
Wojna z Iranem. Remis ze wskazaniem
Wiele potężnych czynników działa przeciwko zakończeniu wojny z Iranem. Ogłoszone zawieszenie broni może zostać „odwieszone” w każdej chwili i dopiero zmagania wojskowe dadzą rozstrzygnięcie sporu. Obie strony mają powody do optymizmu, co nie znaczy, że sami zainteresowani i postronni nie poniosą poważnych strat. Przed nami są raczej trudne dni, a nie szybkie rozwiązanie sporu amerykańsko-izraelsko-irańskiego – pisze prof. Kazimierz DADAK
.Niecałą godzinę przed planowanym zmasowanym atakiem na Iran – atakiem, który według Donalda Trumpa miał zmieść z powierzchni ziemi perską cywilizację – amerykański przywódca ogłosił zawarcie zawieszenie broni. Rzecz znamienna, prezydent Trump uznał za podstawę do negocjacji 10 punktów przedstawionych przez Teheran; warunki, które zaledwie 24 godziny wcześniej określił jako niewystarczające (not good enough).
Ten rozwój sytuacji należy uznać za niezwykle korzystny, bo działania wojenne dotarły w bezpośrednie pobliże najwyższego stopnia drabinki eskalacyjnej – wojny atomowej. Mówiąc o unicestwieniu Iranu, Trump dał do zrozumienia, że taka możliwość jest rozważana – zalecił dziennikarzom zapoznanie się z wypowiedzią czołowego proizraelskiego jastrzębia Marka Levina, który właśnie taką perspektywę roztaczał [LINK]. Zatem zamiast eskalacji nastąpiło zejście niżej o dobrych kilka stopni na drabince eskalacyjnej.
Z wyjątkiem Izraela i bezkrytycznych zwolenników twardej polityki wobec Iranu w USA politycy przyjęli wieść o zawieszeniu broni z ulgą, jeśli nie z radością. Szczególnie zadowolony musiał być pierwszy w historii papież rodem z USA, który podczas Wielkanocy nieustannie apelował o natychmiastowe zakończenie działań zbrojnych, a nawet zalecał zwykłym ludziom, żeby zwracali się do polityków z apelem o pokój [LINK]. Także światowe rynki finansowe odetchnęły z ulgą, ceny akcji poszybowały w górę, a ceny ropy naftowej spadły. Niemniej jak obwieścił nam wiceprezydent J.D. Vance, podstawy tego zawieszenia broni są „kruche” i najbliższe dni wykażą, na ile obecny optymizm ma rzeczywiste podstawy.
W uprzednim tekście sygnalizowałem, że dla Izraela wojna z Iranem ma charakter „egzystencjalny” [LINK]. Rząd tego kraju uznał, że ogłoszone przez Trumpa zawieszenie broni jego nie dotyczy i kontynuuje niesłychanie okrutne naloty na Liban. W pierwszym dniu ogłoszonego przez Trumpa rozejmu zginęło w Libanie kilkuset cywilów. Premier Pakistanu, który pośredniczył w rozmowach pomiędzy USA i Iranem, jednoznacznie stwierdził, że uzgodniono z Waszyngtonem zawieszenie broni na wszystkich frontach i nieustępliwość Izraela może spowodować upadek negocjacji.
W Tel Awiwie chęć do dalszej walki wykazuje zdecydowana większość sił politycznych, włącznie z przywódcą największego opozycyjnego ugrupowania Jesz Atid (Jest Przyszłość) Ja’irem Lapidem [LINK]. Z tego powodu można się spodziewać daleko idącego oporu ze strony proizraelskich sił i zbliżające się negocjacje zapowiadają się jako nadzwyczaj trudne, jeśli w ogóle do nich dojdzie.
Patowa sytuacja
.Obie strony konfliktu mają powody do powątpiewania w szczerość intencji przeciwnika. Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ogłosił, że na wszelki wypadek nie zdejmuje palca z języka spustowego, co nie może dziwić, ponieważ w ciągu niecałego roku USA i Izrael dwukrotnie rozpoczęły bombardowanie Iranu podczas podobnych rozmów. Dla prezydenta Trumpa papierkiem lakmusowym dobrych zamiarów Teheranu jest otworzenie ruchu statków w cieśninie Ormuz, a tu wyzwań – choćby natury technicznej – jest bez liku i łatwo będzie znaleźć przykłady złej woli. Wobec dalszych działań zbrojnych Izraela w Libanie Iran zaprzestał przepuszczania statków przez cieśninę Ormuz, więc już jest oczywisty powód do pogrzebania pomysłu negocjacji.
