszczamy; to są ważne pytania. Są. Ale nie są pytaniem fundamentalnym. Pytanie fundamentalne, na które musimy odpowiedzieć na samym początku, brzmi: czego właściwie bronimy? Bo armie nie walczą za abstrakcje. Armie walczą za ludzi; armie walczą za naród. Armie walczą za sposób życia. I tego bronimy: wielkiej cywilizacji, która ma wszelkie powody, by być dumna ze swojej historii, pewna swojej przyszłości i dążyć do tego, by zawsze być panem własnego losu gospodarczego i politycznego.

To tutaj, w Europie, narodziły się idee, które zaszczepiły ziarna wolności, zmieniające świat. To tutaj Europa dała światu rządy prawa, uniwersytety i rewolucję naukową. To ten kontynent wydał geniuszy Mozarta i Beethovena, Dantego i Szekspira, Michała Anioła i Leonarda da Vinci, Beatlesów i Rolling Stonesów. I to tutaj sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej oraz strzeliste wieże wielkiej katedry w Kolonii świadczą nie tylko o wielkości naszej przeszłości czy o wierze w Boga, która zainspirowała te cuda. One zapowiadają również cuda, które czekają nas w przyszłości. Ale tylko wtedy, gdy bez wstydu przyznamy się do naszego dziedzictwa i będziemy dumni z tego wspólnego dziedzictwa, możemy razem rozpocząć dzieło wyobrażania sobie i kształtowania naszej przyszłości gospodarczej i politycznej.

Deindustrializacja nie była nieunikniona. Była świadomym wyborem politycznym, wieloletnim przedsięwzięciem gospodarczym, które pozbawiło nasze narody bogactwa, zdolności produkcyjnych i niezależności. A utrata suwerenności nad łańcuchami dostaw nie była naturalnym skutkiem zdrowego, prosperującego globalnego handlu. Była głupotą. Była głupią, lecz dobrowolną transformacją naszej gospodarki, która uczyniła nas zależnymi od innych w zaspokajaniu naszych potrzeb i niebezpiecznie podatnymi na kryzysy.

Masowa migracja nie jest, nie była i nie jest jakimś marginalnym problemem o niewielkim znaczeniu. Była i pozostaje kryzysem, który przekształca i destabilizuje społeczeństwa w całym świecie zachodnim.

Razem możemy ponownie uprzemysłowić nasze gospodarki i odbudować zdolność do obrony naszych ludzi. Ale dzieło tego nowego sojuszu nie powinno koncentrować się wyłącznie na współpracy wojskowej i odzyskiwaniu przemysłów przeszłości. Powinno również skupiać się na wspólnym rozwijaniu naszych wzajemnych interesów i nowych horyzontów, uwalnianiu naszej pomysłowości, kreatywności i dynamicznego ducha, by zbudować nowe zachodnie stulecie. Komercyjne loty kosmiczne i najnowocześniejsza sztuczna inteligencja; automatyzacja przemysłu i elastyczna produkcja; stworzenie zachodniego łańcucha dostaw kluczowych surowców, niewrażliwego na szantaż ze strony innych potęg; oraz wspólny wysiłek w walce o udziały rynkowe w gospodarkach Globalnego Południa. Razem możemy nie tylko odzyskać kontrolę nad naszymi przemysłami i łańcuchami dostaw – możemy także prosperować w obszarach, które zdefiniują XXI wiek. Ale musimy również odzyskać kontrolę nad naszymi granicami. Kontrola tego, kto i ilu ludzi wjeżdża do naszych krajów, nie jest wyrazem ksenofobii. Nie jest nienawiścią. Jest podstawowym aktem suwerenności narodowej. A jej brak nie jest tylko zaniedbaniem jednego z najbardziej podstawowych obowiązków wobec naszych obywateli. Jest pilnym zagrożeniem dla tkanki naszych społeczeństw i dla przetrwania samej naszej cywilizacji.

Nie możemy stawiać globalnego porządku nad interesami narodów

I wreszcie – nie możemy już stawiać tak zwanego globalnego porządku ponad żywotnymi interesami naszych narodów i naszych ludzi. Nie musimy porzucać systemu międzynarodowej współpracy, którego byliśmy autorami, ani demontować globalnych instytucji starego ładu, które wspólnie zbudowaliśmy. Ale one muszą zostać zreformowane. Muszą zostać odbudowane.

Na przykład Organizacja Narodów Zjednoczonych wciąż ma ogromny potencjał, by być narzędziem dobra na świecie. Ale nie możemy ignorować faktu, że dziś, w najpilniejszych sprawach, nie ma odpowiedzi i praktycznie nie odgrywa żadnej roli. Nie rozwiązała wojny w Gazie. Zamiast tego to amerykańskie przywództwo uwolniło zakładników z rąk barbarzyńców i doprowadziło do kruchego rozejmu. Nie rozwiązała wojny na Ukrainie. Potrzeba było amerykańskiego przywództwa i partnerstwa z wieloma krajami obecnymi dziś tutaj, by w ogóle doprowadzić obie strony do stołu w poszukiwaniu wciąż nieuchwytnego pokoju.

