Prof. Kazimierz DADAK: Wojna z Iranem. Stanęliśmy u progu nieznanego

Wojna z Iranem. Stanęliśmy u progu nieznanego

Photo of Prof. Kazimierz DADAK

Prof. Kazimierz DADAK

Profesor ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia w USA.

Obecne amerykańsko-izraelskie starcie z Iranem trwa już dłużej niż to, które miało miejsce w czerwcu zeszłego roku. Jego natężenie i geograficzny zakres są bez porównania większe. Miejmy nadzieję, że zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa o cztero- czy pięciotygodniowych zmaganiach się sprawdzą, ale wiele wskazuje na to, że czas ich trwania będzie mierzony w miesiącach, jeśli nie w latach – pisze prof. Kazimierz DADAK

Pierwsze próby pośrednictwa?

.W dziesiątym dniu wojny prezydent Donald Trump i prezydent Putin odbyli rozmowę telefoniczną. Jak podkreślił Kreml, miało to miejsce z inicjatywy Białego Domu. Wymiana poglądów trwała ok. godziny, co musi dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę zakres poruszonych tematów – wojna na Ukrainie i Bliskim Wschodzie, a także sprawa Wenezueli. Ani jedna, ani druga strona nie podała żadnych szczegółów rozmowy. Rosjanie określili je jako „konstruktywne” i „szczere”, co nie oznacza dobrej atmosfery i zgodności poglądów.

Następnego dnia Putin zadzwonił do Pezeszkiana, prezydenta Iranu, co pozwala domyślać się, że miał mu coś do przekazania od amerykańskiego przywódcy. Nic nie wskazuje na to, aby ta próba pośrednictwa odniosła jakikolwiek skutek, bo zarówno sam Pezeszkian, jak i minister spraw zagranicznych, Araghchi, dali jasno do zrozumienia, że nie są zainteresowani negocjacjami i zawieszeniem broni.

Na platformie X irański przywódca napisał, że podczas rozmowy z prezydentem Putinem stwierdził, że konflikt został wywołany przez Izrael i USA i jego zakończenie musi obejmować żelazne gwarancje, że sytuacja się nie powtórzy, uznanie „irańskich praw” (w domyśle na przykład do pokojowego wykorzystania energii atomowej) oraz wypłacenie reparacji wojennych. Można dopatrzyć się tu podobieństw do stanowiska Ukrainy w stosunku do Rosji. Można podejrzewać, że tak jak w przypadku wojny rosyjsko-ukraińskiej te warunki nie przyczynią się do szybkiego rozpoczęcia rokowań pokojowych.

.To twarde stanowisko Teheranu ma pewne uzasadnienie. Owszem, amerykańskie i izraelskie lotnictwa dokonują ciężkich bombardowań, ale z drugiej strony Iran też może pochwalić się pewnymi sukcesami. Według niezależnych ocen Persom udało się unieszkodliwić wiele instalacji wczesnego ostrzegania (jeśli nie wszystkie) i tym sposobem poważnie osłabić zdolność obrony przestrzeni powietrznej sąsiadujących państw, na których obszarze znajdują się liczne amerykańskie bazy wojskowe, a także samego Izraela. Członkowie koalicji antyirańskiej, szczególnie Izrael, stosują daleko idącą cenzurę, więc trudno jest ocenić skutki rakietowych ataków odwetowych, ale na przykład wiadomość, że już ok. 150 członków amerykańskich sił zbrojnych zostało rannych (w większości lekko), wydaje się wskazywać na pewną skuteczność tych ataków. Ponadto ucichły domysły na temat inwazji lądowej, której mieli dokonać Kurdowie i Azerowie czy też wojska amerykańskie – kilka dni temu szeroko spekulowano na temat wysłania tam słynnej 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Amerykańska marynarka wojenna również nie wykazuje ochoty, aby spełnić zalecenie prezydenta Trumpa i eskortować tankowce, gazowce i inne statki przez cieśninę Ormuz.

