
Wojna z Iranem wciąga Amerykę w pułapkę
Stawka w wojnie amerykańsko-izraelsko-irańskiej jest ogromna. Prezydent Trump – wbrew przedwyborczym obietnicom – wplątał USA w konflikt, który ma wszelkie cechy „wojny bez końca”. Co gorsza, stoi on wobec perspektywy poniesienia ciężkiej porażki. W podobnym położeniu znalazł się inny potentat z regionu Zatoki Perskiej – Arabia Saudyjska – pisze prof. Kazimierz DADAK
.Gdy 17 czerwca 2026 r. w Wersalu prezydent Trump z wielką pompą podpisał wstępne porozumienie z Iranem, można było mieć nadzieję, że ten fakt stanowi odejście od mało przemyślanej polityki bezpośredniej konfrontacji z reżimem ajatollahów. Niemniej prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji nie było wielkie, ponieważ układ był bardzo korzystny dla Teheranu – wielu obserwatorów określało go jako całkowitą porażkę Waszyngtonu.
Te pesymistyczne przewidywania niebawem się ziściły i szybko doszło do rozbieżności w interpretacji poszczególnych punktów porozumienia, szczególnie w zakresie kontroli nad cieśniną Ormuz. Już 8 lipca prezydent Trump obwieścił koniec negocjacji w ramach tego wstępnego porozumienia i wznowiono ograniczone działania zbrojne. Miesiąc po owym wielkim wydarzeniu w Wersalu USA ponownie wprowadziły blokadę irańskich portów i na tym tle doszło do kolejnej wymiany ciosów. Ta eskalacja nie przyniosła rozstrzygnięcia i w pierwszej połowie września sytuacja się powtórzyła. Niespodziewanie w obu przypadkach ostatnie słowo nie należało do największej potęgi wojskowej świata.
Ten obrót spraw nie powinien był być wielkim zaskoczeniem, bo wiadomo było, że Amerykanom brakuje amunicji, szczególnie najbardziej technologicznie zaawansowanych pocisków. Pentagon zaprzeczał spekulacjom tyczącym się bardzo niskiego poziomu zapasów w tym zakresie, ale ostatnio w raporcie dla Kongresu Główny Inspektor Ministerstwa Obrony ujawnił, że tylko do końca czerwca pojawiły się „strategiczne niedobory” amunicji, na jaw wyszły także wąskie gardła w produkcji, a ich przezwyciężenie będzie wymagać „długiego czasu”. W tym raporcie także znalazła się wzmianka o tym, że w wyniku starć w pierwszych czterech miesiącach siły irańskie zdołały zniszczyć i uszkodzić „setki” budynków i innych budowli w amerykańskich bazach w rejonie Zatoki Perskiej oraz „dziesiątki” statków powietrznych.
Według SIPRI (Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań Pokojowych) w ostatniej dekadzie (2016–2025) Stany Zjednoczone wydały na zbrojenia 8024 mld dolarów, natomiast Iran tylko 82 mld (w cenach bieżących i według rynkowego kursu wymiennego), czyli mamy stosunek 98:1. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że siła nabywcza dolara w Iranie jest dużo większa niż w USA, to i tak obraz, jaki wyłania się z tej wojny, jest szokujący i powinien dać wiele do myślenia decydentom nad Wisłą. Niesłychanie tanie środki, ale stosowane w wielkiej ilości są w stanie przynieść podobne skutki do niesłychanie kosztownych, jeśli nie lepsze.
Wojna gospodarcza
.Nie może być tedy zaskoczeniem to, że Stany Zjednoczone postanowiły uciec się do całkowitej blokady gospodarczej Iranu. 24 sierpnia Scott Bessent, Minister Skarbu, ogłosił wcielenie w życie operacji „Gospodarczy Wyrzutek”. Waszyngton postanowił całkowicie odciąć Teheran od zachodniego systemu finansowego opartego na dolarze. Co więcej, każda instytucja, która dokonałaby jakichkolwiek transakcji z irańskimi podmiotami, miałaby także zostać objęta sankcjami. Niemniej po miesiącu obowiązywaniu tego programu trudno dopatrzyć się większych sukcesów. Jedynym wyjątkiem jest przyłączenie się Unii Europejskiej do tej operacji, ale Unia i tak od dawna utrzymywała sankcje gospodarcze na Iran i wysokość obrotów była niska.