W USA nie wszystkim podoba się zawarcie zawieszenia broni. Syjoniści chrześcijańscy i izraelscy marzą o spełnieniu obietnicy, jaką Jahwe dał Abramowi (czyli patriarsze Abrahamowi), na mocy której jego potomkowie mieli posiąść obszar od Rzeki Egipskiej (czyli Nilu) po rzekę Eufrat (Rdz 15,18-21). Ugrupowania te przygotowują się także do odbudowy Świątyni w Jerozolimie (Trzecia Świątynia). Świeccy członkowie proizraelskiego lobby też nie mają nic przeciwko powaleniu władzy ajatollahów na kolana. Również dla części amerykańskich wojskowych niedokończenie zniszczenia sił zbrojnych przeciwnika stanowi gorzką pigułkę.
Za oceanem panuje głębokie przekonanie o niezwykłej potędze militarnej USA – co oczywiście jest prawdą – ale to nie znaczy, że każdy cel można osiągnąć jedynie za pomocą nalotów. Sekretarz Hegseth i gen. Caine mają zupełną rację, mówiąc o zagładzie marynarki wojennej i lotnictwa przeciwnika, ale bez podboju całego Iranu czy przynajmniej jego najważniejszych obszarów – drobiazg, 1,65 mln km2 – trudno jest zmusić Persów do poddania się.
Stąd mamy do czynienia z remisem, bo żadna strona nie jest w stanie pokonać drugiej. Biorąc pod uwagę to, że z punktu widzenia Iranu zwycięstwem jest uniknięcie porażki, a dla supermocarstwa każdy wynik poniżej kapitulacji przeciwnika stanowi porażkę, to jest to remis ze wskazaniem na Iran.
10 punktów
.Prezydent Trump uznał 10 punktów nadesłanych przez Iran za dobrą podstawę do rokowań. Treść owych punktów nie została oficjalnie podana i można odnieść wrażenie, że już mamy do czynienia z różnym ich rozumieniem. Według przecieków do prasy na przykład USA miałyby znieść wszystkie sankcje uprzednio nałożone na Iran i „odmrozić” wszystkie irańskie aktywa, niezwłocznie zaprzestać wszelkich działań zbrojnych nie tylko wobec Iranu, ale i Iraku, Libanu i Jemenu [LINK]. Według innych przekazów Stany Zjednoczone miałyby zlikwidować wszystkie bazy w regionie [LINK]. Wcielenie w życie tych warunków byłoby jednoznaczne z przyznaniem się Stanów Zjednoczonych do porażki. Goryczy tej porażki nie osłodziłoby udrożnienie cieśniny Ormuz, bo dla USA ten szlak wodny nie jest nadzwyczaj istotny, odgrywa on wielką rolę dla całej Azji Południowej i Wschodniej. Co więcej, cieśnina Ormuz, będąca przed 28 lutego 2026 roku wodami międzynarodowymi, miałaby zostać poddana pod kontrolę Iranu.
Żadne z pierwotnie ogłoszonych celów – zmiana władzy (regime change), istotne ograniczenie irańskiego programu rakietowego czy zakończenie wspierania przyjaznych Teheranowi ruchów – nie zostały osiągnięte i według obecnych przekazów prasowych nie będą przedmiotem rokowań. Lista ustępstw, jakie Iran jest gotów uczynić, jest nikła, bo za takie nie można uznać ogłoszenie tego, że Republika Islamska nie będzie ubiegać się o status mocarstwa atomowego. Po dziś dzień obowiązuje fatwa wydana przed ponad dwiema dekadami, która uznaje broń nuklearną za sprzeczną z islamską doktryną. Co więcej, od 2007 r. każdy raport amerykańskiej Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community) stwierdza, że Iran nie posiada programu wykorzystania energii atomowej do celów wojskowych. Być może w trakcie negocjacji pojawią się nowe sprawy i administracja Trumpa będzie w stanie powiedzieć społeczeństwu, że odniesione korzyści w pełni pokrywają poniesione koszty, straty w ludziach i uszczerbek na wizerunku, ale w tej chwili bilans nie wygląda korzystnie dla inicjatorów tej wojny.