Irańska doktryna obronna

.W styczniu 2002 r. prezydent George W. Bush (junior) do „osi zła” zaliczył Irak, Iran i Koreę Północną. Niewiele ponad rok później jej pierwszy element został unicestwiony – Amerykanie wkroczyli do Bagdadu po niecałym miesiącu walk. Władze w Teheranie miały wszelkie powody, by sądzić, że niebawem przyjdzie kolej na nie, i niezwłocznie przystąpiły z jednej strony do wspierania antyamerykańskich sił we właśnie podbitym Iraku, a z drugiej do własnych zbrojeń. Biorąc pod uwagę, że państwo to nie jest wysoko rozwinięte i było objęte licznymi sankcjami, które w wielkim stopniu uniemożliwiały zagraniczne zakupy, Iran skupił całą uwagę na rozwoju stosunkowo taniego środka, który jednocześnie daje duże możliwości rażenia, czyli broni rakietowej. Kraj ten był także pionierem w zakresie jeszcze tańszej broni ofensywnej, czyli bezzałogowych bojowych statków powietrznych, powszechnie zwanych dronami. Co ważniejsze, Teheran rozwinął wszystkie szczeble wytwórstwa i dzięki temu nie podlega obcym naciskom.

Na razie irańska strategia się sprawdza. Iran jest w stanie stawić czoła największej wojskowej potędze świata. Owszem, ponosi wielkie straty, ale zachowuje zdolność do prowadzenia skutecznego odwetu i – jak to uprzednio podkreśliliśmy [Prof. Kazimierz DADAK: „Iran, amerykańska „Ukraina”, 6.03.2026, [LINK] – aby wygrać, wystarczy mu, że nie poniesie klęski. Jest tu chyba daleko idąca lekcja dla Polski, jak się zbroić, aby mieć poważną siłę odstraszania, i jednocześnie nie zbankrutować.

Dla kogo pracuje czas?

.Przez ostatnie ponad dwie dekady Iran zdołał wypracować cały szereg rakiet zdolnych do przenoszenia głowic ważących nawet tonę, także kasetowych (rozpadają się nad celem na kilkanaście lub kilkadziesiąt małych ładunków), a nawet podobno hipersonicznych (czyli takich, które rozwijają ogromne prędkości i tym samym są bardzo trudne do zwalczenia). Biorąc pod uwagę, że obecnie drony można wytwarzać praktycznie wszędzie i że wyrzutnie konieczne do ich wystrzelenia są niesłychanie proste w budowie, można zaryzykować hipotezę, że irański arsenał jest nieograniczony. Zatem czas nie wydaje się czynnikiem sprzyjającym koalicji. Tym bardziej że jak na przykład wskazują doświadczenia wojny rosyjsko-ukraińskiej, im dłużej trwa opór słabszej strony, tym większa rodzi się chęć, by jej pomagać. Stąd zakres chińskiego i rosyjskiego wsparcia dla Teheranu raczej będzie wzrastać.

„Amatorzy rozprawiają o taktyce, natomiast zawodowcy studiują logistykę”, to znane powiedzenie gen. Roberta Barrowa może w pełni potwierdzić się także w tym przypadku. Współczesne działania zbrojne wymagają ogromnych nakładów materiałowych i ten czynnik jest podstawowy w przypadku wojny na wyniszczenie. Wiele wskazuje na to, że tego typu zmagania pojawią się w wojnie z Iranem. W zakresie logistyki Iran ma niemałą przewagę, bo broni własnego obszaru, podczas gdy Stany Zjednoczone muszą dowozić sprzęt i amunicję z drugiego końca świata. Planiści w Pentagonie musieli pokładać ogromne nadzieje we własnej obronie przestrzeni powietrznej, bo główną bazę zaopatrzeniową swej 5. Floty umieścili w Bahrajnie. Obecnie baza ta jest pod ciężkim obstrzałem przeciwnika i żaden amerykański okręt nie jest w stanie z niej korzystać, nie mówiąc już o tym, że z powodu groźby ataków rakietowych cała armada znajduje się po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Tym sposobem głównym ośrodkiem zaopatrzeniowym staje się odległa wyspa Diego Garcia na Oceanie Indyjskim.

