11 września atak na WTC

„Wspomnienia z 11 września nie mają daty ważności” – powiedziała kobieta, która 25 lat temu pracowała na 82. piętrze północnej wieży World Trade Center. Dla ocalałych skutki zamachów pozostają częścią ich życia. Dla pokolenia urodzonego później stają się historią poznawaną w szkole.
„To nie jest tylko historia Nowego Jorku. To jest wydarzenie całego świata”
Leokadia Głogowski pracowała wówczas w Metropolitan Planning Organization (MPO). Samolot uderzył zaledwie kilka pięter nad jej biurem. Zdołała zbiec z 82. piętra, a później pieszo pokonała około 15 km do domu. Znalazła się też w chmurze pyłu po zawaleniu się jednej z wież.
– Rany fizyczne dawno się zagoiły, ale psychika została naruszona, bez wątpienia – mówi. Do dziś reaguje lękiem na nagły huk i wstrząsy, a szczególnie na zapach chemicznej spalenizny. Po zamachach czuła go nawet w swoim domu na Brooklynie.
Na zbliżającą się rocznicę patrzy jednocześnie z wdzięcznością i niepokojem.
– Dziękuję Panu Bogu, że dał mi 25 lat. Zostały mi darowane. A z drugiej strony wszystkie wspomnienia wracają. To jest nieuniknione – podkreśliła.
Co roku spotyka się z dawnymi współpracownikami. Każdy przynosi białą różę. Dawniej wrzucali je do Wschodniej Rzeki, dziś składają przy nazwiskach kolegów wyrytych na pomniku ofiar 9/11. Głogowski dostrzega bardzo różne reakcje ludzi. Niektórzy uczestnicy prowadzonych przez nią wycieczek po Ground Zero słuchają opowieści o tamtych dniach z ogromnym zainteresowaniem, czasem płaczą. Inni nie chcą już wracać do wydarzeń sprzed ćwierćwiecza.
Nie ma im tego za złe. Przypomina sobie wojenne opowieści własnych rodziców o II wojnie światowej. – Mnie te historie w pewnym momencie też już męczyły. Nie chciałam tego słuchać, bo ile można. Ale dopóki my, pierwsi świadkowie, żyjemy, jest naszym obowiązkiem dzielić się świadectwem – przekonuje.
Poza Nowym Jorkiem zainteresowanie bywa, jak zauważa, nawet większe. Podczas niedawnego pobytu w Kanadzie opowiadała o swoich przeżyciach ludziom, którzy reagowali łzami i zapewniali, że przekażą tę historię rodzinom.
– To nie jest tylko historia Nowego Jorku. To jest wydarzenie całego świata – zaznaczyła.
Wycieczki po miejscu tragedii prowadzi jako wolontariuszka. Gdy ktoś próbuje wręczyć jej napiwek, odmawia.
– Ja już dostałam swoją zapłatę 11 września i po prostu muszę to w jakiś sposób dzisiaj oddać – wyjaśnia.
Juliette Bergman też pracowała na 82. piętrze północnej wieży. Przeżyła wcześniej zamach na WTC w 1993 roku, dlatego po uderzeniu samolotu 11 września natychmiast uznała, że doszło do kolejnego ataku terrorystycznego. W ostatniej fazie ewakuacji dwóch mężczyzn pomogło jej szybciej schodzić. Gdy zawaliła się południowa wieża, Bergman znajdowała się już w podziemnej części kompleksu. Potężny podmuch rzucił uciekających na ziemię.
Po zamachu Bergman zmagała się m.in. z zespołem stresu pourazowego (PTSD), depresją i przewlekłą obturacyjną chorobą płuc (COPD). Dziś mówi, że o 11 września rozmawia z ludźmi znacznie rzadziej. Kiedy wspomina, że przeżyła zamach, słyszy czasem jedynie: „Cieszę się, że żyjesz”.
Ocalała z obydwu zamachów sądzi, że po ćwierćwieczu wciąż nie nastąpiło zamknięcie bolesnego rozdziału.
– Po bardzo długich 25 latach wciąż nie ma closure, co uważam za bardzo bolesne i rozczarowujące. Wciąż nie stało się zadość sprawiedliwości – powiedziała.
Jednocześnie swoje doświadczenie próbuje przekuć w coś pozytywnego.
– W 1993 roku myślałam o śmierci. 11 września zaakceptowałam śmierć. Myślenie o śmierci i zaakceptowanie śmierci to dwie różne rzeczy – oceniła.