Zawieszenie broni – ze wszech miar korzystny dla świata obrót spraw – jest zapewne wynikiem faktu, że za siedem miesięcy odbędą się wybory w połowie kadencji prezydenckiej, i dalsze walki na Bliskim Wschodzie podcięłyby skrzydła republikanom. Wielu strategów już od miesiąca nawoływało do szybkiego zakończenia zmagań i Trump w końcu uległ tym namowom.
Z punktu widzenia długookresowych interesów Stanów Zjednoczonych brak sukcesu w zwarciu z dużo słabszym przeciwnikiem stanowi kolejny poważny cios w prestiż i znaczenie na arenie światowej. Po nieszczęsnych „wycieczkach” do Afganistanu i Iraku wojna z Iranem miała poprawić notowania amerykańskich sił zbrojnych, ale do tej pory raczej mamy do czynienia z pyrrusowym zwycięstwem niż z oszałamiającym sukcesem. Amerykański podatnik ma prawo zadawać pytanie, jaki jest pożytek z ogromnych nakładów finansowych na zbrojenia. To pytanie zapewne będzie w centrum dyskusji nad przyszłorocznym budżetem Pentagonu, który według planów administracji Trumpa ma wzrosnąć do ok. 1,5 bln dolarów, czyli o 40 proc.
Nadchodzące negocjacje
.Kuć żelazo, póki gorące – to powiedzenie znane nie tylko nad Wisłą. Stąd Pakistan, który pośredniczy w rokowaniach pomiędzy USA i Iranem, wyznaczył pierwsze spotkanie już w piątek (10 IV), mimo że piątek dla muzułmanów ma takie znaczenie jak niedziela dla chrześcijan. Miejmy nadzieję, że do tego spotkania nie tylko dojdzie, ale że potem odbędą się kolejne. Po obu stronach bowiem nie brakuje sił prących do dalszej walki. To, że Izrael nie zaprzestał ataków na Liban, jest tego dobitnym przykładem. Minister Araghchi już zapowiedział, że Stany Zjednoczone muszą wybrać pomiędzy „zawieszeniem broni a wojną za pośrednictwem Izraela” [LINK]. Czy Waszyngton zdoła wywrzeć wystarczający nacisk na Tel Awiw, aby ten ostatni przyłączył się do procesu pokojowego? Na razie zarówno prezydent Trump, jak i wiceprezydent Vance twierdzą, że zawieszenie broni nie obejmuje Libanu [LINK].
Jak wspomnieliśmy powyżej, dla syjonistycznej idei budowy „wielkiego Izraela” zawieszenie broni jest niesłychanym ciosem. W Iranie zapewne też nie brakuje zwolenników dalszej walki, bo według wszelkich oznak czas nie pracuje dla koalicji amerykańsko-izraelskiej. Rakiet koniecznych do obrony przestrzeni powietrznej brakuje, natomiast Teheran, jak się wydaje, posiada pokaźny arsenał ofensywny, a także ma większą zdolność do „znoszenia bólu”.
W irańskiej kalkulacji zapewne istotną rolę odgrywały też czynniki międzynarodowe. Blokada ruchu statków w cieśninie Ormuz nie tylko spowodowała gwałtowny wzrost cen nośników energii, ale także innych ważnych towarów, na czele z nawozami sztucznymi. W wielu państwach Globalnego Południa dochodzi do protestów w związku z szybkim wzrostem cen paliw i z tego powodu Iran traci zwolenników. W tym zakresie wojna propagandowa przynosiła sukcesy Amerykanom, którzy nieustannie domagali się zakończenia blokady. Zatem przystanie na amerykańską propozycję i czasowe przywrócenie ruchu statków w cieśninie Ormuz pozwala Iranowi odpierać te ataki. Fakt, że Izrael przeszkadza w pokojowych wysiłkach, pozwala przerzucić winę na to państwo.
Kolejną wielką niewiadomą będzie ruch prezydenta Trumpa. Jest on znany z podejmowania decyzji pod wpływem bieżących wydarzeń. Wszystko wskazuje na to, że decyzję o rozpoczęciu bombardowania Iranu podjął wbrew radom rodzimego wywiadu i czynników wojskowych. Zdanie premiera Netanjahu miało wywrzeć znaczny wpływ na jego decyzję. Już następnego dnia po ogłoszeniu zawieszenia broni wyraża odmienne opinie na temat warunków tego zawieszenia. Jego zdaniem nie obejmuje ono Libanu, co stoi w oczywistej sprzeczności z przekazem płynącym z Pakistanu, państwa, które pośredniczyło w rokowaniach i doskonale wie, co zostało uzgodnione, a co nie. Więc z jego strony można oczekiwać wielu niespodzianek.
