Josef MLEJNEK jr: Triumf nad komunizmem, który zamienił się w nowe więzienie Josef MLEJNEK jr: Triumf nad komunizmem, który zamienił się w nowe więzienie

Triumf nad komunizmem, który zamienił się w nowe więzienie

Josef MLEJNEK jr

Czeski politolog i dziennikarz specjalizujący się w tematyce demokratycznych przemian w Europie Środkowej i Wschodniej. Współpracuje z dziennikiem Lidové Noviny, z Revue Politika i z czeskim radiem publicznym Český Rozhlas.

Czy Václav Havel i czeska opozycja przed 1989 r. chcieli zachodniej mieszanki rynku, konsumpcjonizmu i demokracji marketingowej? Czy chciała tego polska „Solidarność”? Ich wizja społeczeństwa była dużo bardziej filozoficzna, może i utopijna, tymczasem po upadku Muru Berlińskiego właściwie nie było alternatywy. A może jednak istniała? – pyta Josef MLEJNEK jr

Reżimy totalitarne dążyły do ​​unicestwienia człowieka, zniszczenia go jako istoty wolnej, samodzielnie myślącej i czującej. W tym samym czasie nowy człowiek socjalizmu był przedstawiany w komunistycznej propagandzie czy usłużnych dziełach sztuki jako nadistota w najlepszym wydaniu: piękny, potężny, inteligentny, świadomy, szerzący światło nowego porządku w innych galaktykach, który już nawet w myślach nie wie, czym jest kłamstwo lub kradzież, i dożywający co najmniej dwustu lat, jeśli nie więcej.

Homo sovieticus

.Praktyczny rezultat tych działań opisał między innymi rosyjski filozof i socjolog Aleksandr Zinowjew w książce Homo sovieticus. Według niego społeczeństwo radzieckie składało się z jednostek w postaci galarety i „samo w sobie przypomina jedną wielką galaretę. Jest to społeczeństwo kameleonów, które samo w sobie jest jednym wielkim kameleonem”.

Zinowjew spopularyzował z sarkastyczną intencją stworzone pojęcie homo sovieticus. Termin ten był używany przez niego i wielu innych krytyków sowieckiego reżimu jako metafora całkowicie wykorzenionej, poddającej się każdemu formowaniu, absolutnie adaptowalnej jednostki, niezdolnej do krytycznego myślenia, ale za to skłonnej do licznych drobnych, lecz i większych kradzieży, mniejszych i większych kłamstw oraz podłości, aby tylko przetrwać.

Ale jak pokazuje rosyjski historyk Michaił Heller, pochodzenie tego terminu ma wymiar poważny i pozytywny. Oficjalna publikacja Ludzie sowieccy, wydana w Moskwie w 1974 roku przez Politizdat, z dumą podkreślała, że ​​Związek Radziecki stał się „ojczyzną nowego i wyższego gatunku Homo sapiens: Homo sovieticus”. Trudno powiedzieć, co pomyślałby o tym Karol Darwin, ale idea, że ​​rewolucja komunistyczna stworzy nowego człowieka, wyższe ogniwo ewolucji, należy do podstawowych ideologicznych ram marksizmu-leninizmu. Jednocześnie, podobnie jak cały ruch komunistyczny, jest to zsekularyzowana deformacja chrześcijaństwa, a konkretnie jego wymiaru, który apostoł Paweł wyraził tymi słowy: „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem” (2 Kor 5,17). Chrystus, za którym ma podążać człowiek, jest nowym Adamem, czyli nowym człowiekiem, a ten, kto przyjmuje Chrystusa, staje się również nowym człowiekiem.

Jeśli toczyła się wojna o samego człowieka, walka taka miała wymiar logicznie filozoficzny, metafizyczny, a nawet religijny, świadomie lub nieświadomie, explicite i implicite. A działania dysydenckie nie obywały się bez prześladowań, więzienia i cierpienia. Dlatego opozycja była sama w sobie quasi-religijną wspólnotą, przypominającą pierwszych chrześcijan w rzymskich katakumbach. Opozycja jako całość, w tym ateiści i antyklerykałowie, a nie tylko opozycja religijna.

