
Wojna z Iranem. Kiedy przesilenie?
Pomimo groźby porażki w nadchodzących wyborach do Kongresu w połowie prezydenckiej kadencji – prawdopodobieństwo wzmożenia działań wojennych, wysłania jeszcze większych sił w rejon Zatoki Perskiej przez obecną administrację jest dużo większe niż zawarcie ugody – pisze prof. Kazimierz DADAK
.Lord Alex Younger, były szef brytyjskiej służby specjalnej MI6, na pytanie dziennikarza tygodnika „The Economist”, która strona ma w tej chwili przewagę, bez wahania odpowiedział: „Iran” [LINK]. Lord Younger wyraził to zdanie ze ściśniętym gardłem, bo w trakcie swej 30-letniej służby w Secret Intelligence Service wielokrotnie krzyżował szpadę z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (ang. IRGC) i ma z nim rachunki do wyrównania.
Powyższe zdanie nie jest bezpodstawne. Pierwsze uderzenia wymierzone w ośrodki władzy ajatollahów nie doprowadziły do buntu ludności. Można odnieść wrażenie, że odniosły wręcz odwrotny skutek. W wielkim marszu z okazji Dnia Al-Quds (Dzień Solidarności z Palestyną, 13 marca) w Teheranie udział wzięli czołowi przedstawiciele władz, włącznie z prezydentem Masudem Pezeszkianem i ówczesnym sekretarzem najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Alim Laridżanim. Oficjele byli wmieszani w tłum i nikt im krzywdy nie zrobił [LINK]. Laridżani zginął kilka dni później nie od kuli zamachowca, tylko od izraelskiej bomby. Zatem wydaje się, że nieustanne apele premiera Binjamina Netanjahu do Irańczyków, aby niezwłocznie wystąpili przeciw władzy, nie odniosą zamierzonego skutku.
Wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa też wskazują na malejące oczekiwania Waszyngtonu. Zaraz po rozpoczęciu bombardowań amerykański przywódca przewidywał zmianę władzy (regime change) i domagał się bezwarunkowej kapitulacji, natomiast ostatnie kroki wskazują na to, że jest skłonny zadowolić się dużo mniejszymi osiągnięciami. Amerykanie negocjują z obecnymi władzami, a wśród 15 punktów, które mają stanowić podstawę rokowań, znajdują się poważne ustępstwa, na przykład zdjęcie wszelkich sankcji. Niemniej Iran zdecydowanie odrzucił tę propozycję i stwierdził, że ma ona „maksymalistyczny” charakter i jest „niedorzeczna”. Ze swej strony Teheran wysunął żądania (5 punktów), które z punktu widzenia Waszyngtonu mają taki sam charakter. Stąd trudno odnieść wrażenie, że dyplomacja może doprowadzić do zawieszenia broni, nie mówiąc już o traktacie pokojowym.
Inne kroki podejmowane przez administrację Trumpa również wskazują na brak perspektyw dla rokowań. Pentagon wysyła posiłki, dwie grupy ekspedycyjne i część 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej, co daje możliwość prowadzenia działań na lądzie. To, że w pośpiechu są przenoszone dodatkowe siły, świadczy o tym, że pierwotny plan prowadzenia działań wyłącznie z powietrza spalił na panewce. Niemniej przybywające tam posiłki są zbyt szczupłe, aby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść koalicji amerykańsko-izraelskiej. Przy ich pomocy można zdobyć jakiś ważny punkt, mówi się o wyspie Chark albo wyspach w cieśninie Ormuz, ale nie zmusić przeciwnika do wywieszenia białej flagi.
Przesilenie?
.Jeśli lord Younger (oraz inni analitycy) ma rację, że inicjatywa należy do Iranu, to mielibyśmy do czynienia z klasycznym przykładem clausewitzowskiego „przesilenia”, chwili, w której jedna strona uzyskuje przewagę i raczej jej nie utraci. W takim momencie strona, która traci rozpęd, winna dążyć do szybkiego zakończenia zmagań. Fakt, że to Trump wystąpił z inicjatywą negocjacji, wskazuje raczej na to, że Waszyngton zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Wojna trwa już miesiąc i zapowiedzi, że zostanie zakończona w takim przedziale czasu, się nie ziściły. Skoro blitzkrieg się nie powiódł, to logicznie rzecz biorąc, najbardziej prawdopodobny jest scenariusz z długotrwałą wojną. W takiej sytuacji rodzi się podstawowe pytanie, która z walczących stron jest lepiej przygotowana do wojny na wyniszczenie.