Była bezsilna wobec programu nuklearnego radykalnych szyickich duchownych w Teheranie. Do tego potrzebne było 14 precyzyjnych bomb zrzuconych z amerykańskich bombowców B-2. Nie potrafiła też poradzić sobie z zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa ze strony narkoterrorystycznego dyktatora w Wenezueli. Zamiast tego to amerykańskie siły specjalne doprowadziły tego zbiega przed wymiar sprawiedliwości.

W idealnym świecie wszystkie te problemy – i wiele innych – byłyby rozwiązywane przez dyplomatów i mocno sformułowane rezolucje. Ale nie żyjemy w idealnym świecie i nie możemy dalej pozwalać tym, którzy jawnie i otwarcie zagrażają naszym obywatelom i globalnej stabilności, by chronili się za abstrakcjami prawa międzynarodowego, które sami rutynowo łamią.

To jest droga, na którą wkroczył prezydent Trump i Stany Zjednoczone. To jest droga, do której zapraszamy was tutaj, w Europie. To droga, którą już kiedyś razem przeszliśmy i mamy nadzieję przejść nią razem ponownie. Przez pięć stuleci, aż do końca II wojny światowej, Zachód się rozszerzał – jego misjonarze, pielgrzymi, żołnierze i odkrywcy wyruszali z jego brzegów, by przekraczać oceany, zasiedlać nowe kontynenty, budować rozległe imperia rozciągające się po całym świecie.

Lecz w 1945 roku, po raz pierwszy od czasów Kolumba, zaczął się kurczyć. Europa leżała w ruinach. Połowa żyła za żelazną kurtyną, a reszta wyglądała, jakby miała wkrótce podążyć tą samą drogą. Wielkie imperia zachodnie weszły w fazę schyłku, przyspieszoną przez bezbożne rewolucje komunistyczne i antykolonialne powstania, które miały przekształcić świat i rozciągnąć czerwony sierp i młot nad ogromnymi obszarami mapy w nadchodzących latach.

Na tym tle – wtedy, tak jak i dziś – wielu zaczęło wierzyć, że era dominacji Zachodu dobiegła końca, a nasza przyszłość będzie jedynie bladym i słabym echem naszej przeszłości. Lecz razem nasi poprzednicy zrozumieli, że upadek jest wyborem – i był to wybór, którego odmówili dokonania. To właśnie zrobiliśmy razem wtedy, i to właśnie prezydent Trump i Stany Zjednoczone chcą zrobić ponownie teraz – razem z wami. I dlatego nie chcemy, by nasi sojusznicy byli słabi, bo to czyni słabszymi również nas. Chcemy sojuszników zdolnych do obrony samych siebie, aby żaden przeciwnik nigdy nie został skuszony do sprawdzania naszej wspólnej siły. Dlatego nie chcemy sojuszników skrępowanych poczuciem winy i wstydu. Chcemy sojuszników dumnych ze swojej kultury i swojego dziedzictwa, świadomych, że jesteśmy spadkobiercami tej samej wielkiej i szlachetnej cywilizacji, i gotowych – razem z nami – jej bronić.

Zawsze będziemy dzieckiem Europy

.I dlatego nie chcemy sojuszników, którzy racjonalizują zepsute status quo zamiast zmierzyć się z tym, co konieczne, by je naprawić. My w Ameryce nie mamy żadnego interesu w byciu uprzejmymi i uporządkowanymi zarządcami kontrolowanego upadku Zachodu.

Nie chcemy się oddzielać, lecz ożywić starą przyjaźń i odnowić największą cywilizację w historii ludzkości. Tego chcemy: ożywionego sojuszu, który rozpoznaje, że to, co trapi nasze społeczeństwa, to nie tylko zbiór złych polityk, ale choroba beznadziei i samozadowolenia. Sojuszu, który nie jest sparaliżowany strachem – strachem przed zmianą klimatu, strachem przed wojną, strachem przed technologią. Zamiast tego chcemy sojuszu, który odważnie biegnie ku przyszłości. A jedynym strachem, jaki mamy, jest strach przed hańbą tego, że nie pozostawimy naszym dzieciom narodów bardziej dumnych, silniejszych i bogatszych.

Sojuszu gotowego bronić naszych ludzi, chronić nasze interesy i zachować swobodę działania, która pozwala nam kształtować własny los – nie sojuszu, którego celem jest zarządzanie globalnym państwem opiekuńczym i odpokutowywanie rzekomych grzechów przeszłych pokoleń. Sojuszu, który nie pozwala, by jego siła była outsourcingowana, ograniczana lub podporządkowana systemom poza jego kontrolą; który nie zależy od innych w kwestii kluczowych potrzeb życia narodowego; i który nie podtrzymuje grzecznej fikcji, że nasz sposób życia jest tylko jednym z wielu i że musi prosić o pozwolenie, zanim zacznie działać. A przede wszystkim – sojuszu opartego na uznaniu, że to, co my, Zachód, odziedziczyliśmy razem, jest czymś wyjątkowym, odrębnym i niezastąpionym – bo to jest przecież sam fundament więzi transatlantyckiej.