Pełne nadziei perspektywy Dnia Pietrowa

.Tamten świat miał cechy apokaliptyczne z jeszcze jednego przynajmniej powodu. Wciąż stał jedną nogą na krawędzi wojny nuklearnej. Pamiętacie, co robiliście 26 września 1983 roku? Powinniście. Jeśli już wtedy byliście na świecie, urodziliście się po raz drugi. 26 września każdego roku obchodzony jest tak zwany Dzień Pietrowa. Stanisław Jewgrafowicz Pietrow pełnił służbę w dowództwie radzieckiej obrony przeciwlotniczej, kiedy w systemie radarowym włączył się alarm. Ale dyżurnemu wydało się podejrzane, że Amerykanie zaatakowaliby tylko pięcioma pociskami, na co wskazywały monitory. Wolał się upewnić. I dobrze zrobił. Błędny sygnał satelity był spowodowany odbiciem promieni słonecznych od warstwy wysokich chmur. Pietrow był początkowo chwalony, ale wkrótce stał się niepożądaną postacią, ponieważ odkrył błąd w systemie. Został przeniesiony na mniej eksponowane stanowisko z powodu rzekomej nieodpowiedzialności. Przeszedł na emeryturę na początku 1984 roku. Zmarł w 2017 roku w wieku 77 lat. „To była moja praca. Po prostu wykonywałem swoje obowiązki, byłem właściwą osobą na właściwym miejscu, to wszystko. Nawet moja żona nie wiedziała nic o tym przez dziesięć lat” – ocenił później skromnie swoje ówczesne działania.

Podobnych przypadków było więcej. Dzięki Pietrowowi nasz świat nie zginął w nuklearnym kataklizmie wywołanym gorącą wojną między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, ale mógł wkroczyć w „orwellowski rok” 1984. Rosyjski dysydent Andriej Amalrik w 1969 roku napisał esej Czy Związek Radziecki przetrwa do 1984?. Swego czasu był on gorąco dyskutowany, dziś prawie zapomniany. Autor oczywiście życzył sobie, aby Związek Radziecki nie przetrwał do tego roku, a kreśląc jakiś realistyczny scenariusz upadku imperium sowieckiego, ubrał go w formę wojny, najprawdopodobniej atomowej, z Chinami. A więc – perspektywy bardzo obiecujące.

W apokaliptycznym tonie utrzymany jest także znany esej Václava Havla z 1978 roku zatytułowany Siła bezsilnych. „Nasza uwaga nieuchronnie kieruje się ku najważniejszemu: kryzysowi całej współczesnej cywilizacji technicznej, ku kryzysowi, który Heidegger opisuje jako bezradność człowieka wobec planetarnej potęgi technologii. Technologia – to dziecko współczesnej nauki, jak i dziecko nowożytnej metafizyki – wymknęła się spod kontroli, przestała służyć człowiekowi, zniewoliła go i doprowadziła do tego, że asystuje w przygotowaniu własnej zagłady” – pisał w nim przyszły prezydent.

W końcu, zwłaszcza w czasie amerykańsko-sowieckiej rywalizacji nuklearnej, stosunkowo dobrze przyjęto jedno konkretne wyjaśnienie rzeczywistości, mianowicie, że żadna inna pozaziemska cywilizacja nie została jeszcze odkryta (lub my nie zostaliśmy przez nią odkryci). Według niego każda cywilizacja na pewnym etapie rozwoju technicznego zniszczy się sama (na przykład poprzez wojnę nuklearną) i nie osiągnie już wyższego poziomu technologicznego, dzięki któremu będzie w stanie pokonywać ogromne odległości kosmiczne i komunikować się z mieszkańcami innych galaktyk.

Być może to memento także przyczyniło się do negocjacji rozbrojeniowych między Amerykanami a Sowietami. W każdym razie Związek Radziecki nie wytrzymał rywalizacji technologicznej z Zachodem, zwłaszcza w dziedzinie wojskowości, ale także w życiu codziennym, jeśli chodzi o poziom życia i dostępność towarów konsumpcyjnych wysokiej jakości. Pojawienie się Gorbaczowa i jego reform, złagodzenie napięć, perspektywa zmiany podejścia stanowiły bardzo pozytywny trend, ale zawierały też jeden problematyczny aspekt: wraz z topnieniem totalitaryzmu roztopił się metafizyczno-apokaliptyczny wymiar życia publicznego.

