Maciej ŚWIRSKI: Strategia na papierze, wojna w rzeczywistości

Strategia na papierze, wojna w rzeczywistości

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Dokumenty strategiczne USA a Operacja Epic Fury, czyli lekcja, jaką odbieramy dla europejskiego planowania obronnego – pisze Maciej ŚWIRSKI

I. Trzydzieści sześć dni 

Dwudziestego trzeciego stycznia 2026 roku Pentagon opublikował Narodową Strategię Obronną – NDS, od angielskiego National Defense Strategy – dokument pełniący w każdej administracji rolę konstytucji operacyjnej sił zbrojnych. Towarzyszy jej wydana w grudniu 2025 Strategia Bezpieczeństwa Narodowego – NSS, od National Security Strategy – szerszy dokument wyznaczający polityczne i geopolityczne ramy, wobec których NDS formułuje konkretne priorytety wojskowe i alokację zasobów. Razem tworzą oficjalny zapis tego, czego Ameryka zamierza bronić, przed kim i jakimi środkami.

Trzydzieści sześć dni po publikacji NDS, dwudziestego ósmego lutego, o godzinie 1:15 czasu lokalnego, te same Stany Zjednoczone rozpoczęły Operację Epic Fury: masową kampanię bombardowań Iranu prowadzoną wspólnie z Izraelem, której skala przekroczyła wszystko, co Bliski Wschód widział od inwazji na Irak w 2003 roku. 

Naturalna reakcja europejskich komentatorów była niemal natychmiastowa i jednomyślna: sprzeczność. Dokumenty mówiły jedno, operacja uczyniła drugie. Pisano o chaosie decyzyjnym, o nieprzewidywalności Trumpa, o rozbieżności między deklarowaną priorytetyzacją a faktycznym zaangażowaniem. Ta interpretacja ma wadę zasadniczą: zakłada, że dokumenty były tym, czym się wydawały – zapisem intencji, a nie narzędziem. 

Niniejszy esej stawia hipotezę inną. NSS i NDS nie rozminęły się z Epic Fury przez przypadek ani przez niekonsekwencję; ich funkcją operacyjną było wytworzenie przeświadczeń, które tę operację umożliwiły. Hipotezę tę poddaję próbie publicznie dostępnych dowodów. Wnioski wychodzące z tej próby są nieprzyjemne również dla Polski. 

II. Aktor centralny 

Zanim przejdę do treści dokumentów, warto postawić pytanie, które europejscy analitycy konsekwentnie pomijają: kim jest Donald Trump w tej historii. Dominująca narracja obsadza go w roli chaosu wcielonego – nieprzewidywalnego, impulsywnego, kierowanego doraźnymi kalkulacjami medialnymi i urazami. Ta narracja jest wygodna, bo zdejmuje z Waszyngtonu ciężar intencji. Jeśli Trump jest chaosem, Epic Fury jest wypadkiem. Jeśli Trump jest aktorem, Epic Fury jest działaniem. 

Materiał dowodowy silniej przemawia za drugą interpretacją. Trump nie jest dyplomatą w klasycznym sensie ani strategiem w sensie kissingerowskim, ale jest negocjatorem, który przez cztery dekady działalności biznesowej wypracował jedną spójną doktrynę operacyjną: tworzenie przeświadczeń u przeciwnika, które osłabiają jego pozycję zanim dojdzie do konfrontacji. Nieprzewidywalność nie jest jego wadą – jest jego orężem. Twierdzenia, które wydają się sprzeczne, deklaracje, które nie wyrażają planowanych działań, sygnalizowanie słabości w obszarach, które za chwilę staną się obszarami uderzenia – to nie aberracje, lecz metoda. 

W przypadku Epic Fury ta metoda działała na trzech poziomach jednocześnie. 

Przez kilka miesięcy Teheran słyszał to, co chciał usłyszeć: że Waszyngton szuka porozumienia, że jest przestrzeń na negocjacje, że czas pracuje na korzyść dyplomacji. Pekin śledził dokumenty strategiczne wskazujące Indo-Pacyfik jako właściwy front amerykańskiej uwagi i kalkulował spokojnie, że Bliski Wschód to problem drugorzędny. Europejczycy otrzymywali kolejne sygnały o burden-sharing i nieuchronnym odwrocie Ameryki od globalnych zobowiązań, co odbierało im powód, by się niepokoić. Każdy z tych odbiorców dostał porcję prawdy starannie dobraną do tego, żeby poprowadzić go ku błędnemu wnioskowi. 

