Prof. Jacek KORONACKI: Im dłużej Iran trwa w oporze, tym sytuacja USA jest trudniejsza

Im dłużej Iran trwa w oporze, tym sytuacja USA jest trudniejsza

Photo of Prof. Jacek KORONACKI

Prof. Jacek KORONACKI

Profesor nauk technicznych, doktor habilitowany nauk matematycznych, były długoletni dyrektor Instytutu Podstaw Informatyki PAN. W ostatnich latach zajmował się analizą molekularnych danych biologicznych.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Nie mam pojęcia, jak można było przypuścić, że obywatele Iranu, w dużej części przeciwni panującemu reżimowi, ale przecież reżimowi dysponującemu doskonałym i bezwzględnym aparatem represji, wyjdą od razu na ulice, by ten reżim obalić. Szanse na rychłą kapitulację władz, i to kapitulację właściwie bezwarunkową oraz totalną, były prawie zerowe – pisze prof. Jacek KORONACKI

Iran AD 2026 i Irak dwadzieścia trzy lata temu…

.Przełom wieków XX i XXI upływał pod znakiem budowania przez amerykański establishment polityczny, w którym rząd dusz sprawowali tzw. neokonserwatyści, „życzliwej hegemonii” USA nad światem. Ich celem pierwszym była przebudowa Bliskiego Wschodu, mająca być przeprowadzona środkami wojennymi. Najbardziej wpływowy z neokonserwatystów, Norman Podhoretz, mówił w kontekście tej przebudowy o IV wojnie światowej (trzecią miała być – taką nomenklaturę stosował inny ważny neokonserwatysta, Eliot Cohen – zimna wojna zakończona rozpadem Związku Sowieckiego).

Dzień po tragedii w World Trade Center, a więc jeszcze przed inwazją USA na Afganistan, która nastąpiła 7 października 2001, inny wpływowy neokonserwatysta William Bennett powiedział w programie sieci telewizyjnej CNN, że Kongres musi ogłosić wojnę przeciw wojowniczemu islamowi i użyć do tego potężnej amerykańskiej siły militarnej. Bennett wymienił jako cel ataku na Bliskim Wschodzie Liban, Libię, Syrię, Irak oraz Iran (nota bene, nie wymienił Afganistanu, mimo że ten stanowił sanktuarium terrorystów Osamy Bin Ladena). W roku 2007 były sekretarz generalny NATO gen. Wesley Clark ujawnił, że Sekretarz Departamentu Obrony USA przedstawił w roku 2001 memorandum, w którym planował zaatakowanie i wymianę rządów w wymienionych krajach Bliskiego Wschodu oraz w Somalii i Sudanie w ciągu 5 lat.

Dwudziestego września 2001 r. czterdziestu najbardziej wpływowych neokonserwatystów wystosowało do Białego Domu list otwarty, instruujący Prezydenta George’a W. Busha jak ma wyglądać wojna z terroryzmem. List miał formę ultimatum. Aby zachować poparcie sygnatariuszy, oświadczono, prezydent musi wszcząć akcję przeciw Hezbollahowi, a także przeciw Syrii i Iranowi, jeśli te nie rozluźnią swoich związków z Hezbollahem, oraz musi obalić Saddama Husseina. Zaniechanie ataku na Irak, ostrzegli Busha, będzie wczesnym i być może decydującym poddaniem się w wojnie przeciw terroryzmowi.

Opowiedzenie się neokonserwatystów za zbrojną przebudową Bliskiego Wschodu nie wzięło się znikąd. Miesiąc przed inwazją na Irak 20 marca 2003 r. jeden z redaktorów Washington Post, Robert Kaiser, zacytował wysokiego rangą urzędnika administracji USA, który miał mu powiedzieć: dziś tu rządzą poplecznicy Likudu. Jako członków proizraelskiej sieci w administracji Kaiser wymienił Richarda Perle’a (w owym czasie doradcę prezydenta George’a W. Busha i szefa Rady Polityki Obronnej), Paula Wolfowitza i Douglasa Feitha (wiceministrów w Departamencie Obrony), Davida Wurmsera z Departamentu Obrony i Elliota Abramsa z Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