Triumf odmiany Russet Burbank

.Wspomniany Andriej Amalrik polemizował z wyobrażeniem, że stopniowy wzrost dobrobytu i tak zwane promieniowanie „materialnej kultury” Zachodu stopniowo przekształcą społeczeństwo radzieckie, że zachodni turyści, popkultura, płyty gramofonowe z dozwoloną zachodnią muzyką i minispódniczki przyczynią się do stworzenia humanitarnego socjalizmu. „Możliwe, że będziemy mieć »socjalizm« z odsłoniętymi kolanami, ale z pewnością nie socjalizm z ludzką twarzą” – głosił sarkastycznie Amalrik.

Reżimy komunistyczne same dążyły do ​​przekonania ludności poprzez poprawę poziomu życia, często argumentując, że zamiast zachodniego „blichtru” przeznaczonego dla bogatych oferują każdemu zabezpieczenie socjalne. Narodziny nowego człowieka i ustanowienie komunistycznego raju odsunęły się gdzieś daleko w przyszłość.

W ten sposób doszło do nieco paradoksalnego zjawiska związanego z komunistycznym lub socjalistycznym społeczeństwem konsumpcyjnym. W Polsce tylko na krótko, w początkach sprawowania władzy przez pierwszego sekretarza Edwarda Gierka. Wkrótce jednak jego ekonomicznemu „cudowi” zabrakło tchu, a wynikające z tego trudności gospodarcze w zasadniczy sposób przyczyniły się do powstania „Solidarności”. Ten masowy ruch nagle przekierował wielu dysydentów na pozycję niemal klasycznych polityków, zmuszonych do obrony interesów społecznych swoich licznych zwolenników. Co było ogromną różnicą w porównaniu z Czechosłowacją, gdzie opozycja pozostawała (z wyjątkiem bardzo późnych lat 80.), bardzo ograniczona i zamknięta w kręgu mniej lub bardziej moralnie zdefiniowanej „polityki”. Ulubioną i wszechobecnie akceptowaną stała się narracja o tak zwanej umowie społecznej między Gustávem Husákiem a społeczeństwem, którą krótko opisałyby słowa: „Siedźcie cicho, a będzie wam dobrze”.

W związku z tym w czasach normalizacji Husáka faktyczny konsumencki charakter ówczesnego społeczeństwa czeskiego (czechosłowackiego) stał się obiektem krytyki opozycji. W porównaniu ze społeczeństwem zachodnim miało ono wprawdzie do dyspozycji bardzo ograniczony asortyment, ale decydujące było nastawienie mentalne.

„Skierowanie całej uwagi człowieka na podłoże jego czysto konsumenckich interesów jest pozbawieniem go zdolności dostrzegania nasilającego się stopnia jego duchowego, politycznego i moralnego zniewolenia; sprowadzenie go do jednowymiarowego nosiciela ideałów wczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego ma na celu uczynienie z niego materiału podatnego na kompleksową manipulację; niebezpieczeństwo, że mógłby zapragnąć niektórych z niezliczonych i nieprzewidywalnych możliwości, jakie posiada jako istota ludzka, ma zostać stłumione w zarodku poprzez uwięzienie go w ubogim horyzoncie możliwości, jakie ma jako konsument w ograniczonych warunkach centralnie planowanej gospodarki” – napisał Václav Havel w 1975 roku w liście otwartym do swojego poprzednika na urzędzie prezydenckim.

Jeśli zastąpimy termin „wczesne społeczeństwo konsumpcyjne” terminem „zaawansowane społeczeństwo konsumpcyjne” i w roli Poruszyciela zamiast totalitarnego reżimu umieścimy samoczynne przemieszczanie się wolnych jednostek w wirze wolnego rynku, otrzymamy dość dokładny opis naszej teraźniejszości.

Za wzrost konsumpcjonizmu po listopadzie Václav Havel obwiniał później swojego przeciwnika i następcę na urzędzie prezydenta, Václava Klausa. Jednak o wiele bardziej była to kwestia efektu działań wyższych sił cywilizacyjnych, przejaw kryzysu cywilizacji jako całości i bezradności człowieka wobec niej, o czym pisał kiedyś Havel w Sile bezsilnych.