Miejmy nadzieję, że niebawem postępy w tym zakresie nadejdą, ale obawiamy się, że prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji nie jest wielkie, ponieważ Iran ma potężnych sprzymierzeńców – Chiny, Rosję i do pewnego stopnia także innych członków BRICS, włącznie z Indiami. W końcowej deklaracji z ostatniego szczytu tego ugrupowania (Iran jest jego członkiem od 2024 r.) znajdujemy potępienie jednostronnych sankcji (które są głównym orężem USA i Zachodu w walce z Iranem i Rosją), wyrażono zaniepokojenie blokadą Kuby oraz eskalacją napięć na Bliskim Wschodzie, szczególnie atakami na obiekty cywilne i ośrodki wykorzystujące energię atomową do celów cywilnych, podkreślono wielobiegunowość sceny międzynarodowej i w związku z tym postawiono postulat reformy dominowanych przez Zachód międzynarodowych instytucji, ale ani słowem nie wspomniano o rosyjskiej agresji na Ukrainę.
Czołową rolę w przezwyciężaniu amerykańskiej blokady odgrywają Chiny. Państwo Środka od lat jest największym odbiorcom irańskiej ropy. Kupują ją głównie małe chińskie rafinerie, dla których groźba sankcji nie jest straszna, bo przerabiają ją tylko na rynek wewnętrzny i nie prowadzą żadnej międzynarodowej działalności. Transakcje często mają charakter bezgotówkowy na zasadzie wymiany towar za towar (barter). Pekin miał również ustanowić tajny mechanizm dający możliwość uczestnictwa wielu podmiotom z obu krajów, tak zwany clearing (swego rodzaju izba rozrachunkowa). Dzięki temu ostatniemu mechanizmowi tylko w ciągu ostatniego roku Iran miał zakupić w Chinach towary, włącznie ze sprzętem wojskowym, na ogólną sumę ok. 2,5 mld dolarów.
Skuteczność operacji „Gospodarczy Wyrzutek” zasadza się na założeniu, że Iran szeroko korzysta z zachodniego systemu SWIFT, mechanizmu regulowania międzynarodowych zobowiązań bankowych. Tymczasem Teheran już od lat posługuje się konkurencyjnym chińskim systemem CIPS (Cross-Border Interbank Payment System), do którego Amerykanie nie mają wglądu. W ramach CIPS można dokonywać transakcji w wielu walutach, więc jest to system atrakcyjny dla przedsiębiorstw z państw, których pieniądz nie jest szeroko stosowany w świecie. Jest to także mechanizm, który ułatwia wszystkim państwom odchodzenie od posługiwania się amerykańską walutą w obrotach międzynarodowych. Im częściej Waszyngton ucieka się do sankcji, a w przypadku Rosji nawet do zamrożenia rezerw walutowych denominowanych w dolarach, tym chętniej firmy posługują się konkurencyjnym CIPS, bo Chiny od dekad głoszą zasadę niemieszania się w sprawy innych krajów. Tym samym Pekin przedstawia swój system dokonywania międzynarodowych płatności jako „bezpieczniejszy” od SWIFT-u.
Rosja i Chiny posiadają ogromne możliwości udzielania pomocy Iranowi poprzez sieć kolejową w byłych sowieckich republikach w Azji Środkowej i przez Morze Kaspijskie. Tą drogą Iran też jest w stanie wywozić ropę naftową i tym samym omijać amerykańską blokadę na Morzu Arabskim. Oczywiście, jest to bardziej kosztowne i nie daje możliwości eksportu tak dużych ilości, jak z wykorzystaniem tankowców, ale pozwala pozyskać minimum środków potrzebnych do utrzymania reżimu przy życiu.