Oczywiście z wojskowego i gospodarczego punktu widzenia USA, Izrael i ich sojusznicy mają miażdżącą przewagę. Ale z podobną sytuacją mieliśmy w przeszłości wielokrotnie do czynienia i te czynniki nie zaważyły na ostatecznym wyniku. Północny Wietnam i Vietcong, nawet wspierani przez ZSRS, nie równali się amerykańskiej potędze, a mimo to odnieśli zwycięstwo. Podobnie afgańscy talibowie walczyli praktycznie z całym NATO i także wygrali. Wcześniej afgańscy mudżahedini pokonali ZSRS, państwo, które wówczas było uważane za supermocarstwo. Ostatnio Rosja ugrzęzła na Ukrainie, mimo że „na papierze” posiada zdecydowaną przewagę w zakresie siły ognia.
Były zastępca Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych NATO w Europie, emerytowany generał lord Richard Shirreff, stwierdził w rozmowie z dziennikarzem BBC News, że w tej chwili Donald Trump ma do wyboru dwie możliwości: albo, mówiąc kolokwialnie, „pójść na całego” i dokonać inwazji włącznie z zajęciem Teheranu, albo ogłosić, że cele napaści na Iran zostały w pełni osiągnięte, i wycofać się z wojny. Pierwsze jest niewyobrażalne, bo wymagałoby milionowej armii, a drugie oznaczałoby niesłychany uszczerbek na wizerunku.
Ponownie przywołajmy von Clausewitza – „mgła wojny” przyczynia się do podejmowania niekoniecznie w pełni racjonalnych decyzji. Gromadzenie sił zdolnych do zajęcia jakichś obiektów w Iranie grozi dalszą eskalacją działań. Amerykanom zapewne uda się zająć jakiś strategicznie ważny punkt w Iranie (pytanie, z jakimi stratami), ale nie jest oczywiste, że te ograniczone siły, które tam właśnie docierają, będą w stanie utrzymać zajęty obszar. Do tego drugiego celu niezbędne są potężne siły lądowe i zaplecze logistyczne, lecz ani jednego, ani drugiego koalicja w tamtej okolicy nie posiada. Według dziennika „The New York Times” na skutek irańskiego bombardowania aż 13 amerykańskich baz wokół Zatoki Perskiej nie nadaje się do użytku [LINK]. Dalsze ataki, na przykład na największą amerykańską bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej [LINK], osłabiają zdolności koalicji do działań lądowych.
Nawet gdyby się okazało, że do czynnych działań przystąpią wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich – są sygnały, że te państwa są gotowe to uczynić – to do przezwyciężenia pozostają ogromne kłopoty logistyczne. Stany Zjednoczone musiałyby opanować całe wybrzeże Iranu nad cieśniną Ormuz i wokół niej, czyli kilkaset kilometrów, aby móc bezpiecznie przewozić zaopatrzenie do Zatoki Perskiej. Druga możliwość, transport wojska i materiałów przez całą Arabię Saudyjską, też nie jest prosta, ponieważ dojście do portów tego kraju od południa przez cieśninę Bab al-Mandab jest blokowane przez ruch Huti w Jemenie. Jedyną możliwość stanowi droga z Europy przez Kanał Sueski, ale także i tu Huti mogą dokonywać dywersji. Miejmy nadzieję, że Pentagon znajdzie skuteczne rozwiązanie tych problemów, aczkolwiek dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem.