Prawdopodobnie nie mogło być bardziej wymownej zapowiedzi ostatecznego końca Związku Radzieckiego niż otwarcie pierwszej restauracji McDonald’s w Moskwie, na placu Puszkina, 31 stycznia 1990 roku. Kolejkę do Lenina zastąpiła kolejka do „maka”, w której tego dnia trzeba było podobno czekać siedem godzin. W tamtym czasie był to największy lokal McDonald’s na świecie, mogący obsługiwać do 15 tys. osób dziennie. Choć z racji radzieckiej (rosyjskiej) dumy, moskiewska filia była obsługiwana przez kanadyjski oddział koncernu McDonald’s. Ziemniaki odmiany Russet Burbank, niezbędne do produkcji frytek, zaczęły być uprawiane na polach pod Moskwą podobno już dwa lata przed otwarciem restauracji, czyli w 1988 roku, w czasie, gdy w Czechosłowacji zaczęło się znowu trochę odważniej demonstrować, a w Polsce zanosiło się na obrady Okrągłego Stołu. Protestujący w Pradze uciekali przed strumieniem z armatek wodnych, często z poczuciem bohaterstwa, ale koniec komunizmu był już właściwie przesądzony. Ziemniaki odmiany Russet Burbank zapuszczały w pobliżu Moskwy swoje korzenie coraz głębiej. Ale do jakiej interpretacji to wszystko przypasować: do „zderzenia cywilizacji” Huntingtona czy do „końca historii” Fukuyamy?

Velehrad i Agnieszka jako antypody

.W 1985 roku ludzie zgromadzeni na pielgrzymce velehradzkiej (szacunki mówią o 100–200 tys. uczestników) otwarcie wyrazili swój sprzeciw wobec reżimu. W obszernym samizdatowym studium Co dalej po Velehradzie? Václav Benda cieszył się, że również w Czechosłowacji udało się osiągnąć „polskie liczby”. Niestety w kolejnych latach aparat bezpieczeństwa zajął się już Velehradem oraz innymi pielgrzymkami. Chociaż ta velehradzka była przede wszystkim wydarzeniem religijnym, to należy zwrócić uwagę, że nawet polski masowy ruch opozycyjny „Solidarność” prawdopodobnie nie powstałby w 1980 roku, gdyby nie silna pozycja Kościoła katolickiego w polskim społeczeństwie i wizyta papieża Jana Pawła II rok wcześniej.

Jak napisał uczestnik velehradzkiej pielgrzymki, ukrywający się w samizdacie pod pseudonimem Młody Morawianin: „W pewnym sensie nasza wiara jest zawsze polityczna. Żyjemy w polis, wspólnocie, w której chrześcijaństwo uzyskuje swój jasny i określony wyraz „tu i teraz” poprzez praktyczną, codzienną służbę bliźniemu i Bogu. Tak więc działamy zarówno jako chrześcijanie, jak i obywatele”. O czym niestety wielu czeskich chrześcijan zapomniało w czasach komunizmu, a ściślej mówiąc, nie znalazło wystarczającej odwagi, aby wypełnić cytowane słowa.

Jednym z kamieni milowych aksamitnej rewolucji były wydarzenia 25 listopada 1989 roku, kiedy w katedrze św. Wita na Zamku Praskim odbyła się uroczystość z okazji kanonizacji średniowiecznej czeskiej księżniczki Agnieszki Przemyślidki (sama kanonizacja miała miejsce 12 listopada w Rzymie). Po południu prawie milion ludzi zebrało się w miejskiej części Letná w Pradze (szacunki mówią o 800 tys.). Czerwony, jak śpiewał bard Jiří Dědeček, odchodził do lamusa.