Wariantu chaotycznego Trumpa nie można oczywiście wykluczyć na podstawie dostępnych danych – tajne oceny wywiadowcze mogą przynieść korektę tego obrazu. Lecz nawet jeśli przyjąć, że Trump działał częściowo impulsywnie, a częściowo pod wpływem Netanjahu, to system wokół niego – Witkoff, Pentagon, agencje wywiadowcze – działał spójnie w kierunku operacji. Chaos prezydenta może być elementem mgły, nie jej zaprzeczeniem. Efekt końcowy jest taki sam: świat dostał to, co Trump mu pokazał, a nie to, co było uznane za plan. 

III. Co obiecano – i komu 

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, opublikowana w grudniu 2025, ogłaszała nową hierarchię priorytetów: na szczycie obrona terytorium USA i dominacja w zachodniej hemisferze, opisywana jako Trump Corollary to the Monroe Doctrine; dalej odstraszanie Chin w Indo-Pacyfiku przez obronę denial wzdłuż Pierwszego Łańcucha Wysp; na trzecim miejscu wymuszenie na sojusznikach przejęcia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. Europa ma bronić się przed Rosją. Partnerzy bliskowschodni mają zarządzać Iranem. Ameryka będzie wspierać selektywnie i warunkowo. 

Bliski Wschód figuruje w tym dokumencie jako teatr drugorzędny, a Iran jako zagrożenie, które wcześniejsze operacje „znacząco osłabiły”; samowystarczalność energetyczna Stanów Zjednoczonych dodatkowo obniża strategiczną wagę regionu. Narodowa Strategia Obronna, ogłoszona 23 stycznia 2026, operacjonalizuje te priorytety: obrona terytorium, odstraszanie Chin, podział ciężarów z sojusznikami, wzmocnienie bazy przemysłowej. Analitycy CSIS opisali ją jako „dalsze przejście od liberalnego internacjonalizmu do realistycznej priorytetyzacji, akceptującej kalkulowane ryzyko na teatrach drugorzędnych”. European Policy Centre było bardziej dosadne: NDS 2026 to celowe przegrupowanie, w którym partnerzy bliskowschodni mają sami zarządzać Iranem. 

Dokumenty te miały kilku odbiorców jednocześnie. Kongres i elektorat otrzymywały dowód, że administracja ma strategię. Europejscy sojusznicy – sygnał, że czas brać sprawę obronności we własne ręce. Pekin – zapewnienie, że amerykańska uwaga skupia się na Indo-Pacyfiku i że kosztowna konfrontacja globalna nie leży w interesie Waszyngtonu. Teheran – przeświadczenie, że negocjacje nuklearne mają przed sobą czas, że amerykańska pasywność na Bliskim Wschodzie jest faktem strategicznym, nie tylko deklaracją. Każda z tych narracji zawierała pierwiastek prawdy. Całość składała się na coś innego. 

IV. Anatomia operacji 

Dwudziestego ósmego lutego, o siódmej rano czasu tehrańskiego, Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły skoordynowane uderzenia na miasta, instalacje wojskowe, ośrodki nuklearne i infrastrukturę dowodzenia w Iranie. Pierwszym celem był kompleks Leadership House, siedziba Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego, który zginął w ataku wraz z dziesiątkami wyższych urzędników. Prezydent Trump ogłosił operację postem na Truth Social o drugiej w nocy czasu wschodnioamerykańskiego – bez konferencji prasowej, bez debaty kongresowej, z powiadomieniem Gang of Eight tuż przed uderzeniami. 

W ciągu pierwszych dziesięciu dni uderzono według różnych szacunków w trzydzieści pięć do czterdziestu tysięcy celów – dane CENTCOM z połowy marca mówią o ponad siedmiu tysiącach ogółem, pierwsze raporty były wyższe; zniszczono lub uszkodzono pięćdziesiąt irańskich jednostek morskich. Na teatrze rozmieszczono około pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy; dwie grupy uderzeniowe lotniskowców – USS Abraham Lincoln i USS Gerald R. Ford – stanowiły trzon morski. USS Charlotte zatopiła irański okręt na Oceanie Indyjskim, pierwsze zatopienie okrętu przez okręt podwodny od czasów wojny o Falklandy. Cztery oficjalne cele: zniszczenie arsenału rakietowego, unicestwienie marynarki, degradacja sieci proxy, uniemożliwienie zdobycia broni nuklearnej. Piąty – zmiana reżimu – pojawił się najpierw w podtekście, potem wprost. 