Jak dodała, zaakceptowanie śmierci uwolniło ją od lęku przed nią.
Osobiste obserwacje rozmówczyń nie dają jednoznacznego obrazu pamięci Amerykanów. Według badania Pew Research Center 83 proc. dorosłych urodzonych przed zamachami pamięta, gdzie byli, kiedy dowiedzieli się o atakach. Z kolei sondaż Reuters/Ipsos wskazuje, że 60 proc. Amerykanów nadal od czasu do czasu myśli o 11 września.
Zmieniają się jednak pokolenia. Pew zwraca uwagę, że 10 proc. dorosłych mieszkańców USA urodziło się już po zamachach, a 60 proc. osób w wieku 18–24 lat po raz pierwszy dowiedziało się o 11 września w szkole.
Nastoletnia Caroline z Brooklynu zapytana przez media o World Trade Center zaczęła mówić o nowym wieżowcu, który jej się podoba, widzi go często, lecz tylko z daleka. Dopiero po sprecyzowaniu, że chodzi o zniszczone przez terrorystów bliźniacze wieże, zastanowiła się przez chwilę i przypomniała sobie, że kiedyś opowiadała o nich nauczycielka w szkole.
Jan Szumański znalazł się na terenie zniszczonego World Trade Center już pierwszego dnia po zamachach. Pozostał tam do zakończenia odgruzowywania, a później uczestniczył też w odbudowie przebiegających pod rumowiskiem linii metra nr 1 i 9. Podkreśla w rozmowie, że wspomnienia o tragedii „mogą zwalić z nóg”.
Jako główny inżynier firmy Tully, Szumański odpowiadał za prowadzenie jednych z najtrudniejszych robót w historii Nowego Jorku. Przypomina, że początkowo na miejscu panował chaos. Setki ekip budowlanych, kontraktorów, operatorów ciężkiego sprzętu i ochotników próbowały pomagać, ale ich działania nie były początkowo skoordynowane. Większość ludzi i maszyn koncentrowała się od północnej strony rumowiska, gdzie dostęp był łatwiejszy.
– Nawet kiedy tam doszedłem, nie mogłem się dostać do gruzów. Nie próbowałem się wciskać, bo to było bez sensu. Przez pierwsze pół dnia, aż do nocy, właściwie nic nie robiłem. Patrzyłem, co mogę zrobić – wspominał.
Zdecydował wówczas, że zamiast dołączać do tłumu, skieruje swoich ludzi na południową i zachodnią stronę kompleksu WTC. Zaczęli od oczyszczania ulic i tworzenia dostępu do zgliszcza od miejsc, którymi wcześniej prawie nikt się nie zajmował.
– Wszyscy pchali się od przodu, więc pomyślałem, że lepiej robić te niezbędne roboty od tyłu. Wziąłem ludzi i zaczęliśmy oczyszczać ulice. Powolutku, kiedy inni pracowali z przodu, okazało się, że objąłem z moimi ludźmi większość terenu gruzów – relacjonował.
Władze miasta stopniowo uporządkowały działania ratownicze i budowlane, dzieląc strefę katastrofy między cztery firmy. Tully otrzymała początkowo dużą część terenu, a po kilku miesiącach, gdy uznano, że prace wymagają dalszej koncentracji, powierzono jej jeszcze szerszy zakres robót. Zdaniem Szumańskiego zdecydowały o tym tempo i skuteczność kierowanego przez niego zespołu. Po niemal ćwierćwieczu inżynier niechętnie wraca do przeżyć z tamtego okresu. Porównuje pamięć człowieka do zestawu szuflad, z których niektóre z biegiem lat zamykają się same, inne zaś zamykamy świadomie, aby móc normalnie żyć.
– Są ludzie, których tragiczne wydarzenia niszczą przez całe życie. Ja potrafię się w jakiś sposób wyłączyć, zablokować. Tam, pracując, nie przejmowałem się wszystkim, co widziałem, bo gdybym się przejmował, nie mógłbym tam zostać. Ale kiedy przychodził moment spokoju i relaksu, wtedy rzucało człowieka na kolana – mówił.
Tragedia coraz słabiej funkcjonuje w świadomości Amerykanów
Do dziś nie odwiedził muzeum 11 września, chociaż znajdują się tam przedmioty, które sam wydobywał, niekiedy opatrzone jego nazwiskiem. Jak przyznaje, chciałby je zobaczyć, ale obawia się, że spotkanie z nimi mogłoby otworzyć zamknięte przez lata wspomnienia i „zwalić go z nóg”.
