Kto rządzi teraz Iranem?

Kto rządzi teraz Iranem

Po niemal 37 latach u władzy najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, zginął w amerykańsko-izraelskich nalotach. System Islamskiej Republiki był przygotowywany na taki scenariusz – zgodnie z konstytucją zarządzanie państwem do czasu wyboru następcy przejęła tymczasowa rada przywódcza.

Kto rządzi teraz Iranem?

.W Teheranie zakładano, że próba zabójstwa najwyższego przywódcy duchowo-politycznego kraju – zwłaszcza ze strony Izraela – pozostaje realną możliwością, dlatego równolegle budowano mechanizmy mające zapewnić ciągłość władzy i ograniczyć ryzyko destabilizacji państwa.

Zgodnie z artykułem 111 irańskiej konstytucji obowiązki najwyższego przywódcy przejęła tymczasowa rada przywódcza, która ma zarządzać państwem do czasu wyboru jego następcy. W skład rady wchodzą trzy osoby. Pierwszą z nich jest prezydent Iranu Masud Pezeszkian. Z zawodu kardiochirurg, w realiach irańskiej polityki postrzegany jest jako reformator i technokrata. Został wybrany w częściowo wolnych wyborach w 2024 roku.

Najwyższy Przywódca – najważniejsza postać w Iranie

.W irańskim ustroju prezydent nie jest jednak głową państwa – funkcję tę sprawuje najwyższy przywódca. Prezydent odpowiada za bieżące zarządzanie pracą rządu. Od momentu wyboru Pezeszkian był łagodniejszą, bardziej umiarkowaną twarzą władzy. W ramach trzyosobowej rady musi jednak współpracować z dwoma przedstawicielami establishmentu uznawanymi za twardogłowych i ideologicznie bardziej związanych z reżimem.

Drugim członkiem tymczasowej rady jest Golamhosejn Mohseni Eżei, szef władzy sądowniczej. Od 2021 roku kieruje wymiarem sprawiedliwości; na to stanowisko został nominowany bezpośrednio przez Alego Chameneia, który sprawował zwierzchnictwo nad kluczowymi instytucjami państwa. Jest wysokiej rangi szyickim uczonym w dziedzinie teologii i prawa muzułmańskiego; posiada tytuł hodżatoleslam, niższy w hierarchii duchownej jedynie od ajatollaha.

Mohseni Eżei uchodzi za lojalnego wobec zmarłego przywódcy przedstawiciela twardej linii reżimu. Bywa opisywany jako konserwatywny prawnik i bezkompromisowy prokurator, stanowiący ideologiczną przeciwwagę dla wizerunkowo bardziej umiarkowanego Masuda Pezeszkiana.

Przed objęciem funkcji w sądownictwie był ministrem wywiadu. W 2010 roku został objęty sankcjami Stanów Zjednoczonych w związku z naruszeniami praw człowieka i brutalnym tłumieniem protestów po wyborach prezydenckich w 2009 roku.

Kim jest Alireza Arafi?

.Trzecim członkiem tymczasowej rady jest Alireza Arafi. Jest imamem piątkowych modlitw w Komie, najważniejszym centrum religijnym Iranu, oraz stoi na czele ogólnokrajowego systemu seminariów duchownych, co daje mu istotny wpływ na kształcenie kadr religijnych. Opisywany jest jako przedstawiciel twardej linii władzy.

Alireza Arafi zasiada w Radzie Strażników, która kontroluje zgodność ustaw z konstytucją i prawem islamskim oraz dopuszcza kandydatów do ubiegania się o najważniejsze stanowiska publiczne. Jest również członkiem Zgromadzenia Ekspertów, organu odpowiedzialnego za wybór najwyższego przywódcy.

Choć odgrywa znaczącą rolę w establishmencie religijnym, pozostaje postacią mniej rozpoznawalną wśród ogółu społeczeństwa. Wymieniany jest jako jeden z potencjalnych następców Chameneia i spełnia konstytucyjne wymogi dotyczące wiedzy prawniczej oraz doświadczenia religijnego. Ważną rolę w procesie transformacji odgrywa również Ali Laridżani, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i były doradca Chameneia, który czuwa nad ciągłością instytucjonalną.