Obok celów deklarowanych były jednak inne, o których Waszyngton mówił znacznie mniej i które są kluczem do zrozumienia, dlaczego operacja ta nie jest epizodem, lecz punktem kulminacyjnym sekwencji. 

V. Sekwencja 

Wenezuela, styczeń 2026. W nocy z drugiego na trzeciego stycznia Stany Zjednoczone zbombardowały Wenezuelę i pojmały prezydenta Nicolása Maduro w operacji nazwanej Operation Absolute Resolve. Trump ogłosił ją konferencją prasową z Mar-a-Lago, nazywając jednym z „najbardziej zadziwiających, skutecznych i potężnych pokazów amerykańskiej potęgi wojskowej w historii”. Kongres powiadomiono po fakcie. Wenezuela była poprzedzona czterema miesiącami sekwencji: od września 2025 amerykańska marynarka prowadziła uderzenia na łodzie oskarżane o przemyt narkotyków na Karaibach i Pacyfiku – ponad trzydzieści pięć znanych ataków, co najmniej sto piętnaście ofiar; w grudniu doszły zajęcia tankowców wiozących wenezuelską ropę do Chin. Kongres próbował powstrzymać operację rezolucjami o uprawnieniach wojennych – republikanie je odrzucili. Wzorzec decyzyjny: post na mediach społecznościowych zamiast konferencji prasowej, brak autoryzacji kongresowej, ogłoszenie po fakcie. Wenezuela nie była prologiem – była próbą generalną. Brookings wprost nazwał ją „dowodem koncepcji dla muskularnego i niekonwencjonalnego podejścia Trumpa”, który wzmacniał prawdopodobieństwo, że Waszyngton dotrzyma groźb wobec Iranu. Dla Pekinu wenezuelska operacja miała przy tym konkretny wymiar energetyczny: blokada tankowców wioących ropę wenezuelską była pierwszym fizycznym ciosem w chińskie łańcuchy dostaw surowców. 

Pekin obserwował, powoli przestawiał łańcuchy dostaw i doszedł do przekonania, że ma czas. To przekonanie okazało się fałszywe. 

Przez Cieśninę Ormuz przepływa dwadzieścia milionów baryłek ropy dziennie i jedna piąta światowego handlu LNG. Chiny zależą od tego szlaku tak głęboko, że żadna zmiana wprowadzona w ciągu miesięcy czy nawet kilku lat tej zależności nie zniweluje. Stany Zjednoczone, które własną ropą i gazem pokrywają własne potrzeby, mogą patrzeć na zamkniętą cieśninę bez szczególnego niepokoju. Chiny nie mogą. Ceny ropy Brent sięgały w różnych momentach marca stu dziesięciu do stu trzydziestu pięciu dolarów za baryłkę, a analitycy szacowali, że przy dłuższej blokadzie przekroczyłyby sto czterdzieści, może sto sześćdziesiąt. Chińska gospodarka, już wcześniej zwolniona, dostaje ten cios dokładnie w chwili, gdy jej planiści próbują policzyć, ile kosztowałaby konfrontacja z Waszyngtonem na Pacyfiku. 

Test systemów antydostępowych. To być może najważniejszy strategicznie wymiar całej operacji. Chińska i rosyjska doktryna A2/AD – rakiety DF-21D, systemy S-400 i S-500, cała architektura mająca uniemożliwić amerykańską projekcję siły w strefach wpływów Pekinu i Moskwy – opierała się na założeniu, że Stany Zjednoczone nie będą skłonne ponieść kosztów jej przebicia. Iran dysponował rosyjskim i chińskim sprzętem obronnym oraz transferowanym know-how. Amerykańskie bombowce B-2 i B-52, systemy Patriot i THAAD, drony LUCAS działały w tym środowisku i działały skutecznie. Degradacja irańskich zdolności rakietowych była dramatyczna: z trzystu pięćdziesięciu wystrzeleń balistycznych pierwszego dnia do około dwudziestu pięciu piętnastego. Pekin oglądał każdy dzień tego testu i zobaczył coś, czego nie chciał zobaczyć: że jego doktryna antydostępowa w zderzeniu z pełną amerykańską mocą uderzeniową jest znacznie mniej skuteczna, niż zakładały symulacje. 