Praca na terenie WTC miała także konsekwencje zdrowotne. U Szumańskiego wykryto nowotwór nerki. Część narządu została usunięta, a dotychczas nie pojawiły się przerzuty. Także kilku jego dawnych współpracowników zachorowało i wciąż walczy z następstwami przebywania w skażonym pyłowym środowisku.
Najbardziej smuci go jednak, że tragedia coraz słabiej funkcjonuje w świadomości Amerykanów.
– Wszyscy o tym zapomnieli. Kiedy czasem przypadkiem się o tym wspomina, ludzie robią takie miny, jakby pytali: „O co chodzi?”. Większość młodych nawet nie wie, co się wydarzyło, a starsi też po prostu o tym zapomnieli – ocenił.
Szumański przypomina, że kiedy sam był dzieckiem, wraz z rówieśnikami wypytywał dziadków o II wojnę światową. Młodzi ludzie nie zawsze potrafili zrozumieć skalę ich doświadczeń, lecz byli ciekawi, chcieli wiedzieć, co się wydarzyło i jak ich bliscy przeżyli wojnę. Dziś nie dostrzega podobnego zainteresowania zamachami na WTC nawet wtedy, kiedy mówi lekarzom lub innym rozmówcom, że pracował na rumowisku i zachorował prawdopodobnie wskutek kontaktu z toksycznym pyłem.
– Normalnie człowiek zapytałby: „Byłeś tam? Co robiłeś? Jak to przeżyłeś?”. Nie chodzi o to, że zależy mi na takich pytaniach. Chodzi o zwykłą ciekawość historii i ludzkiej tragedii. Dzisiaj ludzie mówią tylko: „Tak, słyszałem o tym”, „Widziałem kiedyś w telewizji” – i na tym się kończy – zauważył.
Obawia się, że wraz z odejściem świadków pamięć będzie zanikać jeszcze szybciej.
– Wydaje mi się, że kiedy minie 50 lat, prawie nikt nie będzie już o tym myślał. Stanie się to czymś takim jak Pearl Harbor: pojedziemy tam i obejrzymy statek – konkludował.
Wieżowce WTC były symbolem Nowego Jorku. Stanisław Nazalewicz: Mam tysiące ich zdjęć
Wieżowce WTC stały się czymś takim, jak sto lat wcześniej Statua Wolności – symbolem Nowego Jorku. To były piękne bryły, zmieniające się w miarę zmian pogody, pory dnia i pór roku – mówi Stanisław Nazalewicz, autor tysięcy zdjęć wieżowców WTC, zniszczonych w wyniku zamachu z 11 września 2001 roku.
W 25. rocznicę zamachów na World Trade Center Stanisław Nazalewicz opowiada o swoich pierwszych spotkaniach z wieżowcami WTC, ich niezwykłym miejscu w panoramie Nowego Jorku oraz o fotografiach, które po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001 r. nabrały zupełnie nowego znaczenia. Jak podkreśla, Twin Towers stały się dla Nowego Jorku tym, czym wcześniej była Statua Wolności – jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta.
11 września mija 25 lat od momentu, gdy dwa porwane przez terrorystów samoloty wbiły się w wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku. Jak Pan ten dzień zapamiętał?
Stanisław Nazalewicz: Przebywałem akurat w Europie i oglądałem te sceny w telewizji, ale przez poprzednie 30 lat nieustannie żyłem z widokiem World Trade Center. Zobaczyłem te wieżowce po raz pierwszy, gdy jeszcze trwała budowa. Już wtedy, gdy nie były dokończone, górowały nad wszystkimi innymi obiektami w Nowym Jorku. Sięgnąłem po aparat i zacząłem je fotografować. W swoim archiwum mam tysiące wykonanych przeze mnie zdjęć WTC.
Ale nie ma w tym zbiorze zdjęć z 11 września 2001.
Stanisław Nazalewicz: Sam nie mogłem takich zdjęć zrobić, ale zrobił je mój mieszkający w Nowym Jorku brat. Mam za to takie zdjęcie, które było niejako przepowiednią katastrofy. Tak przynajmniej sam dziś to odbieram. Na tym zdjęciu widać zbliżającą się do WTC olbrzymią kłębiastą chmurę. Wygląda niczym paszcza jakiegoś potwora, który za chwilę pożre swoją ofiarę.
Jak to się stało, że zaczął Pan fotografować WTC?
