Michał KŁOSOWSKI: Kwestia Iranu jest w istocie kwestią Chin

Kwestia Iranu jest w istocie kwestią Chin

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, publikuje w prasie polskiej i zagranicznej. Autor programów radiowych i telewizyjnych. Stypendysta Departamentu Stanu USA oraz Instytutu Kultury Świętego Jana Pawła II rzymskiego Angelicum. Ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie i London University of Arts.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Operacja Epic Fury to pierwszy akt stulecia Indo-Pacyfiku. Niestety, nie ostatni – pisze Michał KŁOSOWSKI

.Relacje z Iranem najczęściej opisuje się jako problem nierozprzestrzeniania broni nuklearnej, kwestie sponsorowania terroryzmu, rywalizacji z Izraelem albo po prostu jako problem regionalnego destabilizatora. Każde z tych ujęć dotyka oczywiście realnego problemu, ale żadne nie oddaje tego, co w tej sprawie jest najważniejsze. Program nuklearny, sieć milicji rozciągająca się od Libanu po Jemen czy pytanie o architekturę bezpieczeństwa Zatoki Perskiej nabierają pełnego znaczenia dopiero wtedy, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat wielkiej strategii Chin.

Pekin bowiem od lat, inwestując miliardy dolarów, wspierał Iran jako strukturalny element chińskiej pozycji w regionie. Wiele wydarzeń na Bliskim Wschodzie staje się zrozumiałych dopiero w świetle tego faktu. Dlatego właśnie amerykańsko-izraelska operacja „Epic Fury” jest pierwszą kampanią militarną, która realnie zagraża temu układowi. Uderzając bezpośrednio w Iran, administracja prezydenta Donalda Trumpa – czy to świadomie, czy wywołując skutek uboczny swoich działań – podważa jeden z filarów chińskiej architektury regionalnej: zapewnianie pokoju i rozwoju. Czas, by powiedzieć to wprost. W czerwcu 2025 roku bowiem, kiedy Izrael rozpoczął operację „Rising Lion”, dwunastodniową kampanię precyzyjnych uderzeń, w której zniszczono irańskie instalacje wzbogacania uranu, zabito ponad trzydziestu wysokich rangą dowódców i kilkunastu naukowców związanych z programem nuklearnym; Stany Zjednoczone przeprowadziły wówczas bezpośrednie ataki na trzy obiekty atomowe. Mit możliwości odstraszania Islamskiej Republiki Iranu, budowany przez cztery dekady, rozpadł się w ciągu kilkunastu dni.

Pod koniec grudnia 2025 roku w całym Iranie wybuchły największe protesty od 1979 roku. Obejmowały wszystkie 31 prowincji i były następstwem załamania gospodarczego oraz przekonania społeczeństwa, że reżim nie jest już tak silny, jak kiedyś. W styczniu 2026 roku władze odpowiedziały masakrą, w której zginęły tysiące ludzi. Unia Europejska uznała wówczas Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej za organizację terrorystyczną, co jeszcze bardziej pogłębiło międzynarodową izolację Teheranu. Według wszelkich klasycznych kryteriów Islamska Republika Iranu jest dziś słabsza niż kiedykolwiek wcześniej. Chiny jednak pomagają ją utrzymywać. W ostatnich tygodniach pojawiły się informacje, że Teheran jest bliski finalizacji zakupu chińskich naddźwiękowych pocisków przeciwokrętowych, zdolnych zagrozić amerykańskim lotniskowcom gromadzącym się w Zatoce Perskiej – kiedy piszę te słowa, trzeci z nich zmierza w kierunku rejonu konfliktu. Wcześniej chińscy dostawcy wysłali do portu Bandar Abbas ponad tysiąc ton nadchloranu sodu – kluczowego składnika paliwa rakietowego – co pozwala odbudować znaczną część arsenału rakiet balistycznych zniszczonego wcześniej przez Izrael. Aby zrozumieć, dlaczego Pekin podejmuje takie działania i co to oznacza dla Stanów Zjednoczonych, trzeba spojrzeć szerzej, poza sam Iran, na globalną rywalizację, w której kraj Persów jest tylko jednym z elementów.

Naftowa linia życia

.Relacja ta zaczyna się od ropy. Chiny kupują ok. 90 procent irańskiego eksportu ropy naftowej, płacąc za nią znacznie mniej, niż wynosi cena rynkowa. Transport odbywa się przy użyciu tzw. „floty cieni”: tankowce wyłączają transpondery i zmieniają oznaczenia ładunku, który formalnie trafia na rynek jako ropa z Malezji czy Indonezji, omijając w ten sposób amerykańskie sankcje. Od 2021 roku wartość tych zakupów przekroczyła 140 miliardów dolarów. To właśnie dzięki temu Iran nie zbankrutował.