Wsparcie wojskowe
.Bardzo mocne poparcie dla Iranu wyraził Putin. W trakcie obrad Szanghajskiej Organizacji Współpracy, której Iran jest członkiem od trzech lat, miało miejsce spotkanie prezydentów Iranu i Rosji i ten ostatni stwierdził, że Moskwa udziela Teheranowi wszelkiej pomocy. Dziennik „Financial Times” podał, że najprawdopodobniej prawdziwym powodem podróży Johna Ratcliffe’a, szefa CIA, do Moskwy było to, że Rosja potajemnie pomaga Teheranowi w projektowaniu strumieniowych silników rakietowych. Opanowanie tej technologii uczyniłoby irańskie rakiety i drony jeszcze bardziej groźnymi.
Chiny najpewniej również udzielają Iranowi pomocy wojskowej. Niekoniecznie czynią to władze, ale istnieją poważne podejrzenia, że prywatne przedsiębiorstwa posiadające satelity przekazują Teheranowi ważne i bieżące dane na temat ruchów amerykańskich wojsk. Dzięki temu wsparciu Iranowi miało udać się bombardowanie bazy w Jordanii, w wyniku czego w lipcu śmierć poniosło trzech amerykańskich żołnierzy.
Sukcesy Huti
.Jemeński ruch Ansar Allah, powszechnie znany jako Huti (od nazwiska pierwszego przywódcy), od wielu lat współpracował z irańskimi ajatollahami. Ansar Allah reprezentuje wyznawców zajdyzmu – odłamu szyizmu – którzy stanowią większość w północnej części Jemenu. Dwie dekady temu wszczęli oni rebelię przeciwko sunnickiemu rządowi i praktycznie zdołali uzyskać niepodległość. Huti są od wielu lat zwalczani przez Arabię Saudyjską, która jako przywódca sunnickiego islamu krzywo patrzy na szyicki Iran i ich popleczników.
Po kilku latach względnego spokoju Arabia Saudyjska wszczęła działania zaczepne, ale kroki te przyniosły wyniki odwrotne od oczekiwanych. Ansar Allah przeszedł do kontrofensywy i w błyskawicznym tempie opanował okolice najwęższej części cieśniny Bab al-Mandab, a nawet niesłychanie ważną ze strategicznego punktu widzenia wyspę Perim, która leży pośrodku tej cieśniny. Dzięki temu Iran i jego sprzymierzeńcy kontrolują wąskie gardła – cieśniny Ormuz i Bab al-Mandab – przez które przepływa ogromna część tankowców i gazowców z Bliskiego Wschodu. Co gorsza, za pomocą dronów Huti zbombardowali saudyjski naftociąg, który przecina całe to państwo na linii wschód-zachód i daje możliwość wywozu ropy nie przez cieśninę Ormuz, ale właśnie przez cieśninę Bab al-Mandab albo przez Kanał Sueski. Ta ostatnie opcja nie jest jeszcze blokowana, ale poważne uszkodzenie ropociągu utrudnia podaż tego strategicznego surowca na światowe rynki.
Stany Zjednoczone na krótko wdały się w wojskowe zmagania pomiędzy Ansar Allah i Arabią Saudyjską. Od połowy marca do 6 maja zeszłego roku amerykańskie lotnictwo bombardowało północny Jemen, ale te operacje nie złamały oporu Huti. Jak to prezydent Trump ma w zwyczaju, Waszyngton ogłosił całkowite zwycięstwo i na dowód tego faktu przytoczono argument, że Ansar Allah obiecał nie atakować amerykańskich statków. Ta ugoda nie objęła jednak głównego celu ataków Huti, statków izraelskich i saudyjskich.