W sumie jest całkiem prawdopodobne, że rozmowy zostaną zakończone, zanim się zaczną. Marszałek irańskiego parlamentu, Mohammad Ghalibaf, bardzo ważna osoba w tamtejszej hierarchii, właśnie obwieścił, że USA pogwałciły porozumienie o zawieszeniu broni, i podkreślił, że nie ma najmniejszego zaufania do Amerykanów [LINK]. Zatem ogłoszenie zawieszenia broni mogło być wygodną formą zejścia na niższy stopień drabinki eskalacyjnej i niebawem możemy być świadkami ponownej „wspinaczki” w górę.
Uwiąd systemu politycznego
.Tu dochodzimy do podstawowej sprawy – braku strategicznego myślenia w postępowaniu amerykańskich elit. Fakt ten zdumiewa, ponieważ do upadku ZSRS establishment wykazywał niezwykłą zdolność do rozważnego i powolnego budowania potęgi. Najwidoczniej jednak zrodzenie się jednobiegunowego świata – wyjątkowej sytuacji w dziejach ludzkości – zrodziło w Waszyngtonie poczucie, że nie ma takiego wyzwania, takiej przeciwności, której amerykańska potęga nie byłaby w stanie pokonać. Na ogół nadmierna pewność siebie wiedzie na manowce i wydaje się, że wojna z Iranem stanowi dobry tego przykład.
Wraz z pojawieniem się jednobiegunowego świata doszło w USA do istotnej zmiany w systemie politycznym. Zmiana ta ma bardziej odbicie w rzeczywistym działaniu niż w konstytucji. Władza ustawodawcza, Kongres, który ma wyłączność decydowania o sprawach wojny i pokoju, w praktyce przekazał to kluczowe uprawnienie władzy wykonawczej, czyli prezydentowi. W innych zakresach też doszło do wzmocnienia władzy wykonawczej i mamy do czynienia, jak to się mówi za oceanem, z imperialną prezydenturą. Mechanizmy mające na celu zachowanie równowagi politycznej – słynne amerykańskie „checks and balances” – zostały poważnie osłabione, jeśli nie przestały działać.
Ten rozwój sytuacji jest w niemałym stopniu wynikiem oligarchizacji życia politycznego. Wąska grupa miliarderów posiada nieproporcjonalnie duży wpływ na rozwój wydarzeń politycznych, co także pozwala im na utrzymanie dominującej pozycji w gospodarce, co z kolei utrwala istniejący stan rzeczy. Mamy zatem do czynienia z zaklętym kręgiem, z którego nie będzie łatwo się wyrwać.
Do pojawienia się Donalda Trumpa na amerykańskiej scenie politycznej imperialna prezydentura była ograniczana stosunkowo wysokim poziomem konkurencji w ramach dwu wielkich partii politycznych, które od niepamiętnych czasów sprawują tam władzę. Obecna sytuacja w Partii Republikańskiej zasadniczo odbiega od uprzedniego stanu rzeczy, ponieważ Trump nie ma żadnych konkurentów w łonie swego stronnictwa i praktycznie jednoosobowo sprawuje władzę. Bez litości tępi wszelką opozycję i jeśli tylko jakiemuś członkowi jego partii nie podoba się to, co on robi, to jedynym wyjściem jest rezygnacja z uczestnictwa w polityce. Dobitnym tego przykładem jest Marjorie Taylor Greene, była zagorzała zwolenniczka Trumpa, która popadła w spór z prezydentem i zrezygnowała z mandatu poselskiego. Z tego powodu nie sposób oczekiwać jakiejś rewolty w szeregach republikanów mimo perspektywy przegrania wyborów w listopadzie. Skoro partia ta ma większość w obu izbach Kongresu, to do końca 2026 roku (końca kadencji obecnego Kongresu) sprawy będą się toczyć pod dyktando jednej osoby.
Wiele potężnych czynników działa przeciwko zakończeniu wojny z Iranem. Ogłoszone zawieszenie broni może zostać „odwieszone” w każdej chwili i dopiero zmagania wojskowe dadzą rozstrzygnięcie sporu. Obie strony mają powody do optymizmu, co nie znaczy, że sami zainteresowani i postronni nie poniosą poważnych strat. Przed nami są raczej trudne dni, a nie szybkie rozwiązanie sporu amerykańsko-izraelsko-irańskiego.




