Michał KŁOSOWSKI: Kto mrugnie pierwszy?

Kto mrugnie pierwszy?

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, publikuje w prasie polskiej i zagranicznej. Autor programów radiowych i telewizyjnych. Stypendysta Departamentu Stanu USA oraz Instytutu Kultury Świętego Jana Pawła II rzymskiego Angelicum. Ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie i London University of Arts.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

To miała być szybka operacja; precyzyjna, ograniczona i przeprowadzona z chirurgiczną precyzją. W strategicznej logice Tel Awiwu i Waszyngtonu uderzenie w Iran miało bowiem sparaliżować kluczowe elementy aparatu państwowego i wojskowego tego kraju, takie jak systemy obrony powietrznej, centra dowodzenia, infrastrukturę rakietową, a jego celem nie była klasyczna wojna, lecz dekapitacja reżimu ajatollahów i doprowadzenie do politycznego wstrząsu wewnętrznego. Po dwóch tygodniach wiemy już jednak, że tak się nie stało – pisze Michał KŁOSOWSKI

.Coraz wyraźniej widać, że rzeczywistość wygląda inaczej. Zamiast krótkiej operacji specjalnej (sic!) pojawia się konflikt przypominający wojnę na wyczerpanie: walkę o zasoby, odporność społeczną, międzynarodową opinię publiczną i czas. Bo Iran się broni. Izrael i Stany Zjednoczone uderzają zaś coraz mocniej. A każda kolejna fala nalotów podnosi stawkę.

Militarne sukcesy, ale bez wyjścia z wojny

.Z perspektywy wojskowej pierwsza faza operacji przyniosła realne rezultaty. Amerykański strateg republikański Adolfo Franco, były doradca senatora Johna McCaina, twierdzi nawet, że Stany Zjednoczone osiągnęły już znaczące cele militarne. Jego zdaniem amerykańskie uderzenia zniszczyły lub poważnie osłabiły irańską obronę powietrzną oraz lotnictwo, a także uderzyły w infrastrukturę produkcji i odpalania rakiet balistycznych oraz dronów. Zdolności Iranu w tym zakresie miały więc zostać znacząco ograniczone.

Jednocześnie jednak – jak podkreśla – droga wyjścia z konfliktu wciąż jest bardzo odległa. Donald Trump od początku mówił, że operacja może potrwać co najmniej cztery do pięciu tygodni; w chwili powstawania tego tekstu bylibyśmy więc w połowie tego okresu. I choć działania militarne mogą przebiegać szybciej, niż planowano, nie oznacza to szybkiego końca wojny. „Nikt nie mówił, że to potrwa 12 godzin” – zauważa Franco. To zdanie dobrze oddaje charakter momentu, w którym się znaleźliśmy: przewaga militarna nie oznacza politycznego rozwiązania.

Wojna asymetryczna, czyli broń słabszego

.Problem polega bowiem na tym, że Iran nie próbuje wygrać tej wojny w klasyczny sposób. Teheran sięga po strategię, którą rozwija od dziesięcioleci: wojnę asymetryczną. W konfliktach, w których jedna strona ma zdecydowaną przewagę militarną, jak w przypadku USA i Izraela, słabszy przeciwnik stara się unikać bezpośredniej konfrontacji. Zamiast tego uderza w słabe punkty przeciwnika: logistykę, koszty, polityczną cierpliwość, opinię społeczną i stabilność regionu. Iran wykorzystuje w tym celu kilka narzędzi.

Po pierwsze i najważniejsze, taktykę wyczerpywania przeciwnika. Teheran wysyła fale stosunkowo tanich dronów i rakiet, które zmuszają Izrael i USA do używania niezwykle drogich systemów obrony powietrznej. Jeden irański dron typu Shahed kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Rakiety przechwytujące z systemów Patriot czy THAAD nawet kilka milionów. Ta dysproporcja sprawia, że konflikt staje się wojną kosztów. Drugim elementem irańskiej strategii jest uderzenie w globalną gospodarkę. Iran zablokował cieśninę Ormuz, kluczowy szlak transportu ropy, przez który przechodzi ok. 20 procent światowych dostaw surowców energetycznych. Ataki na tankowce i napięcia w Zatoce Perskiej natychmiast wywołały skok cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę. Rynki finansowe reagują nerwowo, a w regionie pojawiają się obawy przed globalnym kryzysem energetycznym.

Teheran sygnalizuje też gotowość do uderzeń w infrastrukturę gospodarczą, czyli banki, porty, centra technologiczne oraz przechowywania danych czy instalacje energetyczne, a nawet wodne powiązane z USA i Izraelem. W świecie globalnych rynków finansowych nawet ograniczone działania mogą wywoływać efekt domina. Kraje regionu były w końcu od dziesięcioleci budowane jako oazy bezpieczeństwa i konkurencyjności dla inżynierów czy programistów z całego świata. A skoro współcześnie globalnym językiem są dane, to atak na taką właśnie infrastrukturę czy tych, którzy w istocie tworzą stelaż świata danych, może być po prostu zabójczy.