Wtedy narodziła się narracja łącząca kanonizację Agnieszki i upadek komunizmu w bezpośredni związek. Według niej to Agnieszka wszystko (współ)zaaranżowała. Takie okoliczności są oczywiście trudne do udowodnienia obiektywnie czy naukowo. Jednak problem tkwi także w czymś innym: wspomnianego wyjaśnienia nie traktowano zbyt poważnie. Gdyby to zrobiono, wydarzenia okresu polistopadowego musiałyby potoczyć się zupełnie inaczej. Pobożna Agnieszka odrzuciła świecką władzę i bogactwo, kładąc nacisk na pokorę, wyrzeczenie, ubóstwo i opiekę nad innymi, zwłaszcza starymi, chorymi i wydziedziczonymi. Nie pasowała do nowych warunków z ich uwielbieniem dla dobrobytu i wzrostu PKB. Znalazła się na antypodach. Chociaż, paradoksalnie, po listopadzie 1989 roku jej wizerunek trafił na banknot, konkretnie na wycofane już dziś z obiegu 50 koron. Po aksamitnej rewolucji większe zainteresowanie jej postacią wykazali tylko poszukiwacze szczątków Agnieszki zaginionych w czasie wojen husyckich, o których przepowiednia litomierzyckiego prepozyta (a także rektora Uniwersytetu Karola) Jana Papouška z połowy XV wieku głosiła, że „spokojne i szczęśliwe czasy dla czeskiej ziemi nadejdą, gdy mieszkańcy ciało błogosławionej Agnieszki odnajdą”. I nie sposób nie wspomnieć o gazownikach – na prośbę ich związku zawodowego kardynał František Tomášek mianował Agnieszkę w 1991 roku ich patronką.

„Wolność, wolność!”, rozlegało się na Placu Wacława i na Letnej jesienią 1989 roku, ale w wyjątkowej atmosferze pokoju, zbliżenia i współpracy, w czym wielu dostrzegło wpływ nowo kanonizowanej czeskiej księżniczki z XIII wieku. Ale ilu protestujących naprawdę tęskniło za wolnością, a ilu za standardem życia, który widzieli w zachodnich magazynach lub filmach? Dziś wydaje się, że odsetek członków tej drugiej grupy był znacznie większy, niż mógłby przypuszczać zewnętrzny obserwator w tamtym czasie.

Rok 1989 był okresem przejścia do demokracji, ale także do kapitalizmu (gospodarki rynkowej) i nowoczesnego zachodniego społeczeństwa konsumpcyjnego. Przy czym należy pamiętać, że demokratyczna polityka stanowi w dużej mierze nadbudowę dla ekonomii i społecznych wzorców zachowań – nie trzeba być marksistą, żeby ten związek odkryć, bo Karol Marks tylko (i niesłusznie) go zabsolutyzował. Więc jakie są główne bodźce motywujące w epoce polistopadowej? Młodość, uroda, wyczyny i siła fizyczna, które mają doprowadzić jednostki do szczęścia w postaci bogactwa, różnorodnych doświadczeń i wyższego statusu społecznego. Horyzont życia ludzkiego wyznacza wówczas jedynie czas ziemski. W ten sposób społeczeństwo jest pchane do przodu i jednocześnie zdominowane de facto przez darwinizm społeczny, aczkolwiek stłumiony – zwłaszcza przez sieć systemu społecznego i pozostałości uczciwych praktyk. W tym sensie Andrej Babiš faktycznie reprezentuje koronę polistopadowej transformacji, bo cóż innego mogłoby być jej najbardziej prawdopodobnym zwieńczeniem niż władza wielkiego kapitalisty?

Świat według Agnieszki wyglądałby bardziej tak, jak Soňa Oravcová opisała życie Indian Hopi w magazynie „Ludzie i Ziemia” w 2009 roku: „Z punktu widzenia zachodniego, materialnie zorientowanego świata, mam poczucie wielkiej biedy, która kontrastuje z obrazem ludzi, którzy funkcjonują z poczuciem zadowolenia. Ich rytm życia oparty jest na zupełnie innej hierarchii wartości. Grupa studentów, z którymi pracuję, oferuje wsparcie finansowe na remonty rozpadających się domów. Otrzymujemy jednak nieoczekiwaną odpowiedź w postaci uśmiechu i prostego wyjaśnienia: »Nie, dziękuję. To wasze oczy widzą nasze domy w taki sposób. Dla nas to, co je wypełnia, jest ważniejsze niż opakowanie«”. W przypadku współczesnego społeczeństwa jest wręcz przeciwnie. Jednak opozycja również nie nawiązała za bardzo do Agnieszki. Po listopadzie 1989 roku wielu dysydentów weszło do polityki, gdzie znaleźli miejsca w różnych kręgach zgodnych z zachodnimi prądami politycznymi. Podstawowe wytyczne, gospodarka rynkowa i demokracja zbudowana na partiach politycznych, paradygmat wyznaczony nie przez Václava Havla, ale przez Václava Klausa, zostały w pełni zaakceptowane przez większość z nich.