Po sukcesach ostatniej ofensywy wojsk Huti faktyczny władca Arabii Saudyjskiej, następca tronu Muhammad ibn Salman (ang. Mohammed bin Salman, w skrócie MBS), dwukrotnie dzwonił do Donalda Trumpa i prosił go o wsparcie wojskowe, jednak amerykański prezydent miał odmówić. Kolejny planowany nalot miał też zostać odwołany. Przyczyny tego stanowiska są złożone, ale najważniejszym czynnikiem, jak wspomnieliśmy powyżej, są niedobory amunicji i Waszyngton nie bardzo może sobie pozwolić, żeby otwierać kolejny front walki. Oczywiście, to wydarzenie pokazuje, że nawet największe supermocarstwo ma ograniczenia materiałowe i nie jest w stanie wspierać wszystkich sojuszników naraz.
Implikacje gospodarcze
.Objęcie kontroli nad cieśniną Bab al-Mandab przez Ansar Allah daje Iranowi i jego sojusznikowi możliwości wywierania nacisków na cały świat poprzez kontrolę nad transportem nośników energii. Na skutek izraelsko-amerykańskiej wojny z Iranem, a także zmagań rosyjsko-ukraińskich cena ropy naftowej poważnie podskoczyła. Jeszcze bardziej wzrosła cena niektórych kategorii produktów ropopochodnych, na przykład oleju napędowego. Paliwo dieslowe jest powszechnie używane w transporcie drogowym i morskim. Wzrost jego ceny powoduje zwyżkę kosztów przewożenia towarów i tym samym ma wpływ na ogólny poziom cen. To paliwo stanowi też istotny składnik kosztów produkcji w rolnictwie. W Zatoce Perskiej wytwarza się też ogromne ilości nawozów sztucznych, szczególnie azotowych, bo gaz ziemny jest tu podstawowym surowcem. Blokada ruchu statków w cieśninie Ormuz powoduje braki także w tym zakresie. Stąd mamy do czynienia z szybkim wzrostem kosztów produkcji żywności, co szczególnie ujemnie wpływa na stopę życiową najuboższych warstw ludności w krajach rozwiniętych i niemal całych społeczeństw Globalnego Południa.
Cena ropy naftowej byłaby jeszcze wyższa, gdyby nie polityka Chin. Po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej władze Państwa Środka bardzo ograniczyły import tego surowca i sięgnęły po strategiczne zapasy. Dzięki temu spadł ogólnoświatowy popyt i cena ropy nie poszybowała do 150 dolarów za baryłkę albo i wyżej, jak przewidywało wielu analityków. Obecnie Pekin wywiera naciski na Iran, żeby przepuszczać saudyjskie tankowce, i dzięki temu wywóz ropy naftowej od tego wielkiego producenta nie spadł do zera, ale utrzymuje się na poziomie 1/3 tego, co eksportowano przed 28 lutego 2026 r.
Stanowisko Pekinu wynika z zimnej kalkulacji, że po pierwsze, dalszy gwałtowny wzrost ceny ropy naftowej doprowadziłby gospodarkę światową do ciężkiego kryzysu, co także ujemnie odbiłoby się na sytuacji gospodarczej w Chinach, które są największym eksporterem towarów. Po drugie, ratowanie światowej gospodarki przed krachem przysparza Pekinowi zwolenników wśród państw Globalnego Południa, dla których taki rozwój sytuacji byłby katastrofalny. Umocnienie pozycji w tym gremium jest jednym z zasadniczych celów chińskiej polityki zagranicznej. Pekin również doskonale rozumie, że na dłuższą metę dla niego niesłychanie ważne jest utrzymanie dobrych stosunków z Arabią Saudyjską. Chiny są największym importerem ropy naftowej i nie mają zamiaru uzależniać się tylko od dwu wielkich dostawców, Iranu i Rosji.
Nowa „architektura bezpieczeństwa”
.Długofalowym, strategicznym celem Chin jest wyparcie USA z rejonu Zatoki Perskiej. W niemałym stopniu wojna amerykańsko-irańska przybliżyła osiągnięcie tego celu, bo zdecydowana większość amerykańskich instalacji wojskowych w tamtym regionie została albo zniszczona, albo poważnie uszkodzona. Doświadczenia tej wojny pokazują, że USA nie jest w stanie ochronić swych baz przed atakami dronów i rakiet, więc byłoby dziwne, gdyby Waszyngton ponownie zdecydował się odbudować te instalacje i wystawić swe wojsko i dobre imię na szwank. Natomiast bez wojskowej obecności w Zatoce Perskiej Stany Zjednoczone tracą podstawowy atut polityczny.