Ostateczna decyzja o wyborze nowego najwyższego przywódcy należy do Zgromadzenia Ekspertów – 88-osobowego gremium duchownych. Nie jest jednak jasne, w jaki sposób i kiedy Zgromadzenie miałoby się zebrać w warunkach trwających amerykańsko-izraelskich nalotów.

Irańskim władzom może zależeć na szybkim wyłonieniu następcy, by podtrzymać wrażenie ciągłości państwa i pokazać, że system pozostaje stabilny mimo presji zewnętrznej. Z drugiej strony politycy i duchowni muszą brać pod uwagę, że ktokolwiek zostanie wybrany, może natychmiast stać się celem kolejnych ataków. To sprawia, że proces sukcesji będzie przebiegał w trudnych i niepewnych warunkach.

Łupnąć i skończyć

.Prezydent USA potrzebuje pewności, iż jego rozkaz uderzenia za pomocą potężnych „bunker bustersów” zakończy wojnę prewencyjną wszczętą przez Izrael. W żadnym bowiem razie Donald Trump nie może sobie pozwolić na wojnę z Iranem – pisze Jan ROKITA.

Donald Trump zrobi wiele, ba… niemal wszystko, aby nie musieć uderzyć na Iran. Jego sławne: „I may do it, I may not”, w odpowiedzi na uporczywe pytania ze strony mediów, świadczy o tym dobitnie. To przecież nic innego, jak dobrze nam znana i ulubiona Trumpa metoda nacisku i szantażu, tym razem mająca trzymać w szachu nie tylko spanikowanych perskich mułłów, ale na dobrą sprawę cały świat. Po historii z megacłami, wprowadzanymi dla postrachu i traktowanymi przez Trumpa jako optymalna metoda negocjacji, nauczyliśmy się już, że jeśli Trump mówi, że MOŻE ci zrobić krzywdę, to znaczy, że bardzo nie chce jej zrobić. Bo jak chce ją zrobić naprawdę, to ją po prostu ROBI, bez oglądania się na przeciwności. Tę oczywistą intuicję wspierają wiarygodne przecieki z Waszyngtonu, takie choćby jak ten opublikowany na portalu Axios, któremu anonimowy współpracownik amerykańskiego przywódcy mówi: „Bardzo chcemy być w tej wojnie niepotrzebni, ale prezydent musi mieć pewność, że nie jesteśmy potrzebni”. Dlatego Trump domaga się od armii pewności, że uderzenie amerykańskimi bunker busters w podziemne fabryki broni nuklearnej, położone w pustynnym środkowym Iranie, daje gwarancję militarnego sukcesu.

.Ta pewność to kluczowa sprawa w całej grze. Ameryka w żadnym razie nie może sobie pozwolić na uwikłanie się w dłuższą i nierozstrzygalną wojnę z Persami. Coś takiego byłoby w dzisiejszych okolicznościach nieszczęściem politycznym dla kraju, a dla samego Trumpa – polityczną katastrofą. Po Iraku i Afganistanie, gdzie USA bezsensownie próbowały siłą zaprowadzić liberalne rządy, prawa kobiet, swobodę aborcji i jeszcze kilka równie nonsensownych rzeczy, Ameryka musi odreagować te własne dziwaczne eksperymenty, podejmowane wcześniej bez sukcesu. Pod tym względem Trump (skądinąd podobnie jak niegdyś Nixon) trafnie i precyzyjnie zdefiniował współczesne interesy swojego kraju. To Amerykanie nie chcą dziś żadnej nowej wojny, a ostatnie badania opinii pokazują, że owa niechęć panuje ponad partyjnymi podziałami i dotyczy zarówno elity społecznej, jak i prostych ludzi z amerykańskiego interioru. I Amerykanie, nie chcąc wojny, intuicyjnie pojmują to, czego dziś potrzebuje Ameryka.

PAP/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 marca 2026