Dla Pekinu to układ niemal idealny, podobnie jak importowanie surowców z Rosji, co pozwala Władimirowi Putinowi finansować wojnę z Ukrainą. Model jest ten sam. Otrzymuje się tanią ropę dla gospodarki przemysłowej, oszczędzając miliardy dolarów rocznie, a w zamian zdobywa się trwały wpływ na państwo liczące dziewięćdziesiąt milionów mieszkańców (Iran), położone przy najważniejszym energetycznym szlaku świata. Teheran odcięty od większości globalnej gospodarki nie ma dokąd się zwrócić.

Gdy w 2016 roku ajatollah Ali Chamenei przyjmował w Teheranie Xi Jinpinga, nazwał dwudziestopięcioletnie irańsko-chińskie partnerstwo strategiczne „całkowicie słusznym i roztropnym”, dodając przy tym, że „zachodnie rządy nigdy nie zdobyły zaufania narodu irańskiego”. Nie była to jedynie kurtuazja wobec gościa.

Było to stwierdzenie faktu: irańska gospodarka w coraz większym stopniu opiera się na chińskich pieniądzach. Podpisane w 2021 roku kompleksowe partnerstwo strategiczne – zakładające inwestycje o wartości ok. 400 miliardów dolarów w sektor energetyczny, bankowy, telekomunikacyjny i infrastrukturalny – tylko sformalizowało proces, który już trwał. Towarowy korytarz kolejowy łączy dziś irańskie miasto Kom z chińskim Yiwu. Im głębsza jest ta integracja, tym mniejsze możliwości nacisku mają inne państwa, a tym większą dźwignię zyskuje Pekin.

Cyfrowa smycz

.Technologiczny wymiar tej relacji jest rzadziej omawiany niż handel ropą, a jednak mówi wiele o jej prawdziwej naturze. Chińskie firmy Huawei i ZTE zbudowały znaczną część infrastruktury telekomunikacyjnej Iranu. Już w 2010 roku ZTE podpisało kontrakt o wartości 130 milionów dolarów na stworzenie systemu nadzoru w irańskich państwowych sieciach telefonicznych i internetowych. Huawei stał się największym dostawcą sprzętu telekomunikacyjnego w kraju, oferując operatorom usługi lokalizacyjne, a władzom narzędzia do cenzurowania treści. Z czasem współpraca objęła także kamery do rozpoznawania twarzy, wykorzystujące sztuczną inteligencję, systemy głębokiej inspekcji pakietów danych oraz scentralizowane zarządzanie ruchem internetowym. Irańska Narodowa Sieć Informacyjna, wewnętrzny internet kontrolowany przez państwo, jest wzorowana na chińskim Wielkim Firewallu i powstała przy wsparciu chińskich technologów.

Skutki tej współpracy ujawniły się szczególnie podczas masakr w styczniu 2026 roku. Reżim niemal całkowicie odciął wówczas kraj od globalnego internetu, by uniemożliwić publikację nagrań z pacyfikacji protestów, podobnie jest w przypadku trwającego obecnie konfliktu; w nowoczesnej wojnie informacja jest nie mniej użyteczna niż zaawansowana broń. Teheran uczynił to dzięki infrastrukturze, którą przez lata pomagały budować chińskie firmy. Technologia nadzoru, pozwalająca Korpusowi Strażników Rewolucji identyfikować i śledzić przeciwników politycznych, pochodzi w końcu od tych samych firm, które wykonują identyczne zadania dla Komunistycznej Partii Chin w Sinciangu. Pekin dostarcza Iranowi narzędzia przetrwania w konfrontacji z własnym społeczeństwem z tego samego powodu, dla którego kupuje od niego ropę: uzależniony Iran jest Iranem użytecznym.

Morze Czerwone i strategia wyczerpywania

.Znaczenie Iranu dla Chin wykracza jednak dalece poza energię i technologię. Obejmuje także sferę wojen zastępczych. Najlepszym przykładem jest region Morza Czerwonego. Gdy wspierani przez Iran Huti zaczęli w 2023 roku atakować statki handlowe w cieśninie Bab al-Mandab, skutki szybko odczuła globalna gospodarka. W ciągu trzech miesięcy ruch kontenerowy przez Morze Czerwone spadł o 90 procent. W pierwszych siedmiu miesiącach zakłócone zostały dostawy towarów o wartości ok. biliona dolarów. Statki zaczęły opływać Afrykę wokół Przylądka Dobrej Nadziei, co wydłużało podróż o prawie dwa tygodnie i zwiększało koszt paliwa o milion dolarów na rejs.

