
Bruksela, Berlin, Paryż chcą wypchnąć Amerykanów z Europy?
Tylko w tym roku państwa Unii zapłaciły Rosji 8 mld euro za sam gaz. Kto zatem utrzymuje rosyjską gospodarkę przy życiu?– pisze prof. Kazimierz DADAK
.Europejskie elity wylewają krokodyle łzy z powodu zawarcia przez Trumpa i Putina układu w sprawie rosyjskich dostaw oleju napędowego. Tym sposobem Waszyngton ma jakoby podcinać ukraińskie szanse na zwycięstwo. Aby podkreślić swoje votum separatum, Bruksela ogłosiła nałożenie kolejnych sankcji na Rosję. Ten rozwój sytuacji należałoby traktować z całą powagą, gdyby nie to, że jest to już 22. pakiet sankcji. Jaki zatem skutek odniosły poprzednie obostrzenia? Odpowiedź jest oczywista: niewielki.
Sankcje miały położyć rosyjską gospodarkę na łopatki, tymczasem ma się ona całkiem dobrze. Mimo ogromnego zwiększenia wydatków na zbrojenia deficyt budżetowy Rosji wynosi mniej niż 3 proc. PKB – to wynik, o jakim USA, Polska i wiele krajów Unii mogą pomarzyć. Kurs rubla, który zaraz po najeździe spadł do 125 rubli do 1 dolara, w ciągu ostatniego roku wahał się 70–85 rubli do 1 dolara. W Rosji mamy do czynienia z poważnym niedoborem siły roboczej, a nie z bezrobociem. W ostatnich latach tempo przyrostu PKB było tam znacznie wyższe od tego w strefie euro.
Trudno, by było inaczej, bo wg niezależnych szacunków – mimo wszystkich sankcji! – w tym roku państwa UE zapłaciły agresorowi 8 mld euro tylko za import gazu, a w trakcie całej wojny wydały 238 mld euro na import nośników energii. Dla porównania: cały wwóz z Rosji do USA od marca 2022 do sierpnia 2026 r. wyniósł niecałe 23,5 mld dolarów. Kto zatem utrzymuje rosyjską gospodarkę przy życiu?
Strategiczna autonomia
.Strategicznym celem europejskich elit jest pozbycie się amerykańskiej kurateli. W imieniu Unii Paryż od lat głosi potrzebę „strategicznej autonomii”. Ten postulat nie tylko implikuje likwidację NATO, ale i pośrednio wskazuje, jak europejscy przywódcy naprawdę postrzegają rosyjskie zagrożenie. Gdyby poważnie obawiano się rosyjskiego najazdu, to podejmowano by wszelkie kroki, aby Amerykanów zatrzymać w Europie.
Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Oczywiście nie dotyczy to Polski i Bałtów, ale całego obszaru na zachód od Odry. Po raz kolejny przypomnijmy potrójny cel NATO, tak jak zdefiniował go pierwszy sekretarz generalny lord Hastings Ismay: Keep the Americans in, Russians out and the Germans down (w wolnym tłumaczeniu: trzymać Amerykanów w [Europie], Rosjan poza [Europą], a Niemców w ryzach).
Po zjednoczeniu Niemcy stały się potęgą gospodarczą i polityczną w Europie. Teraz mają zamiar stać się pierwszą potęgą wojskową. Jednego, czego im brakuje, to poważnego arsenału atomowego, ale od lat czynią zakusy, by podporządkować sobie francuski. Ten cel wydaje się możliwy – z tego względu, że Francja jest w stanie kryzysu gospodarczego, ma ogromny dług sektora publicznego i od lat przeżywa ciężkie wstrząsy społeczne. Zatem jest wysoce prawdopodobne, że w przewidywalnej przyszłości Paryż będzie potrzebować pomocy gospodarczej i w zamian za nią Berlin zażąda „współkontroli” nad Force de frappe. Oczywiście, warunkiem koniecznym do ziszczenia się tego marzenia jest wcześniejsze wycofanie wojsk USA z Europy, szczególnie z samych Niemiec.
Rosyjski straszak
.Proces integracji w Europie był odpowiedzią na zagrożenie płynące ze wschodu – bez wątpienia ZSRR nim był. W dogodnych warunkach ekonomicznie niewydolne Sowiety dokonałyby podboju bogatej zachodniej Europy, choćby po to, żeby przeżyć. Stąd podjęto kroki mające na celu stworzenie organizmu gospodarczego, a potem politycznego, który byłby w stanie przeciwstawić się temu zagrożeniu. Dzięki amerykańskiej opiece wojskowej proces ten przebiegał pomyślnie. Rozpad Sowietów stworzył możliwości, by przeistoczyć wspólny rynek w dobrze zintegrowany organizm gospodarczy; wprowadzenie euro było zwieńczeniem tego procesu. Ale zniknięcie sowieckiego miecza Damoklesa zmniejszyło poczucie zagrożenia i zahamowało pęd ku dalszej integracji – pomysł wcielenia w życie europejskiej „konstytucji” przepadł w referendach. Kilka lat później kryzys w strefie euro omal nie doprowadził do klęski całego procesu integracji. W 2016 r. miała miejsce kolejna porażka – brexit. Stało się oczywiste, że bez ponownego zagrożenia zewnętrznego Europa nigdy się nie zjednoczy i nie stanie się jednym z „biegunów” świata – Stary Kontynent nadal ma wszelkie dane ku temu, aby stać się potęgą o światowym znaczeniu.
