Margot ROUSSEAU: O pierwszym kanselowaniu de Funesa

O pierwszym kanselowaniu de Funesa

Photo of Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

Kobieta porwała samolot, bo nie chciała, żeby do kin wszedł film z Louisem de Funèsem. Nie żądała pieniędzy ani wolności. Chciała, by odwołano premierę Przygód rabiego Jakuba. Historia sprzed ponad pięćdziesięciu lat brzmi dziś jak anegdota. A jednak mówi o nas więcej, niż byśmy chcieli.

.„Przygody rabbiego Jakuba” kojarzą nam się dziś z niewinną, sympatyczną rozrywką. Z filmem, który puszcza się w święta, który znamy na pamięć, który funkcjonuje już nie jako dzieło, lecz jako element kulturowego krajobrazu. Louis de Funès tańczący chasydzki taniec stał się czymś w rodzaju francuskiego rytuału przejścia: śmieszy dzieci, uspokaja dorosłych, nie drażni nikogo. Kino familijne w najczystszej postaci.

Fabuła jest prosta, wręcz prymitywna – i właśnie w tym tkwi jej siła. Oto zamożny francuski przedsiębiorca, uosobienie drobnomieszczańskich lęków i uprzedzeń, człowiek, który z równą niechęcią patrzy na Żydów i Arabów, zostaje przypadkowo wciągnięty w intrygę arabskich działaczy emigracyjnych. Ucieka przed nimi, ale – jak to w farsie – w przebraniu rabina. Mechanizm jest stary jak komedia: maska, pomyłka, zamiana ról, karnawałowe odwrócenie porządku. Świat staje na głowie, żeby na końcu mógł wrócić na swoje miejsce, odrobinę oczyszczony.

Ta niezbyt wyszukana, ale ujmująca komedia miała w zamyśle reżysera, Gérarda Oury’ego, walczyć z rasowymi stereotypami. Oury nie był rewolucjonistą. Był raczej dzieckiem francuskiego republikanizmu starej daty, który wierzył, że społeczeństwo można korygować łagodnie: śmiechem, ironią, lekkim wstydem. W wywiadach powtarzał, że nie interesuje go kino oskarżenia, że komedia ma „rozbrajać nienawiść”, a nie ją eskalować. Francja – nawet gdy się z niej śmiejemy – miała pozostać krajem, który ostatecznie wybiera wspólnotę, a nie rozpad.

To była bardzo charakterystyczna postawa dla francuskiej komedii tamtych lat. Nie kalać dobrego imienia republiki, ale sugerować korektę. Wyśmiewać ludzkie wady, ale wciąż lubić człowieka. Kpić z rasisty, ale nie doprowadzać go przed trybunał. Raczej ośmieszyć go tak, by sam – razem z widzem – mógł się z siebie śmiać. Komedia jako miękka pedagogika.

Tyle że ten mechanizm, który dziś wydaje nam się niewinny, w momencie premiery wcale taki nie był. Nie wszyscy odebrali film Oury’ego jako pogodny manifest tolerancji. „Przygody rabina Jakuba” miały również swoich zdecydowanych przeciwników, przede wszystkim w kręgach lewicowej krytyki. Zarzucano im, że zamiast rozbrajać stereotypy, film je reprodukuje i porządkuje na nowo – zwłaszcza jeśli chodzi o Arabów, przedstawionych albo jako groteskowych spiskowców, albo jako egzotyczne figury politycznego chaosu.

A sytuacja była wyjątkowo napięta. Premiera filmu zbiegła się w czasie z wybuchem wojny Jom Kippur. Bliski Wschód płonął, Europa była pełna emocji, francuska lewica przeżywała kolejny etap swojego zauroczenia sprawą palestyńską, często bardziej symboliczną niż realną. W tym kontekście komedia, która żartuje z rabinów, Arabów i francuskiego burżuja jednocześnie, przestawała być niewinną farsą. Stawała się gestem politycznym – nawet jeśli reżyser się przed tym bronił.

Wśród protestujących znalazła się kobieta, której nazwisko dziś niewiele mówi. Danielle Cravenne – żona człowieka, który wymyślił nagrody Cezara, filar świata francuskiego kina, establishmentu, którego film Oury’ego był częścią. Cravenne przejęła się sprawą tak bardzo, że postanowiła wykonać gest absolutny. Uzbrojona w karabin porwała samolot, domagając się odwołania premiery „Przygód rabina Jakuba” – do czasu rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

To zdanie brzmi dziś jak absurd albo jak ponury żart. A jednak wydarzyło się naprawdę. I właśnie w tym miejscu kończy się niewinność naszej dzisiejszej nostalgii, a zaczyna historia, która każe zapytać, czym naprawdę było to kino, z którego do dziś tak beztrosko się śmiejemy.