Irańskie kontrnatarcia – trzysta pięćdziesiąt pocisków balistycznych i ponad osiemset dronów pierwszego dnia, uderzenia w państwa Zatoki niebędące stroną konfliktu, siedemnaście procent katarskich zdolności eksportowych LNG zniszczonych jednym atakiem, trafione lotniska i infrastruktura energetyczna od Bahrajnu po Jordanię – są w amerykańskiej kalkulacji akceptowanym kosztem operacyjnym, skalkulowanym z góry. Waszyngton notuje koszty i kontynuuje. Francja rozmieszcza Rafale do ochrony baz w Emiratach. Arabia Saudyjska przechwytuje drony. 

Jest jeszcze jeden wymiar, który rzadko pojawia się w europejskiej analizie: co Pekin zrobi z tą wiedzą. Dwa wnioski są możliwe i oba są racjonalne. Pierwszy: obserwacja fiaska własnej doktryny antydostępowej skłoni Chińczyków do ostrożności, przebudowy systemów A2/AD i wydłużenia horyzontu planowania wobec Tajwanu, bo potrzeba więcej czasu na naprawę doktryny, a chęci do konfrontacji mniej. Drugi: ta sama obserwacja może przekonać Pekin, że okno możliwości zamyka się szybciej niż myślano, że Waszyngton aktywnie degraduje systemy obronne partnerów Chin i że działać trzeba zanim amerykańska uwaga i zasoby przeniosą się na Pacyfik. Oba wnioski są wewnętrznie spójne. Który przeważy – nie wiadomo, a odpowiedź zależy od wewnętrznych kalkulacji chińskiego kierownictwa, do których nie ma dostępu. Europa i Polska muszą planować tak, jakby drugi był prawdopodobny, bo błąd w tę stronę jest kosztowniejszy niż nadmierna ostrożność. 

VI. Próba hipotezy 

Warto postawić zebrane fakty naprzeciwko hipotezy sformułowanej na początku. 

Szóstego lutego 2026 Iran i USA prowadziły rozmowy pośrednie w Maskacie. Dwudziestego siódmego minister spraw zagranicznych Omanu ogłosił przełom: Iran zaakceptował pełną weryfikację MAEA i nieodwracalną degradację zapasów wzbogaconego uranu. Następnego dnia spadły bomby. Amerykański wysłannik Steve Witkoff celowo zniekształcił, według późniejszych relacji dyplomatów, irańskie stanowisko, przedstawiając je jako bardziej konfrontacyjne, niż było. Ocena Agencji Wywiadu Obronnego wskazywała, że Iran nie byłby zdolny do zbudowania pocisków dalekiego zasięgu co najmniej do 2035 roku. Senator Mark Warner z Senackiego Komitetu Wywiadu stwierdził, że nie istniały dowody na planowane przez Iran uderzenie wyprzedzające i że o wojnie „ostatecznie zdecydował Izrael”. 

Sekwencja jest złożona, lecz wewnętrznie spójna: Iran negocjuje w przekonaniu, że ma czas; Waszyngton symuluje gotowość do porozumienia; w tle trwa rozmieszczenie sił czyniące operację możliwą; informacja wywiadowcza o lokalizacji Chameneiego przyspiesza decyzję. Podobna logika działa wobec Pekinu: im dłużej chińscy planiści oceniają swój potencjał w oparciu o założenie amerykańskiej pasywności na Bliskim Wschodzie, tym bardziej ich oceny są zdezaktualizowane w chwili, gdy to założenie okazuje się fałszywe. 

Materiał dowodowy nie jest tu oczywiście niepodważalny – tajne oceny wywiadowcze mogą przynieść korektę, a wariantu częściowo impulsywnych decyzji nie można wykluczyć. Zebrany ciąg zdarzeń jest jednak spójniejszy z hipotezą świadomie wytworzonej mgły niż z hipotezą przypadkowej niekonsekwencji. Clausewitz rozróżniał mgłę jako nieuchronny skutek chaosu od mgły jako narzędzia – pierwsze jest przekleństwem dowodzącego, drugie jego orężem. Zebrany materiał przemawia za drugą interpretacją, choć hipotezy nie można uznać za dowiedzioną na podstawie źródeł publicznych. 