W pierwszej chwili w Berlinie nie zdano sobie sprawy z tego, że najazd Władimira Putina na Ukrainę jest tym zewnętrznym czynnikiem, który ponownie może napędzić proces europejskiej integracji. Poprzednie trzy dekady Niemcy spędziły, pracując nad stworzeniem osi Berlin–Moskwa, porozumienia, które dałoby im dominację nad Mitteleuropa. Stąd pierwsza reakcja była nadzwyczaj ostrożna – na Ukrainę posłano hełmy! Dopiero Polska wepchnęła Niemcy na nowe tory poprzez wymuszenie na Berlinie zgody na dostarczenie Kijowowi czołgów Leopard. Po tym wydarzeniu sprawy potoczyły się wartko: ogłoszone w lutym 2022 r. hasło Zeitenwende (punkt zwrotny) rok później zaczęto wcielać w życie.
Trump na pomoc
.Póki w USA rządy sprawowali demokraci, póty rozłam między atlantyckimi sojusznikami był trudny do pomyślenia. Ale ponowny wybór Donalda Trumpa otworzył w tym zakresie nowe, obiecujące możliwości. Amerykański prezydent postawił sobie za cel szybkie zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej i pierwsze posunięcia wskazywały na taki rozwój sytuacji.
Wszyscy pamiętamy wyproszenie Wołodymyra Zełenskiego z Białego Domu. Ale Kijowowi z pomocą przyszli europejscy przywódcy i część doradców w samej administracji Trumpa. Spór między prezydentami USA i Ukrainy został załagodzony i Waszyngton nawet zgodził się sprzedawać broń. Co ważniejsze, ścisła współpraca wywiadowcza nie została nawet na chwilę przerwana, dzięki czemu ukraińskie ataki za pomocą dronów na dalekie rosyjskie zaplecze mogły być skuteczne. Namiary na wszystkie cele i nawigacja pochodziły od Amerykanów.
W grudniu zeszłego roku rosyjskie wojska zostały odcięte od Starlinku, co spowodowało zapaść komunikacyjną w rosyjskiej armii. Dzięki temu moskiewskie postępy na froncie zostały zahamowane i ponownie narodziły się nadzieje, że Ukraina zdoła zepchnąć Rosję do obrony. Niemniej wśród tych sukcesów zapomniano, że Ukraina płaci za to wszystko niesłychanie wysoką cenę. W raczej mało omawianym przemówieniu sejmowym premier Donald Tusk wyjawił, że miesięczne ukraińskie straty wynoszą 27 tys. żołnierzy.
Europejskie elity za punktu honoru postawiły sobie obronę „ukraińskiej sprawy”. Nie nam decydować, czy dla najbardziej zainteresowanych jest to korzystne. Również nie mamy podstaw ku temu, aby snuć rozważania na temat motywów tej strategii. To, co możemy stwierdzić, to to, że dalsze walki sprzyjają utrwalaniu poczucia rosyjskiego zagrożenia. Takowe oczywiście istnieje, natomiast najważniejsza sprawa to jest jego rozmiar. Czy państwo, które od niemal pięciu lat nie jest w stanie zdobyć niewielkiego obszaru, jakim jest Donbas, a którego podbicie postawiło sobie za podstawowy cel wojny, stanowi aż tak wielkie zagrożenie dla Europy?
Natomiast jest oczywiste, że krytyka polityki prezydenta Trumpa wbija klin w stosunki amerykańsko-europejskie. Stany Zjednoczone mają swoje interesy i mają prawo ich bronić. Dla bezpieczeństwa USA Ukraina nie odgrywa poważniejszej roli i Waszyngton ma prawo oczekiwać, że Europa ten fakt zrozumie i go uszanuje. Tymczasem Bruksela, Berlin, Paryż i Londyn używają wszelkich sposobów, żeby nakłonić USA do zmiany priorytetów, aby Waszyngton porzucił myśl o bronieniu swoich interesów na obszarze Indo-Pacyfiku i skupił całą uwagę na Ukrainie.
Amerykanie na każdym kroku (ostatnio uczynił to gen. Alexus Grynkewich) podkreślają, że w przypadku rosyjskiej agresji wywiążą się ze swoich zobowiązań – i ten fakt winien Europie wystarczać. Zatem można nabierać podejrzeń, że ostra krytyka poczynań USA ma drugie dno: stanowi celowe działanie mające na celu zachęcenie Amerykanów do opuszczenia Europy.

Tekst pierwotnie ukazał się w 1090 numerze tygodnika „Idziemy” [LINK]