Wspinaczka po drabince eskalacyjnej
.W przypadku dalszej eskalacji i długotrwałej wojny zasadniczymi czynnikami determinującymi rozwój sytuacji będą zasoby materiałowe i ludzkie oraz zdolność zainteresowanych stron do „znoszenia bólu”. Ten ostatni czynnik odnosi się nie tylko do Iranu, który jest nieustannie bombardowany – i jeśli wierzyć prezydentowi Trumpowi i sekretarzowi Hegsethowi, Amerykanie są w stanie jeszcze bardziej zwiększyć natężenie nalotów – ale i do koalicji, szczególnie Izraela. Z danych opublikowanych przez brytyjski trust mózgów Royal United Services Institute (RUSI – najstarsza taka instytucja zajmująca się sprawami wojskowymi i bezpieczeństwa) wynika, że izraelskie zasoby pocisków przechwytujących Arrow są na wyczerpaniu, a amerykańskie zasoby pocisków do systemu THAAD także się kończą [LINK]. Zatem główny atut, jaki posiada koalicja, czyli zdolność do obrony przestrzeni powietrznej, niebawem może zostać utracony. Obu stronom zmagań pozostaną środki do działań ofensywnych i w tym przypadku Iran może mieć przewagę. Państwo to od dwu dekad przygotowywało się do obecnej sytuacji i prawdopodobnie ma ciągle pokaźne zapasy rakiet balistycznych. Amerykańskie szacunki głoszą, że tylko 1/3 irańskiego potencjału w tym zakresie została zniszczona, a kolejna 1/3 uszkodzona, jednakże tylko Persowie wiedzą, jaki arsenał Iran posiadał w chwili wybuchu wojny i jakie poniósł straty.
Dotychczasowe zmagania cechują się eskalacją zarówno w poziomie, jak i w pionie. Coraz więcej podmiotów bierze udział w walkach lub jest obiektem ataków, a z drugiej strony coraz bardziej wrażliwe obiekty są przedmiotem bombardowań. Eskalacja wszerz sprzyja Iranowi, bo nie tylko on ponosi koszty wojny. Wzmożenie działań wojskowych, bezpośrednio i pośrednio dotykających stron, które w tej chwili nie są militarnie zaangażowane, sięga spraw gospodarczych, wojskowych i politycznych. Irańska blokada cieśniny Ormuz i ataki na infrastrukturę służącą do wydobycia i transportu ropy naftowej i gazu ziemnego ogromnie zwiększają koszty ekonomiczne dla całego świata i ten czynnik wywołuje naciski polityczne na inicjatorów tego przedsięwzięcia. Kraje niebędące uczestnikami wojny domagają się, aby ten krwawy spór szybko zakończyć.
Taktyka rozszerzania konfliktu przyniosła Iranowi wymierne niewojskowe pożytki. Bombardowanie instalacji naftowych i blokada ruchu tankowców w cieśninie Ormuz spowodowały gwałtowny wzrost ceny ropy naftowej. Aby ograniczyć ten inflacyjny czynnik, rząd Stanów Zjednoczonych zawiesił sankcje na irański wywóz ropy. Tym sposobem Teheran sprzedaje więcej tego surowca niż przed 28 lutego i po cenie mniej więcej dwukrotnie wyższej. Teheran domaga się zapłaty za nośniki energii w chińskich juanach – więc wbrew temu, co zapowiadał sekretarz Scott Bessent, Waszyngton nie ma najmniejszej kontroli nad tymi pieniędzmi.
Tu dochodzimy do kolejnej sprawy, tym razem militarnej. Jaki sens miałoby zajęcie przez Amerykanów wyspy Chark i pozbawienie Iranu zdolności do eksportu ropy? Taki krok tylko spowodowałby dalszy wzrost jej ceny, czyli nastąpiłby rozwój sytuacji, którego Waszyngton najwyraźniej pragnie uniknąć. Można odnieść wrażenie, że Amerykanie nie posiadają spójnej strategii, a bez takich planów trudno myśleć o zwycięstwie.