Z politycznego i gospodarczego punktu widzenia Zatoka Perska jest dużo ważniejsza dla Chin niż dla USA i gdyby nie istnienie Izraela i jego potrzeby w zakresie bezpieczeństwa, to Amerykanie przykładaliby do tego regionu dużo mniejsze znaczenie. Do niedawna tak tę sprawę widziano w samym Waszyngtonie, co jasno głosiła Narodowa Strategia Bezpieczeństwa z listopada ubiegłego roku.
Minister spraw zagranicznych Iranu, Abbas Aragczi, niedawno odwiedził swego odpowiednika w Pekinie. Po zakończeniu rozmów Wang Yi powiedział, że jego kraj jest gotowy „wzmocnić dialog i współpracę z Iranem, a także zabezpieczać irańskie uzasadnione prawa i interesy”. Patrząc szerzej, chiński minister stwierdził, że „istniejąca struktura bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie jest nieodpowiednia i wymaga zreformowania i wzmocnienia”. Bez wątpienia owe reformy i wzmocnienie „architektury bezpieczeństwa” będą wymagać większej roli Chin na tym nadzwyczaj ważnym obszarze.
Z punktu widzenia USA nie jest to nęcąca perspektywa. Czym innym jest nieposiadanie licznych baz na Bliskim Wschodzie, a zupełnie czymś innym jest wpuszczanie tam najważniejszego rywala do hegemonii na świecie. Niestety, trzymanie Chin z daleka od największych zasobów ropy naftowej na kuli ziemskiej nie będzie łatwe. Aby to osiągnąć, Waszyngton musiałby zawrzeć pokój z Iranem, ale w obecnych warunkach jest to niesłychanie trudne.
Dwukrotnie państwa te były bliskie zawarcia wszechstronnego porozumienia i w obu przypadkach Iran został znienacka napadnięty w trakcie rozmów. Po 28 lutego tego roku prezydent Trump dokonał tylu zwrotów w swych zamiarach w stosunku do Iranu, że trudno sobie wyobrazić, aby kierował się jakąś dalekowzroczną strategią. Zatem można przewidywać, że w Teheranie podchodzą z wielką podejrzliwością już nie do negocjacji, ale do samej idei rozpoczęcia poważnych rozmów. Tym bardziej że obecna patowa sytuacja jest korzystna dla Republiki Islamskiej – dla Teheranu uniknięcie porażki stanowi zwycięstwo. Im dłużej utrzymują się wysokie ceny ropy naftowej i im większe kłopoty ten stan rzeczy powoduje w USA i wśród ich sojuszników, tym mocniejsza staje się pozycja Iranu.
Rzecz jasna, z powodów propagandowych Teheran publicznie nie przyzna, że żadnych rozmów z obecną administracją nie będzie prowadzić, ale warunki, jakie stawia w negocjacjach tyczących się otworzenia cieśniny Ormuz, są daleko idące. Stany Zjednoczone miałyby na przykład nie tylko znieść blokadę irańskich portów, ale i „odmrozić” jego fundusze i zakończyć działania zbrojne na wszystkich frontach, czyli włącznie z Libanem.
Z kolei prezydent Trump koniecznie potrzebuje sukcesu, nie tylko z powodu zbliżających się wyborów w połowie prezydenckiej kadencji, ale dlatego, że nie chce przejść do historii jako „loser” (przegrany). Natomiast spełnienie irańskich warunków byłoby równoznaczne z porażką. Z tych powodów raczej trudno jest oczekiwać w krótkim czasie czegoś więcej niż chwilowe obniżenie temperatury sporu.
Dalsza eskalacja?