Sieć sojuszników i obrona „mozaikowa”

.Trzecim filarem jest system regionalnych sojuszników i organizacji zbrojnych. Hezbollah w Libanie, milicje szyickie w Iraku, ugrupowania w Syrii czy Huti w Jemenie pozwalają Iranowi prowadzić działania na wielu frontach jednocześnie. Dzięki temu Teheran może rozproszyć uwagę przeciwnika i zmusić go do angażowania ogromnych zasobów w różnych częściach regionu. A jeśli dodać do tego pomoc z Chin, otrzymujemy niezwykle skomplikowany obraz sieci powiązań, które utrzymują kraj ajatollahów na powierzchni.

Iran od lat przygotowywał się także na scenariusz uderzenia dekapitacyjnego. Dlatego jego system dowodzenia nie jest scentralizowany w jednym miejscu. Aż dziw bierze, że najpotężniejsze organizacje wywiadowcze świata nie ostrzegły przed tym swoich przywódców: zabicie ajatollaha Chomeiniego niewiele dało. Iran to nie Wenezuela. W odpowiedzi bowiem na taką możliwość powstała tzw. mozaikowa struktura obrony: sieć półautonomicznych dowództw regionalnych, powiązanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Jej celem jest jedno: sprawić, aby państwo było trudne do sparaliżowania jednym uderzeniem. W praktyce oznacza to, że po zniszczeniu części infrastruktury system nadal działa i nie tylko się broni, ale jest nawet w stanie aktywnie odpowiadać.

Wojna kosztów

.Ta strategia, przynajmniej częściowo, już zaczyna przynosić efekty. Według analiz pierwsze 100 godzin operacji „Epic Fury”, amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran, kosztowało Stany Zjednoczone ok. 3,7 mld dolarów. Szacunki mówią nawet o 1–2 mld dolarów dziennie. Pentagon już przygotowuje dodatkowy budżet rzędu 50 mld dolarów, aby uzupełnić zużyte zapasy rakiet Tomahawk oraz pocisków przechwytujących Patriot i THAAD.

Kłopot w tym, że Teheran liczy właśnie na taki efekt. Celem ajatollahów nie jest bowiem szybkie zwycięstwo militarne, lecz wydłużenie konfliktu, podniesienie jego kosztów i wywołanie presji politycznej w Waszyngtonie i Tel Awiwie.

A na dynamikę konfliktu wpływa także jego moment religijny i symboliczny. Ataki nastąpiły w czasie ramadanu, świętego miesiąca dla muzułmanów. Część nalotów zbiegła się także z obchodami święta al-Quds, muzułmańskiego, nie tylko irańskiego, dnia solidarności z Palestyną. Choć to właśnie z punktu widzenia społeczeństwa irańskiego ma ogromne znaczenie symboliczne.

Historia pokazuje bowiem, że zewnętrzny atak często konsoliduje społeczeństwa, nawet jeśli wcześniej były podzielone. Wielu Irańczyków krytykuje własny rząd i system polityczny Republiki Islamskiej, ale w obliczu bombardowań logika polityczna się zmienia. Naloty – nawet jeśli planowane jako precyzyjne – mają zawsze konsekwencje dla cywilów. Przykładowo – ataki na instalacje naftowe przyniosły poważne skutki środowiskowe, powodując zanieczyszczenie powietrza i problemy zdrowotne mieszkańców. To zmienia wewnętrzną percepcję konfliktu. Nawet ci, którzy nie popierają irańskiej władzy, zaczynają widzieć w atakach zagrożenie dla własnego życia. Wrogość kieruje się więc przede wszystkim przeciwko tym, którzy bombardują, przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi. Paradoks polega na tym, że presja militarna, która miała osłabić reżim, może wzmacniać społeczną odporność państwa.

Wojna czasu

.Dlatego konflikt coraz bardziej przypomina wojnę czasu. Po jednej stronie stoi przewaga technologiczna i militarna USA oraz Izraela. Po drugiej zaś opracowywana przez dwie dekady strategia przetrwania Iranu, polegająca na rozciąganiu konfliktu, zwiększaniu jego kosztów i destabilizowaniu całego regionu, a nawet jak można przypuszczać, atakach terrorystycznych na cele w Ameryce i Europie. Celem Teheranu bowiem nie jest szybkie zwycięstwo. Celem jest sprawić, by wojna stała się zbyt droga politycznie i gospodarczo dla przeciwnika; celem jest przetrwanie. Najważniejsze pytanie nie brzmi już: kto wygra bitwę; ale kto pierwszy ustąpi.

Czy Iran pęknie pod ciężarem sankcji, bombardowań i kryzysu gospodarczego? Czy może to Ameryka i Izrael napotkają granice swojej politycznej cierpliwości, gdy koszty konfliktu będą rosły z każdym tygodniem? W drugim tygodniu tej wojny widać, że nie chodzi już tylko o przewagę militarną, ale o odporność państwa, społeczeństwa i gospodarki.

I o to, kto pierwszy mrugnie.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 marca 2026