Z wojskowego punktu widzenia rozszerzenie działań zbrojnych już przyniosło Teheranowi korzyści. Najazd Izraela na Liban powoduje nie tylko uszczerbek na wizerunku agresora, ale ponad wszystko odciąga izraelskie siły od irańskiego frontu. W tej chwili do zmagań włączają się Huti i ten fakt spowoduje dalsze rozproszenie antyirańskich wysiłków. W Iraku proirańskie ugrupowania odniosły poważny sukces, bo stacjonujące w pobliżu Bagdadu siły USA i NATO zostały ewakuowane [https://www.msn.com/en-us/news/insight/us-troops-get-24-hours-to-exit-baghdad/gm-GM15A29396?gemSnapshotKey=GM15A29396-snapshot-2&uxmode=ruby]. Jest mało prawdopodobne, aby tam kiedykolwiek powróciły, bo szyickie władze Iraku od lat próbowały się ich pozbyć. Ostatnim amerykańskim przyczółkiem w tym państwie jest baza koło miasta Irbil, w irackim Kurdystanie, która także jest pod ostrzałem. Jej ewakuacja stanowiłaby kolejny ogromny sukces antyamerykańskich ugrupowań.
Obie strony rozpoczęły uderzenia na obiekty niemające wojskowego zastosowania, a które mają podstawowe znaczenie dla przeciwnika (wspinaczka w górę drabinki eskalacyjnej). Szczególną rolę odgrywa tu Izrael, którego polityczne cele w tej chwili mają raczej dużo poważniejszy zakres niż amerykańskie. Dla Izraela obecna wojna ma charakter „egzystencjalny”, brak zwycięstwa rozumianego jako całkowita klęska Iranu może nieść nieobliczalne skutki [LINK]. Z tego powodu Tel Awiw prze do dalszego pogłębienia konfliktu i na przykład bombarduje irańskie instalacje nuklearne, włącznie z instalacjami wokół elektrowni atomowej w Buszehr. Są to poczynania, których celem jest kładzenie kłód na drodze do porozumienia amerykańsko-irańskiego.
Prezydent Trump stoi wobec coraz większego spadku popularności wojny i swej własnej. Antywojenne demonstracje już mają poważny zasięg. W listopadzie odbędą się wybory do Kongresu, które w przypadku drożyzny wywołanej wojną i zwyżką cen ropy naftowej Trump z całą pewnością przegra. Dla niego stawka jest ogromna i w jego interesie leży szybkie zakończenie zmagań. Jest jednak wysoce wątpliwe, aby porozumienie z Iranem zawierało warunki, które są konieczne, żeby przedstawić wynik konfliktu jako sukces USA. Stąd pesymistyczny scenariusz nakreślony przez lorda Shirreffa wydaje się najbardziej prawdopodobny.
One more push
.Amerykanie nie są znani z kapitulanctwa, łatwo się nie poddają w obliczu przeciwieństw. Wojna wietnamska jest tego przykładem – stracili ponad 58 tysięcy żołnierzy i musiały upłynąć lata, zanim przyjęli warunki, które w zasadzie były równoznaczne z porażką. Także i w przypadku wojny z Iranem większość polityków i przedstawicieli trustów mózgów – nie mówiąc o proizraelskim lobby – głosi, że jeszcze jeden wysiłek, jeszcze jedno uderzenie (one more push) i przeciwnik padnie na kolana. Portal Axios podał, że Pentagon właśnie przygotowuje „ostateczny cios” [LINK].
Podobne przypadki miały miejsce w nieodległej przeszłości, na przykład w Iraku i Afganistanie. Wojskowi i politycy zapewniali wyborców, że wysłanie dodatkowych kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy (ang. surge) przyniesie zwycięstwo. Miejmy nadzieję, że tym razem sprawy potoczą się odmiennym torem, aczkolwiek niżej podpisany nie jest skłonny postawić złamanego szeląga na taki obrót spraw.
W obecnych warunkach dla prezydenta Trumpa celem minimum jest otworzenie cieśniny Ormuz. Dzięki temu Iran utraciłby zdolność do szantażowania całego świata odcięciem dostaw ropy i gazu. Udrożnienie tego niesłychanie ważnego szlaku wodnego spowodowałoby zwiększenie podaży surowców energetycznych i zmniejszenie presji gospodarczej i politycznej, którą wywierają na niego na przykład Japonia i Korea Południowa. Taki rozwój sytuacji zmniejszyłby presję inflacyjną w USA i poprawił notowania republikanów. Ale z punktu widzenia Izraela ten cel jest daleko niewystarczający. Binjamin Netanjahu musi dokonać „regime change” w Teheranie, aby zapewnić lepszą przyszłość ojczyźnie, a siebie uchronić od kary z powodu korupcji. Biorąc pod uwagę cały dotychczasowy rozwój sytuacji, można zaryzykować stwierdzenie, że jego punkt widzenia przeważy.
Wojna i wiara
.W przypadku wojny z Iranem w grę wchodzi także dodatkowy czynnik – ideologia, jeśli nie wręcz wiara. Ten czynnik jest istotny dla obu stron. W Iranie mamy do czynienia z teokratycznymi rządami, dla których zmagania z „wielkim” i „małym” Szatanem – od lat takimi epitetami określano USA i Izrael – mają wręcz eschatologiczny charakter. Podobne cechy wojna ma dla Izraela i, co zapewne zdziwi polskiego czytelnika, również dla milionów Amerykanów. Budowa „wielkiego Izraela” w jego biblijnych granicach stanowi dziś oś syjonistycznej idei. To, że ten pogląd jest wyznawany przez wielu Żydów, nie może dziwić, ale jest on też podstawowy dla wielu przedstawicieli chrześcijan ewangelikalnych, zwanych syjonistami chrześcijańskimi. Prof. Jacek KORONACKI szerzej omówił tę sprawę na WszystkoCoNajwazniejsze.pl [LINK]. Zatem na wojnę izraelsko-amerykańsko-irańską musimy patrzeć nie tylko z punktu widzenia polityki, interesu narodowego, ale i z perspektywy głębokich przekonań religijnych.
Jeśli całościowo spojrzymy na tę wojnę, to uzyskamy mało obiecujący obraz. Zmagania mogą mieć długotrwały i zaciekły przebieg nie tylko dlatego, że interesy walczących stron są całkowicie rozbieżne. Przedstawione ostatnio warunki nie dają najmniejszych podstaw ku temu, aby doszukiwać się jakiejś możliwej politycznej płaszczyzny porozumienia. Wymiar ideologiczny wręcz wyklucza taki rozwój sytuacji.
Dynamika zmagań wojennych dodaje jeszcze jeden wymiar – w miarę wzrostu strat, szczególnie liczby poległych, dochodzi do umocnienia stanowisk. Jest to szczególnie ważne w przypadku USA, gdzie istnieją bliskie związki pomiędzy wojskiem i społeczeństwem. Pomimo pogłębiających się różnic politycznych Amerykanie są nadal dumni ze swoich sił zbrojnych i widok młodych ludzi powracających w trumnach do bazy lotniczej w Dover w stanie Delaware powoduje chęć odwetu na sprawcach tych tragedii. Ta więź pomiędzy cywilami i wojskowymi jest szczególnie silna wśród republikańskiego żelaznego elektoratu. Stąd większość republikanów spod znaku MAGA, którego przedstawiciele jednoznacznie występowali przeciw „wojnom bez końca”, niekoniecznie będzie domagać się szybkiego zakończenia wojny. Ten stan rzeczy da broń do ręki zwolennikom twardego kursu wobec Iranu i stanie na przeszkodzie zawarciu porozumienia z Iranem, które oznaczałoby poważne ustępstwa wobec przeciwnika.
.W sumie pomimo groźby porażki w nadchodzących wyborach do Kongresu w połowie prezydenckiej kadencji, pomimo wypowiedzi na przykład lordów Youngera i Shirreffa, które wskazują na to, że przesilenie już nastąpiło, prawdopodobieństwo wzmożenia działań wojennych, wysłania jeszcze większych sił w rejon Zatoki Perskiej przez obecną administrację jest dużo większe niż zawarcie ugody. Truizmem jest stwierdzenie, że taki rozwój sytuacji będzie mieć nadzwyczaj poważne skutki nie tylko dla walczących stron, ale i dla całego świata.