Największy ciężar odpowiedzi poniosły Stany Zjednoczone. Wysłały grupy lotniskowcowe, prowadziły długotrwałe operacje powietrzne, zużywając pociski przechwytujące warte od jednego do czterech milionów dolarów każdy. Do połowy 2025 roku wykorzystano w ten sposób ok. jedną czwartą amerykańskich zapasów najbardziej zaawansowanych interceptorów. A Pekin? Chiny nie zrobiły w tym czasie nic. Statki pod chińską banderą przepływały przez region z mniejszymi zakłóceniami, Pekin nie wysłał żadnych jednostek do międzynarodowej misji ochrony żeglugi i nawet nie potępił ataków. Co więcej, chińskie firmy satelitarne dostarczały Huti dane wywiadowcze pomocne w namierzaniu statków handlowych.

Nie potrzeba teorii spiskowych, by zrozumieć logikę sytuacji. Każdy dolar wydany przez Stany Zjednoczone na obronę szlaków żeglugowych na Morzu Czerwonym to dolar mniej na budowę okrętów podwodnych, rozwój baz na Pacyfiku czy przygotowania na ewentualny konflikt wokół Tajwanu. Każda grupa lotniskowcowa wysłana do Zatoki Adeńskiej to jedna mniej na zachodnim Pacyfiku. Irańskie milicje działają więc jak mechanizm strategicznego wyczerpywania Stanów Zjednoczonych. Koszty ponosi Waszyngton, a korzyści strategiczne gromadzi Pekin. Nawet Izrael jest tu tylko pionkiem, realizującym oczywiście własne i swoich przywódców interesy.

Zabieganie o sojuszników Ameryki

.Jest jeszcze jeden wymiar tej układanki, często pomijany. Chiny pożytkują irańskie zagrożenie także w inny sposób: wykorzystują niepokój państw Zatoki Perskiej, by pogłębiać relacje z nimi – mimo że są to najważniejsi partnerzy Stanów Zjednoczonych w regionie.

Monarchie Zatoki bowiem od dziesięcioleci żyją w cieniu irańskiej agresji. Historycznie odpowiadały na nią poprzez bliski sojusz z USA. Jednak zaufanie do amerykańskiej niezawodności zaczęło słabnąć, teraz zwłaszcza, kiedy irańskie pociski trafiają w lokalizacje na terenie państw Zatoki. Proces ten rozpoczął się podczas negocjacji porozumienia nuklearnego za prezydentury Baracka Obamy, ruszył silnie po powściągliwej reakcji na ataki na instalacje Saudi Aramco w 2019 roku, a przyspieszył po wycofaniu się USA z Afganistanu. Teraz – pędzi.

Przywódcy regionu coraz częściej uznają bowiem, że nie mogą polegać wyłącznie na Waszyngtonie. Do takiego wniosku dochodzą nawet Kurdowie, odlegli od Zatoki, niemniej zawdzięczający Stanom wiele. W tę przestrzeń wkroczyły Chiny. Arabia Saudyjska sprzedaje dziś więcej ropy do Chin niż do jakiegokolwiek innego państwa. Zjednoczone Emiraty Arabskie włączyły technologie Huawei do kluczowej infrastruktury cyfrowej. Chińskie firmy budują w regionie porty, linie kolejowe, sieci 5G i inteligentne miasta.

W marcu 2023 roku Pekin doprowadził zaś do porozumienia o normalizacji relacji między Arabią Saudyjską a Iranem, dyplomatycznego sukcesu, który pokazał rosnącą rolę Chin jako mediatora na Bliskim Wschodzie. W tym samym roku saudyjski minister inwestycji Khalid al-Falih publicznie stwierdził, że świat stał się wielobiegunowy, a współpraca państw Zatoki z Chinami będzie „istotną częścią nowego porządku”.

Mechanizm jest więc czytelny: zagrożenie ze strony Iranu skłania państwa Zatoki do dywersyfikacji partnerstw, a ta dywersyfikacja zwiększa wpływy Chin. Im większa jest dźwignia Pekinu w stolicach regionu, tym mniej prawdopodobne staje się, że poprą one Waszyngton w sprawach najważniejszych dla Chin: od Tajwanu po sankcje technologiczne i przyszłość systemu finansowego opartego na dolarze. O to bowiem w istocie toczy się gra.

Dlaczego w istocie chodzi o Tajwan?

.W ten sposób dochodzimy do zasadniczego problemu. Zdaje się, że operacja „Epic Fury” nie została rozpoczęta wyłącznie po to, by ukarać ajatollaha Chameneiego za krwawe represje. Jej logika jest szersza. Każdy rok, który Stany Zjednoczone spędzają na zarządzaniu kryzysami wokół Iranu, to rok, który Chiny zyskują na przygotowanie konfrontacji na Pacyfiku. A ta konfrontacja może przyjść w postaci próby zajęcia Tajwanu.