W roku 1996 Perle, Feith i Wurmser napisali dla premiera Netanyahu tekst pt. Czyste zerwanie: Nowa strategia zabezpieczenia terytorium kraju. Chodziło o zerwanie z duchem i literą porozumienia z Oslo (które były od początku równie chętnie gwałcone przez Autonomię Palestyńską Arafata). Konserwatywny komentator Patrick Buchanan przypominał w artykule z marca 2003 r., iż wedle strategii Perle’a, Feitha i Wurmsera, wrogiem Izraela pozostaje Syria, ale droga do Damaszku wiedzie przez Bagdad. Przypominał też: W roku 1992 przeciek sprawił, że do opinii publicznej dotarł ciekawy dokument z biura Paula Wolfowitza w Pentagonie. Memoriał Wolfowitza wzywał do amerykańskiej stałej wojskowej obecności na sześciu kontynentach, by „odstraszyć potencjalnych konkurentów od podjęcia prób odegrania bardziej znaczącej roli globalnej lub lokalnej”. Plan Wolfowitza został odrzucony za prezydentury George’a H. W. Busha, ale wrócono doń po ataku terrorystycznym 11 września 2001 r.

Krótko mówiąc, neokonserwatyści byli częścią lobby izraelskiego. Byli też przekonani, że skoro świat stał się jednobiegunowy z USA jako jedynym mocarstwem zdolnym zapanować nad światem, to mocarstwo to powinno przyjąć rolę takiego hegemona, jakkolwiek „życzliwego”. Przeciwni utopii amerykańskiej „życzliwej hegemonii” oraz inwazji na Irak byli tzw. paleokonserwatyści, ale ci zostali pozbawieni za sprawą neokonserwatystów jakichkolwiek wpływów politycznych na przełomie lat 1980-tych i 1990-tych. Przeciwni im byli również polityczni realiści, ale byli ignorowani. Chęć promowania demokracji liberalnej jak świat długi i szeroki uważali nie tylko za nonsens, ale przede wszystkim zapowiedź klęsk USA w przyszłości, od klęski w Iraku poczynając. Jednak administracja przyjęła za swoją strategię proponowaną przez lobby izraelskie i tak zaczął się okres awanturniczej polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie. Amerykanie doświadczyli faktycznej klęski w Iraku i upokarzającego finału wojny w Afganistanie, nie mówiąc o kompromitującej interwencji w Libii.

Słowo o syjonizmie chrześcijańskim

.Prezydent Bush junior był reprezentantem tego utopijnego nurtu myśli protestanckiej, którego marzeniem jest zaprowadzenie raju na ziemi (jeszcze na przełomie wieków XX i XXI utożsamianego z demokracją liberalną). Według rzeczonego nurtu wymaga to praktycznie bezwarunkowego poparcia dla Izraela. I takiego właśnie poparcia udzielały Izraelowi szerokie rzesze wyborców republikańskich. Tym samym udzielały go polityce administracji amerykańskiej prowadzonej pod dyktando „popleczników Likudu”.

Poparcie to miało swoje arcyciekawe religijne, czy lepiej to wyrażając, teologiczne źródło (jakby nie było pomylone zdaniem innych chrześcijan – katolików, wielu luteranów, prezbiterian, anglikanów). Otóż według XIX- i XX-wiecznych protestanckich fundamentalistów oraz wielu tzw. chrześcijan ewangelikalnych Boży plan eschatologiczny wymaga obecności państwa Izrael na Ziemi Świętej. Zgodnie z ich odczytaniem Apokalipsy św. Jana, w eschatologicznej bitwie w Har-Magedon (Armagedon, Ap. 16.16) Izrael, bliski ostatecznej klęski z ręki Antychrysta, przejrzy i zobaczy Chrystusa wracającego na ziemię wraz z wcześniej wniebowziętymi sprawiedliwymi (chrześcijanami), którzy pod wodzą Pana pokonają wrogów Izraela. Odtąd Jezus będzie rządzić światem przez tysiąc lat, tu na ziemi, mając za stolicę Jerozolimę. I dopiero po milenium Królestwa Bożego na ziemi pod rządami Jezusa nastąpi Sąd Ostateczny.

Taka eschatologia, zwana premillenaryzmem, jest częścią nurtu teologicznego znanego w Ameryce jako dyspensacjonalizm. Fundamentem tego nurtu jest dosłowne odczytywanie Pisma Świętego. Inaczej niż czyni to biblistyka katolicka i tradycyjna protestancka, teologowie i bibliści wyznający dyspensacjonalizm odrzucają interpretację Pisma Świętego w kontekście historii, z uwzględnieniem specyfiki różnych form literackich. Jednym z kanonów takiej egzegezy jest w rezultacie częste rozumienie słowa Izrael w Biblii jako odnoszącego się do państwa Żydów, a nie do Ludu Bożego. Dla takiego „syjonisty chrześcijańskiego” Izrael Nowego Testamentu to niekiedy Kościół, ale częściej państwo żydowskie z jego terytorium na Ziemi Świętej. Wedle tej myśli odrodzenie się Izraela w czasach obecnych musiało się przeto ziścić, zaś trwanie tego państwa jest niezbędne, by przejść w czas ostateczny. Izrael ma zostać wówczas zbawiony jako byt odrębny od dzisiejszego Kościoła Chrystusowego.