W Polsce członkostwo w „Solidarności” było koniecznym biletem na scenę polityczną (nie dotyczyło to oczywiście postkomunistów) jeszcze długo po 1989 roku. W Republice Czeskiej dysydenci, poza kilkoma wyjątkami, stosunkowo szybko zniknęli jednak z polityki. Ludziom o zdecydowanych poglądach i postawach nie odpowiadał wygładzony świat polityki wypełnionej pustymi frazesami. Świat skupiony przede wszystkim na pobudzeniu gospodarki. Skrajnym przykładem tej nieprzystawalności był Václav Benda, którego zdolności ekspresyjne stały się obiektem żartów. Katolicki intelektualista, zdolny oprzeć się presji reżimu komunistycznego, po prostu nie został stworzony na miarę ery telewizji.

Václava Havla na urzędzie czeskiego prezydenta trzymała przede wszystkim Obywatelska Partia Demokratyczna Klausa, nie przez łaskawość, ale raczej ze względu na pragmatyzm, bo Havel był, obok kilku gwiazd sportu, prawdopodobnie jedynym Czechem o światowej renomie. Stworzyło to złudzenie optyczne, dające niebezpieczną iluzję stopnia dojrzałości czeskiej demokracji.

Niewidzialny pazur Lewiatana

.Po odejściu z polityki Václav Havel pracował nad swoją ostatnią sztuką teatralną, którą też samodzielnie sfilmował. Odchodzenie to dramat o polityce, a konkretnie o końcu kariery jednego polityka. Utwór spotkał się z chłodnym przyjęciem, film nie był chętnie oglądany. Niezasłużenie. Tak naprawdę publiczność chciała od Havla politycznego kiczu, podczas gdy dramaturg, były prezydent, krytycznie rozliczał się głównie sam ze sobą i okresu polistopadowego głębiej, niż byli na to przygotowani widzowie.

W przypadku Odchodzenia wszyscy byli zainteresowani głównie tym, kogo naprawdę reprezentują fikcyjne postacie dramatu: czy kanclerz Vilém Rieger to naprawdę Václav Havel, a Vlastík Klein, który zastępuje Riegera u władzy, to w rzeczywistości Václav Klaus? Jednak właściwym prototypem Kleina nie był prawdopodobnie Klaus, ale Łopachin z Wiśniowego sadu Czechowa. Przedsiębiorca kupujący sad i wycinający w nim drzewa ze względu na nowe plany zagospodarowania. „Tutaj, gdzie obecnie znajduje się nieprzynoszący zysków sad, zbudujemy średniej wielkości centrum społeczno-handlowe. Będą trzy kina, pięć sklepów, salon masażu, fryzjer, butik, redakcja „Fuje” (bulwarówki), rzeźnik, stacja benzynowa, sala taneczna, salon tatuażu, kino, antykwariat, rzeźnik… W przyległym budynku będzie kasyno. W sposób nieoczywisty przynależy do tego czasu… Wreszcie w willi powstanie nowoczesny klub erotyczny. Moim celem jest, aby cały obszar stale tętnił życiem” – mówi Klein w Odchodzeniu. To samo mógłby powiedzieć Łopachin.

W Wiśniowym sadzie Czechow uchwycił moment wkroczenia nowoczesności lub drapieżnego kapitalizmu do Rosji: niewidzialny pazur Lewiatana z żądzą zysku nieodwołalnie rozdziera tradycyjne więzi i wartości. Podobnie w naszym kraju po 1989 roku czy w Rosji za Borysa Jelcyna, w obu przypadkach zresztą w krajach, w których tradycyjne społeczne wzorce zachowań i wartości zostały już zniszczone przez komunizm. Wielu obiecywało sobie powrót do starych, dobrych czasów Pierwszej Republiki po przemianie socjalizmu w kapitalizm (gospodarkę rynkową), ale tak naprawdę tęsknili za sielanką, a nie rzeczywistością.

Ale Łopachin i Klein stawiają bardziej ogólne pytanie: czy Václav Havel i opozycja sprzed listopada chcieli zachodniej mieszanki rynku, konsumpcjonizmu i demokracji marketingowej? Czy chciała tego polska „Solidarność”? Ich wizja lepszego społeczeństwa była dużo bardziej filozoficzna, a może i utopijna. W środowisku „Solidarności” na przykład dla niektórych działaczy wizja ta była związana z ideą samorządu robotniczego w przedsiębiorstwach, ale po upadku Muru Berlińskiego właściwie nie było alternatywy. A może jednak istniała?