VII. Co z tego wynika dla Europy 

Europejskie stolice czytały NDS 2026 jako sygnał alarmowy dotyczący Rosji, nie Iranu. Logika była czytelna: skoro Waszyngton skupia się na Pacyfiku i wymaga od sojuszników samodzielności, Europa musi wreszcie budować własne zdolności obronne. Planiści w Berlinie, Paryżu i Brukseli konstruowali scenariusze świata, w którym Ameryka dostarcza parasol nuklearny, lecz konwencjonalna obrona kontynentu spoczywa na Europejczykach. Próg NATO pięć procent PKB formalizował tę logikę. 

Jeśli hipoteza decepcyjna jest choćby częściowo trafna, scenariusze te są zbudowane na złej przesłance – choć nie w kierunku, którego się obawiano. 

Europa nie zostaje pozostawiona sama sobie wobec Rosji. Staje natomiast przed czymś trudniejszym: Ameryką, która działa globalnie i energicznie, ale bez uzgodnień z sojusznikami, i która najwyraźniej zakłada, że każdy posprząta po sobie we własnym regionie. Państwa Zatoki odpierają irańskie kontrnatarcie. Europa trawi drożejącą energię. Polska rozbraja cyberataki związane z konfliktem, którego nie współdecydowała wszcząć. 

To rozróżnienie ma głębsze konsekwencje, niż mogłoby się wydawać. Pasywny hegemon zostawia sojuszników z problemem, który muszą rozwiązać sami. Aktywny hegemon bez konsultacji zostawia ich z rachunkiem za cudze decyzje, często wystawionym w najgorszym możliwym momencie. W pierwszym świecie Europa musi się bronić sama. 

W drugim musi się bronić i jednocześnie obsługiwać skutki działań, których nie inicjowała, na które nie ma wpływu i które mogą uderzyć dokładnie w momencie, gdy jej własna pozycja obronna jest najsłabsza. To trudniejszy wariant i domaga się odpowiedzi trudniejszej niż wzrost wydatków obronnych. 

VIII. Polska w momencie, którego nie wywołała 

Polska znalazła się w sytuacji charakterystycznej dla państw średnich w momentach aktywnej rekonfiguracji porządku światowego: uczestnictwa w konsekwencjach cudzej decyzji strategicznej bez udziału w jej podjęciu. Koszty są realne i bezpośrednie. 

Koszt fiskalny jest natychmiastowy. Szok energetyczny wynikający z blokady Ormuzu uderza w polską gospodarkę dokładnie wtedy, gdy wydatki obronne mają wzrosnąć do pięciu procent PKB. Wyższe koszty obsługi długu publicznego zawężają przestrzeń fiskalną na inwestycje obronne. Polska zostaje schwytana w mechanizm, którego sama nie uruchomiła: wezwana do wysiłku w momencie, gdy globalny pożar winduje jego koszty. 

Koszt operacyjny ma charakter pośrednio wyczerpujący. Każda amerykańska operacja na tym poziomie zaangażowania absorbuje zasoby strategiczne, które w innym położeniu byłyby dostępne dla wschodniej flanki NATO. Polska rozumie, czym jest okno podatności: moment, gdy agresor ocenia, że suma jego sił przekracza zdolność obrońcy do skutecznej odpowiedzi. Epic Fury tego okna nie otwiera wprost, ale zmienia zmienne równania. Im dłużej trwa zaangażowanie na Bliskim Wschodzie, tym więcej zasobów jest gdzie indziej. 