Stanisław Nazalewicz: W 1970 r. jako świeżo upieczony absolwent Politechniki Warszawskiej emigrowałem z Polski. Zdecydował o tym szczęśliwy przypadek, jeden z wielu, jakie mi się przytrafiły. W latach 60. byłem wielokrotnym mistrzem i rekordzistą Polski w rzucie dyskiem, kapitanem lekkoatletycznej reprezentacji Polski juniorów. Dzięki temu wyjeżdżałem na zawody rozgrywane np. we Francji, a kiedy indziej we Włoszech. W trakcie takich wyjazdów fotografowałem piękne zabytki Paryża czy Rzymu. Traf chciał, że w 1969 r. firmy turystyczne, Orbis itp., ogłosiły konkurs fotograficzny „Stolice Świata” w którym brałem udział. Wkrótce potem dostałem wiadomość, że to ja zdobyłem Pierwszą Nagrodę – 2-tygodniową bezpłatną wycieczkę do jednego z krajów demokracji ludowej, do wyboru.
I dzięki temu trafił Pan do Ameryki?
Stanisław Nazalewicz: Nie tak łatwo i nie od razu. To miała być wycieczka do kraju demokracji ludowej, a nie na Zachód. Wybrałem Jugosławię, a stamtąd przedostałem się do Włoch, a następnie wyjechałem do USA.
Czy to znaczy, że od początku zaplanował Pan wyjazd z Polski na stałe?
Stanisław Nazalewicz: Tak, ale postarałem się wszystko tak skoordynować, żeby przed wyjazdem skończyć studia. W rezultacie po przyjeździe do Ameryki nie mogłem nawet marzyć o pracy w moim wyuczonym zawodzie geodety, ponieważ nie znałem angielskiego. W szkole i na studiach uczyłem się francuskiego. Na początku pracowałem w gazecie jako fotograf.
Chyba i tak mógł Pan uchodzić za szczęściarza…
Stanisław Nazalewicz: Po trzech miesiącach mojej pracy w gazecie zadzwonił do redakcji pan, którego portret mojego autorstwa ukazał się na okładce, z prośbą o spotkanie ze mną, bo chce mi osobiście podziękować. Na spotkaniu był mój znajomy w charakterze tłumacza, który wyjaśnił moją sytuację, że niedawno przejechałem, że jestem inżynierem, ale pracuję jako fotograf, ponieważ nie znam angielskiego. Mój gość zaoferował, że jego fundacja opłaci intensywny kurs języka angielskiego na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Uczyłem się codziennie po pięć godzin przez trzy miesiące. Kurs kosztował trzy i pół tysiąca dolarów, czyli tyle, co nowy samochód w salonie. „Pomożesz innemu, kiedy sam będziesz mógł to zrobić” – usłyszałem, kiedy zapytałem mojego darczyńcę, jak mogę się mu za taką hojność zrewanżować. Z dobrą znajomością języka angielskiego i dzięki kolejnym szczęśliwym zwrotom już wkrótce potem miałem swoją firmę geodezyjną z biurem przy prestiżowej Park Avenue na Manhattanie. Prowadziłem m. in. pomiary geodezyjne uskoku San Andreas w Kalifornii.
Stale jednak, od momentu przyjazdu do Nowego Jorku, fotografował Pan wieżowce WTC. Właściwie dlaczego? Co w nich było szczególnego?
Stanisław Nazalewicz: Wyróżniały się nie tylko swoją wysokością. Stały się czymś takim, jak sto lat wcześniej Statua Wolności – znakiem rozpoznawczym i symbolem Nowego Jorku. Widziałem w nich coś więcej niż tylko wieżowce. To były piękne bryły, zmieniające się w miarę zmian pogody, pory dnia i pór roku. Mogłem się o tym przekonać z okien mojego mieszkania, bo w 1978 roku kupiłem kamienicą na drugim brzegu rzeki Hudson. W roku 1997 ogłoszono, że znany developer planuje wybudować lustrzane odbicie Manhattanu na moim brzegu rzeki Hudson i to by zasłoniło nam widok WTC. Pewnego razu powiedzieliśmy sobie z żoną, że wyjedziemy, gdy z naszego okna nie będziemy już mogli oglądać WTC. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że taki moment nadejdzie, ale z innego powodu.
Zygmunt Rafał Strent, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w komentarzu do zrobionych przez Pana zdjęć WTC napisał: „Patrzeć potrafi każdy, kto ma oczy, ale widzieć – już bardzo nieliczni”. To chyba najlepszy komplement dla fotografa?