Trzymanie się „tradycyjnej demokracji parlamentarnej jako ideału politycznego i pozostawanie przy złudzeniu, że tylko ta »sprawdzona« forma może trwale zagwarantować człowiekowi odpowiednią i pełnoprawną pozycję” byłoby „co najmniej krótkowzroczne” – dowiadujemy się z opinii Václava Havla wyrażonej w 1978 roku w Sile bezsilnych. Niestety, prawie wszyscy opozycjoniści, na pewno w Republice Czeskiej, a wraz z nimi prawie całe społeczeństwo, przyjęli demokrację parlamentarną w jej proceduralnym znaczeniu jako ostateczny cel, jako najwyższe bóstwo, ponad którym nic już nie ma, a raczej jest, ale w sferze prywatnej, intymnej.

Z dystansu tę postawę trudno ocenić inaczej niż jako skromną ambicję. Na zmiany klimatyczne, kryzys migracyjny, ostre starcie konserwatystów i progresywistów w społeczeństwach zachodnich, wzrost islamskiego terroryzmu, wpływ Chin i w ostatnim czasie COVID-19 czeskie społeczeństwo reaguje bezradnie, przyjmując tylko mniej lub bardziej powierzchowne sformułowania, w najlepszym przypadku punkt widzenia niektórych, na ogół zachodnich, liberalnych mediów. Na własną refleksję go nie stać. Wciąż jest werbalnie i emocjonalnie przywiązane do walki z domniemanymi pozostałościami komunizmu, w obliczu bieżących problemów chowa głowę w piasek.

Trudno za to winić opozycję, choć pewną część winy można jej przypisać.

Po 1989 roku zbyt łatwo zgodziła się na przeniesienie poszukiwań odpowiedzi na zasadnicze pytania ludzkiej egzystencji z przestrzeni publicznej do sfery prywatności – na ulicach i placach pozostawiając jedynie wolny rynek i partyjną rywalizację. Właśnie z tych korzeni wyrósł Andrej Babiš.

Rodzi się pytanie: ile wojen może wygrać jedno pokolenie? Opozycja antykomunistyczna logicznie pojmowała rok 1989 jako wielki triumf i wielkie zadośćuczynienie. Na porządku dziennym była przede wszystkim eliminacja skutków niszczącej komunistycznej dominacji, budowanie demokracji, odnawianie więzi ze światem zachodnim. I pomimo wszystkich powyższych krytycznych uwag, trzeba powiedzieć, że ten cel został w zasadniczym wymiarze osiągnięty. Program odnowy nie zakładał żadnej kontemplacji natury świata, pasował właściwie do koncepcji końca historii Fukuyamy jako głównego paradygmatu interpretacji. Nawet Kościoły zaczęły postrzegać swoją rolę głównie jako strażnice tradycji lub tak zwanych tradycyjnych wartości. Zaczęły za bardzo spoglądać w przeszłość. Dlatego nie są w stanie wyjaśnić obecnego świata, jego sprzeczności i cierpień w całej ich złożoności.

Ten triumf zamienił się w nowe więzienie. Co jest właściwie naturalnym wynikiem historii. Nowe gwiezdne wojny będą przede wszystkim sprawą tych, którzy dorastali lub urodzili się w dobie postkomunizmu. Intelektualne dziedzictwo opozycji, zwłaszcza z czasów, gdy upadek komunizmu nie wydawał się prawdopodobną opcją, może dostarczyć im cennej inspiracji.

.Często zresztą zmierza w kierunku najważniejszych problemów ludzkiej egzystencji, znacznie wyraźniej niż popularna na rynku literatura fantasy, starannie ułożona na półkach supermarketów.

Josef Mlejnek


Przekład: Jakub Pacześniak. Tekst powstał do książki “Dysydenci. Czeskie drogi od komunizmu do demokracji, w ramach projektu Dziedzictwo myśli politycznej czeskiej i polskiej opozycji z perspektywy współczesnych kryzysów” wydanej przez Ośrodek Myśli Politycznej – zadania publicznego współfinansowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie Forum Polsko-Czeskie 2020. Artykuł wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiony z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP
Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 lutego 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam