Jan ŚLIWA: Problem z przewidywaniem przyszłości

Problem z przewidywaniem przyszłości

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Problem z przewidywaniem przyszłości jest taki, że przyszłość widać tylko od strony przeszłości, do tego w wielu wzajemnie sprzecznych wersjach. Gdy przyszłość się wreszcie wydarzy i stanie się przeszłością, okaże się, kto miał rację. Tym niemniej również wtedy będzie przedmiotem dyskusji, co się właściwie wydarzyło, dlaczego i jakie będą tego konsekwencje – pisze Jan ŚLIWA

Powrót do Sarajewa?

.Obecnie świat zmierza do Wielkiej Przemiany – będzie ona radykalna, bolesna i chaotyczna. Jednym z obszarów tej Przemiany jest aktualny konflikt na Bliskim Wschodzie. 

Zaczyna się on niebezpiecznie rozlewać. Przypomnijmy, jak to było w roku 1914:

  • 28 czerwca Serb zabija austriackiego arcyksięcia

  • 28 lipca Austria wypowiada wojnę Serbii

  • 30 lipca Rosja ogłasza mobilizację

  • 1 sierpnia Niemcy wypowiadają wojnę Rosji

  • 2 sierpnia Niemcy zajmują Luksemburg

  • 3 sierpnia Niemcy wypowiadają wojnę Francji

  • 4 sierpnia Niemcy wkraczają do neutralnej Belgii

  • 5 sierpnia Wielka Brytania wypowiada wojnę Niemcom

  • 6 sierpnia Austria wypowiada wojnę Rosji.

I pozamiatane. A dokładnie to dopiero zaśmiecone. Po kilku dekadach pokoju patriotyczna młodzież widzi w wojnie męską przygodę. W jedną stronę jadą pociągi z napisem „Nach Paris!”, a w drugą – „À Berlin!”. Do Świąt wrócimy triumfalnie do domu. A potem następują cztery lata krwawych walk o każdy kilometr, siedzenie pod deszczem w okopach, w błocie i ekskrementach. Rozdarte ciała kolegów, wreszcie powrót bez nogi z nieopisanym jeszcze syndromem PTSD.

Właściwie wszyscy to wiedzą, historia powtarzała się wielokrotnie, powinna być ostrzeżeniem. Jednak widzimy to znowu: Kraj A boi się B, atakuje go prewencyjnie, korzystając z pomocy C. B odpowiada krajom A i B, atakując je oraz ich sojuszników D, E, F i G. I tak dalej. Pewnie wielu myśli, że tym razem się uda.

Hybris

Robert Kaplan swoje wieloletnie doświadczenia w polityce międzynarodowej podsumował w książce „The Tragic Mind” (Tragiczny umysł). Wiele widział. By się oderwać od bieżączki, odwołuje się do greckich tragedii i Szekspira. Nawet gdy chcesz dobra, musisz skonfrontować je z innym dobrem, by w końcu dosięgły cię wszystkie konsekwencje, często tragiczne.

Praprzyczyną problemów jest hybris, niepohamowana pycha. Myślisz, że możesz oszukać los. Często początek wygląda dobrze. Aleksander Wielki, Cezar, Napoleon, Hitler… Weźmy przykład Hitlera. W roku 1939, zaledwie 21 lat po katastrofalnej wojnie, Niemcy nie byli napaleni na następną, zwłaszcza starsi. Ale z Polską poszło gładko, w kilka tygodni. Z pomocą Sowietów, którzy Polsce uniemożliwili dłuższą obronę. Gwarancje Zachodu dla Polski nie zadziałały, wojny na dwa fronty nie było. Nastąpił ponad rok spokoju. Francja, to była wielka trauma, ale i to poszło gładko, a w międzyczasie Dania i Norwegia. Blitzkrieg się udał. Wehrmacht był niezwyciężony, Hitler wyglądał na boga wojny – największy dowódca wszechczasów, Größter Feldherr aller Zeiten (później złośliwie GröFaZ). Ale na początku wszystko szło gładko. Wreszcie w Bitwie o Anglię system się zaciął.

Nie mogąc dokończyć sprawy na zachodzie Hitler poszedł na wschód. Według zasady: „Kiedyś to nadejdzie, lepiej załatwmy to szybko”. I znowu szło gładko, aż przyszła zima, do tego zaopatrzenie zaczęło szwankować. W obliczu trudności na froncie wschodnim, w grudniu 1941 do kompletu wypowiedział wojnie Ameryce. Znowu: „Potęga Ameryki rośnie, załatwmy to szybko”. I tak „załatwiając szybko” nie załatwił niczego. Ostatni rok wojny przyniósł Niemcom więcej strat niż wszystkie poprzednie, wojna przeniosła się do kraju. Ale u innych walczących nie było lepiej. Pomyślmy, jak wymęczeni byli Polacy po latach okupacji. Pomyślmy o Żydach niemających nawet schronienia w getcie, wędrujących po lasach w siarczystym mrozie. Nawet Francja to już nie była elegancja. Amerykanie tak walczyli, żeby wygrać. Miasta i porty były bombardowane. Po latach przemocy dawne bariery opadły, wojna stawała się oraz bardziej brutalna, po wszystkich stronach.

A jeszcze kilka lat wcześniej wszystkie guziki były przyszyte do mundurów, lufy armat wypolerowane, gąsienice czołgów naoliwione. Oficerowie, a nawet żołnierze, wiedzieli, jak odzywać się do dam.

Próby zmuszania świata, by łamał prawa natury, źle się kończą.  W „Małym Księciu” występuje Król. Jest wszechmocny, rządzi całym wszechświatem, ale wydaje tylko takie rozkazy, które mogą być wykonane. Gdy zasmucony Mały Książę go prosi, by zrobił dla niego zachód słońca, Król rozkazuje słońcu by zaszło, ale o 7:40, bo to odpowiednia pora. Mądry król nie żąda, by świat się zachowywał wbrew swoim prawom. Wydając rozsądne rozkazy, może się delektować swoją wszechmocą. Dlatego nie ma nic gorszego od utopii, choćby nawet najszlachetniej wyglądały.

Konieczność historyczna czy przypadek?

Marksiści twierdzą, że wszystko wynika z sytuacji klas społecznych i struktury własności środków produkcji. Ludzie są tylko marionetkami sił ekonomicznych. Geopolitycy widzą praprzyczynę w geografii. Ale jednostki mają znaczenie. Gdyby Donald Trump miał osobowość Olafa Scholza, nikt by nie zauważył jego istnienia. No i przypadek – czy ma znaczenie? Można wymienić sporo sytuacji, gdzie przypadek jednak zmienił bieg historii, jak ten przysłowiowy motyl w dżungli amazońskiej, który wywołuje tornado w Teksasie.

Weźmy parę przykładów z historii II wojny światowej. Na froncie zachodnim walczyły armia brytyjska i amerykańska, wraz z armiami sojuszniczymi, w tym polską. Ale gdy w maju 1940 upadała Francja, Wielka Brytania była o krok od zawarcia porozumienia z Niemcami – Brytyjczycy zachowują morza i imperium, Niemcy przejmują kontynent. Była w tym pewna logika. Tak by pewnie było, gdyby premierem był Halifax. Tylko nieprzejednana postawa Churchilla przeważyła szalę. Zapowiedział swoim rodakom: Będziemy walczyć na plażach, polach, ulicach, ale się nigdy nie poddamy, a ceną będzie krew, trud, łzy i pot. Gdyby nie był tak dobrym mówcą, historia potoczyłaby się inaczej.

20 lipca 1944 w Wilczym Szańcu Stauffenberg przygotowywał zamach na Hitlera. Miał odbezpieczyć dwie aktówki z materiałem wybuchowym, lecz ktoś mu przeszkodził i drugiej nie udało mu się przygotować. Do tego precyzyjnie umieszczoną pod stołem aktówkę ktoś przesunął, a w krytycznym momencie Hitler prawie się położył na grubym dębowym blacie, by spojrzeć na mapę daleko na froncie wschodnim. Gdyby nie tych kilka zbiegów okoliczności, Hitler by zginął, a zachodni alianci mogliby zawrzeć pokój z nowymi Niemcami. W międzyczasie następcy Hitlera by dokończyli Generalplan Ost, Hitler byłby zły, ale Goering i spółka – dobrzy, Związku Sowieckiego by nie było, jak również kilku narodów, o których istnieniu by w powszechnej radości zapomniano. Choć może by Powstanie Warszawskie, gdyby wybuchło kilka dni po śmierci Hitlera, miało lepsze szanse. Ale o tym się nie dowiemy.

Ostatnią niemiecką akcją zaczepną była ofensywa w Ardenach na przełomie 1944/1945, zakończona niepowodzeniem. Gdyby się Niemcom jednak udało powstrzymać aliantów do jesieni, byłoby to pyrrusowe zwycięstwo. Amerykanie by mianowicie zdążyli z konstrukcją bomby atomowej, a ta zostałaby zrzucona na Ludwigshafen i/lub Mannheim, w samym centrum Europy. Do budowy tej bomby przyczynili się sami Niemcy, wyrzucając specjalistów od „żydowskiej fizyki”, bez której konstrukcja bomby nie była możliwa.

I tak można by mnożyć. Drobny ruch głowy Donalda Trumpa, dzięki któremu przelatująca kula go tylko drasnęła, zmienił losy świata. Można też powiedzieć, że kandydatura Krzysztofa Stanowskiego w kampanii prezydenckiej zmieniła równowagę sił w Polsce, a więc w Europie, a więc na świecie. Można to podsumować prostym przysłowiem, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. W zasadzie wie to każdy chłop. Ale nie wszyscy światowi przywódcy.

W jakim punkcie jesteśmy teraz?

Po umownej naszej stronie mundury są jeszcze wyprasowane, guziki przyszyte. Czy tak będzie dalej? Rosja 4 lata temu zaczęła blitzkrieg i skończyć nie może. Oczywiście to Rosjanie, Amerykanie są lepsi. Ale zachłyśnięcie się sukcesami to wielkie ryzyko. Słyszałem ostatnio o Kubie. O jedną wyspę za daleko? Oczywiście, pokonanie wszystkich wrogów za jednym zamachem to jakieś rozwiązanie. Można założyć, że jak niegrzeczne dzieci, dostaną klapsa i zmądrzeją. By to działało, trzeba mieć ciągłą przewagę siły i proponować rozwiązania, które mimo wstępnego oporu, okażą się do zaakceptowania.

Ale nie jest to takie pewne. Ukraina pokazała, że lekceważony gracz może pokazać kły i pazury. Iran to wielki kraj inteligentnych ludzi. Jeżeli jest tam dość przeciwników reżimu, trzeba dbać, by nie urazić ich godności. Ale nawet jeżeli reżim zostanie formalnie obalony, to droga do nowego życia jest długa. Irańczycy byli przez dekady poddawani propagandzie, w wielu siedzi ona głęboko i szczerze. Reżim ma resorty siłowe, władzy nie odda łatwo. Gruba kreska jest dla ludności trudna ro zaakceptowania, a przykład polski pokazuje, że utrudnia ona lub wręcz uniemożliwia transformację. Dyktatorski reżim ma zdolności do przepoczwarzania się. Może wyjść na to, że demokrację będzie wprowadzać tajna policja. A nikt – ani wewnętrzny, ani zewnętrzny – nie będzie miał siły, by ich pokonać. Ludzie ci są bezwzględni, tak są trenowani. Tak że droga do demokracji jest daleka. Ale najpierw w ogóle trzeba reżim pokonać. I nie wystarczy na to kilka bomb.

.1 maja 2003, po sześciu tygodniach walk w Iraku prezydent George W. Bush na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln ogłosił: „Mission Accomplished”, zadanie wykonane. I wtedy się zaczęło. Do momentu, gdy padły te słowa, w Iraku zginęło 104 żołnierzy, do końca działań w lutym 2011 zginęło dalszych 3424. Z pospiesznym triumfalizmem należy uważać.

Jan Śliwa

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 marca 2026