Koszt strukturalny jest najtrudniejszy do nazwania. Operacja prowadzona bez debaty kongresowej, bez dowodów na irańskie działanie wyprzedzające – wedle własnej DIA Waszyngtonu – w momencie gdy trwały realne rokowania dyplomatyczne, demonstruje system decyzyjny, w którym wpływ na Waszyngton uzyskuje sojusznik dysponujący odpowiednią informacją wywiadowczą we właściwym czasie. Senator Warner powiedział wprost: to Izrael zdecydował. Dochodzi do tego wymiar, który będzie oddziaływać długo po zakończeniu konfliktu: obie operacje – Absolute Resolve i Epic Fury – przeprowadzono bez autoryzacji kongresowej, wśród prób powstrzymania ich przez War Powers Resolution. Kongres próbował; republikańska większość głosowała przeciw. Każdy taki precedens osłabia instytucjonalną podstawę amerykańskiej wiarygodności sojuszniczej, bo jeśli prezydent może prowadzić wojnę bez zgody Kongresu i bez konsultacji z sojusznikami, to zobowiązania traktatowe stają się funkcją woli jednej osoby, nie trwałości instytucji. Polska musi zapytać – nie retorycznie, lecz planistycznie – co to znaczy dla sojusznika niemającego izraelskiej zdolności kształtowania decyzji Waszyngtonu przed ich podjęciem. 

Różnica między Izraelem a Polską w relacji z Waszyngtonem nie polega na wielkości armii ani na skali wydatków obronnych. Polega na zdolności bycia wewnątrz procesu decyzyjnego zanim decyzja zapadnie: posiadaniu informacji wywiadowczych, które są dla sojusznika niezbędne, utrzymaniu stałej obecności wojsk amerykańskich na własnym terytorium jako faktu strategicznego trudnego do porzucenia, aktywności doktrynalnej w NATO, która sprawia, że polskie interesy są odzwierciedlone w planowaniu, a nie tylko w deklaracjach. Budowanie tych niewidzialnych aktywów, decydujących o tym, czy Polska jest sojusznikiem, z którym rozmawia się przed decyzją czy po niej, jest zadaniem pilniejszym niż kolejna tura zakupów sprzętowych. 

Jest jednak w tym obrazie wymiar, który zbyt rzadko pojawia się w polskim myśleniu o bezpieczeństwie: położenie na wschodniej flance NATO nie jest wyłącznie ciężarem, lecz również aktywem strategicznym. Polska jest dla Trumpa – i dla każdej administracji amerykańskiej, która prowadzi globalną grę bez konsultacji – stabilizatorem regionu, którego utrata lub osłabienie komplikuje całą architekturę odstraszania rosyjskiego. Ta strukturalna nieodzowność daje Polsce coś, czego nie ma większość państw NATO: uzasadnienie dla własnej, kalkulowanej nieprzewidywalności. 

Ponoszenie kosztów nieprzewidywalnego hegemona może być łatwiejsze, jeśli Polska rozumie, że może grać w tę samą grę. Sygnalizowanie nieprzewidywalności – wobec Rosji przez demonstrację zdolności i woli, wobec Niemiec przez gotowość do samodzielnych decyzji obronnych niepodporządkowanych berlińskiemu konsensusowi – nie jest destabilizacją. Jest językiem, który rozumieją równie dobrze Moskwa i Waszyngton: językiem podmiotu, którego koszty zaatakowania lub zignorowania są nieobliczalne. Respekt w polityce międzynarodowej wynika rzadko z przewidywalności, częściej z jej braku. Państwo, które zawsze robi to, czego się po nim oczekuje, nie wymaga kalkulacji. Państwo, które może zaskoczyć, wymaga jej zawsze. 

Konkretne narzędzia tej gry nie są tajemnicą. Polska może podtrzymywać niejednoznaczność co do zakresu własnych zdolności ofensywnych, nie ogłaszając pełnej transparentności tam, gdzie strategiczna wartość tkwi w domysłach przeciwnika. Może prowadzić ćwiczenia i rozmieszczać siły w sposób sygnalizujący Moskwie, że każda kalkulacja agresji na partnera NATO będzie droższa i mniej pewna niż estymacje wywiadowcze sugerują. Może, w ramach europejskiej współpracy obronnej, blokować lub warunkować decyzje, które Berlin lub Paryż chciałyby oczywiste – nie z nieustępliwości, lecz z precyzyjnie dozowanej demonstracji, że polskie interesy mają własną grawitację. Może wreszcie prowadzić dialog z Waszyngtonem bezpośrednio, z pominięciem europejskich pośredników, sygnalizując, że jest graczem z własną pozycją, a nie elementem bloku. Żadne z tych działań nie wymaga odejścia od sojuszu; wszystkie wymagają odejścia od pasywności. 