Stanisław Nazalewicz: Myślę, że udało mi się uchwycić to, co innym osobom często umykało. Od moich nowojorskich znajomych, którym pokazywałem moje zdjęcia WTC nieraz słyszałem „przechodzę tam codziennie od wielu lat, ale tego nie zauważyłem”. Po 11 września 2001 roku te zdjęcia są zapisem historii.
Dr inż. Stanisław Nazalewicz (ur. 1944) jest absolwentem Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. W latach 1971-2003 mieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie prowadził własną firmę. Po powrocie do Polski ponownie zamieszkał w Warszawie.
Rozmawiał: Józef Krzyk
Atak na USA zmienił architekturę bezpieczeństwa także w Europie
Zamachy z 11 września 2001 r. były zdarzeniem, które nie tylko fundamentalnie zmieniło Stany Zjednoczone, ale też ukształtowało na nowo architekturę bezpieczeństwa w Europie i przedefiniowało pojęcie zagrożenia. Efektem było zacieśnienie współpracy w walce z terroryzmem na niespotykaną dotąd skalę.
Do 2001 r. europejska architektura bezpieczeństwa oparta była na tradycyjnej, wywodzącej się z czasów zimnej wojny, obronie granic, a walka z terroryzmem była w dużej mierze traktowana jako wewnętrzna sprawa poszczególnych państw, które zajmowały się grupami działającymi na ich terenie (takimi jak IRA w Wielkiej Brytanii czy ETA w Hiszpanii).
Bezpośrednio po atakach europejscy członkowie NATO poparli uruchomienie art. 5. Traktatu Waszyngtońskiego o kolektywnej obronie, co było pierwszym i jedynym takim przypadkiem w całej w historii Sojuszu Północnoatlantyckiego. Zmieniło to całkowicie charakter NATO – Sojusz przestał skupiać się wyłącznie na obronie terytorialnej w Europie, a zaczął prowadzić operacje typu out-of-area (poza obszarem traktatowym), co zaowocowało m.in. wieloletnim zaangażowaniem sił europejskich w Afganistanie.
W 2003 r. Unia Europejska pierwszy raz w swojej historii przyjęła Europejską Strategię Bezpieczeństwa (ESS), w której wymieniono globalny terroryzm, rozprzestrzenianie broni masowego rażenia oraz upadek instytucji państwowych w niektórych krajach wśród głównych zagrożeń dla Europy.
Współpraca policyjna i antyterrorystyczna
Konsekwencją tego przedefiniowania zagrożenia stała się współpraca policyjna i antyterrorystyczna między państwami europejskimi na niespotykaną wcześniej skalę. Zamachy w USA dały impuls do wdrożenia w UE mechanizmów, które dziś stanowią filary jej bezpieczeństwa. Od początku 2004 r. obowiązuje Europejski Nakaz Aresztowania (ENA), który znacząco przyspieszył ekstradycję podejrzanych między krajami członkowskimi, eliminując długotrwałe procedury dyplomatyczne.
Wcześniej, w 2002 r., UE ustanowiła swoją pierwszą jednolitą definicję prawną „przestępstwa terrorystycznego”, harmonizując sankcje karne we wszystkich państwach członkowskich – co samo w sobie było sporym sukcesem, biorąc pod uwagę, że wcześniej terroryzm był odrębnie wyszczególnionym przestępstwem tylko w sześciu z ówczesnych 15 państw członkowskich.
Wzmocniono pozycję unijnych agencji zajmujących się wymianą informacji wywiadowczych oraz agencji operacyjnych, takich jak Europol i Eurojust – otrzymały one do dyspozycji znacznie pokaźniejsze środki finansowe, zwiększono też ich kompetencje i zasoby w celu koordynacji transgranicznego wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych.
Fundamentalna transformacja w podejściu do prawa
Ataki z 11 września doprowadziły do fundamentalnej transformacji w podejściu do prawa. Tradycyjne podejście sądowe polegające na reagowaniu na przestępstwo po jego popełnieniu zaczęło ustępować miejsca rozbudowanemu aparatowi opartemu na arbitralnemu zapobieganiu przestępczości i ograniczaniu zagrożeń.
Doprowadziło to do powszechnego wprowadzenia szeroko zakrojonych regulacji finansowych mających na celu zwalczanie finansowania terroryzmu, ram prawnych dotyczących przeciwdziałania praniu pieniędzy oraz dyrektyw w sprawie przechowywania danych dotyczących podróży pasażerów. To z kolei spowodowało trwały konflikt między koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa narodowego a przestrzeganiem podstawowych praw człowieka, swobód obywatelskich i przepisów dotyczących prywatności.