18 października 1973 roku Danielle Cravenne wsiada na pokład samolotu Air France lecącego z Paryża do Nicei. Jest elegancka, opanowana, ma ze sobą małego psa. W torebce — broń. Nie zachowuje się jak terrorystka, raczej jak ktoś, kto podjął decyzję nieodwołalną. Po starcie informuje załogę, że przejmuje kontrolę nad lotem. Jej żądania są zaskakująco precyzyjne i zarazem nierealne: domaga się natychmiastowego wstrzymania premiery Przygód rabina Jakuba, zapieczętowania kopii filmu oraz publicznego zaangażowania władz francuskich na rzecz zakończenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. 

Samolot ląduje w Marsylii pod pretekstem tankowania przed planowanym lotem do Kairu. Cravenne powtarza, że nie chce skrzywdzić nikogo. Pozwala opuścić pokład wszystkim pasażerom i większości załogi, zatrzymując jedynie pilota i szefa kabiny. Prosi o posiłek. Czeka. Władze decydują się na siłowe rozwiązanie. Na pokład wchodzą policjanci przebrani za stewardów; jeden z nich jest snajperem elitarnej jednostki. Kilka chwil później Danielle Cravenne zostaje zabita dwoma strzałami.

Ma trzydzieści pięć lat. Dwoje małych dzieci. Film wchodzi na ekrany zgodnie z planem i odnosi ogromny sukces. Historia kobiety, która próbowała go zatrzymać, niemal natychmiast zostaje wyparta z pamięci.

Albo byłaby zapomniana całkowicie — gdyby nie Jean-Philippe Daguerre. To on po latach wraca do tej historii, najpierw w formie powieści La Femme qui n’aimait pas Rabbi Jacob, a dziś także jako autor i reżyser spektaklu teatralnego. Jego gest nie polega na rehabilitacji ani na oskarżeniu. Raczej na odzyskaniu postaci, która została zredukowana do nagłówka, a potem do przypisu.

Forma sztuki jest zaskakująco powściągliwa. Daguerre rezygnuje z realistycznych dekoracji na rzecz inscenizacji niemal filmowej: obrazy wideo, archiwalne materiały, multiplikowane ekrany, które budują przestrzeń pamięci, a nie rekonstrukcji. To teatr, który nie udaje dokumentu, ale też nie ucieka w metaforę. Chronologiczna narracja prowadzi widza przez intymne życie małżeństwa Cravennów, równolegle pokazując proces narodzin filmu, który stanie się wielkim sukcesem — i katastrofą dla jednej osoby.

Dla mnie ta historia mówi bardzo wiele — ale nie o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Ten bowiem staje się dziś tak przerażający, tak nasycony spiralą zemsty i moralnego absolutu, że niemal odbiera mowę. I właśnie dlatego nie o nim tu piszę. Przeraża mnie coś innego: fakt, że Danielle Cravenne nigdy nie obejrzała filmu, którego premiery tak bardzo nie chciała, że była gotowa porwać samolot. Ten szczegół, pozornie drugorzędny, jest w istocie kluczowy. Odsłania bowiem gest czysty, niemal pierwotny: potępienie bez poznania, wyrok wydany bez kontaktu z treścią, akt moralnej przemocy dokonany na podstawie wyobrażenia, nie doświadczenia.

W tym sensie mamy do czynienia z czymś, co dziś nazwalibyśmy zalążkiem cancel culture — zanim jeszcze powstało to pojęcie, zanim pojawiły się media społecznościowe i rytuały zbiorowego oburzenia. Chodzi o mechanizm głębszy: przekonanie, że intencja moralna zwalnia z obowiązku rozumienia, że słuszna sprawa usprawiedliwia ślepotę, a emocjonalne oburzenie jest wystarczającą legitymacją do działania. Ortega y Gasset widział to zjawisko z niepokojącą jasnością. Opisywał je jako triumf człowieka masowego — tego, który nie czuje potrzeby konfrontacji z rzeczywistością, ponieważ wystarcza mu własne przekonanie o racji. Człowieka, który nie chce poznawać świata, lecz go unieważniać, jeśli nie odpowiada jego moralnemu napięciu.

.Cravenne nie walczyła z filmem jako dziełem. Walczyła z jego symbolem, z tym, co jej się wydawało, że film reprezentuje. To zasadnicza różnica. I właśnie w tej różnicy kryje się niebezpieczeństwo: moment, w którym kultura przestaje być przestrzenią sporu i interpretacji, a staje się polem egzekucji — niekiedy dosłownej. Nie trzeba złej woli, wystarczy absolutna pewność. A ta, jak uczy historia, bywa groźniejsza niż cynizm.

„La Femme qui n’aimait pas Rabbi Jacob”

tekst i reżyseria: Jean-Philippe Daguerre

z Bernardem Malaką, Charlotte Matzneff, Julienem Ciganą

Théâtre du Petit-Montparnasse, Paryż (14.)

Margot Rousseau

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 stycznia 2026