.Na drabince eskalacyjnej nie pozostało już wiele szczebli. Bombardowania nie przyniosły oczekiwanych skutków, Amerykanie nie posiadają wystarczających sił lądowych, aby myśleć o zajęciu jakiegoś ważnego irańskiego obszaru i trzymaniu go jako karty przetargowej. Natomiast Iran, według niepotwierdzonych doniesień, czyni przygotowania do rozpoczęcia prac nad budową broni atomowej. Iran posiadający broń atomową to jest najbardziej jaskrawa ze wszystkich amerykańskich (i izraelskich) czerwonych linii. Przedstawiciele administracji Trumpa, na czele z samym prezydentem, na każdym kroku powtarzają, że nie dopuszczą do takiego rozwoju sytuacji.
Tymczasem nie wiadomo, co się stało z kilkuset kilogramami uranu wzbogaconego do poziomu 60 proc. Są podejrzenia, że ten zapas, jeśli nie jest zasypany w zbombardowanym przez Amerykanów w czerwcu zeszłego roku ośrodku badań atomowych w Natanz, to znajduje się w pobliskim ośrodku Kolang (Góra Kilofów, ang. Pickaxe Mountain). To ostatnie centrum wzbogacania uranu nie zostało zaatakowane w zeszłym roku, ponieważ jest umieszczone bardzo głęboko pod ziemią i nie jest pewne, czy da się je zniszczyć za pomocą konwencjonalnych bomb. Niemniej 21 lipca prezydent Trump powiedział, że USA planują zbombardowanie tego ośrodka i niektórzy analitycy spekulują, że w grę może wchodzić użycie taktycznego ładunku atomowego.
W przemówieniu wygłoszonym 22 września 2026 r. podczas zgromadzenia ogólnego ONZ amerykański przywódca ponowił groźbę, że jeśli Iran nie zawrze porozumienia z USA, to on będzie musiał podjąć decyzję: „Unicestwić Republikę Islamską, i to szybko, nie dając jej już nigdy szansy do zabijania i niszczenia ludzi oraz państw? Czy wyślę ich do piekła bez możliwości przetrwania i bez nadziei przyszłej wielkości i przyszłych pokoleń?”. Gdyby taki krok został podjęty, miałby trudne do wyobrażenia następstwa w każdym wymiarze, nie tylko politycznym i wojskowym.
Gra o najwyższą stawkę
.Stawka w wojnie amerykańsko-izraelsko-irańskiej jest ogromna. Prezydent Trump – wbrew przedwyborczym obietnicom – wplątał USA w konflikt, który ma wszelkie cechy „wojny bez końca”. Co gorsza, stoi on wobec perspektywy poniesienia ciężkiej porażki. W podobnym położeniu znalazł się inny potentat z regionu Zatoki Perskiej – Arabia Saudyjska. Rzeczywisty władca tego kraju w przeszłości też podejmował ryzykowne decyzje, które okazywały się mało trafne. Dla MBS porażka z Huti (i co za tym idzie, z Iranem) jest równie bolesna, jak niepowodzenia Trumpa w konfrontacji z reżimem ajatollahów. Także nie należy zapominać o premierze Netanjahu czy szerzej o Izraelu, który postrzega Iran jako śmiertelne zagrożenie. Z drugiej strony dla obecnych władz Iranu wojna ma wymiar egzystencjalny.
W poczynaniach Trumpa, Netanjahu i MBS trudno jest się dopatrzyć jakiejś długofalowej strategii, która mogłaby doprowadzić do osiągnięcia zamierzonego celu, czyli unicestwienia obecnych władz w Teheranie. Dominują doraźne i niesłychanie ryzykowne poczynania, które opierają się na nadzwyczaj optymistycznych założeniach, na przykład na założeniu, że uśmiercenie irańskiego duchowego i politycznego przywódcy, ajatollaha Ali Chameneiego, spowoduje rozpad Republiki Islamskiej. Tym sposobem przywódcy wielkiej – aczkolwiek nieformalnej – antyirańskiej koalicji zapędzili się w kozi róg i dobrego wyjścia z tych tarapatów nie widać. Stąd zbieg narodowych i osobistych interesów raczej wskazuje na dalszą eskalację, co może przynieść nieobliczalne skutki.