W codziennym życiu to szczególnie widoczne stało się w przypadku podróży lotniczych oraz przy przekraczaniu granic zewnętrznych UE. W przypadku podróży lotniczych UE odeszła od autonomicznych przepisów krajowych na rzecz jednolitych, restrykcyjnych standardów bezpieczeństwa na lotniskach. Wprowadzono rygorystyczne kontrole bagażu, ograniczenia dotyczące płynów (do 100 ml), zaawansowane skanery biometryczne oraz obowiązkowe kuloodporne drzwi do kabin pilotów.
UE szybko rozbudowała swoje międzyrządowe sieci wymiany danych. Bazy danych, takie jak System Informacyjny Schengen (SIS) i System Informacji Wizowej (VIS), zostały zmodernizowane tak, aby wymagały podania danych biometrycznych (takich jak odciski palców i zdjęcia cyfrowe) od podróżnych spoza UE. Po zamachach, NATO po raz pierwszy uruchomiło art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego.
Chronologia wydarzeń
Godz. 14.46 czasu warszawskiego (8.46 w Nowym Jorku) – pierwszy z porwanych samolotów uderzył w północą wieżę WTC. Pierwsza depesza w tej sprawie ukazała się o godz. 15.02 i złożona była tylko z dwóch zdań: Samolot uderzył we wtorek w jedną z wież gmachu World Trade Center w Nowym Jorku. Gmach płonie.
Godz. 15.08 – w kolejnej depeszy, z powołaniem się na świadków, pojawiają się wiadomości o eksplozji i pożarze: Samolot uderzył w jedną z wież gmachu World Trade Center w Nowym Jorku we wtorek rano – podała telewizja CNN i świadkowie. Doszło do co najmniej dwóch eksplozji w obu wieżach. W gmachu wybuchł pożar.
Godz. 15.11 – nowa depesza z wiadomością o uderzeniu drugiego samolotu: Dwa samoloty uderzyły we wtorek w wieże gmachu World Trade Center w Nowym Jorku.
Godz. 15.19 – po raz pierwszy pojawia się domysł, że przyczyną tragicznego zdarzenia był akt terroryzmu. Jak podawały media: W gmachu wybuchł pożar. Czarny dym wydobywa się z dwóch otworów, powstałych po uderzeniach. Wszystko wskazuje na akt terroryzmu.
Godz. 15.35 – pierwsza wiadomość o tym, że samoloty, które rozbiły się o ściany WTC, zostały porwane z Bostonu i należały do United Airlines.
Godz. 15.48 – Informacja o natychmiastowej ewakuacji Białego Domu oraz o zamachu na Pentagon. Prezydent George W. Bush przebywa w tym czasie na Florydzie, na spotkaniu z uczniami tamtejszej szkoły.
Godz. 15.49 – Zapada decyzja o ewakuacji pracowników Departamentu Skarbu.
Godz. 15.54 – Władze amerykańskie podejmują decyzję o wstrzymaniu ruchu lotniczego nad całym terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie poinformowały o ewakuacji Kapitolu.
Godz. 15.59 – Zawaliła się południowa wieża WTC.
Godz. 16.02 – Ewakuowana zostaje siedziba Departamentu Stanu, a dziesięć minut później pojawiają się doniesienia, że doszło w niej do pożaru i dwóch eksplozji.
Godz. 16.03 (10.03 czasu amerykańskiego) na polach w okolicy Pittsburgha w Pensylwanii rozbija się samolot, który prawdopodobnie porywacze zamierzali skierować na Biały Dom lub Kapitol. Ich plan jednak się nie powiódł – podczas zamieszania spowodowanego podjętą przez grypę pasażerów próbą odbicia samolotu terroryści stracili kontrolę nad sterami. Fabularyzowany opis tego zdarzenia został przedstawiony w filmie „Lot 93”.
Godz. 16.18 – Pierwsze, sprzeczne informacje o autorach zamachu. Według części źródeł za atakiem na WTC miał stać Front Demokratyczny za Rzecz Ocalenia Palestyny, ale BBC podaje, że przedstawiciel tej grupy zaprzeczył, że brała ona udział w dzisiejszym ataku.
Godz. 16.19 – Telewizja CNN poinformowała o eksplozji na Kapitolu (później się okazało, że do takiego zdarzenia nie doszło).
Godz. 16.22 – W Warszawie Komenda Główna Policji powiadomiła o wzmocnieniu ochrony placówek USA i Izraela w Polsce, a także o wzmocnieniu ochrony krajowych lotnisk.