Po pierwsze bowiem, energia. Chiny importują ok. 70 procent ropy, z czego większość przechodzi przez cieśninę Malakka. W razie konfliktu o Tajwan te szlaki stałyby się sporne. Pekin potrzebowałby alternatywnych źródeł energii: w Iranie, Rosji i w państwach Zatoki gotowych sprzedawać ropę poza systemem dolara. Jeśli do tego czasu Bliski Wschód znajdzie się w chińskiej orbicie gospodarczej, Pekin rozpocznie konflikt z zabezpieczonym zapleczem energetycznym. Po drugie – rozmieszczenie sił. Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić pełnoskalowej wojny w dwóch rejonach jednocześnie. Kampania na Morzu Czerwonym pokazała to w praktyce: milicja regionalna, wyposażona w irańską broń, była w stanie w ciągu kilku miesięcy zużyć jedną czwartą amerykańskich zapasów interceptorów. Bliski Wschód, wymagający permanentnego zarządzania kryzysowego, pochłania zasoby, które powinny wzmacniać odstraszanie na Pacyfiku. Ktoś powie przytomnie, że interwencja w Iranie zaprzepaszcza szansę wycofania się z Afganistanu.

Po trzecie – koalicje. W przypadku kryzysu wokół Tajwanu Stany Zjednoczone będą potrzebowały szerokiej międzynarodowej koalicji sankcji i presji gospodarczej wobec Chin. Jej skuteczność będzie zależeć jednak od państw produkujących energię. Jeśli Arabia Saudyjska, ZEA i inne kraje będą zbyt silnie powiązane z chińską gospodarką, by ograniczyć sprzedaż ropy Pekinowi w czasie wojny na Pacyfiku, cały system sankcji może się załamać, gdy będzie najbardziej potrzebny.

Z tych oto powodów Islamska Republika Iranu stała się centralnym filarem regionalnego porządku budowanego przez Chiny. Operacja „Epic Fury” zaczęła ten filar kruszyć.

Uderzenia militarne nie są jednak celem samym w sobie. Są pierwszym aktem szerszej rozgrywki z Pekinem, ponieważ właśnie w Iranie, może też w Pakistanie, chińska architektura na Bliskim Wschodzie jest najbardziej skoncentrowana i jednocześnie najbardziej podatna na uderzenie.

Upadek Islamskiej Republiki Iranu oznaczałby więc usunięcie jednego z największych obciążeń strategicznych Stanów Zjednoczonych, podważenie całej sieci zależności budowanej przez Pekin od Teheranu po Morze Czerwone oraz uwolnienie amerykańskich zasobów dla teatru pacyficznego – tego, który zdecyduje o kształcie XXI wieku. Aby jednak taki scenariusz się spełnił, potrzebna jest konsekwencja. A administracja amerykańska odrzuciła już pomysł porozumienia, które pozostawiłoby w mocy tajny arsenał i zbudowane przez Chiny państwo nadzoru. Pozostaje wykorzystać jednoczesną presję militarną, kruchość reżimu i międzynarodowe poparcie, by doprowadzić proces do końca.

Stawką tej operacji nie jest tylko przyszłość Iranu, ale cała globalna równowaga sił. Wbrew bowiem temu, co często zakłada zachodnia debata, problem Iranu nigdy nie dotyczył wyłącznie Iranu. Jeśli Islamska Republika Iranu zniknie z geopolitycznej układanki, Chiny stracą jeden z kluczowych elementów swojej strategii na wypadek konfliktu o Tajwan. Jeśli pozostanie, Bliski Wschód będzie nadal tym, czym Pekin chciał go uczynić: drugim frontem, którego Stany Zjednoczone nie mogą ani opuścić, ani skutecznie kontrolować.

.Uderzenia Donalda Trumpa są więc pierwszym ruchem prezydenta, który zdaje się rozumieć, że droga do Pacyfiku prowadzi najpierw przez uporządkowanie spraw na półkuli zachodniej, potem przez Azję Środkową i Teheran. Czas jednak, który jest najistotniejszym z tych czynników, ma to do siebie, że jest go coraz mniej. Wiedzą to równie dobrze w Pekinie, Moskwie i Waszyngtonie. Dlatego dopóki Iran nie zostanie zgnieciony całą siłą amerykańskiej armii, wojna będzie trwać; stąd też gniewne zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa o niemożliwości jakiegokolwiek kompromisu. A jeśli się tak nie stanie? Wówczas problem będzie miała już nie tylko Ameryka.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 marca 2026
Fot. Orhan Qereman / Reuters / Forum