Ta logika nie jest zaproszeniem do awanturnictwa. Jest zaproszeniem do świadomości, że w świecie, gdzie hegemon sam praktykuje globalną decepcję, państwo średnie wyrzekające się jakiejkolwiek własnej nieprzewidywalności w imię bycia „przewidywalnym sojusznikiem” osłabia swoją pozycję, bo staje się pasywnym elementem cudzej gry, a nie graczem z własną ręką. Polska ma położenie, historię i wielkość, które pozwalają na grę z ręką własną – pod warunkiem, że rozumie zasady gry, w której uczestniczy. 

Autonomia strategiczna jest w tym świetle czymś innym niż postulatem europejskich biurokratów. Jest warunkiem, bez którego Polska pozostaje tylko terenem, przez który przechodzą cudze decyzje. Polska przez lata traktowała europejską obronność jako projekt konkurencyjny wobec NATO; rewizja tej postawy nie oznacza zastąpienia Waszyngtonu Brukselą, lecz budowanie europejskiego filaru na tyle silnego, żeby nieprzewidywalność Waszyngtonu nie oznaczała automatycznie podatności kontynentu. 

IX. Co się rekonfiguruje 

Theodore Roosevelt objął prezydenturę w 1901 roku i w ciągu kilku lat przeobraził Stany Zjednoczone ze sprawnie zarządzanej republiki kontynentalnej w mocarstwo globalne. Nie było to działanie reaktywne – Roosevelt nie odpowiadał na atak. Rozumiał, że amerykańska siła przemysłowa i demograficzna osiągnęła poziom, przy którym utrzymanie dotychczasowego formatu państwa byłoby marnotrawstwem potencjału. Polityka „grubego kija”, Kanał Panamski, projekcja siły – to nie były epizody, lecz świadome otwarcie nowej konfiguracji. Ten, kto w 1901 roku czytał publiczne wystąpienia Roosevelta jako wskazówki dotyczące Kuby i Panamy, a nie jako sygnał systemowego przejścia, popełniał błąd poziomu. 

Sto dwadzieścia pięć lat później rytm się zamknął i otworzył na nowo. Jedenastego września 2001 roku Ameryka wchodziła w swoją ostatnią konfigurację: państwo rozszerzonego bezpieczeństwa, permanentnych wojen asymetrycznych, hegemonii budowanej przez obecność zbrojną na całym świecie. Dwadzieścia pięć lat tej konfiguracji wyczerpywało jej potencjał: dwa biliony dolarów wydane w Afganistanie i Iraku bez strategicznego zwrotu, erozja zdolności konwencjonalnych, Chińczycy budujący przez ten czas gospodarkę i armię, która zmienia równowagę sił. Waszyngton widział to. Epic Fury jest, między innymi, odpowiedzią na świadomość, że okno nie będzie otwarte wiecznie. 

Ta obserwacja nie łagodzi niepokoju, wręcz przeciwnie: aktywna rekonfiguracja, świadomie inicjowana przez supermocarstwo przekonane, że musi działać teraz, jest dla otoczenia bardziej niebezpieczna niż rekonfiguracja reaktywna. Reaktywna daje czas na dostosowanie. Aktywna – nie. 

Polska i Europa muszą rozumieć ten rytm i planować z pełną świadomością, że dokumenty strategiczne mocarstwa w momencie rekonfiguracji nie są mapami zamierzeń – są narzędziami. Józef Piłsudski, planując bezpieczeństwo państwa, które odrodziło się po poprzednim przetasowaniu porządku europejskiego, wiedział to lepiej niż ktokolwiek: że polegać na cudzej strategii można tylko o tyle, o ile rozumie się jej rzeczywiste cele, a nie jej deklarowaną treść. Trzydzieści sześć dni między NDS a Epic Fury jest na to kolejnym dowodem. Pytanie, które pozostaje brzmi: co Polska zrobi z tą wiedzą, zanim będzie musiała działać.

Maciej Świrski

Tekst powstał 24 marca 2026 roku, w dwudziestym piątym dniu Operacji Epic Fury, na podstawie publicznie dostępnych dokumentów strategicznych USA (NSS 2025, NDS 2026), komunikatów Departamentu Obrony, analiz CSIS, RAND, Stimson Center, Flashpoint, European Policy Centre, Parlamentu Europejskiego oraz relacji prasowych. Autor jest de iure przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – poglądy wyrażone w eseju są wyłącznie jego własnymi. 

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 marca 2026
Fot. Jonathan Drake / Reuters / Forum