Godz. 16.28 – Zawaliła się druga (północna) wieża WTC. 18 minut wcześniej runęła też część gmachu Pentagonu, ale wiadomość w tej sprawie zostaje opublikowana z opóźnieniem – wszyscy koncentrują się bowiem na zdarzeniach w Nowym Jorku.
Godz. 16.43 – Pierwsza sugestia, że za terrorystycznymi zamachami w USA mógł stać Osama bin Laden.
Godz. 16.45 – Linie lotnicze LOT odwołują wszystkie rejsy do USA i Kanady, a dwa samoloty zmierzające w tamtym kierunku zostają zawrócone na Okęcie. Pasażerowie tych maszyn zostają poinformowani o powodach decyzji dopiero po lądowaniu.
Godz. 16.49. Przebywający w Peru sekretarz stanu USA Colin Powell zapowiada: „dowiemy się, kim są ci, którzy za to odpowiadają i pociągniemy ich do odpowiedzialności”.
Godz. 16.50 – Podobną deklarację składa z pokładu Air Force One prezydent George W. Bush – władze amerykańskie nie informują jednak w tym momencie o tym, w jakim miejscu on się znajduje. „To trudna chwila dla Ameryki, ale terroryzm przeciwko naszemu narodowi nie przejdzie” – oświadcza George Bush.
Godz. 16.54 – Zamachy w Stanach Zjednoczonych potępia przewodniczący Organizacji Wyzwolenia Palestyny Jaser Arafat.
Godz. 16.58 – Chaos w Nowym Jorku, wszystkie lotniska zamknięto, ewakuowano wiele gmachów publicznych, w tym siedzibę ONZ i giełdę. Policja zablokowała wszystkie drogi dojazdowe do miasta i wszystkie tunele. Nie kursują pociągi ani metro, nie działa komunikacja autobusowa. Nie działają telefony stacjonarne. Zdesperowani ludzie usiłują kontaktować się z najbliższymi przez telefony komórkowe. Bez przerwy słychać syreny wozów straży pożarnej, karetek pogotowia i samochodów policyjnych. Ludzie w panice biegają po ulicach, wymieniając się najnowszymi informacjami. Taksówkarze, informowani o rozwoju wydarzeń przez radio, powiadamiają przechodniów, co się dzieje.
Godz. 16.59 – Z baz wojskowych wokół Waszyngtonu wystartowały myśliwce, które rozpoczęły patrolowanie przestrzeni powietrznej nad stolicą.
Godz. 17.39 – Władze amerykańskie ewakuują personel niektórych swoich ambasad. Dotyczy to m.in. Wilna i Buenos Aires. Do swoich obywateli przebywających w Rosji ambasada USA wysyła pocztą elektroniczną ostrzeżenie, by zachowali jak najdalej posuniętą ostrożność i nie ściągali na siebie uwagi. W Warszawie Biuro Ochrony Rządu i policja wzmacniają ochronę ważnych obiektów państwowych.
Godz. 17.40 – Władze lotnictwa cywilnego USA informują, że nie mogą się doliczyć kilku samolotów. W obawy, że terroryści mogą zaatakować kolejne cele, ewakuowana zostaje siedziba Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) w Langley. W Warszawie oświadczenie wydaje prezydent Aleksander Kwaśniewski: „W pełni solidaryzujemy się z narodem amerykańskim, z władzami Stanów Zjednoczonych, z prezydentem Bushem we wszystkich działaniach, które podejmie przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z niewyobrażalnym aktem terrorystycznym, o których dotychczas czytało się jedynie w powieściach, które zresztą zwykliśmy oskarżać o przesadę” – powiedział. Wyrazy współczucia i solidarności z narodem amerykańskim przekazał premier Jerzy Buzek.
Godz. 17.41 – Burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani zarządził ewakuację dolnego Manhattanu. W Warszawie minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski informuje o powołaniu rządowego zespołu do monitorowania sytuacji w USA.
Godz. 17.41 – Pierwsze wiadomości dotyczące liczby ofiar: linie lotnicze American Airlines, do których należały oba samoloty rozbite o wieże WTC poinformowały, że na ich pokładach znajdowało się łącznie 156 osób.
Godz. 17.42 – W Warszawie policja wzmacnia ochronę ambasady amerykańskiej.