Z drugiej strony im dłużej będą trwać zmagania, tym większe straty będą ponosić amerykańscy i izraelscy sojusznicy znad Zatoki Perskiej. Tamtejsze państwa arabskie chętnie widziały amerykańskie bazy na swych terytoriach, bo skupiały uwagę tylko na jednej stronie równania – obronie przed możliwym atakiem Iranu. Obecnie okazuje się, że amerykańska obecność wojskowa może być równie dobrze wykorzystana do działań zaczepnych, które dla gospodarzy stanowią katastrofę. Na przykład Zjednoczone Emiraty Arabskie w trakcie ostatnich dekad z piaszczystego wybrzeża przerodziły się w gospodarczą potęgę dzięki taniej energii, nadzwyczaj niskim podatkom oraz wizerunkowi całkowitego spokoju i pokoju. Państwo to jest nie tylko wielkim centrum finansowym, logistycznym i przemysłowym, ale i turystycznym. Drony bojowe, uderzające w centra obliczeniowe Amazona, porty morskie i lotnicze, obróciły ten idylliczny wizerunek w perzynę. Im dłużej wojna będzie trwać, tym trudniej będzie go odbudować. Stąd państwa te będą naciskać na Stany Zjednoczone, aby ten konflikt jak najszybciej zakończyć. Już mamy poważne przesłanki, by sądzić, że na przykład Katar chce wycofać się z konfliktu.

Zaprzestanie działań wojennych będzie leżeć w interesie USA też z innych powodów. W listopadzie odbędą się tam wybory do Kongresu w połowie kadencji prezydenckiej – koszty wojny, bezpośrednie i pośrednie, będą stanowić naczelny temat kampanii. Dziennik „The Wall Street Journal” właśnie podał, że z tego powodu wielu doradców zaleca prezydentowi niezwłoczne zakończenie zmagań.

Asymetria celów

.Mamy zatem do czynienia z ogromną asymetrią celów. Zarówno dla Iranu, jak i dla Izraela toczące się działania zbrojne stanowią być albo nie być. Ajatollahowie są w pełni świadomi tego, że przeciwnikowi chodzi o unicestwienie obecnego systemu politycznego w Iranie (regime change). Z kolei porażka Izraela – zdefiniowana jako niezdolność do odniesienia zwycięstwa – podkopałaby jego prestiż w całym regionie oraz wewnątrz kraju. Wielu Żydów zdaje sobie sprawę z tego, że mieszka w arabskim „morzu”, siedzi na wulkanie – państwo Izrael może istnieć, o ile ma miażdżącą przewagę militarną. Jeśli ten czynnik zostanie zachwiany, to perspektywa przetrwania Izraela przestaje być oczywista i skutki takiego rozwoju sytuacji będą nieobliczalne.

Dlatego pomimo wielu czynników przemawiających na rzecz szybkiego zakończenia działań wojskowych prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji nie jest duże. Nawet gdyby Stany Zjednoczone postanowiły wycofać się z konfliktu – co jest mało prawdopodobne ze względu na znaczenie lobby proizraelskiego – to Izrael zapewne nie przyłączyłby się do rozejmu. Z kolei Iran ma wszelkie powody, aby jak stwierdził Pezeszkian, domagać się zawarcia pokoju, a nie rozejmu, bo w tym drugim przypadku byłby narażony na ponowny atak, co już zresztą miało miejsce. Teheran nie jest zależny od obcych dostaw wojskowych, więc nawet gdyby Moskwa i Pekin chciały wywierać naciski, to w tym zakresie mają ograniczone możliwości.