Dyspensacjonalista William E. Blackstone, autor pierwszej książki-bestsellera dyspensacjonalitycznego, wystąpił w roku 1890 z petycją do prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz monarchów Europy o utworzenie na terenie Palestyny państwa izraelskiego. Petycję podpisało 413 osób – dziennikarze, pastorzy, rabini, działacze przemysłowi i finansowi (jak przemysłowiec Cyrus McCormick Jr. związany z Johnem D. Rockefellerem, sam John D. Rockefeller, J.P. Morgan), burmistrzowie Chicago, Nowego Jorku i Bostonu, Przewodniczący Sądu Najwyższego oraz spiker Izby Reprezentantów Kongresu. Blackstone zaczął organizować konferencje syjonistów chrześcijańskich. Przez niektórych został obwołany ojcem syjonizmu, ponieważ swoimi postulatami wyprzedził o parę lat Teodora Herzla. Jego petycję przypomniano sobie, gdy przygotowywana była słynna deklaracja Balfoura z 2 listopada 1917 r.

Syjonizm chrześcijański traci w społeczeństwie amerykańskim na znaczeniu wraz ze starzeniem się białej populacji i włączaniem się do polityki jej młodszego pokolenia, i także wraz ze zmianami składu etnicznego całej populacji. Ale jeszcze dwie dekady temu był bardzo dobrze widoczny w Ameryce i żyje w USA nadal.

Statystyki dotyczące różnych grup chrześcijan ewangelikalnych pozwalały ocenić, że w drugiej dekadzie tego wieku mniej więcej co szósty członek populacji amerykańskiej był ewangelikalnym syjonistą. Ankieta wyspecjalizowanej agendy Grupy Medialnej Bloomberg, przeprowadzona 6-8 kwietnia 2014 roku na grupie 1008 osób (błąd wyniku plus minus 3,1%), pokazała, że ponad 2/3 wyborców republikańskich uważało, iż politykę Izraela należy popierać nawet wtedy, gdy ta nie odpowiada interesom amerykańskim (to samo dotyczyło około 1/3 demokratów).

Wspomniana ankieta miała miejsce 12 lat temu i od tego czasu, nie wspominając o czasie wcześniejszym, Ameryka się zmieniła. Według renomowanego ośrodka Pew Research Center w USA w roku 2014 w grupie wiekowej 18-29 lat za chrześcijan uważało się 55% osób (w tym chrześcijan ewangelikalnych 20%, protestantów głównych wyznań 10%, katolików 16%). W roku 2007, w tej samej grupie wiekowej jako chrześcijanie przedstawiało się 68% osób. W latach 2023/2024 w grupie wiekowej 18-29 lat chrześcijan było 45% (w tym chrześcijan ewangelikalnych 17%, protestantów głównych wyznań 7%, katolików 14%). W grupie wiekowej 50-64 lata za chrześcijan uważało się 72% osób w latach 2023/2024, 78% w roku 2014 i 81% w roku 2007. Zaś ujmując całość tej kwestii krótko i węzłowato, dzisiejszy ruch MAGA nie jest ruchem syjonistów, wszystko jedno czy chrześcijańskich, czy przyznających się do innych albo nie przyznających do żadnej religii.

Łatwiej ich znaleźć w kręgach władzy. Na kilku przykładach. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych za pierwszej kadencji Donalda Trumpa, Mike Pence, który w czasie studiów opuścił Kościół katolicki by dołączyć do ewangelikalnych syjonistów, był tak gorącem mecenasem Izraela, jakim był. Tom DeLay, który za młodu stracił wiarę, nawrócił się, ale wybrał chrześcijaństwo ewangelikalne w jego syjonistycznej wersji. Był ważnym członkiem Izby Reprezentantów Kongresu w latach 1985 – 2006, m.in. przewodniczącym republikańskiej większości w Kongresie w latach 2003 – 2005. A gdy zapytać o chwilę obecną? Syjonistami chrześcijańskimi są np. spiker Izby Reprezentantów Kongresu Mike Johnson oraz sekretarz obrony (obecnie mówi się też wojny) Pete Hegseth.