Działając razem w ten sposób, nie tylko pomożemy przywrócić zdrową politykę zagraniczną. Przywrócimy sobie także jaśniejsze poczucie tego, kim jesteśmy. Przywrócimy swoje miejsce w świecie, a tym samym przeciwstawimy się i odstraszymy siły cywilizacyjnego wymazywania, które dziś zagrażają zarówno Ameryce, jak i Europie. W czasach nagłówków zwiastujących koniec ery transatlantyckiej niech będzie jasne dla wszystkich, że nie jest to ani nasz cel, ani nasze pragnienie – bo dla nas, Amerykanów, choć nasz dom znajduje się na półkuli zachodniej, zawsze będziemy dzieckiem Europy.

„Chcemy iść razem z wami, z Europą dumną ze swojego dziedzictwa i swojej historii; z Europą, która ma w sobie ducha tworzenia wolności”

Nasza historia zaczęła się od włoskiego odkrywcy, którego wyprawa w wielką nieznaną przestrzeń w poszukiwaniu nowego świata przyniosła chrześcijaństwo do obu Ameryk – i stała się legendą, która ukształtowała wyobraźnię naszego pionierskiego narodu.

Nasze pierwsze kolonie zostały zbudowane przez angielskich osadników, którym zawdzięczamy nie tylko język, którym mówimy, ale cały nasz system polityczny i prawny. Nasze pogranicza kształtowali Szkoci-Irlandczycy – dumna, twarda wspólnota z wzgórz Ulsteru, która dała nam Davy’ego Crocketta, Marka Twaina, Teddy’ego Roosevelta i Neila Armstronga.

Wielkie serce Środkowego Zachodu zbudowali niemieccy rolnicy i rzemieślnicy, którzy przekształcili puste równiny w globalną potęgę rolniczą – i przy okazji znacząco podnieśli jakość amerykańskiego piwa.

Nasza ekspansja w głąb kontynentu podążała śladami francuskich handlarzy futrami i odkrywców, których nazwiska do dziś zdobią tablice ulic i nazwy miast w całej dolinie Missisipi. Nasze konie, nasze rancza, nasze rodea – cały romantyzm archetypu kowboja, który stał się synonimem amerykańskiego Zachodu – narodził się w Hiszpanii. A nasze największe i najbardziej ikoniczne miasto nosiło nazwę Nowy Amsterdam, zanim stało się Nowym Jorkiem.

Czy wiecie, że w roku, w którym powstało moje państwo, Lorenzo i Catalina Geroldi mieszkali w Casale Monferrato w Królestwie Sardynii i Piemontu, a Jose i Manuela Reina w Sewilli, w Hiszpanii? Nie wiem, co – jeśli cokolwiek – wiedzieli o trzynastu koloniach, które właśnie uzyskały niepodległość od Imperium Brytyjskiego, ale jedno wiem na pewno: nigdy nie mogliby sobie wyobrazić, że 250 lat później jeden z ich bezpośrednich potomków powróci tu dziś, na ten kontynent, jako główny dyplomata tego młodego państwa. A jednak oto jestem, a moja własna historia przypomina mi, że zarówno nasze dzieje, jak i nasze losy zawsze będą ze sobą splecione.

Razem odbudowaliśmy zniszczony kontynent po dwóch niszczycielskich wojnach światowych. Gdy znów zostaliśmy podzieleni żelazną kurtyną, wolny Zachód połączył siły z odważnymi dysydentami walczącymi z tyranią na Wschodzie, by pokonać komunizm sowiecki. Walczyliśmy przeciw sobie, potem się pojednaliśmy, potem znów walczyliśmy i znów się jednaliśmy. Przelewaliśmy krew i ginęliśmy ramię w ramię na polach bitew od Kapyong po Kandahar.

I jestem tu dziś, aby jasno powiedzieć, że Ameryka wytycza drogę ku nowemu stuleciu dobrobytu i że po raz kolejny chcemy iść tą drogą razem z wami – naszymi drogimi sojusznikami i naszymi najstarszymi przyjaciółmi.

.Chcemy iść tą drogą razem z wami, z Europą dumną ze swojego dziedzictwa i swojej historii; z Europą, która ma w sobie ducha tworzenia wolności, ducha, który wysyłał statki na nieznane morza i dał początek naszej cywilizacji; z Europą, która ma środki, by się bronić, i wolę, by przetrwać. Powinniśmy być dumni z tego, co osiągnęliśmy razem w minionym stuleciu, ale teraz musimy zmierzyć się z możliwościami nowego wieku i je podjąć – bo wczoraj już minęło, przyszłość jest nieunikniona, a nasz wspólny los czeka. Dziękuję.

Marco Rubio
Tekst wystąpienia Marco Rubio w Monachium, na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, 14 lutego 2026 r.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 lutego 2026
Fot. Thilo Schmuelgen / Reuters / Forum