Obie strony wspinają się po „drabince eskalacyjnej”. Koalicja zbombardowała rafinerię ropy naftowej w Teheranie i natychmiast to samo spotkało rafinerię w Hajfie. Zaatakowano zakład odsalania wody w Iranie – w odwecie Iran zbombardował taką samą instalację w Bahrajnie. Konflikt uległ rozszerzeniu – Izrael bombarduje siły Hezbollahu w Libanie i zarządził całkowitą ewakuację ludności z obszaru na południe od rzeki Litani, a także z południowych dzielnic Bejrutu. Szyici (Hezbollah i Iran) nie pozostają dłużni i współpracują w przeprowadzaniu ataków rakietowych na cały Izrael. Stąd rozwój sytuacji – bez względu na to, co głoszą niektórzy politycy – nie rokuje szybkiego zakończenia wojny.

Brak zaufania

.Na przeszkodzie do zawieszenia działań wojennych stoi również zupełny brak zaufania pomiędzy stronami konfliktu. Stany Zjednoczone, szczególnie administracja Donalda Trumpa, postrzegają Iran jako państwo, któremu w żadnym przypadku nie można ufać. Z tego powodu w 2018 r. Stany Zjednoczone wycofały się z zawartego trzy lata wcześniej porozumienia dotyczącego irańskiego programu atomowego (JCPOA). Rzeczywistych powodów tego kroku nie było, bo Iran stosował się do jego zapisów. Niemal dokładnie rok temu, 26 marca, Tulsi Gabbard, Dyrektor Wywiadu Narodowego (Director of National Intelligence), podczas wysłuchań w izbie niższej amerykańskiego Kongresu powiedziała pod przysięgą, że Iran nie posiada programu wykorzystania energii nuklearnej do celów wojskowych. Amerykańska Wspólnota Wywiadowcza (Intelligence Community) niezmiennie głosi ten stan rzeczy od 2007 r. Niemniej prezydent Trump publicznie podważył tę opinię.

Iran też ma istotne powody, by powątpiewać w szczerość intencji drugiej strony. Izrael i Stany Zjednoczone dwukrotnie rozpoczęły ciężkie naloty bez wypowiedzenia wojny i w trakcie toczących się rozmów pokojowych. Celem bombardowań były nie tylko obiekty militarne, ale i przywództwo polityczne oraz wojskowe. Działania objęły obiekty o charakterze czysto cywilnym. Można zaryzykować tezę, że stoimy u progu wojny totalnej i na drabince eskalacyjnej pozostało niewiele szczebli. Według klasyfikacji Friedricha Glasla (w tym przypadku – stopni wiodących w przepaść), jesteśmy na 7. z 9 stopni (ograniczone zniszczenie). Pozostają jeszcze dwa – całkowita zagłada i „razem w otchłań”.

Ten ostatni przypadek nie jest całkiem nieprawdopodobny. W 1991 r. Seymour Hersh, znakomity dziennikarz śledczy, opublikował książkę pod tytułem Opcja Samsona. Izraelski arsenał atomowy a amerykańska polityka zagraniczna, w której twierdził, że w przypadku klęski Tel Awiw użyłby zmasowanego ataku nuklearnego i tak jak biblijny Samson spowodowałby zagładę własną i wroga. Według Hersha, gdy Izrael stał w obliczu przegranej w 1973 r. (wojna Jom Kippur), taką groźbą wymuszono na prezydencie Nixonie dostarczenie ogromnej pomocy wojskowej.

Iran nie ma broni atomowej, ale przed nalotem w dniu 22 czerwca 2025 roku wzbogacił ponad 400 kilogramów uranu do poziomu 60 proc. i nie wiemy, co stało się z tym materiałem. Teheran posiada również wirówki potrzebne do dalszego wzbogacania uranu, więc istnieje groźba wytworzenia bomby. Można podejrzewać, że w warunkach wojny podjęcie takiej próby jest bardziej prawdopodobne niż w czasach pokoju, gdy cały irański program atomowy był pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

.Paradoksalnie wojna, która miała doprowadzić do zniszczenia programu atomowego i usunięcia groźby uzyskania przez Iran bomby atomowej, być może przyniesie dokładnie odwrotny skutek. Przypadek Korei Północnej pokazuje, że najlepszą gwarancją suwerenności i nietykalności jest posiadanie własnej broni nuklearnej. Tu też można doszukiwać się ważnej lekcji dla Polski.

Kazimierz Dadak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 marca 2026