Inwazja na Iran

.Czy sprzyjanie jakiemuś państwu implikuje wspieranie jego interesów w sposób irracjonalny? Oczywiście nie. Można się było uśmiechnąć czytając wyjaśnienie dziś już nieżyjącego Henry’ego Kissingera, dlaczego Steve Bannon – wcześniej ważny doradca Donalda Trumpa oraz jego główny strateg polityczny – stracił posadę w Białym Domu zaledwie 7 miesięcy po objęciu urzędu prezydenckiego przez Trumpa w roku 2017. Jak to wówczas ujął Kissinger, konflikt między Jaredem Kushnerem, zięciem i także doradcą Trumpa, oraz Bannonem, który to konflikt zaważył na klęsce Bannona, był konfliktem między żydowskim i nieżydowskim pojmowaniem proizraelskiej polityki USA; ów konflikt widział Kissinger tak: czy jest się zawsze, jak Kushner, czy tylko niekiedy, jak Bannon, za polityką postulowaną przez premiera Izraela Benjamina Netanjahu. Ale przecież wyraźnie proizraelskie sympatie prezydenta USA nie pchały go nigdy w stronę decyzji, które w jakikolwiek sposób świadczyłyby o przedkładaniu interesu Izraela nad interes Ameryki. Czy i tym razem, podejmując decyzję o zaatakowaniu Iranu z powietrza i morza, Prezydent Trump kierował się dobrze zdefiniowanym interesem swojej ojczyzny, czy też wystarczyły mu racje za inwazją przedstawiane przez premiera Netanjahu?

W rządzie Prezydenta Trumpa nie ma neokonserwatystów, którzy byli częścią lobby izraelskiego. Są w nim syjoniści, ale znowu, żadną miarą nie implikuje to, że bardziej im zależy na dobru Izraela – tak, jak to jest pojmowane przez jego obecny rząd – niż na dobru ich własnej ojczyzny. Wszakże, gdy czytam dziesiątki analiz ekspertów, nie tylko polskich, szukających dobrego dla USA wyjaśnienia inwazji na Iran, to – przyznaję się – nie potrafię takiego wyjaśnienia znaleźć. Rodzi się tedy podejrzenie, że ów syjonizm i nie tylko on, bo również inaczej motywowane pójście na rękę Izraelowi – zaważyły na decyzji o inwazji.

Nie mam pojęcia, jak można było przypuścić, że obywatele Iranu, w dużej części przeciwni panującemu reżimowi, ale przecież reżimowi dysponującemu doskonałym i bezwzględnym aparatem represji, wyjdą od razu na ulice, by ten reżim obalić. Szanse na rychłą kapitulację władz, i to kapitulację właściwie bezwarunkową oraz totalną, były prawie zerowe. Władze te musiały być świadome ryzyka inwazji, choćby dlatego, że jasne było, iż negocjacje z rządem USA, mimo zgłaszanej przez Iran gotowości do znaczących ustępstw, nie przyniosą rezultatu – jak mogło być inaczej, skoro Prezydent Trump wyznaczył na negocjatorów wyjątkowo lojalnych sprzymierzeńców Izraela, Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera. Iran był – na ile mu jego siły na to pozwalają – przygotowany na odpowiedź na inwazję z powietrza. I może mieć zapasy amunicji, by wojnę przedłużać, atakować inne państwa regionu, prowadzić do zapaści ekonomicznej nieomal globalnej. Słowem, USA ryzykowały ogromnie atakując Iran i to one mogą ponieść faktyczną klęskę. Im dłużej Iran trwa w oporze, tym sytuacja USA jest trudniejsza. Ameryki nie stać również na nadmierne uszczuplenie własnych zapasów broni. Czy Iran aż tak zagrażał Ameryce, że warto było to ryzyko podjąć? Wzmocnienie pozycji Izraela na Bliskim Wschodzie przez doprowadzenie do choćby i implozji państwa irańskiego oraz zapanowanie w regionie chaosu może odpowiadać Izraelowi, ale prawie na pewno odbierze władzę Republikanom.

John Mearsheimer, geopolityk, którego nie wolno lekceważyć, najważniejszy reprezentant tzw. realizmu ofensywnego, nie ma wątpliwości, że władze USA uległy presji lobby izraelskiego. Nie wiem, czy Mearsheimer ma rację. Mearsheimer nie wskazuje, gdzie tego lobby szukać. Czas pokaże, ile racji było w decyzji Prezydenta Trumpa i jego administracji.

Jacek Koronacki

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 marca 2026