Godz. 17.48 – Zamachy w Stanach Zjednoczonych potępia Rosja, a Władimir Putin przesyła notę na ręce prezydenta George’a Busha. Rosyjskie wojska obrony powietrznej postawiono w stan gotowości bojowej. Minister ds. sytuacji nadzwyczajnych Siergiej Szojgu składa deklarację o gotowości udzielenia wszelkiej możliwej pomocy.
Godz. 18.04 – Jest to zapewne najzuchwalszy atak terrorystyczny, jakiego kiedykolwiek dokonano na świecie – komentuje Chris Yates, ekspert lotniczy z firmy Jane’s Transport w Londynie: „Taki atak wymaga niesłychanie skoordynowanej operacji logistycznej. Lista organizacji terrorystycznych, które mogły tego dokonać, jest bardzo krótka. Na pierwszym miejscu umieściłbym na niej Osamę bin Ladena” – wyjaśnia. Sprawozdawcy amerykańskich stacji telewizyjnych spekulują (potem to się potwierdziło), że terroryści musieli sami w pewnej chwili usiąść za sterami porwanych samolotów i nakierować je na wieżowce WTC, bo wątpią, by piloci – nawet pod groźbą utraty życia – mogli zrobić to sami.
Godz. 18.30 – Rzecznik rządzących Afganistanem talibów oświadczył, że Osama bin Laden nie ponosi odpowiedzialności za zamachy terrorystyczne w USA. Podkreślił, że nie dysponuje on możliwościami zorganizowania takich zamachów. Zapewnił też, że talibowie nie popierają terroryzmu i potępił zamachy w USA.
Godz. 18.53 – Reportaż „Zniszczenie i panika na ulicach Nowego Jorku”. Cytuje reporterkę Reutersa, która opisywała swoje wrażenia z zawalenia pierwszej wieży WTC: „Zaczęła się szalona gonitwa po wszystkich alejach na zachodniej stronie Manhattanu. Ludzie popadli w histerię. Wielka chmura dymu i pyłu przesunęła się wzdłuż alei, zdawało się, że pochłonie każdego”. Korespondent pisze, że jeszcze przed runięciem obu gmachów z wyższych kondygnacji spadały ludzkie ciała. Wyjaśnia, że skutki uderzeń w oba budynki były tym bardziej niszczycielskie, że samoloty zatankowano na długie, transkontynentalne loty.
Oba wieżowce, liczące po 110 kondygnacji, zamieniły się po zawaleniu w stos gruzów. Katastrofa tym bardziej skomplikowała akcje ratowniczą, że w jednym ze zniszczonych wysokościowców mieściło się miejskie centrum przeciwdziałania klęskom żywiołowym.
Godz. 18.55 – Organizacja muzułmańska Islamski Dżihad oświadczyła, że zamachy w Stanach Zjednoczonych to następstwo bliskowschodniej polityki Waszyngtonu.
Godz. 19.09 – Przywódca duchowy Hamasu, szejk Ahmed Jassin (trzy lata później zabity w wyniku izraelskich służb specjalnych), zapewnił, że jego organizacja nie ma nic wspólnego z zamachami w USA.
Godz. 19.41 Informacja o tym, jak na zamachy zareagowano w różnych krajach. – Na Zachodnim Brzegu Jordanu na ulice wyległy tłumy, śpiewając: Bóg jest wielki. Niektórzy strzelają w powietrze i wymachują palestyńskimi flagami; – Przywódca Autonomii Palestyńskiej Jaser Arafat potępił ataki i powiedział, że jest nimi „zupełnie zaszokowany”; – Prezydent Rosji Władimir Putin wyraził współczucie dla narodu amerykańskiego i nazwał ataki „straszliwymi tragediami”. Zapowiedział wystąpienie ze specjalnym orędziem do narodu; – Za dusze ofiar modli się papież Jan Paweł II; – Tony Blair, premier Wielkiej Brytanii zwołał nadzwyczajne posiedzenie gabinetu, a królowa Elżbieta II zapewniła, że oddaje Amerykanom „swoje myśli i modlitwy”; – Kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder oświadczył, że z najwyższą mocą potępia terrorystyczne ataki”;
Godz. 21.50 – Amerykańska flota atlantycka wysłała lotniskowce w pobliże Nowego Jorku oraz Waszyngtonu (który leży około 200 km od Atlantyku) z zadaniem zapewnienia obrony przeciwlotniczej ośrodkowi władzy i centrum finansowemu.Na wody w pobliżu Nowego Jorku wysłano też krążowniki rakietowe i niszczyciele, zdolne do odpierania ataków z powietrza, a także okręty desantowe z lazaretami.
PAP/MB





